ODPOWIEDZ
40 y/o
For good luck!
189 cm
muzyk który gra wszędzie, gdzie go zechcą
Awatar użytkownika
We'll sneak out, while they sleep
And sail off in the night
We'll come clean and start over the rest of our lives
When we're gone, we'll stay gone
Out of sight, out of mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To miała być jedna noc. Niezobowiązująca ucieczka od świata, który miał dogonić ich dopiero następnego dnia. Mieli pozostać nieznajomymi, którzy zostali połączeni przez los, by nauczyć się od siebie czegoś, a później rozmyć się w niebycie, jakby nigdy nie istnieli. Bez ckliwych pożegnań, żadnego poczucia straty i niespełnienia. Czysta beztroska i słodka wolność, do której czasem powrócą myślami, ale tylko na krótki moment. Okazało się jednak, że takie historie nigdy nie mają miejsca, a rzeczywistość szybko weryfikuje głęboko skryte pragnienia. Wciąż myślał o tym, co zdarzyło się w parku rozrywki – śmiech Solene, jej dłoń w jego dłoni, alkohol buzujący w żyłach, a później jej gwałtowna ucieczka, gdy spotkała kogoś, kto nosił znajomą twarz. To, jak szybko zaczęła wątpić w słuszność ich wyprawy, ten strach wymalowany w oczach, jakby została nakryta na popełnianej zbrodni… nie potrafił tego wytłumaczyć. Pojąć sensu nagłego upadku, gdy przecież wydawała się szybować tak wysoko.

Nie powinno mnie w ogóle tu być.

Gdyby ich rozstanie było łagodne, pogodziłby się z faktem, że nie spotkają się już więcej. Niektórzy ludzie przychodzili i mijali, a on płynął z tą falą. Nauczył się akceptować przemijanie. Odeszła jednak szybko, bez słowa wyjaśnienia, pozostawiając go przed parkiem rozrywki z kompletnym mętlikiem w głowie. Stał tam na bruku, jeszcze przez dłuższą chwilę, ściskając w ręku maskotkę szopa ochrzczoną jego imieniem. Sceny z filmu romantycznego zmieniły się w podły melodramat. Powinien zrobić coś, cokolwiek, by zmienić zakończenie i udowodnić sobie i jej, że mieli wybór. Poddać się emocjom, tak jak robił to już wiele razy, zatrzymać Solene i poczekać aż blady świt zmyje z nich resztki wątpliwości. Pozostał jednak bierny. Bał się – czego? Tego co nastąpi, a może tego, czego nie potrafił zrobić? Czy konsekwencja impulsywności bolałaby bardziej niż nie zrobienie niczego? Nie dowie się tego. Wiedział jednak, że powrót do domu był gorzki, a on czuł, jak gdyby przegrał w karty ze światem, choć przecież miał asa ukrytego w rękawie.

Do klubu przychodził wielokrotnie. Grał koncerty, nie biorąc za nie ani grosza, a wizja kradnięcia barowego alkoholu nie wydawała się szczególnie pociągająca. Chodziło po prostu o to, by tam być i czekać na przełamanie impasu. Doskonale wiedział kogo szukał w tłumie za każdym razem, gdy wychodził na scenę. Liczył, że Solene znów pojawi się, kradnąc całą przestrzeń; usiądzie przy barze, zamówi whisky i pośle mu spojrzenie, które świadczyłoby o tym, że chce uciec po raz kolejny. Wiedział, że to niepoprawne. Nadzieja słabła z każdym wieczorem, gdy nie udało mu się odnaleźć jej twarzy. Muzyka jak zwykle stanowiła pewien rodzaj uzewnętrznienia się. Utwory, które grywał, odbiegały od jego stałego repertuaru – tym razem jego celem nie było zabawianie ludzi. Nie rzucał anegdotami ze swojego życia, chcąc połączyć się z nieznajomymi, którym przyszło go słuchać. Zamykał się na scenie, z gitarą w dłoni i maskotką szopa smutnie leżącą obok stojaka z mikrofonem.
Każdego wieczoru to samo – złudne pragnienie, by Solene przyszła i rozpoznała jego głos. Usłyszała tekst, który mógłby w niej wybrzmieć, który zrozumiałaby tylko ona, jakby znów śpiewał do niej. Zamknęła niedomknięte, wypowiedziała niewypowiedziane i tym razem nie zostawiała go na bruku, czmychając w popłochu przed czymś, czego nie potrafił zrozumieć. Mógłby jej powiedzieć, że Before Sunrise nie było jedynym filmem, który opowiadał o ludziach zagubionych w Wiedniu. Spotkali się znów, dziewięć lat później, w Paryżu. Zupełnie inni, a jednak gdzieś głęboko wciąż pragnący przeżyć tę samą podróż. Dostali drugą szansę od losu.
Wszedł na scenie po krótkiej przerwie na złapanie oddechu i zebranie sił. Ostatnia piosenka, obiecał sobie. Jeden utwór, jeśli się nie zjawi, po prostu odpuści, pozwalając jej żyć swoim życiem. Nie wiedział dlaczego tak bardzo zależało mu, by ich drogi znów się połączyły. Pozostawiła w nim jakiś ślad, palącą ciekawość, by odkryć, kim tak naprawdę była. Nie wiedział jednak, czy chciał zrobić to dla niej – jeszcze raz uwolnić od ciężaru obowiązków – czy dla siebie.
Gitara brzmiała łagodnie, niemal melancholijnie. Wygrywał wstęp do piosenki długo, jakby zbierał w sobie siły, by zacząć śpiewać. Grał na czas, umyślnie przeciągając chwile, które spędzi w barze. W końcu jednak musiał zacząć występ, bo tłum wpatrywał się w niego niecierpliwie.

Drink up, baby, stay up all night
The things you could do, you won't but you might
The potential you'll be, that you'll never see
The promises you'll only make.


Początkowo nawet nie próbował jej odnaleźć, jakby z góry zakładał rozczarowanie. Po prostu płynął z muzyką, pozwalając sobie na zapomnienie o świecie. Zdążył się przyzwyczaić do odnoszenia porażek. Każda kolejna była prostsza. Nauczył się podnosić po upadkach, do których sam prowadził, często boleśnie świadomie, jak krnąbrne dziecko.

Drink up with me now and forget all about the pressure of days
Do what I say and I'll make you okay and drive them away
The images stuck in your head.


Drugi wers oznaczał, że klepsydra zaczęła przesypywać się niebezpiecznie szybko. Czas mijał, a jego spojrzenie zaczęło błądzić po sali. Zgubił po drodze kilka chwytów, gdy jego palce nieostrożnie prześlizgnęły się po gryfie. Nic, co mogłoby wyłapać niewprawione ucho. Wszystkie twarze były tak samo nieznajome i rozmazane. Gdyby tam była, z pewnością by jej nie przegapił, w końcu miała tę rzadką zdolność do zagarniania dla siebie przestrzeni.

People you've been before that you don't want around anymore
That push and shove and won't bend to your will
I'll keep them still.


Wydawało mu się, że dostrzegł ją w tłumie. Pojawiła się i zniknęła – może to tylko sztuczka jego umysłu? Zwykły miraż, nakładane na rzeczywistość pragnienie? Nie… była tam. Przez moment chciał przerwać występ, odrzucić gitarę w kąt, odrzucić cały profesjonalizm, po prostu ulegając słabości. Grał jednak dalej, obserwując ją z pełnym skupieniem. Wydawało się, że znów śpiewał tylko dla niej, a tekst piosenki po raz kolejny dobrany był tak, by odnalazła w nim część siebie. To tak, jakby Jasper w jakiś sposób ją rozumiał, a przynajmniej intuicyjnie zdawał sobie sprawę, z czym się mierzyła.
Ich spojrzenia w końcu się spotkały. Sekundy napięcia, niemal fizycznie odczuwalnego. Przeszedł go dreszcz. Chciał żeby znów pociągnęła z nim tę grę, której nie potrafili w pełni pojąć.
Wtedy jednak się odwróciła, zmierzając w stronę wyjścia, jakby to było zbyt wiele. Jakby jednak faktycznie stał się błędną decyzją – on i całe ich poprzednie spotkanie.
Palce zatrzymały się w połowie akordu. Gitara zafałszowała, śpiew się urwał. Pieprzyć to. Zerwał się z miejsca, schodząc z sceny. Tłum zaczął szeptać, skonfundowany całą sytuacją, ale nie dbał o to. Ktoś próbował go zatrzymać, ale on miał jasny cel, parł więc na przód, przeciskając się przed ciała. Stracił ją z pola widzenia, ale była tylko jedna droga, którą mogła obrać. Tylne wyjście i ta felerna alejka, w której snuli plany na ucieczkę, popijając skradzione z baru whisky.
— Poczekaj! — zawołał za nią, wypadając na zewnątrz. Chłodne powietrze uderzyło go w twarz. Co ty robisz, Porter. Co próbujesz osiągnąć? — Solene. — Tym razem zabrzmiał łagodniej, niemal błagalnie. Dostrzegł jej sylwetkę majaczącą w słabym świetle lampy. Powinna odejść, a on powinien jej na to pozwolić, ale czy to, co powinni było równoznaczne z tym, czego chcieli? Z jakiegoś powodu oboje znów znaleźli się w tym samym punkcie.
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
32 y/o
For good luck!
178 cm
adwokat | Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
I've got to get a move on with my life, it's time to be a big girl now and big girls don't cry
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

02.
outfit

To miała być tylko jedna noc.
Jedna, niczym niezobowiązująca ucieczka od życia, które przez większość czasu było dla niej jak gotowy scenariusz, napisany przez kogoś innego i przekazany jej do odegrania bez możliwości naniesienia własnych poprawek. Do świata, który miał zaczekać na nią do rana, do momentu, w którym znów będzie musiała włożyć odpowiednie ubranie, poprawić włosy, odebrać telefon, wrócić do kancelarii, odpowiadać na liczne pytania i udawać, że wszystko znajduje się dokładnie tam, gdzie powinno. Tamtej nocy nic nie musiało mieć znaczenia. Jasper miał pozostać nieznajomym, przypadkowym człowiekiem, który pojawił się na kilka godzin i zabrał ją do miejsca, które pozostawało dla niej celem wręcz nieosiągalnym. Kimś, kogo poznała zupełnie przypadkiem i równie przypadkowo miała stracić z oczu. Bez obietnic, bez pytań o przyszłość i bez konieczności tłumaczenia się z własnych decyzji.
To właśnie było w tym wszystkim najpiękniejsze. Nie musiała być dla niego idealna. Jazz nie znał jej rodziny, jej matki, jej narzeczonego ani historii, która doprowadziła ją do tego miejsca. Nie wiedział, ile razy w życiu słyszała, że powinna zachować się inaczej, wybrać inaczej, wyglądać inaczej. Nie wiedział, ile wysiłku kosztowało ją bycie kobietą, którą wszyscy wokół uznawali za godną podziwu. Może właśnie dlatego pozwoliła sobie zapomnieć, że następnego dnia to wszystko wróci. Jeszcze niedawno śmiała się bez zastanowienia, biegła przez park rozrywki w zdecydowanie zbyt wysokich szpilkach, próbowała wygrać ogromną pandę i pozwalała Jasperowi prowadzić się tam, gdzie akurat chciał. Pamiętała ciepło jego dłoni, kiedy przytrzymał ją, gdy straciła równowagę. Pamiętała światła odbijające się w jego oczach, głośną muzykę i własny śmiech, który brzmiał zupełnie inaczej niż ten, którym posługiwała się na eleganckich przyjęciach. Była wtedy naprawdę szczęśliwa.
Ale to wszystko musiało się skończyć, tyle, że nawet ona nie przypuszczała, że zostanie tak brutalnie sprowadzona na ziemię. Dopiero czuła się lekka, wolna i niemal beztroska, a chwilę później miała wrażenie, jakby ktoś brutalnie wyrwał ją z tego pięknego snu. Wróciła do swojej roli - tylko, że tym razem coś było inaczej, bo wiedziała już, jak smakuje wolność. Wiedziała, jak to jest śmiać się bez powodu, biec przed siebie bez planu, wygrać albo przegrać i nie czuć potrzeby udowadniania sobie czegokolwiek. Wiedziała, jak to jest spędzić kilka godzin z człowiekiem, który niczego od niej nie oczekiwał. I właśnie dlatego powrót do rzeczywistości bolał bardziej. Miała przecież od początku pełną świadomość tego, że ta noc musiała się kiedyś skończyć. Mieli pozostać dla siebie przypadkowymi ludźmi, którzy przez kilka godzin znaleźli się w odpowiednim miejscu i czasie. Powinni byli rozmyć się w swoich własnych życiach, zostawiając po sobie jedynie wspomnienie trochę szalonej nocy. Bez tęsknoty, niedopowiedzeń i pytań o to, co mogłoby wydarzyć się później. A jednak, kiedy wracała myślami do parku rozrywki, do jego śmiechu i własnego, którego dawno nie słyszała w takiej formie, coraz trudniej było jej uwierzyć, że naprawdę mogła po prostu zapomnieć.
Nie chciała zapomnieć. Wracała myślami do tej beztroski każdego kolejnego dnia, który spędzała w kancelarii lub w sądzie, ale najczęściej wtedy, gdy musiała znosić humory matki albo zaborczą naturę narzeczonego. Myślała o tym, co robił, czy nadal bywał w tym barze, a przede wszystkim co myślał o niej, po tym jak zostawiła go wtedy, uciekając bez słowa wyjaśnienia. Czy on w ogóle jeszcze o niej myślał? Karciła się oczywiście za te myśli, bo przecież nie powinna była się w ogóle nad tym zastanawiać - wówczas bardzo szybko wracała do codziennych obowiązków, ale ilekroć miała cięższy dzień, a te niestety zdarzały się ostatnio notorycznie, tym częściej pragnęła znowu uciec. Ale nie sama - pragnęła uciec właśnie z nim. I tylko z nim.
Gdy dzisiejszym późnym popołudniem kłótnia z narzeczonym eskalowała do dużych rozmiarów, po prostu czuła, że musi opuścić mieszkanie - chciała zostać sama, ale tak naprawdę nie miała dokąd się podziać. Matka nie wchodziła w grę, brat był poza miastem, a przyjaciółka miała swoje plany - wydawać by się mogło, że wszyscy mieli jakieś życie, każdy miał kogoś, a ona miała tak naprawdę tylko siebie. Była tak zamyślona, że gdy taksówkarz zatrzymał się w okolicy kancelarii, w której pracowała, nie miała nawet pojęcia, skąd wiedział, że właśnie tutaj miał ją przywieźć, a przecież musiała mu to powiedzieć, wsiadając do samochodu. Wiedziała, czemu przyjechała właśnie tutaj. Wysiadła i rozejrzała się, taksówka jeszcze tu była, więc mogła po prostu zawrócić, ale… przecież nie chciała wracać do mieszkania. Mogła zawrócić - i wybrać zupełnie inny bar, każdy jeden w mieście, który dzisiejszego wieczoru na pewno tętnił życiem. Ale nogi same poniosły ją do tego znajomego miejsca, które odwiedziła niedawno. Była przekonana, że szansa na spotkanie tam dzisiaj Jaspera była niemal zerowa - bo jaki był procent szans, że grywał tam tak często? Jaka istniała szansa, że będzie śpiewał tam akurat dzisiaj? Gdy przekraczała próg lokalu, przekonywała samą siebie, że minimalna. Znowu czuła na sobie te męskie spojrzenia, paradoksalnie wcale nie czuła się w tym lokalu komfortowo, a mimo to wróciła właśnie tutaj - i chociaż wmawiała sobie, że nie dla niego, to jednak powód wydawał się być oczywisty.
Scena była pusta. Czuła bardziej ulgę czy rozczarowanie? Przystanęła przy barze, ale póki co zastanawiała się co zamówić. Uznała, że będzie mogła tu zostać, skoro Jazz dzisiejszego wieczoru nie przejmie jej myśli na własność i nie trafi prosto do jej serca wyśpiewanymi słowami. Czekała cierpliwie na barmana, ale nim ten do niej dotarł po obsłużeniu pozostałych klientów, dotarły do niej pierwsze dźwięki gitary. Jej ciało spięło się na myśl o tym, kto mógł właśnie wypełniać przestrzeń tymi przyjemnymi dźwiękami, jednak wstęp trwał dłużej niż by sobie tego życzyła - odważyła się więc w końcu odwrócić przodem do sceny i zobaczyła go dokładnie w momencie, w którym otulił ją dźwięk jego charakterystycznego głosu, bowiem właśnie zaczął śpiewać. Zamarła w bezruchu, gdy dotarł do niej sens wyśpiewanych przez niego słów – bo jak to możliwe, że znowu każde z nich tak doskonale trafiało w źródło jej problemów?

Drink up with me now and forget all about the pressure of days
Do what I say and I'll make you okay and drive them away
The images stuck in your head

Dokładnie to chciała zrobić - wypić razem z nim i zapomnieć o presji dnia. Chciała poczuć się lepiej. Poczuła za to dreszcz na plecach, słowa dźwięczały w jej głowie i odbijały się w niej echem, znowu wpadała w ten niezrozumiały trans, którego doświadczyła ostatnim razem, gdy na siebie patrzyli - tak jak i teraz, bo Jasper właśnie wyłapał jej spojrzenie. Zobaczył ją. I nagle dopadła ją panika - miała poczucie, że to było zbyt wiele, że nie powinna była drugi raz wchodzić do tej rzeki, która porywała ją wraz z nurtem. Bo to było zbyt ryzykowne - poznawanie go było zbyt ryzykowne. Nim zdołała na dobre zatracić się w tej chwili, odwróciła się i podążyła pośpiesznie do tylnego wyjścia z baru, do tego samego, które ostatnim razem przekroczyli wspólnie. Nie spodziewała się, że za nią podąży, bo przecież trwał występ, a ona miała tylko niewielki kawałek do pokonania, aby móc na dobre zniknąć z tej okolicy. Była już w tej pamiętnej alejce, gdy usłyszała otwierane drzwi i jego znajomy głos. Nie zatrzymała się, gdy prosił, by poczekała, ale zrobiła to dopiero wtedy, gdy z jego ust padło jej imię. Nie odwróciła się od razu - walczyła z własnymi myślami, a rozum znowu próbował przejąć kontrolę nad sercem; rozum nakazywał jej odejść, a serce walczyło o to, by na niego spojrzała. Przełknęła ślinę i odwróciła się, napotykając jego spojrzenie w mroku - okolice oświetlały tu tylko słabe lampy, tak naprawdę w ogóle nie powinna tu przebywać, a na pewno nie sama. Dużo ryzykowała. - Jasper - odezwała się cicho, nie ruszając się z miejsca nawet o milimetr - Nie powinieneś mnie zatrzymywać - dodała spokojnie, próbując przekonać samą siebie do słuszności swoich słów - Co Ty tutaj robisz? Dlaczego wyszedłeś, przecież… trwał Twój występ - wskazała nerwowo ruchem ręki w kierunku baru, w którym powinien się teraz znajdować. A w którym ona nie powinna była się w ogóle pojawić, chociaż pragnęła jedynie zatracić się znowu w jego muzyce, w głosie i w słowach, które otulały wszystkie jej emocje. Westchnęła ciężko. - Nie rób tego. Nie możemy... ja nie mogę… znowu tego robić. Muszę już iść, a Ty… wróć kontynuować swój występ, proszę. Miałam naprawdę podły dzień i bardzo niewiele dzieli mnie od tego, żeby znowu się w tym wszystkim zatracić, ale powrót do codzienności jest potem o wiele trudniejszy…

Jasper Porter
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Sol
everything we like
ODPOWIEDZ

Wróć do „Bar Poet”