25 y/o
For good luck!
158 cm
parole officer in superior court of justice
Awatar użytkownika
it has a taste:
misbehavior.
no saviors here, just fare to be swallowed,
bones to be hollowed;
for rudeness yields exquisite flavors.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

∙ 004 ∙
To był kolejny raz. Kolejny raz, kiedy ktoś odwołał spotkanie pięć minut przed. Kolejny raz, kiedy czekała na kogoś i została wystawiona. Słuchała czasem opowieści koleżanek, jak to były ghostowane przez swoje randki z tindera, ale w przypadku Vivienne problem był jeden — to w żadnym wypadku nie były r a n d k i.
To nie były nawet spotkania towarzyskie, choć niektórzy chyba za takie je uważali. I chociaż widzenia z nią były znacznie na luźniejszej stopie, to wciąż były narzuconymi przez sędziego spotkaniami z kuratorem. Nie robiła tego dla zabawy. I strasznie, s t r a s z n i e, wkurzało ją to, gdy jej podopieczni się nie stawiali.
Spoko, Viv, ten przynajmniej uprzedził.
Pięć minut przed, ale uprzedził.
Miała zatem czas, miała wkurzenie i miała absolutną potrzebę na kawę. Ale nie taką z ekspresu w swoim pokoju; tych wypiła już dzisiaj dwie. Słońce grzało, niebo było bezchmurne, distillery district wcale nie było tak daleko... Nie musiała samej siebie długo przekonywać. Trzy minuty później siedziała w taksówce i jechała do swojej jednej z ulubionych kawiarni w okolicy. Świeżo prażone ziarna z aromatycznymi dodatkami wydawały jej się znacznie lepszą opcją na spędzenie upalnego, nudnego popołudnia niż ślęczenie w gmachu sądu, gdzie nie czekało ją nic do roboty poza czytaniem kolejnych wymówek i kolejnych próśb o przesunięcie spotkania.
A to mogła robić przez telefon, siedząc w znacznie lepszym miejscu, otoczona słodkimi zapachami i atmosferą leniwie upływających chwil.
Wbrew jednak swoim wyobrażeniom, wnętrze tętniło już życiem. Kolejna była długa i chociaż szła w miarę sprawnie, to wciąż obsługa więcej czasu poświęcała starannemu przygotowaniu zamówienia, niż szybkiemu uwijaniu się za kasą i odhaczaniu kolejnego klienta. Może to była polityka firmy, może nie, ale to był jeden z głównych czynników dlaczego tak lubiła to miejsce. Bo dbali o tych, którzy tu przychodzili i serwowali naprawdę świetną kawę.
A kawa była świętością.
Bez zajęknięcia ustawiła się na końcu sznurka ludzi i odpaliła na telefonie menu, bo z takiej odległości go nie widziała, a pamięć do kart miała, jak pamięć do filmów. Dobrą, ale ulotną. Kwadrans później była już druga w kolejce i zastanawiała się czy do kawy dobrać jagodziankę — a te patrzyły na nią zza szyby wystawy i obiecywały dużo kruszonki, jeszcze więcej nadzienia i miękkie ciasto drożdżowe — czy croissanta z kremem orzechowo-czekoladowym. Wzięłaby oba i zasłodziła się na całe kolejne dwa dni, ale wtedy narzekałaby, że jej ciężko i każdy miałby jej dość. Było to ryzyko, które zdecydowanie gotowa była podjąć. Gorzej, że dostrzegła też drozdżówkę z budyniem i malinami oraz cynamonkę.
— Cześć. To co podać? — padło do niej od uśmiechniętej dziewczyny za ladą. Vivienne wciąż nie wiedziała.
— Na pewno jedno iced latte z tych ziaren palonych z migdałem, czerkoladą i pomarańczą, i... — Uśmiechnęła się szeroko, przeskakując spojrzeniem na wypieki. — Iii może...
Mogła poprosić o pomoc w dobraniu, ale nie byłaby przecież sobą. Dziewczyna uśmiechnęła się tylko i odchrząknęła.
— Mamy akurat promocję dla par, dwa zestawy kawa plus dowolne dwa ciastka w cenie jednego. I można wtedy dobrać za pół ceny kolejne dwa ciastka, co daje nam dwie kawy i cztery ciastka w cenie jednego zestawu i dwa dodatkowe...
Vivienne nie do końca już słuchała, bo miała mówić, że to nie cena jest problemem, kiedy usłyszała wyraźnie zniecierpliwione chrząknięcie za sobą, dwie osoby z kolejki dalej. Zignorowała je w sekundę, ale to czego nie zignorowała, to jej mózg próbujący objąć promocję i to, co w nią wchodzi. Jeśli oferta sama z siebie stanowiła o dwóch ciastkach, nakładając na nią obowiązek wzięcia dwóch... To wtedy jej rozterki które wybrać przestawały istnieć. Bo promocja to na niej wymuszała. To była bardzo pokrętna logika, ale był upał, Vivienne była przekupna i...
— Tylko no, dla par. — Tutaj wzrok dziewczyny sięgnął na osobę bezpośrednio obok. Vivienne dalej kiwała głową, zapominając o elemencie "promocji dla par".
— Tak, tak — mruknęła, zastanawiając się nad tymi dwoma dodatkowymi wypiekami za pół ceny. To byłoby już sześć. Zasłodzenie na całe dwa tygodnie. — Dla paa... — Wtedy ją tknęło. Zamrugała, wyprostowała się, też spojrzała na mężczyznę obok. Był wysoki, ciemnowłosy, pewnie niewiele starszy. — ...r. No, tak. Dla par.
Ruszyła się szybciej, niż pomyślała. Z szerokim uśmiechem przysunęła się ten krok do niego i ujęła go pod ramię, wsuwając tam dłoń. Bok jej głowy wylądował na jego ramieniu, a jej wzrok powiódł w górę do jego oczu.
— Co byśmy wzięli, kochanie? — Jeśli był dobry w czytaniu ludzi, to pewnie mógł z łatwością wyczytać błagalne spojrzenie o podjęcie tej małej szopki.

Mark Rosenhall
Ostatnio zmieniony śr wrz 02, 2026 9:49 am przez Vivienne Adler, łącznie zmieniany 1 raz.
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
szyszka
ai
28 y/o
For good luck!
187 cm
sprzedaje nieruchomości Ironcrest Development
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

#potem_sprawdzę

To był ten dzień, kiedy Markowi bardzo źle się spało i nie potrafił zrozumieć, dlaczego. Śniły mu się jakieś głupoty, że odwiedził go komornik, w pracy dowiedział się, że został wylany, a każda karta, którą przykładał do terminala, okazywała się zablokowana. Obudził się w momencie, gdy został potrącony przez rowerzystę i zastanawiało go, czemu akurat takie obrazy postanowił stworzyć mózg, skoro… no dobra, spędzał dużo czasu w robocie - może nawet więcej niż wcześniej, ale cóż zależało mu na

statystykach.


Lubił widzieć wykresy idące w górę i niepokoiło go, gdy szły w dół. Dodatkowo doskonale zdawał sobie sprawę, że konkurencja NIE spała, a na rynku było pełno agencji deweloperskich. Ważne były zyski, zyski i zadowolenie klientów, bo zadowolenie klientów równało się poleceniom, a polecenia równały się kolejnym klientom, a kolejni klienci (i ogólnie klienci) oznaczali co? Z Y S K. No, także ktoś musiał pracować po godzinach, żeby inni mogli otrzymać dobrą pensję. Poza tym, czasami wychodził jak normalny człowiek, bo NIE odpuściłby golfa - szanujmy się! Golf go… uspokajał, aczkolwiek niejeden kij wylądował na ziemi, ponieważ Rosenhall w złości takowym rzucił albo chciał go połamać, lecz w porę się opanowywał. Na szczęście, im dłużej grał, tym bardziej kontrolował swoją agresję, dzięki czemu aktualnie już, gdy wychodziło mu… niezbyt dobrze, albo rzucał przekleństwem, albo wymachiwał nogą tak, jakby kopał wyimaginowany kamień.
Jadąc rano do pracy, był tak zaspany, że raz nie dość, że prawie przejechał na czerwonym świetle, to dwa, w ostatniej chwili wyhamował przed przejściem dla pieszych, przez które przechodziły dwie osoby, bo wydawało mu się, że ludzie są DALEKO - niestety źle ocenił sytuację.
Po dojechaniu do pracy, pierwsze co zrobił, to poszedł zrobić sobie podwójne espresso. Czy go pobudziło? Trochę albo raczej na tyle, że dał radę wykonywać swoją pracę i spotkać z klientami - tzn. oni go odwiedzili - przez około… dwie? Może trzy godziny. Potem, zrobił sobie kolejną kawę, lecz ta już nie działała zbyt dobrze, więc jakoś po południu, podczas przerwy na lunch, postanowił wybrać się do PRAWDZIWEJ kawiarni, uważając, że tamtejsza kawa NAPRAWDĘ go pobudzi.
Szedł, czując się jak zombie - na wszelki wypadek, wziął ze sobą służbowy telefon i dobrze zrobił, bo przed samą kawiarnią, zadzwonił do niego klient, by zapytać o możliwość spotkania w następnym tygodniu. Mark odpowiedział na zadane pytania i po zakończonej rozmowie, wszedł do kawiarni. Uwielbiam ten zapach… pomyślał, gdy tylko jego nozdrza uderzył zapach palonej kawy. Stanął, przyglądając się wywieszonej za baristką rozpisce kaw - choć doskonale wiedział jaką chciał, a zaraz potem zjechał spojrzeniem na ciasta. Widząc tiramisu, czuł, jak zaczyna mu lecieć ślinka, więc szybko przejechał dłonią po buzi. Poza tym uświadomił sobie jedno…

Nie jadł śniadania.
Z zamyślenia wyrwał go głos. Kobiecy głos. Zamrugał kilkakrotnie, rozejrzał się w obie strony - choć wcale nie musiał, ponieważ poczuł rękę na swoim ramieniu - i po chwili zauważył, kto mówił. Sam nie wiedział, co go bardziej zaskoczyło, czy to, że nieznajoma nazwała go kochaniem, czy pytanie o to, co by WZIĘLI.
- Eee… - zaczął, choć zaraz chrząknął, dalej nie rozumiejąc, co tu właściwie się odpierdzielało… Czy to jakaś gra? Czy jestem tak zmęczony, że zapomniałem, że kogoś mam? No ale Mark, jak to Mark, postanowił wejść do gry, nie wiedząc, czego się spodziewać później. Poza tym, kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.
- Znaczy hmm… nie wiem, jak Ty słoneczko ale ja mam straaaaaszną ochotę na tiramisu. A Ty? Czyżby na serniczek? Albo szarlotkę? Do picia bym wziął americano, a Ty byś pewnie chciała coś z mlekiem? - spytał, zmniejszając odległość - miała szczęście, że jej perfumy mu się podobały, to przynajmniej nie chciał zachować dystansu. Nagle zauważył też ciasto zielony mech i aż mu w brzuchu zaburczało.
- Oo i zielony mech tu mają, no proszę. - powiedział zaskoczonym tonem, bo, szczerze powiedziawszy, miał wręcz OGROMNĄ słabość do właśnie takowego ciasta. Rosenhall, jak na dobrego chłopaka przystało, już zaczął wyciągać portfel z tylnej kieszeni spodni.
- Wybierz sobie, co tylko chcesz, a ja zapłacę. - dodał, mając wrażenie, iż ludzie za nimi zaczynają się niecierpliwić… Ups. Nieznajoma miała to szczęście, że nie trafiła na biednego. Aczkolwiek nagle Mark przypomniał sobie swoje dzisiejsze sny i mina automatycznie mu zrzedła.
Po zapłaceniu - bardzo niepewnie przykładał kartę do terminala, a gdy płatność została zaakceptowana, odetchnął z ulgą - i wzięciu paragonu, zaczął rozglądać się za wolnym miejscem dla DWÓCH osób. Usiadł przy oknie, uważnie obserwując tę, która nazwała go kochaniem.
- Nie wiem, czy słyszałaś, ale ktoś w kolejce powiedział, że jesteśmy ładną parą. - rzucił nagle, patrząc na osobę, która wypowiedziała te słowa, a następnie zaczął mieć cichą nadzieję, że nie będą musieli zbyt długo czekać.

Vivienne
25 y/o
For good luck!
158 cm
parole officer in superior court of justice
Awatar użytkownika
it has a taste:
misbehavior.
no saviors here, just fare to be swallowed,
bones to be hollowed;
for rudeness yields exquisite flavors.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To było jej ulubione miejsce w okolicy. Po prawdzie nie była kawowym nerdem, a w pełnej szczerości była od tego bardzo daleka, ale potrafiła docenić kunszt palenia ziaren i rzemieślnicze mieszanki. Tak, jak potrafiła docenić wypieki w każdej formie, choć nie była wielką fanką słodkiego. Było jednak jedno ciasto, które wyzwalało w niej demona.
Tiramisu.
Jej jasne spojrzenie od razu powiodło do części lady z wystawionymi ciastami. Gdy mężczyzna wymieniał szarlotkę i sernik, ona udawała, że rozważa podrzucone jej opcje z teatralnie wyolbrzymioną ekspresją oczu i brwi, jakby jej mózg już dawno nie zatrzymał się na włoskim deserze z mascarpone.
Tylko potem padło kolejne magiczne słowo. Zdążyła jedynie kiwnąć głową w odpowiedzi na tak, z mlekiem, kiedy jej oczy zatrzymały się na zielonym cieście udekorowanym borówkami, malinami i truskawkami i Vivienne już wiedziała, co zamówi, zapominając, że nazwała nieznajomego kochaniem i że zabolała ją jej własna bezczelność, której teraz już w ogóle nie żałowała. Od teraz byli oficjalnie parą i parą mieli być przez co najmniej następne parę minut.
— Wiesz co, dzisiaj może jednak zmiana repertuaru — zaczęła odnośnie zamówienia, kontynuując podjętą przez niego szopkę o serniczku i szarlotce, jakby to właśnie je normalnie brała bez żadnych skrupułów. Trochę przestrzelił rzeczywistość, ale na potrzeby dobrego przedstawienia była gotowa udawać teraz największego psychofana sernika albo jabłek. Zamówiła spokojnie to, na co miała ochotę — jagodzianka trafiła na talerzyk obok cynamonki, na drugim wylądowało zielony mech, a croissant z kremem migdałowym do brązowej papierowej torebki na wynos. Kątem oka obserwowała, jak mężczyzna wyciąga portfel, grając kartę gentlemana, jakby płacił za obcych co najmniej średnio parę razy w tygodniu i stwierdziła, że za to, że jej w ogóle pomagał, odda mu co najmniej z nawiązką. I wtedy dostrzegła, jak jego twarz zachodzi chmurami i już-już sięgała do swojej torebki.
— Ej, przecież dopiero co płaciłeś za brunch, pozwól mi chociaż raz— — żachnęła się dodatkowo, ale urwała w połowie, bo zdążył przyłożyć kartę do terminala, a płatność przeszła. Zmarszczyła brwi i odchrząknęła, próbując zatuszować zmartwienie, bo oczywiście, że nieświadoma jego bolączek i strachów, w pierwszej chwili uznała, że go naciągnęła, a on nie miał na to funduszy. Albo ochoty. Albo jednego i drugiego. — Odegram się. Zobaczysz.
Każdy wiedział, że rewanż ukochanej to poważna groźba.
Usiadła naprzeciwko niego przy oknie i założyła nogę na nogę, niby mimochodem spoglądając w kierunku osoby, o której mówił. Zaśmiała się cicho, starając się wyglądać naturalnie, a nie jak ktoś, kto właśnie wkręcił zupełnie przypadkową, niewinną osobę na randkę-niespodziankę z sobą. I w tej wielkiej naturalności zabrała słomkę z latte i zamknęła usta na jej końcu, zlizując słodką piankę, powoli odwracając wzrok od kolejki. Przeniosła spojrzenie na swojego chłopaka i kiwnęła głową.
— W sumie. Trochę jak z okładki Vogue. — I nie żartowała, naprawdę widziałaby go w roli modela. Może nim był. Może wypadało zapytać. A może właśnie wcale n i e.
Odłożyła słomkę do wysokiej szklanki i upiła pierwszy łyk kawy z kruszonym lodem. Im dłużej tu siedziała, tym dłużej cała ta fake dating pewność siebie z niej ulatywała, ale to wcale nie niszczyło jej humoru. Tylko zaczynało ciążyć tym, że mogła go wpakować na grunt, po którym on wcale nie chciał się poruszać, a którego nie odmówił, bo był zbyt uprzejmy dla własnego dobra.
— Przepraszam. I dziękuję — zaczęła, prostując się na krześle. Uśmieszek wciąż krążył po jej twarzy, trochę koci, jakby zrobiła psikusa wartego robienia i była z siebie dumna, a trochę nieśmiały, przepraszający. — Za kawę i za bycie chwilowym chłopakiem. To przez tego chrząkacza za Tobą i presję czasu i brak zdecydowania. Masz, obiecuję, że jest wart każdego grzechu.
Ułożyła pakunek z croissantem między nimi i posunęła go po blacie w jego stronę, składając mu go w ofierze.
— Vivienne — dodała w końcu, bo wydawało jej się, że zdradzenie swojego imienia to minimum przyzwoitości, jaką powinno się wykazać wobec człowieka, który właśnie bez mrugnięcia okiem zapłacił za jej cztery ciastka. — Zostawię Ci mój numer, okej? Żebyś mógł mi wysłać swój numer konta.
Spojrzenie pod tytułem: nie uznaję odmowy było kolejnym, co miała po ojcu. Choć w jej wydaniu nie było to tak strasznie despotyczne.

Mark Rosenhall
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
szyszka
ai
28 y/o
For good luck!
187 cm
sprzedaje nieruchomości Ironcrest Development
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Mark ogólnie podziwiał każdego, kto potrafił i chciał poświęcić czas na upieczenie ciasta. On kiedyś próbował zrobić szarlotkę. Bo jak ciasto z jabłkami mogłoby być trudne do wykonania? mówił do samego siebie, no i się przekonał, bo wyszedł mu… zakalec. Od tamtej pory nie próbował swoich sił w cukiernictwie. Wolał przejść się do kawiarni albo sklepu i tam kupić jakieś ciasto - bardzo często smakowało niczym domowej roboty, dlatego nie żałował wydanych na nie pieniędzy. Miłość do Zielonego Mchu zrodziła się na jednych urodzinach u znajomej z pracy, u której właśnie można było zjeść to jakże pyszne ciasto. On zjadł chyba ze cztery kawałki - na szczęście było całkiem sporo różnych ciast, więc nikt potem nie robił mu wyrzutów.
- Tak? No to jak wolisz, kochanie. - odpowiedział, nie zamierzając stwarzać problemów, bo zwyczajnie… nie miał zielonego pojęcia o preferencjach kobiety, której notabene nie znał. Miała tak ładną buzię, że na pewno zapadłaby mu w pamięci, gdyby już ją wcześniej gdzieś spotkał. Chciał, żeby wybrała, co tam chciała, on tylko pragnął kawy oraz zielonego mchu, nic więcej.
Nie zauważył, gdy nieznajoma zaczęła grzebać w swojej torebce, ponieważ za bardzo przejmował się wyświetlaczem terminala. Czyżby sen okazał się… prawdziwy? pytał samego siebie, mając nadzieję, że zaraz zobaczy zaakceptowanie płatności.
Odetchnął z ulgą, gdy płatność przeszła, aczkolwiek zastanawiało go, czy faktycznie będzie coś dzisiaj kupował, bo jeżeli miał przechodzić mini zawał przy każdej płatności, to… no średnio mu się uśmiechało. I nie, nie zawsze AŻ TAK przeżywał swoje sny - bo jak śnił o pływaniu na jachcie, to jak mógłby się takim przejmować?
- Za późno. Może następnym razem. - powiedział, posyłając blondynce lekki uśmiech, domyślając się, iż prawdopodobnie następny raz zwyczajnie nie nastąpi, aczkolwiek szczerze? On nie miałby nic przeciwko, gdyby znów na siebie wpadli.
- Tak? Ojej, aż cały drżę. - odparł, po czym zabawnie poruszył brwiami, złapał się za ramiona i udał, że faktycznie drży, jakby ktoś go prądem poraził. A może to po prostu była klima, pod którą stał?
No ale zaraz zmienił położenie, ponieważ zajął miejsce przy stole i dołączyła do niego jego dziewczyna. Ponownie uniósł kąciki ust gdy usłyszał śmiech jasnowłosej.
- No, trochę tak. Czyli co, proponujesz sesję zdjęciową w ramach kolejnej randki? - spytał całkowicie poważnie, wyobrażając sobie ich nad morzem wraz z fotografem, który robiłby im zdjęcia, aczkolwiek zawsze można było wykorzystać przednią kamerkę w telefonie lub… ogarnąć , tj. wykorzystać statyw. Innym rozwiązaniem było to, że to ONA byłaby jego modelką.
- Jest okej. Uwierz, gdybym miał coś przeciwko, nie dałbym się wciągnąć w odgrywanie chłopaka. No i muszę przyznać, zaskoczyłaś mnie. Nie każda byłaby na tyle odważna, żeby obcego typa wciągać w takie gierki. A co jeśli okazałbym się… niezbyt przyjemnym gościem? - spytał, próbując brzmieć tajemniczo, złączył dłonie i oparł na nich głowę, choć musiał przyznać, że urzekła go tym tłumaczeniem oraz podarunkiem w postaci rogalika, który zaakceptował.
- Mark. - przedstawił się i praktycznie od razu pokręcił głową, kiedy usłyszał o przesłaniu numeru konta. Po krótkiej chwili, wyciągnął z kieszeni spodni telefon i położył przed Vivi.
- Wpisz swój numer, ale wiesz co? Może zamiast oddawać mi pieniądze, zapłacisz podczas naszego kolejnego spotkania? - zaproponował, bo taki układ o wiele bardziej mu pasował. Oczywiście, nie zamierzał ani naciskać, ani nalegać, jeżeli wolała oddać hajs, to poda jej numer konta.
Gdy blondynka wpisywała swój numer telefonu, on wziął gryza croissonta.
- Ej… już dawno nie jadłem tak dobrego croissonta. Chcesz kawałek? - spytał, wskazując na leżącego przed nim rogalika, nie mając nic przeciwko wręczeniu kawałka. Uważał, że jej podniebienie powinno spróbować takiej pyszności.

hey, nice to meet you Vivi
25 y/o
For good luck!
158 cm
parole officer in superior court of justice
Awatar użytkownika
it has a taste:
misbehavior.
no saviors here, just fare to be swallowed,
bones to be hollowed;
for rudeness yields exquisite flavors.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Może następnym razem. Może ciągnął teatrzyk dalej, grając swoją nowo-narzuconą rolę chłopaka. Może dawał jej ułudę nadziei. Może właśnie w pełni intencjonalnie. Vivienne uniosła na to brew i zaśmiała się cicho, kręcąc przy tym głową — nie z politowaniem ani nie z rezygnacją. Z czymś... cieplejszym i bardziej przewidywalnym, gdzieś między rozbawieniem a poczuciem, że znała go dłużej, niż w rzeczywistości.
Rozczuleniem.
Kiedy chwilę później udał, że drży w całym swoim dobytku świetnego aktora, jej śmiech był odrobinę głośniejszy, ale jeszcze nie na tyle, by przekroczył granicę dobrych manier. Niestety nawet tyle wystarczyło, żeby ktoś zagrymasił pod nosem i rzucił spojrzeniem spod byka na obrazek iście szczęśliwej pary, gdzie jedno rozbawiło drugie do rozpuku, a to drugie nawet nie próbuje narzucić na siebie filtra i udawać, że nie jest w tej chwili szczęśliwe. Vivienne była obecnie tym drugim. I chociaż dziewczynę udawała, to teraźniejszego ułamka szczęścia wcale nie. Aż tak dobrą aktorką nie była.
Kobieta, która na nich patrzyła, starsza pani przy sąsiednim stoliku, cisnęła ostatnią błyskawicę, która chyba miała ich — ją, Vivienne — przywołać do porządku i wyrazić całe swoje niezadowolenie odnośnie tych ordynarnych, głupich, jeszcze sobą niezmęczonych gołąbeczków, po czym wróciła do wertowania swojego telefonu.
Vivienne wróciła spojrzeniem do oczu swojego chłopaka.
Sesja zdjęciowa. Kolejna randka.
Przechyliła leniwie głowę na bok, udając wolnomyśliciela filozofa i brakowało tylko, żeby pogłaskała się po wyimaginowanej brodzie i zrobiła głębokie, niskie “hmmm”. Zamiast tego, wróciła słomką do ust, ale jeszcze nie upiła kawy, jeszcze nie pociągnęła łyka. Najpierw zakręciła nią w palcach, obracając nią lekko.
— Może. Głupi pomysł? — odpowiedziała, nie odrywając wzroku od jego spojrzenia. Dopiero teraz przełknęła łyk i przysunęła szklankę bliżej, drugą dłonią obejmując ją i napawajac się bijącym od niej chłodem. — Niedługo jest halloween, to może w tym klimacie. Zostaniesz moim wampirem?
Pozostawał jednak problem logistyczny. Adler w żadnym wypadku nie była fotografem. Jeśli robiła zdjęcia, to zupełnie amatorsko własnym telefonem i tylko na potrzeby uchwycenia chwili — kota śpiącego w kłębku na jej udach, wróbla, który usiadł na bocznym lusterku jej samochodu, wschodzącego na różowo słońca, uroczego kształtem deseru, wiewiórki, która jadła jej z ręki orzechy. Po drugiej stronie obiektywu też stawała wyłącznie wtedy, gdy chciał tego ojciec. Rodzinne portrety. Ukończenie szkoły. Jazda konna. Koncert w deszczu.
Halloween z przebranym za wampira mężczyzną, którego spotkała w kolejce po kawę i którego wciągnęła w wir niewinnego kłamstwa żeby zgarnąć eventową promocję brzmiało jak coś, czego ojciec by nie chciał uwiecznić aparatem i jednocześnie coś, co ona zdecydowanie mogłaby mieć w rolce swojej galerii na telefonie.
Upiła kolejne parę łyków kawy, a kiedy on udał wielce tajemniczego, uniosła brew i sama się nachyliła, kopiując jego pozę. Dłonie złączone w palcach, utworzona z nich łódeczka, jej podbródek o nie oparty.
— Zdefiniuj niezbyt przyjemnego gościa — zaczęła spokojnie, bo poczuła się szczerze zaintrygowana. Faktycznie mógł być nieprzyjemnym typem, ale jeśli był, to w sposób zupełnie nieoczywisty. A przez to niebezpieczny. Takich się powinno unikać przede wszystkim, ale kim była, jeśli nie kuratorem, żeby lecieć do takich jak ćma do ognia? Nie powiedziała tego na głos, w każdym razie jeszcze nie, ciekawa, co on miał na myśli.
Spojrzała przelotnie na podstawiony jej telefon i zaczęła wpisywać swój numer.
— Okej — mruknęła w odpowiedzi, zastanawiając się, jak właściwie się podpisać. Vivienne wydało jej się zbyt oficjalne dla kogoś, kto przed chwilą wziął go pod ramię. Vivi używały cztery osoby na świecie, z czego dwie były z nią spokrewnione i już martwe. Prawie — i to było bardzo bliskie spełnieniu — wpisała my baby ❤️ w ramach bardzo nieśmiesznego żartu. Ale powstrzymała się. Wpisała swoje pełne imię i odłożyła telefon z powrotem na blat bliżej niego. Zamierzała kontynuować temat kolejnego spotkania i wtedy zaproponował jej croissanta. Spojrzała na niego, potem na rogalika, z powrotem na niego. Po jej ustach przemknął uśmieszek, a potem pochyliła się ponad stolikiem w jego stronę i otworzyła usta, czekając, aż ją nakarmi. Przecież sięgnięcie rękami i urwanie sobie kawałka byłoby dziwne. Bycie nakarmioną? Też, ale najwyraźniej mniej.
W tej samej chwili kątem oka dostrzegła, że kelnerka rusza w ich stronę z tacą pełną ich zamówienia, ale to wcale nie sprawiło, że się cofnęła. Skąd. Wgapiła się w jego oczy i czekała.

oh hi mark
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
szyszka
ai
28 y/o
For good luck!
187 cm
sprzedaje nieruchomości Ironcrest Development
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Szczerze? Dobrze czuł się w roli udawanego chłopaka - szczególnie że z każdą chwilą blondynka coraz bardziej go urzekała. Jej cichy śmiech spowodował automatyczne podniesienie kącików ust Rosenhalla. Musiał przyznać przed sobą samym, że
Do twarzy jej było z uśmiechem.

Zarażała go zarówno tym Czy to normalne? Odnosił wrażenie, jakby już dawno go tak nie zarażał. I właśnie dlatego chciał, albo raczej miał nadzieję, że ich ścieżki wkrótce spotkają się ponownie. Aczkolwiek zaraz uderzyła go kolejna myśl A może jednak lepiej nie robić sobie nadziei… sęk w tym, że będąc Markiem Rosenhallem uznawał regułę “I like it, i take it” - tak było np. z ostatnim Rolexem jaki sobie kupił, mimo posiadania już kilku zegarków no ale wiadomo, jedne pasowały mu bardziej do ciemnych marynarek, inne do sportowego looku, a ten zakupiony niedawno idealnie pasował do outfitów typu casual.
Absolutnie nie zwrócił uwagi na kobietę siedzącą obok, ponieważ wzrok skoncentrowany miał głównie na swojej dziewczynie. Starał się nie zjeżdżać wzrokiem na jej usta, lecz czasami to było zwyczajnie silniejsze od niego…
Zabawne, bo gdyby nie został wciągnięty w odgrywanie roli, zapewne albo siedziałby sam przy stole, albo wziąłby kawę z ciastkiem na wynos, a tak? Nie dość, że poznał kogoś nowego swoją dziewczynę, to jeszcze spędzał naprawdę miło czas.
- Nie uważam go za głupi. - odparł, kręcąc lekko głową zgodnie z prawdą, biorąc łyka swojej kawy. Nie miał pojęcia, czy to wina towarzystwa, czy faktycznie zrobiono mu naprawdę smaczną, dlatego wziął dodatkowych kilka łyków. Słysząc pytanie, o to, czy zostanie prywatnym wampirem Viv, oblizał usta, nie spodziewając się czegoś takiego. Oczywiście obdarował blondynkę ciepłym uśmiechem i zaczął obracać trzymaną między dłońmi szklankę, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią, choć bardzo dobrze ją znał.
- A będę mógł spróbować Twojej krwi? - spytał, unosząc brew, bo coś za coś, choć rzecz jasna niczego takiego w rzeczywistości nie planował, co najwyżej pochyliłby się nad jej szyją, ale wyłącznie po to, by poudawać wpijanie w nią – a tak naprawdę korzystałby z możliwości i zaciągał zapachem jej perfum… Poza tym miała rację, halloween się zbliżało WIELKIMI krokami, co oznaczało, że należało: 1) myśleć o stroju; 2) kupić paletę cukierków; 3) wybrać lokal, gdzie będzie mógł bawić się do białego rana, choć, istniało spore prawdopodobieństwo, że będzie chodził od klubu do klubu, chyba, że ktoś z jego znajomych postanowi zorganizować domówkę. Gorzej, że jego wyobraźnia zaczęła mu podsuwać stroje dla jego dziewczyny i jakoś tak zaczęło mu się robić cieplej…
- No wiesz… zimny, bezwzględny, myślący wyłącznie o sobie, biorący to, co mu się jego zdaniem należało… - zaczął wymieniać, choć nie każdy epitet faktycznie był przypisany bezpośrednio do niego, bo czy gdyby myślał o sobie, zgodziłby się na wzięcie udziału w tej całej zabawie? Może po części faktycznie wziął w niej udział, by zobaczyć, dokąd go zaprowadzi, a jak na razie bawił się wręcz DOSKONALE.
Gdy zaczęła wpisywać swój numer telefonu, Mark przyglądał się sprawnie sunącym palcom po ekranie jego iPhone’a.
Vivien tak właśnie się wpisała, a on po sekundzie wykonał połączenie, by było wiadomo, że nieodebrane połączenie pochodziło właśnie od NIEGO. Po pierwszym sygnale wcisnął czerwoną słuchawkę, by zakończyć połączenie.
Zamrugał kilkakrotnie, gdy zauważył, czego od niego chciała; szczerze? Zaskoczyła go. Naprawdę go zaskoczyła, lecz zamierzał spełnić jej cichą prośbę. Mógł jeden koniec rogalika wsadzić sobie do buzi i nachlić się do Viv, co przypominałoby nieco scenę z Zakochanego Kundla z tą różnicą, że psiaki jadły spaghetti, a oni tutaj rogalika… Mark sięgnął po leżącego na talerzyku croissonta i zaczął zmniejszać dzielącą ich odległość - konkretniej odległość, jaka dzieliła jego rękę od ust Vivienne. Nie rzucił rozkazem typu zrób a albo otwórz buzię, bo wydawało mu się to zwyczajnie zbędne - zrobiłby to, gdyby stawiała opór, a tak? Po prostu grzecznie czekał, aż będzie mógł umieścić kawałek rogalika na jej podniebieniu.
- Dziękujemy. - rzucił do kelnerki, która podczas zostawiania ciast, patrzyła na nich wzrokiem, jakby im zazdrościła. Cóż, życie było pełne niespodzianek. Jednego dnia pijesz samotnie w klubie, a drugiego karmisz nieznajomą, udającą Twoją dziewczynę. Miał ochotę parsknąć śmiechem, lecz ostatecznie tego nie zrobił. Poza tym, czy miał z tym jakiś problem lub czy zgłaszał jakieś niezadowolenie? Absolutnie nie.
Tak czy inaczej, w którymś momencie, bez pytania sięgnął po kawę Viv, aby następnie wziąć kilka łyków.
- Chyba muszę przyznać, że Twoja kawa jest lepsza od mojej. - odparł, odkładając szklankę. Czy pianka z mleka została mu pod nosem?

i will be your edward, be my bella
25 y/o
For good luck!
158 cm
parole officer in superior court of justice
Awatar użytkownika
it has a taste:
misbehavior.
no saviors here, just fare to be swallowed,
bones to be hollowed;
for rudeness yields exquisite flavors.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To dobrze, że zarażała go uśmiechem. Osiadło to w niej gdzieś głębiej, w sercu, jako osobisty triumf, który rozlał się ciepłem i powodował mimowolną radość. Koło się zamykało, pętla toczyła nowy bieg.
Jemu też do twarzy było z uśmiechem.
Tym bardziej utwierdziła się w przekonaniu, że pasowałby do profesjonalnej sesji zdjęciowej. Okładki magazynów, cały artykuł poświęcony tylko niemu. Wykupiłaby prenumeratę albo subskrypcję bez zawahania, naprawdę.
Jeszcze jeden zwycięski uśmiech zagościł na jej twarzy, lekko cwany i lekko lisi, gdy przyznał, że nie uważa pomysłu z sesją halloweenową za głupi pomysł. It’s a date, then dodała sobie w myślach, chociaż bez żadnych szczegółów, po prostu napawając się lekkością chwili, żartobliwą atmosferą i faktem, że wszystko wisiało w powietrzu i mogło uformować się w p r a w d ę, a mogło rozmyć i ulec dyfuzji, pozostając jedynie słodkim wspomnieniem.
— Oczywiście — przytaknęła odnośnie picia krwi, wcielając się w nową rolę przyszłej — oby nie niedoszłej — ofiary wampirzego ataku. W głowie od razu miała wszystkie te obrazy z Wywiadu z wampirem. Pięknie zdobioną sofę, bogatą i ciężką suknię z ciasnym gorsetem, Lestata pochylonego nad swoją przekąską, powietrze między nimi gęste od napięcia i flirtu, ciężkie oddechy... Resztę sceny oddzieliła grubą kreską, bo ani jej się nie widziało dawać się gryźć aż do krwi, ani tym bardziej zabijać. — Z nadgarstka czy z szyi?
Była jeszcze opcja z udem — te też widywała w filmach — ale na takie propozycje było jeszcze chyba za szybko. Przecież był jej chłopakiem dopiero od kwadransa.
Zimny, bezwzględny, egoista, który bierze to, co mu się należy powtórzyła sobie w myślach za nim, kiwając przy tym nieznacznie głową, odhaczając każdą kolejną cechę. Brzmiało jak typowy opis większości jej podopiecznych i to było nawet zabawne, że schemat zazwyczaj się powtarzał. Głównie jednak było to zwyczajnie przykre. W jakiś chory sposób — intrygujące.
Zostawiła to jednak na chwilę, bo najpierw telefon i wpisywanie swojego numeru, a potem karmienie croissantem. Była ciekawa co zrobi. Czy oderwie kawałek słodkości czy podsunie jej cały i da samej odgryźć. Czy w ogóle ją nakarmi.
I nakarmił.
Przelotnie zerknęła na rogalika, gdy jej go podsuwał, ale jej oczy szybko wróciły do jego oczu. Nie było powiedz “aaa” ani otwórz buzię bo faktycznie było to zbędne. Skoro się sama nachyliła, to sama też rozchyliła wargi i poczekała, aż croissant był na tyle blisko, by móc go bez nadwyrężania szyi i problemu ugryźć. Nie był to wielki kawałek, ale był. Uśmiechnęła się przy tym delikatnie i wróciła na swoje miejsce, opuszkiem palca wycierając z kącika ust okruch ciasta francuskiego. Niestety kelnerce podziękowała jedynie skinieniem głowy, bo buzię miała zajętą wypiekiem, który zaraz połknęła z cichym pomrukiem zadowolenia.
Kompletnie nie zareagowała, kiedy sięgnął po jej kawę, jakby to było zupełnie naturalne, że się dzielą. Trochę jak z tym croissantem. Trochę jak z tym złapaniem pod ramię w kolejce.
— A jaką wziąłeś? — dopytała, bo zupełnie nie pamiętała, tak wtedy zaaferowana była całą sytuacją i nie było szansy, żeby zarejestrowała jego zamówienie. Sama wyciągnęła w jego kierunku dłoń i sięgnęła po jego kawę, upiła łyk i z przeciągłym ”hmmm” udawała, że się zastanawia, delektuje i jest jednocześnie krytykiem kawowym. — No nie wiem. Twoja też dobra. Chcesz się zamienić?
Wtedy to zobaczyła. Tę piankę z mleka pod jego nosem i Vivienne w całej swojej powadze siedziała przez chwilę i patrzyła na nią — na jego górną wargę — i starała się mieć minę profesjonalnego pokerzysty, która nie zdradziłaby nic — ani rozbawienia, ani litości, ani żadnego z tych odruchów, które mogłyby go ostrzec. Czasami była jak niesforny dzieciak z podstawówki i lubiła robić niegroźne psikusy, dlatego rozważała zostawienie go z tymi wąsami, ale w końcu coś w niej drgnęło i pokręciła delikatnie głową, szczerząc się pod nosem.
— Wiesz... — zaczęła, a jej dłoń i tak sięgnęła po serwetkę z pojemnika na stoliku, gdy druga wskazywała palcem po jej własnej buzi. — Masz tutaj piankę. O, tu.
Sama ją wytarła. Kolejny zupełnie normalny odruch dla kogoś, kto faktycznie byłby jego partnerką.
— Wracając do tego czy jesteś nieprzyjemnym gościem... — Sięgnęła do swojego talerzyka z zielonym mchem i nałożyła porcję na widelczyk. Uznała, że skoro on ją nakarmił, to obowiązuje między nimi pewna należność i należność tę zamierzała egzekwować w pełni wzajemności i całkowicie spokojna, kontynuując salwę normalnych odruchów. Podsunęła mu ciasto pod usta i czekała, aż skosztuje. — Meh. Wątpię, żeby zimny, bezwzględny egoista został moim chłopakiem tylko dlatego, że go w to wciągnęłam, a potem udawał całą tę szopkę, bo tak, więc albo jesteś najmilszym niezbyt przyjemnym gościem, jakiego spotkałam albo nie jesteś nim w ogóle. A jesteś? Bierzesz to, co Ci się Twoim zdaniem należy, Mark?

the nicest mr. vampire
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
szyszka
ai
28 y/o
For good luck!
187 cm
sprzedaje nieruchomości Ironcrest Development
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Rosenhall łapał się na tym, że potrafił zbyt długo patrzeć na swoją dziewczynę, lecz z drugiej strony… Czy tak właśnie nie zachowywały się zakochane pary? pomyślał uważając, że dzięki temu zyskiwał na autentyczności. Inną kwestię stanowił fakt, iż jego chęć poznania nieznajomej rosła jak temperatura w ciągu dnia podczas lata. Wiele pytań przemykało przez głowę Marka, bo zaczęła go I N T R Y G O W A Ć. Jasne, ładne panie były jego słabością, lecz Vivienne… czuł się przy niej, jakby był nastolatkiem, chcącym się popisywać, by zdobyć uwagę oraz atencję. Może właśnie dlatego niby przypadkiem trącał jej rękę, a nogą równie przypadkiem, dotknął jej nogi. Uważał, że gdyby miała coś przeciwko, to albo by wstała i uciekła, albo zachowała dystans - jak na razie nie zauważył żadnych gestów świadczących o niezadowoleniu lub podirytowaniu.
Uniesienie brwi spowodowane zaskoczeniem, gdy otrzymał zielone światło na spróbowanie krwi Viv, trwało sekundę, może dwie, maksymalnie pięć. Po tym czasie można było dostrzec na twarzy Marka lekki uśmiech, a wewnątrz czuł… satysfakcję.
Miał wrażenie, jakby właśnie grał w nową grę lub oglądał jakiś serial, kompletnie nie znając fabuły. Ciekawiło go, dokąd główni bohaterowie zostaną zaprowadzeni i jak wiele ze sobą przeżyją. Z czym będą się musieli mierzyć i przez jak wiele kałuż przeskoczyć.
Usłyszawszy pytanie, doskonale znał odpowiedź. Nachylił się nad stołem i z błyskiem w oku odpowiedział:
- Z szyi. - dla lepszego efektu, przeniósł wzrok z oczu Vivian na jej szyję i teatralnie oblizał usta. Jego wyobraźnia zaczęła działać, a on wolał te wszystkie pojawiające się przed oczami obrazy zostawić wyłącznie dla siebie, ponieważ były…
zbyt osobiste, powodując podniesienie temperatury ciała, dlatego nerwowo przeczesał dłonią włosy. Ciekawiło go, z której części sama Vivienne chciałaby zostać pokąsana. Po chwili znowu go zaskoczyła, dając do zrozumienia Markowi, czego oczekiwała. On oczywiście nie zamierzał udawać, że niczego nie widzi.
Z OGROMNĄ przyjemnością nakarmił Viv kawałkiem rogalika - dłoń mu ani przez moment nie zadrżała, więc było - zdaniem Marka - całkiem dobrze. Obserwował, jak palcem zbierała okruszki z kącika ust i żałował, że sam tego nie zrobił.
- Americano. - poinformował, lecz słysząc, iż jego kawa przypadła dziewczynie do gustu, uniósł kąciki do góry ust.
- Wiesz… jeśli faktycznie jest dla Ciebie okej, możemy faktycznie dokonać wymiany. - powiedział, doskonale wiedząc, że nie każdy lubił kawę bez mleka. Niektórzy NIE wyobrażali sobie pić wyłącznie czarną kawę przez gorzki posmak. On to w sumie wziął, by się bardziej pobudzić. Potrzebował kofeiny… Choć czy aktualnie Vivienne nie była wystarczającą kofeiną?
- Serio? Och… - rzucił, czując zażenowanie, i kiedy powoli wyciągał dłoń po serwetkę, blondynka już zdążyła to zrobić. Aż zamrugał kilkakrotnie, jakby chciał mieć pewność, że ona zrobiła to NAPRAWDĘ. Bo przecież
wcale NIE musiała.
Czuł, jakby miał wobec niej dług wdzięczności, ponieważ najprawdopodobniej wyszedłby z takim mini wąsem - w pracy zapewne kilka osób parsknęłoby śmiechem, a on nie miałby pojęcia, o co im chodziło.
- Uratowałaś moją godność. Dzięki. - odparł, kładąc swoją dłoń na dłoni Viv, jakby chciał przez ten gest wyrazić swoją wdzięczność,a poza tym, jego wyraz twarzy również podkreślał podziękowanie. Zaraz jednak jego myśli zakotwiczyły się na kolejnych słowach blondynki siedzącej naprzeciwko.
- Myślę Vivienne, że dowiesz się w swoim czasie. Wszystkiego się dowiesz. - odpowiedział, nie chcąc wykładać od razu wszystkich kart. Posłał swojej towarzyszce tajemniczy uśmiech i sięgnął po stojącą bliżej kawę, aby wziąć kilka łyków. Czy w międzyczasie zabrał rękę z dłoni Vivienne? Otóż…
nie.
Miała ciepłą dłoń; poza tym był jej chłopakiem, więc mógł, prawda?

i wanna bite your neck
25 y/o
For good luck!
158 cm
parole officer in superior court of justice
Awatar użytkownika
it has a taste:
misbehavior.
no saviors here, just fare to be swallowed,
bones to be hollowed;
for rudeness yields exquisite flavors.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Z szyi.
— Tak od razu? — Uśmiech wciąż błąkał się po jej ustach, ale zaraz Vivienne uderzyła językiem o podniebienie z pseudo-karcącym tsk, tsk, tsk i pokręciła głową. — Ale wampiry chyba mają to do siebie, że są bezwstydne, więc…
Nie dokończyła, choć otwartość jej postawy — kolejny szeroki uśmiech, kontakt wzrokowy, nie odsuwanie się — dość jasno sugerowały, jakie miała zdanie na temat tego ugryzienia w szyję. I tego, od czego sama mogłaby zacząć. Nadgarstek też kusił, ale szyja zyskiwała punkty na wszystkich obszarach. Bliskości, intymności, sensualności. Tych iskierek.
Przypadkowe dotyki Marka nie uchodziły jej uwadze. Ciężko, żeby uchodziły, skoro były wycelowane w nią, ale z drugiej strony — stres, adrenalina, nowa znajomość potrafiły mącić w głowie i ogłuszać zmysły.
Teraz nie ogłuszały. Nie na tyle, żeby Vivienne nie czuła i żeby n i e o d p o w i a d a ł a na jego zaczepki. Trącił jej rękę? Za chwilę sunęła opuszkiem palca gdzieś po skórze jego dłoni. Przesunął nogą po jej nodze? Kilkadziesiąt sekund później sam mógł poczuć, jak bok jej szpilki zaczepia fragment jego łydki. Vivienne nie była bierna w tym teatrze czułości; nie była zawstydzonym łabądkiem, którego trzeba było prowadzić za rączkę czy patrzeć, jak zamyka się w sobie i jedynie akceptuje dotyk.
Zresztą, przecież to ona go wzięła pod ramię i zrobiła sobie z niego swojego chłopaka. To ona wystawiła się do nakarmienia rogalikiem, to ona wytarła mu wąsy z pianki, jakby to było nic, jakby znali się dłużej, niż niecałe dwa kwadransy.
Ostatnie, co można było o Vivienne powiedzieć to to, że była wstydliwa i bierna.
— Lubię americano — skomentowała jedynie, już oficjalnie zgarniając jego kawę dla siebie. Smak maślanego ciasta francuskiego wciąż delikatnie błądził na jej podniebieniu, a ciepło kawy, którą się właśnie bezceremonialnie wymienili, dopełniało obrazu tej zaskakująco naturalnej bliskości. Wszystko działo się szybko, jakby przeskoczyli kilka rozdziałów znajomości i od razu wylądowali w bezpiecznej strefie, gdzie wycieranie pianki z mleka z cudzych ust nie wymagało pytania się o zgodę, pozwolenia, adnotacji, wahania się. Po prostu się to robiło, zanim się w zasadzie przemyślało własny ruch. Dlatego uśmiechnęła się na jego podziękowania i wzruszyła ramionami. — Drobiazg, serio.
Wszystkiego się dowiesz.
Tym razem to ona zamrugała. Spojrzała na ten jego tajemniczy uśmiech i musiała mu to oddać — robił robotę. Aż zaczęła wertować w głowie techniki profilowania, a potem skarciła samą siebie, bo przecież nie była w pracy. Odchrząknęła, poprawiła się na krześle.
Też nie zabrała dłoni.
— To obietnica czy raczej przestroga? Mam się bać? Zrób aaa. — zagaiła, przechylając głowę na bok, w stronę ramienia, wciąż trzymając w dłoni widelczyk z oferowanym ciastem. Chwilę tak trwała, czekając, patrząc na niego i świdrując go wzrokiem, a kiedy otworzył buzię — wsunęła mu zielony mech i dała zjeść. Zabrała pusty widelczyk i dopiero wtedy sięgnęła po kawę, dalej tę w o l n ą ręką. Upiła jej łyk. I jeszcze jeden. I jeszcze jeden.
Odwróciła wzrok tylko dlatego, że jej własny telefon zamrugał na blacie.
Zerknęła na wyświetlony numer bez nazwiska i dopiero po paru uderzeniach serca przypomniała sobie, że to powiadomienie o nieodebranym połączeniu od Marka sprzed chwili. W sekundę odblokowała telefon, zostawiając go na blacie i palcem wystukała odpowiednie przyciski, żeby zapisać kontakt. Podpisała go “Coffee bae 🩷”, bo w opozycji było pytanie się go, czy jest Markiem przez C czy przez K, a miała ważniejsze rzeczy do gadania.
— Swoją drogą — Tu uniosła tę dłoń, którą on dotykał. Nie przerwała kontaktu całkowicie, o nie. Najpierw wyglądali, jakby zbili sobie piątki albo modlili się jednoręcznie w jakiejś wspólnej kooperatywie ręka do ręki, bo jej dłoń tkwiła przyklejona do jego. Pomijając różnicę rozmiarów, to inna rzecz ją zaintrygowała. — Grasz na fortepianie?
Miał takie smukłe palce, że musiała zapytać, tym bardziej jako koleżanka po fortepianowym fachu. Zanim odpowiedział, złączyła ich dłonie, wsuwając palce między jego palce.
I pociągnęła. Nie szarpnęła, nie aż tak gwałtownie i tak mocno, ale wystarczająco, żeby jego nadgarstek znalazł się bliżej jej twarzy. Nie ugryzła go co prawda, niemniej intencje były oczywiste.
— Może też zostanę wampirem?

i'll be your breakfast, but you'll be my dessert
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
szyszka
ai
28 y/o
For good luck!
187 cm
sprzedaje nieruchomości Ironcrest Development
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Mark stuknął palcami o blat stołu cztery razy - nie, nie miało to żadnego konkretnego znaczenia.
- A czy coś stoi na przeszkodzie? - spytał, unosząc brew, i pierwszą przeszkodą, o jakiej pomyślał, było posiadanie kogoś, tzn. że siedząca naprzeciwko blondynka kogoś miała Choć czy wtedy kontynuowałaby udawanie pary? Może niepotrzebnie tworzył problem, gdzie w rzeczywistości go NIE było? Spojrzał automatycznie na serdeczne palce dziewczyny, lecz nie zauważył ani obrączki, ani pierścionka sugerującego bycie narzeczoną. Uniósł lekko kąciki ust, czując , jakby z powodu tego jednego faktu albo raczej braku dowodu na poważną relację, należało celebrować - co też robił, tylko nie głośno. Zdawał sobie, rzecz jasna, sprawę, że niektórzy potrafili zdejmować pierścionki, podpierając te czyny różnymi wymówkami. Jego samego bawiło, kiedy klientki chcące podpisać umowę, przychodziły do jego biura i choć wydawało im się, że zdejmują niepostrzeżenie pierścionek z palca, wzrok Marka zdążył to zarejestrować. Tak jak rejestrował spojrzenia towarzyszek przyprowadzonych na kort golfowy przez kolegów - z którymi grywał w golfa - lub kobiet w klubie, patrzących na niego niczym wygłodniałe drapieżniki. Krążyły nad jego głową jak sępy, co go czasami nawet bawiło, a czasami nie omieszkał wykorzystać sytuacji i zaprosić jakąś na parkiet.
Teraz jednak bardzo chętnie poszedłby z Vivian na parkiet.

Ciekawiło go, jak potrafiła ruszać się do muzyki. Aczkolwiek sztukę, jaką przedstawiali przy stole, należało uznać za… całkiem ciekawą, a dla Marka nawet zaskakującą, dlaczego?

Absolutnie nie spodziewał się otrzymywać odpowiedzi na zaczepki; szczególnie rozkojarzyła go szpilka sunąca po jego łydce. Patrząc prosto w oczy Vivienne, posłał jej uśmiech świadczący, iż podobało mu się to i nie chciał, by zbyt szybko przestawała. Specjalnie nawet podsunął się bliżej stołu. Imponowała mu coraz bardziej swoją pewnością siebie i nie tylko tym.
- O, proszę. Czyli następnym razem mogę zamówić americano dwa razy. - powiedział, a gdyby kazała mu strzelać, to by chybił, bo no niewiele kobiet - z tego, co kojarzył - lubiło czarną, gorzką kawę. Oczywiście nie protestował, kiedy przysunęła bliżej siebie jego choć od tamtej chwili jej kubek z pobudzającą niczym zimny prysznic z rana kawą - znaczy, Mark czuł, że choć wziął niewiele łyków, to na pewno było lepiej niż zanim wszedł do lokalu.
Nie przekomarzał się dalej na temat czynności określonej jako drobiazg, bo zwyczajnie nie widział sensu - uważał natomiast, że przy najbliższej okazji on także pozbędzie się czegokolwiek zdobiącego kąciki lub po prostu usta Vivienne.
Poczuł wewnętrzną satysfakcję, kiedy minuty mijały, a blondynka NIE zabierała dłoni.
- Powiedziałbym, że obietnica..aaa… - otworzył buzię, pozwalając, by go nakarmiła. Skoro wcześniej on nakarmił ją, to czemu miałby opuścić szlaban, by nic nie weszło do jego buzi od kogoś, kogo dopiero poznawał? Raczej mu tam NICZEGO nie dosypała przecież…
Z jego ust wydostało się ciut głośniejsze mmm, świadczące o zadowoleniu oraz satysfakcji ze smaku ciasta. Po przełknięciu ponownie otworzył buzię, licząc, że otrzyma jeszcze jeden kawałek.
Kiedy Viv miała przerwę na kawę, tzw. coffee break, on także wolną ręką sięgnął po szklankę, aby następnie wziąć kilka łyków. Obserwował poczynania blondynki, tj. jak przesuwała palcami po ekranie telefonu komórkowego - nie pytał, co robi, ponieważ uzupełniał braki paliwowe lub raczej kawowe, jednocześnie w międzyczasie zaczął gładzić jej dłoń delikatnie kciukiem.
Pokręcił głową, słysząc pytanie o fortepian.
- Na fortepianie nie umiem, ale na gitarze już tak. A Ty? - spytał, mając, rzecz jasna na myśli, czy w rubryce z umiejętnościami, można było znaleźć jakiś instrument. Podziwiał ich złączone dłonie tak, jakby były obrazem namalowanym przez wybitnego artystę. Był w pewnym sensie Z A F A S C Y N O W A N Y. Uważał także, że dłoń Vivienne wręcz IDEALNIE pasowała do JEGO dłoni. Przypomniała mu się też scena z Tarzana, w której Jane miała przyłożoną rękę do ręki mężczyzny wychowanego przez małpy. Lubił tę bajkę.
Czując pociągnięcie wykonane przez Vivienne, spojrzał na nią pytająco, nie mając pojęcia, co planowała. Dopiero po usłyszeniu słów, oblizał usta i uśmiechnął się w łobuzerski sposób.
- Śmiało. Kto wie, może Ci jeszcze posmakuję, tylko co będzie, jeśli się uzależnisz? - zadał pytanie, zabawnie poruszając brwiami, nie mając nic przeciwko, gdyby chciała go ugryźć.
Sprzedał się. albo może raczej…
Kupiła go…
swoimi czynami, swoim spojrzeniem, swoim głosem…
Dlatego po cichu zaczął chcieć ugryzienia. Sam zaczął wyciągać dłoń, by dotknąć policzka Viv, lecz przerwał, ponieważ zobaczył coś, co spowodowało szerokie otwarcie buzi oraz oczu.
- O cholera…. - zaczął i bez chwili namysłu, nie przerywając złączonych ze sobą dłoni, wstał i zaczął iść w kierunku wyjścia - w międzyczasie Viv pewnie widziała, co było powodem takiej reakcji u Rosenhalla.
- Myślisz, że uciekł Świętemu Mikołajowi, bo miał dość rozwożenia prezentów w jeden dzień? - Spytał poważnie, choć w rzeczywistości żartował. Przetarł oczy wolną ręką - najpierw lewe, potem prawe - a renifer dalej stał.
- Ten dzień jest coraz lepszy… - rzucił, będąc ciekaw, co go jeszcze tego dnia spotka.
Oby coś fajnego.

drink from my cup cause mine is yours now
ODPOWIEDZ

Wróć do „Balzac's Coffee Roastery”