Gdy patrzy na Franklina złość i żal mieszają się z przyjemnymi wspomnieniami z czasów, gdy byli przyjaciółmi. Ta dychotomia między oblanymi jadem odczuciami względem Cosgrove’a a niezrozumiałą tęsknotą za tym, co było i bezpowrotnie odeszło, ale też za tym, co nigdy się nie wydarzyło, jest nie do zniesienia. Chce czuć względem niego wyłącznie pogardę, a jednak z tyłu jego głowy jest mimo wszystko coś więcej.
Trafili do Toronto FC w tym samym roku jako dwa niedoświadczone i nabuzowane podrostki. Był rok dwa tysiące osiemnasty i tutejsza drużyna święciła triumfy po wygranych playoffach ligi w poprzedzającym roku. Lauriemu zdawało się, że oto, świat stał przed nim otworem. Mając ledwie dziewiętnaście lat wstąpił w szeregi jednej z najlepszych drużyn ligi. Został dostrzeżony, doceniony i nie zamierzał na tym poprzestawiać. Żył marzeniami o wielkiej karierze i o grze w angielskiej lidze, którą namiętnie oglądał od zawsze. Wtedy wszystko wydawało się być w zasięgu jego ręki, musiał się tylko wychylić.
Między nim a Franklinem kliknęło niemal od początku. Dwóch nowych, prawie w tym samym wieku, w dodatku z podobnym poczuciem humoru – nic dziwnego, że od pierwszego dnia byli niemal nierozłączni. Trener już na drugim treningu musiał upominać ich karcącym spojrzeniem, by zachowali powagę i zajęli się tym, czym powinni.
Impreza powitalno-integracyjna miała pomóc im w zapoznaniu się z resztą drużyny, ale najbardziej zbliżyła ich do siebie nawzajem. Upili się wtedy tak, jak robili to nastolatkowie – kompletnie bez oporów i rozsądku. Wszyscy zdążyli już wrócić do swoich mieszkań, ale oni dalej żywo dyskutowali o meczach ligi z ubiegłego sezonu, o ulubionych piłkarzach, o miastach, z których pochodzili, o wszystkim, aż w końcu zniecierpliwiona obsługa wygoniła ich z baru.
Ja chyba nie pamiętam, na jakiej ulicy mieszkam – powiedział wtedy Laurie, gdy wyszli przed bar. Była już prawie czwarta i na ulicach nie było żywej duszy poza nimi. Matheson przeprowadził się do Toronto ledwie tydzień wcześniej i jedyne wycieczki, jakie zdążył zaliczyć to te do i ze stadionu oraz te eksplorujące swoją najbliższą okolicę. Mniej więcej wiedział, gdzie mieszkał, ale gdy miał wpisać ulicę w Google Maps nagle poczuł się całkowicie zagubiony.
Wiem, że jak idę ze stadionu, to muszę przejść przez parking i iść długo prosto, aż do parku, a potem w lewo i znowu długo prosto, w prawo i potem chyba znowu w prawo… a może w lewo? – gubił się, próbując odwzorować swoją drogę w głowie, gdy nieco w niej wirowało od nadmiaru alkoholu.
Aaa i na pewno przechodziłem przez tory… – dodał, próbując złapać równowagę. W końcu ze wszystkich poszlak Lauriego, z których część okazała się błędna znaleźli odpowiednie miejsce na mapie. Franklin przełączył na Street View i oto, ukazał się budynek, w którym mieszkał Matheson.
Taaak, to tu. Patrz, to moje okno. A tu mieszka ta sąsiadka, która zawsze wychodzi gdzieś w piżamie. A tu ten piesek, który zawsze podbiega, żeby się ze mną przywitać, a tam…
Później Franklin pojawiał się w tym mieszkaniu dość regularnie, proszony i bez zapowiedzi. Przesiadywali tam często, oglądając głupoty w telewizji, uzgadniając swoje własne strategie na mecz, obgadując nielubianych zawodników i po prostu dobrze bawiąc się w swoim towarzystwie.
Rok dwa tysiące dziewiętnasty był bardzo udanym rokiem dla drużyny Toronto FC. Trudno zliczyć te momenty, kiedy dzięki świetnemu podaniu Franklina i temu jak dobrze (niemal telepatycznie) dogadywali się na boisku, strzelał bramki przeciwnym drużynom, dzięki którym wspinali się coraz wyżej po drabince. Najsłodziej smakowało zwycięstwo w półfinale. Pierwsze bramki obu drużyn padły dość szybko po rozpoczęciu meczu i obie drużyny długo usilnie próbowały zmienić wynik meczu z remisu na swoją przewagę. Walka była zacięta, a oni coraz bardziej zmęczeni. Atlanta United mocno starała się blokować Franklina przed podaniem piłki Lauriemu, ale mimo wszystko, dzięki sprytowi i niesamowitej zręczności Cosgrove’a, Matheson w końcu poczuł piłkę swoją prawą nogą. Nie miał szczególnie pola do manewru, przeciwna drużyna wydawała się otaczać go każdej ze stron, ale w końcu wykorzystał moment ich nieuwagi i ślizgnął się po trawie, wykopując piłkę w stronę bramki. Leżał jeszcze na murawie, gdy nagle ludzie zaczęli krzyczeć, a chwilę później wskoczył na niego rozentuzjazmowany Franklin. Czuł się wtedy tak cholernie szczęśliwy.
I nawet jeśli przegrali w finale, to nie miało znaczenia.
Zdawało się, że Laurie i tak był wygranym. Dopóki miał obok siebie kogoś takiego jak Franklin Cosgrove.
Nic z tego już nie ma znaczenia. Te chwile nie są już tak szczęśliwym wspomnieniem, jak były jeszcze przez trzy następne lata. Teraz parzą, powodują ból i ściskają mu gardło. Nie wraca już do nich tak często, jak wcześniej. Zamiast dumy i szczęścia, czuje już tylko żal i rozczarowanie. Jego przyjaźń z Franklinem wydaje się teraz nieśmiesznym żartem i ułudą.
Patrzy na tego człowieka, słyszy słowa, które wypowiada i nie widzi w nim już swojego przyjaciela. Nawet jeśli wygląda jak on, nawet jeśli ma ten sam głos… To już nie jest
jego Franklin.
Jest zły, z każdym słowem coraz bardziej. Nie wierzy w to, co słyszy, wszystko w nim buzuje. I tylko ten moment, w którym Zane przemyka zaraz za Franklinem, znajdując się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie, by usłyszeć
Uwierz, też wolałbym grać gdzieś indziej, mina, jaka pojawia się na jego twarzy chwilę po… wszystko to sprawia, że w końcu odczuwa satysfakcję. Uśmiecha się więc w sposób, który to wyraża, z wyższością i triumfem wypisanym na twarzy.
– Na razie na twojej personalnej niechęci może ucierpieć tylko twoja nienaganna reputacja złotego chłopca kanadyjskiej piłki nożnej – odpowiada, podnosząc do górę głowy. W końcu czuje, że ma nad nim jakąś przewagę i niesamowicie go to cieszy. Można to z niego wyczytać jak z otwartej księgi – nic nowego, jego emocje zawsze z łatwością wyrażają się na jego twarzy, w gestach i posturze.
– Za co wyjebali cię z Gent? Musiałeś coś odjebać, jeśli tu wróciłeś – pyta go, patrząc na niego z góry. To wstrętne, ale chce, żeby go zabolało, chce znaleźć jakiś czuły punkt i odpowiednio w niego wycelować. Chce, by czuł się tak, jak Laurie, gdy na niego patrzy – zdradzony, rozczarowany i poniżony. Potrzebuje odebrać piłkę przeciwnikowi, pokazać mu, gdzie jest jego miejsce i w końcu zaatakować tak, by trafić do celu.
franklin cosgrove