Wywrócił tymi ciemnymi ślepiami, kiedy powiedziała to
tylko nie kozacz za bardzo, a zaraz nawet szczypnął zębami ją gdzieś w ramię.
-
Przecież nigdy nie kozaczę, zawsze jestem potulny jak baranek - ta... Jak wściekły doberman w owczej skórze chyba. Ale prawda jest taka, że gdyby Noriega na co dzień, w półświatkowych kręgach, był taki, jaki był przy swojej żonie, to by go zjedli. To już dawno byłby martwy, a tak, z tym swoim narwaństwem,
długim, niewyparzonym jęzorem i znikomym pojęciem o strachu jakoś jeszcze się trzymał.
W świecie pełnym wilków, był jednym z nich. Szkoda tylko, że gdzieś tam w środku wcale taki nie był.
-
Ale jak mnie zajebią, to mnie wyciągniesz z grobu, żeby mnie dopaść - zaczepił ją, przytulając szorstki policzek do jej dekoltu. Mogli sobie z tego żartować... ale nigdy wcześniej Madox nie tańczył na takiej krawędzi, nie wisiał jedną nogą nad przepaścią, uciekając Śmierci raz za razem. Ale ile można... Ile ona jeszcze da mu szans? Ile razy jakiś duch jego walniętej babki odgoni od niego kostuchę?
Nie wiadomo.
Dlatego za każdym pierdolonym razem całował ją tak jakby jutra miało nie być. Bo w ich przypadku było ono wyjątkowo niepewne. Każdy pocałunek mógł być tym ostatnim. Każde spojrzenie w oczy. Każda kłótnia i...
-
Kocham cię - mruknął między pocałunkami, układając te dwa słowa na jej pełnych, gorących ustach.
Nigdy nie mogli być pewni, że jeszcze raz to usłyszą, że jeszcze będzie okazja, żeby to sobie powiedzieli. Nie póki nie wykończą Luny.
I chociaż teraz, kiedy ich przyspieszone oddechy mieszały się w jeden, kiedy języki walczyły o dominację w ognistym tańcu, a palce podążały po ciele znajomymi, utartymi szlakami. Chociaż to wszystko sprawiało, że cały świat przestawał istnieć, na jedną krótką chwilę...
Na moment, w którym oddawali się sobie bez reszty.
-
Codziennie mogłabyś się tak odjebywać. Sukienki i brak majtek... Tylko nie wiem co by powiedzieli na komisariacie - zaczepił ją, a czarne spojrzenie utkwił w jej pięknych, dużych oczach. Zjechał nim na jej usta, które wygięły się w zaczepnym uśmiechu. Z których zaraz kradł kolejne pocałunki, kiedy już szarpnął ją do góry, jakby nic nie ważyła i sadzał na stole. Zdecydowanie zamierzał z tego zrobić pożytek. I to prawda Madox nie był Galenem Wyattem, nie był delikatny i czuły. Był kurwa dziki i nieokiełznany. Był jak ten jaguar, dziki kot, który potrafił ryczeć i mruczeć. I takie właśnie ciche pomruki układał na jej miękkiej, gładkiej skórze, kiedy wylądował przed nią na podłodze, na kolanach. Z jedną ręką zapartą na stole, a drugą na jej udzie, po którym sunął językiem, na którym skórę szczypał zębami. Wcale nie delikatnie, a tak, żeby te znajome, elektryzujące prądy wędrowały od jej ud, tam, gdzie i jego
wycieczka miała się zakończyć. Zadarł głowę do góry, żeby na nią spojrzeć, krótkimi paznokciami rysując na jej skórze czerwone pręgi.
-
No i co? - jemu wcale nie przeszkadzała Paris w pokoju obok. Bo kiedy miał ją blisko, kiedy na języku czuł jak uda drżały jej pod jego dotykiem, kiedy przytulał do niej szorstki policzek, cały świat przestawał istnieć.
Mógł się pierdolić i płonąć.
Teraz liczyła się tylko ona.
-
Ty musisz... - te słowa ułożył między jej nogami, wraz z ciepłym, przyspieszonym oddechem. Oblizał wargi, a potem jego język wylądował tam,
gdzie najbardziej go teraz chciała, gdzie go potrzebowała, poczuł to kiedy szarpnęła go do siebie za te ciasno splecione warkoczyki.
Bliżej. Przesunął językiem po całej długości, zbierając na nim jej smak, sprawiając, że pod nim zadrżała.
I kiedy jego palce zacisnęły się mocniej na jej udzie, żeby odpowiednio ją do siebie przyciągnąć, kiedy usta zawisły
nieznośne milimetry od jej rozgrzanej, pulsującej kobiecości, zrzuciła ze stołu butelkę...
Szkło posypało się po podłodze z hukiem, w drobny mak, rum od razu wsiąknął między szczeliny w deskach, a w pokoju, w którym spała Paris mogli usłyszeć jakiś ruchu.
Za pięknie by było, gdyby ktoś im nie przerwał...
Pilar mogła jeszcze poczuć na sobie jego ciężkie, zrezygnowane westchnienie, złapać ciemne spojrzenie kiedy wywrócił oczami, a zaraz w progu stanęła blondynka.
-
Jezu co się... - zaczęła, ale zmieszała się widząc Noriegę na kolanach przed jego żoną. Madox za to zaraz dźwignął się z klęczka i szarpnął Pilar za nogę pod kolanem, ścigając ją ze stołu.
-
Nic, butelka nam spadła - mruknął, oblizując wargi, przesuwając po nich palcami, z ciemnym spojrzeniem zawieszonym na oczach swojej żony.
-
Przepraszam... Myślałam, że to on - westchnęła smutno Paris -
cały czas wydzwania i nie wiem... On przecież na pewno mnie znajdzie, a wtedy... - kolejny atak paniki, na który Madox aż odchylił do tyłu głowę. Złapał ciężko powietrze w płuca i kiedy Pilar podeszła do Paris, żeby ją uspokoić, to on poszedł do kuchni po zmiotkę. Zebrał w podłogi szkła.
To zdecydowanie nie był ich dzień.
Może kurwa najwyższa pora, żeby się skończył?
Zwłaszcza, że Paris znowu zanosiła się płaczem, znowu potrzebowała pocieszenia i uspokojenia. Szkoda tylko, że nikt nie brał pod uwagę tego, co potrzebował Madox.
-
Idę spać - rzucił gdzieś między tym jak poszedł odłożyć zmiotkę pod zlew, a Pilar zniknęła z Paris w pokoju gościnnym.
A potem rzeczywiście, kiedy tylko poszedł do ich sypialni, kiedy wziął szybki prysznic spłukując z siebie cały brud tego cholernie ciężkiego dnia, a potem wszedł do łóżka, w którym jeszcze nie było jego żony, to padł jak mucha. Od razu przytulił się do poduszki, odpływając do krainy snów, żeby złapać te kilka godzin, zanim... od nowa się zacznie.
Te quiero, buenas noches ‧₊˚
⋅♡
༘⋆