ODPOWIEDZ
40 y/o
For good luck!
189 cm
muzyk który gra wszędzie, gdzie go zechcą
Awatar użytkownika
We'll sneak out, while they sleep
And sail off in the night
We'll come clean and start over the rest of our lives
When we're gone, we'll stay gone
Out of sight, out of mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To miała być jedna noc. Niezobowiązująca ucieczka od świata, który miał dogonić ich dopiero następnego dnia. Mieli pozostać nieznajomymi, którzy zostali połączeni przez los, by nauczyć się od siebie czegoś, a później rozmyć się w niebycie, jakby nigdy nie istnieli. Bez ckliwych pożegnań, żadnego poczucia straty i niespełnienia. Czysta beztroska i słodka wolność, do której czasem powrócą myślami, ale tylko na krótki moment. Okazało się jednak, że takie historie nigdy nie mają miejsca, a rzeczywistość szybko weryfikuje głęboko skryte pragnienia. Wciąż myślał o tym, co zdarzyło się w parku rozrywki – śmiech Solene, jej dłoń w jego dłoni, alkohol buzujący w żyłach, a później jej gwałtowna ucieczka, gdy spotkała kogoś, kto nosił znajomą twarz. To, jak szybko zaczęła wątpić w słuszność ich wyprawy, ten strach wymalowany w oczach, jakby została nakryta na popełnianej zbrodni… nie potrafił tego wytłumaczyć. Pojąć sensu nagłego upadku, gdy przecież wydawała się szybować tak wysoko.

Nie powinno mnie w ogóle tu być.

Gdyby ich rozstanie było łagodne, pogodziłby się z faktem, że nie spotkają się już więcej. Niektórzy ludzie przychodzili i mijali, a on płynął z tą falą. Nauczył się akceptować przemijanie. Odeszła jednak szybko, bez słowa wyjaśnienia, pozostawiając go przed parkiem rozrywki z kompletnym mętlikiem w głowie. Stał tam na bruku, jeszcze przez dłuższą chwilę, ściskając w ręku maskotkę szopa ochrzczoną jego imieniem. Sceny z filmu romantycznego zmieniły się w podły melodramat. Powinien zrobić coś, cokolwiek, by zmienić zakończenie i udowodnić sobie i jej, że mieli wybór. Poddać się emocjom, tak jak robił to już wiele razy, zatrzymać Solene i poczekać aż blady świt zmyje z nich resztki wątpliwości. Pozostał jednak bierny. Bał się – czego? Tego co nastąpi, a może tego, czego nie potrafił zrobić? Czy konsekwencja impulsywności bolałaby bardziej niż nie zrobienie niczego? Nie dowie się tego. Wiedział jednak, że powrót do domu był gorzki, a on czuł, jak gdyby przegrał w karty ze światem, choć przecież miał asa ukrytego w rękawie.

Do klubu przychodził wielokrotnie. Grał koncerty, nie biorąc za nie ani grosza, a wizja kradnięcia barowego alkoholu nie wydawała się szczególnie pociągająca. Chodziło po prostu o to, by tam być i czekać na przełamanie impasu. Doskonale wiedział kogo szukał w tłumie za każdym razem, gdy wychodził na scenę. Liczył, że Solene znów pojawi się, kradnąc całą przestrzeń; usiądzie przy barze, zamówi whisky i pośle mu spojrzenie, które świadczyłoby o tym, że chce uciec po raz kolejny. Wiedział, że to niepoprawne. Nadzieja słabła z każdym wieczorem, gdy nie udało mu się odnaleźć jej twarzy. Muzyka jak zwykle stanowiła pewien rodzaj uzewnętrznienia się. Utwory, które grywał, odbiegały od jego stałego repertuaru – tym razem jego celem nie było zabawianie ludzi. Nie rzucał anegdotami ze swojego życia, chcąc połączyć się z nieznajomymi, którym przyszło go słuchać. Zamykał się na scenie, z gitarą w dłoni i maskotką szopa smutnie leżącą obok stojaka z mikrofonem.
Każdego wieczoru to samo – złudne pragnienie, by Solene przyszła i rozpoznała jego głos. Usłyszała tekst, który mógłby w niej wybrzmieć, który zrozumiałaby tylko ona, jakby znów śpiewał do niej. Zamknęła niedomknięte, wypowiedziała niewypowiedziane i tym razem nie zostawiała go na bruku, czmychając w popłochu przed czymś, czego nie potrafił zrozumieć. Mógłby jej powiedzieć, że Before Sunrise nie było jedynym filmem, który opowiadał o ludziach zagubionych w Wiedniu. Spotkali się znów, dziewięć lat później, w Paryżu. Zupełnie inni, a jednak gdzieś głęboko wciąż pragnący przeżyć tę samą podróż. Dostali drugą szansę od losu.
Wszedł na scenie po krótkiej przerwie na złapanie oddechu i zebranie sił. Ostatnia piosenka, obiecał sobie. Jeden utwór, jeśli się nie zjawi, po prostu odpuści, pozwalając jej żyć swoim życiem. Nie wiedział dlaczego tak bardzo zależało mu, by ich drogi znów się połączyły. Pozostawiła w nim jakiś ślad, palącą ciekawość, by odkryć, kim tak naprawdę była. Nie wiedział jednak, czy chciał zrobić to dla niej – jeszcze raz uwolnić od ciężaru obowiązków – czy dla siebie.
Gitara brzmiała łagodnie, niemal melancholijnie. Wygrywał wstęp do piosenki długo, jakby zbierał w sobie siły, by zacząć śpiewać. Grał na czas, umyślnie przeciągając chwile, które spędzi w barze. W końcu jednak musiał zacząć występ, bo tłum wpatrywał się w niego niecierpliwie.

Drink up, baby, stay up all night
The things you could do, you won't but you might
The potential you'll be, that you'll never see
The promises you'll only make.


Początkowo nawet nie próbował jej odnaleźć, jakby z góry zakładał rozczarowanie. Po prostu płynął z muzyką, pozwalając sobie na zapomnienie o świecie. Zdążył się przyzwyczaić do odnoszenia porażek. Każda kolejna była prostsza. Nauczył się podnosić po upadkach, do których sam prowadził, często boleśnie świadomie, jak krnąbrne dziecko.

Drink up with me now and forget all about the pressure of days
Do what I say and I'll make you okay and drive them away
The images stuck in your head.


Drugi wers oznaczał, że klepsydra zaczęła przesypywać się niebezpiecznie szybko. Czas mijał, a jego spojrzenie zaczęło błądzić po sali. Zgubił po drodze kilka chwytów, gdy jego palce nieostrożnie prześlizgnęły się po gryfie. Nic, co mogłoby wyłapać niewprawione ucho. Wszystkie twarze były tak samo nieznajome i rozmazane. Gdyby tam była, z pewnością by jej nie przegapił, w końcu miała tę rzadką zdolność do zagarniania dla siebie przestrzeni.

People you've been before that you don't want around anymore
That push and shove and won't bend to your will
I'll keep them still.


Wydawało mu się, że dostrzegł ją w tłumie. Pojawiła się i zniknęła – może to tylko sztuczka jego umysłu? Zwykły miraż, nakładane na rzeczywistość pragnienie? Nie… była tam. Przez moment chciał przerwać występ, odrzucić gitarę w kąt, odrzucić cały profesjonalizm, po prostu ulegając słabości. Grał jednak dalej, obserwując ją z pełnym skupieniem. Wydawało się, że znów śpiewał tylko dla niej, a tekst piosenki po raz kolejny dobrany był tak, by odnalazła w nim część siebie. To tak, jakby Jasper w jakiś sposób ją rozumiał, a przynajmniej intuicyjnie zdawał sobie sprawę, z czym się mierzyła.
Ich spojrzenia w końcu się spotkały. Sekundy napięcia, niemal fizycznie odczuwalnego. Przeszedł go dreszcz. Chciał żeby znów pociągnęła z nim tę grę, której nie potrafili w pełni pojąć.
Wtedy jednak się odwróciła, zmierzając w stronę wyjścia, jakby to było zbyt wiele. Jakby jednak faktycznie stał się błędną decyzją – on i całe ich poprzednie spotkanie.
Palce zatrzymały się w połowie akordu. Gitara zafałszowała, śpiew się urwał. Pieprzyć to. Zerwał się z miejsca, schodząc z sceny. Tłum zaczął szeptać, skonfundowany całą sytuacją, ale nie dbał o to. Ktoś próbował go zatrzymać, ale on miał jasny cel, parł więc na przód, przeciskając się przed ciała. Stracił ją z pola widzenia, ale była tylko jedna droga, którą mogła obrać. Tylne wyjście i ta felerna alejka, w której snuli plany na ucieczkę, popijając skradzione z baru whisky.
— Poczekaj! — zawołał za nią, wypadając na zewnątrz. Chłodne powietrze uderzyło go w twarz. Co ty robisz, Porter. Co próbujesz osiągnąć? — Solene. — Tym razem zabrzmiał łagodniej, niemal błagalnie. Dostrzegł jej sylwetkę majaczącą w słabym świetle lampy. Powinna odejść, a on powinien jej na to pozwolić, ale czy to, co powinni było równoznaczne z tym, czego chcieli? Z jakiegoś powodu oboje znów znaleźli się w tym samym punkcie.
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
32 y/o
For good luck!
178 cm
adwokat | Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
I've got to get a move on with my life, it's time to be a big girl now and big girls don't cry
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

02.
outfit

To miała być tylko jedna noc.
Jedna, niczym niezobowiązująca ucieczka od życia, które przez większość czasu było dla niej jak gotowy scenariusz, napisany przez kogoś innego i przekazany jej do odegrania bez możliwości naniesienia własnych poprawek. Do świata, który miał zaczekać na nią do rana, do momentu, w którym znów będzie musiała włożyć odpowiednie ubranie, poprawić włosy, odebrać telefon, wrócić do kancelarii, odpowiadać na liczne pytania i udawać, że wszystko znajduje się dokładnie tam, gdzie powinno. Tamtej nocy nic nie musiało mieć znaczenia. Jasper miał pozostać nieznajomym, przypadkowym człowiekiem, który pojawił się na kilka godzin i zabrał ją do miejsca, które pozostawało dla niej celem wręcz nieosiągalnym. Kimś, kogo poznała zupełnie przypadkiem i równie przypadkowo miała stracić z oczu. Bez obietnic, bez pytań o przyszłość i bez konieczności tłumaczenia się z własnych decyzji.
To właśnie było w tym wszystkim najpiękniejsze. Nie musiała być dla niego idealna. Jazz nie znał jej rodziny, jej matki, jej narzeczonego ani historii, która doprowadziła ją do tego miejsca. Nie wiedział, ile razy w życiu słyszała, że powinna zachować się inaczej, wybrać inaczej, wyglądać inaczej. Nie wiedział, ile wysiłku kosztowało ją bycie kobietą, którą wszyscy wokół uznawali za godną podziwu. Może właśnie dlatego pozwoliła sobie zapomnieć, że następnego dnia to wszystko wróci. Jeszcze niedawno śmiała się bez zastanowienia, biegła przez park rozrywki w zdecydowanie zbyt wysokich szpilkach, próbowała wygrać ogromną pandę i pozwalała Jasperowi prowadzić się tam, gdzie akurat chciał. Pamiętała ciepło jego dłoni, kiedy przytrzymał ją, gdy straciła równowagę. Pamiętała światła odbijające się w jego oczach, głośną muzykę i własny śmiech, który brzmiał zupełnie inaczej niż ten, którym posługiwała się na eleganckich przyjęciach. Była wtedy naprawdę szczęśliwa.
Ale to wszystko musiało się skończyć, tyle, że nawet ona nie przypuszczała, że zostanie tak brutalnie sprowadzona na ziemię. Dopiero czuła się lekka, wolna i niemal beztroska, a chwilę później miała wrażenie, jakby ktoś brutalnie wyrwał ją z tego pięknego snu. Wróciła do swojej roli - tylko, że tym razem coś było inaczej, bo wiedziała już, jak smakuje wolność. Wiedziała, jak to jest śmiać się bez powodu, biec przed siebie bez planu, wygrać albo przegrać i nie czuć potrzeby udowadniania sobie czegokolwiek. Wiedziała, jak to jest spędzić kilka godzin z człowiekiem, który niczego od niej nie oczekiwał. I właśnie dlatego powrót do rzeczywistości bolał bardziej. Miała przecież od początku pełną świadomość tego, że ta noc musiała się kiedyś skończyć. Mieli pozostać dla siebie przypadkowymi ludźmi, którzy przez kilka godzin znaleźli się w odpowiednim miejscu i czasie. Powinni byli rozmyć się w swoich własnych życiach, zostawiając po sobie jedynie wspomnienie trochę szalonej nocy. Bez tęsknoty, niedopowiedzeń i pytań o to, co mogłoby wydarzyć się później. A jednak, kiedy wracała myślami do parku rozrywki, do jego śmiechu i własnego, którego dawno nie słyszała w takiej formie, coraz trudniej było jej uwierzyć, że naprawdę mogła po prostu zapomnieć.
Nie chciała zapomnieć. Wracała myślami do tej beztroski każdego kolejnego dnia, który spędzała w kancelarii lub w sądzie, ale najczęściej wtedy, gdy musiała znosić humory matki albo zaborczą naturę narzeczonego. Myślała o tym, co robił, czy nadal bywał w tym barze, a przede wszystkim co myślał o niej, po tym jak zostawiła go wtedy, uciekając bez słowa wyjaśnienia. Czy on w ogóle jeszcze o niej myślał? Karciła się oczywiście za te myśli, bo przecież nie powinna była się w ogóle nad tym zastanawiać - wówczas bardzo szybko wracała do codziennych obowiązków, ale ilekroć miała cięższy dzień, a te niestety zdarzały się ostatnio notorycznie, tym częściej pragnęła znowu uciec. Ale nie sama - pragnęła uciec właśnie z nim. I tylko z nim.
Gdy dzisiejszym późnym popołudniem kłótnia z narzeczonym eskalowała do dużych rozmiarów, po prostu czuła, że musi opuścić mieszkanie - chciała zostać sama, ale tak naprawdę nie miała dokąd się podziać. Matka nie wchodziła w grę, brat był poza miastem, a przyjaciółka miała swoje plany - wydawać by się mogło, że wszyscy mieli jakieś życie, każdy miał kogoś, a ona miała tak naprawdę tylko siebie. Była tak zamyślona, że gdy taksówkarz zatrzymał się w okolicy kancelarii, w której pracowała, nie miała nawet pojęcia, skąd wiedział, że właśnie tutaj miał ją przywieźć, a przecież musiała mu to powiedzieć, wsiadając do samochodu. Wiedziała, czemu przyjechała właśnie tutaj. Wysiadła i rozejrzała się, taksówka jeszcze tu była, więc mogła po prostu zawrócić, ale… przecież nie chciała wracać do mieszkania. Mogła zawrócić - i wybrać zupełnie inny bar, każdy jeden w mieście, który dzisiejszego wieczoru na pewno tętnił życiem. Ale nogi same poniosły ją do tego znajomego miejsca, które odwiedziła niedawno. Była przekonana, że szansa na spotkanie tam dzisiaj Jaspera była niemal zerowa - bo jaki był procent szans, że grywał tam tak często? Jaka istniała szansa, że będzie śpiewał tam akurat dzisiaj? Gdy przekraczała próg lokalu, przekonywała samą siebie, że minimalna. Znowu czuła na sobie te męskie spojrzenia, paradoksalnie wcale nie czuła się w tym lokalu komfortowo, a mimo to wróciła właśnie tutaj - i chociaż wmawiała sobie, że nie dla niego, to jednak powód wydawał się być oczywisty.
Scena była pusta. Czuła bardziej ulgę czy rozczarowanie? Przystanęła przy barze, ale póki co zastanawiała się co zamówić. Uznała, że będzie mogła tu zostać, skoro Jazz dzisiejszego wieczoru nie przejmie jej myśli na własność i nie trafi prosto do jej serca wyśpiewanymi słowami. Czekała cierpliwie na barmana, ale nim ten do niej dotarł po obsłużeniu pozostałych klientów, dotarły do niej pierwsze dźwięki gitary. Jej ciało spięło się na myśl o tym, kto mógł właśnie wypełniać przestrzeń tymi przyjemnymi dźwiękami, jednak wstęp trwał dłużej niż by sobie tego życzyła - odważyła się więc w końcu odwrócić przodem do sceny i zobaczyła go dokładnie w momencie, w którym otulił ją dźwięk jego charakterystycznego głosu, bowiem właśnie zaczął śpiewać. Zamarła w bezruchu, gdy dotarł do niej sens wyśpiewanych przez niego słów – bo jak to możliwe, że znowu każde z nich tak doskonale trafiało w źródło jej problemów?

Drink up with me now and forget all about the pressure of days
Do what I say and I'll make you okay and drive them away
The images stuck in your head

Dokładnie to chciała zrobić - wypić razem z nim i zapomnieć o presji dnia. Chciała poczuć się lepiej. Poczuła za to dreszcz na plecach, słowa dźwięczały w jej głowie i odbijały się w niej echem, znowu wpadała w ten niezrozumiały trans, którego doświadczyła ostatnim razem, gdy na siebie patrzyli - tak jak i teraz, bo Jasper właśnie wyłapał jej spojrzenie. Zobaczył ją. I nagle dopadła ją panika - miała poczucie, że to było zbyt wiele, że nie powinna była drugi raz wchodzić do tej rzeki, która porywała ją wraz z nurtem. Bo to było zbyt ryzykowne - poznawanie go było zbyt ryzykowne. Nim zdołała na dobre zatracić się w tej chwili, odwróciła się i podążyła pośpiesznie do tylnego wyjścia z baru, do tego samego, które ostatnim razem przekroczyli wspólnie. Nie spodziewała się, że za nią podąży, bo przecież trwał występ, a ona miała tylko niewielki kawałek do pokonania, aby móc na dobre zniknąć z tej okolicy. Była już w tej pamiętnej alejce, gdy usłyszała otwierane drzwi i jego znajomy głos. Nie zatrzymała się, gdy prosił, by poczekała, ale zrobiła to dopiero wtedy, gdy z jego ust padło jej imię. Nie odwróciła się od razu - walczyła z własnymi myślami, a rozum znowu próbował przejąć kontrolę nad sercem; rozum nakazywał jej odejść, a serce walczyło o to, by na niego spojrzała. Przełknęła ślinę i odwróciła się, napotykając jego spojrzenie w mroku - okolice oświetlały tu tylko słabe lampy, tak naprawdę w ogóle nie powinna tu przebywać, a na pewno nie sama. Dużo ryzykowała. - Jasper - odezwała się cicho, nie ruszając się z miejsca nawet o milimetr - Nie powinieneś mnie zatrzymywać - dodała spokojnie, próbując przekonać samą siebie do słuszności swoich słów - Co Ty tutaj robisz? Dlaczego wyszedłeś, przecież… trwał Twój występ - wskazała nerwowo ruchem ręki w kierunku baru, w którym powinien się teraz znajdować. A w którym ona nie powinna była się w ogóle pojawić, chociaż pragnęła jedynie zatracić się znowu w jego muzyce, w głosie i w słowach, które otulały wszystkie jej emocje. Westchnęła ciężko. - Nie rób tego. Nie możemy... ja nie mogę… znowu tego robić. Muszę już iść, a Ty… wróć kontynuować swój występ, proszę. Miałam naprawdę podły dzień i bardzo niewiele dzieli mnie od tego, żeby znowu się w tym wszystkim zatracić, ale powrót do codzienności jest potem o wiele trudniejszy…

Jasper Porter
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Sol
everything we like
40 y/o
For good luck!
189 cm
muzyk który gra wszędzie, gdzie go zechcą
Awatar użytkownika
We'll sneak out, while they sleep
And sail off in the night
We'll come clean and start over the rest of our lives
When we're gone, we'll stay gone
Out of sight, out of mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez moment, gdy Solene zniknęła w mroku nieoświetlonej części alejki, Jasper bał się, że już jej nie zobaczy. Nie musiała się zatrzymywać, nawet jeśli ją wołał, a w jego głosie wybrzmiewała prośba. Tak naprawdę w jakiś sposób był boleśnie świadomy, że lepiej dla nich obojga byłoby, gdyby odpuścili. Życie nie stałoby się prostsze, ale nie byłoby też trudniejsze. Wróciliby do monotonii codzienności, niezałatwionych spraw i piętrzących się problemów. Poradziliby sobie z wszystkim, tak jak radzili sobie dotychczas. Ona nadal byłaby uwięziona w złotej klatce, tym razem niejako na własne życzenie, sądząc, że wybrała mniejsze zło. On natomiast wciąż grałby w barach, licząc na to, że kiedyś znajdzie kogoś takiego jak ona, z kim poczuje połączenie, którego nie sposób było zrozumieć. Ostatecznie będzie płynął z tą falą, pozostając wolnym duchem. Niedoścignionym, niezaszufladkowanym, ale i nieprzywiązanym do niczego. Gdzieś, kiedyś - może prędzej niż później - usunie się w cień i nikt nie będzie pamiętał o Jasperze Porterze, bo nie pozostawi po sobie nic. Niejednokrotnie mówił, że żył tak, by niczego nie żałować, a jednak z jakiegoś powodu był pewny, że w ostatecznym rozrachunku poczuje smak goryczy.
Może Solene była szansą, której nie chciał zmarnować. Wbrew rozsądkowi gonił za nią, jakby była punktem zwrotnym. Sprawą, którą mógłby doprowadzić do końca, w ten odpowiedni sposób, sprawiający, że człowiek na moment akceptuje siebie i cały świat. Nie sądził, że będzie to proste, bo w tamtej chwili, gdy stał w świetle latarni, czekając na jej reakcję, miał wrażenie, że przekracza pewną granicę. Jakby samo ich ponowne spotkanie było błędem i niebezpieczną grą, w której nie powinni brać udziału. Co jeśli nie skończy się na dwóch niezobowiązujących nocach? Jeśli wejdą w to głębiej i naprawdę zechcą się poznać. Nie miał prawa zmieniać jej życia, wchodzić do niego z butami, wyszarpywać jej ze znanych schematów… a jednak właśnie to robił. I co gorsza, nie miał na tyle silnej woli, by przestać. Zawsze podlegał emocjom. Impuls za impulsem, tak jak wtedy, w parku rozrywki, gdy jego dłonie same przylegały do jej ciała. Wybiegnięcie z koncertu również było zrywem, ryzykownym posunięciem, z którego nie będzie potrafił się wytłumaczyć. Stawiał wszystko na jedną kartę, a hazard nigdy nie był jego mocną stroną. Przegra wszystko lub wygra coś, czego wartości jeszcze nie znał, wiedział jednak, że był gotów podjąć próbę.
Wbrew temu co myślał, nie odeszła. Odwróciła się, obserwując go z dystansu. Stali w bezruchu, mierząc się spojrzeniami, jakby próbowali zrozumieć dzielącą ich przestrzeń i napięcie, które w niej zawisło. Niezadane pytania – bo przecież odpowiedzi nie będą proste – czaiły się na czubku języka. Przynajmniej do momentu, w którym jako pierwsza nie przerwała milczenia.
Pierwsze słowa, które do niego dotarły, przeszyły go nieprzyjemnym chłodem. Miała rację, nie powinien jej zatrzymywać, a ona nie powinna się odwracać. Skoro już jednak oboje zaprzeczyli samym sobie, nie było odwrotu. Mogli tylko brnąć w to dalej, a jak głęboko, miało okazać się dużo później. Przełknął ślinę, oglądając się na drzwi prowadzące do baru, zza których dobiegał szum tłumu.

Co miał jej powiedzieć?

Wybiegając za Solene nie myślał trzeźwo. Nie zastanawiał się co powie, jakie tłumaczenie będzie wystarczająco dobre, by nie uznała go za szaleńca. Otworzył usta, ale z gardła nie wydobył się żaden dźwięk. Zrobił niewielki krok do przodu i znowu zamarł, jakby sądził, że kolejny ruch mógłby ją spłoszyć. Nie chciał wracać na scenę. Każdy koncert, który grał od czasu ich spotkania, grał właśnie po to, by mogła go usłyszeć. By znów zatrzymała się i spojrzała w jego stronę. Nie obchodził go wyczekujący tłum, właściciele klubu, którzy zapewne zażądają wyjaśnień. Nie wiedział jak jednak miałby jej to powiedzieć, ale czy w ogóle musiał mówić cokolwiek? W końcu tekst piosenki Elliotta Smitha dotarł do jej uszu. Musiała rozumieć co chciał jej przekazać.
Przełamał się, w końcu do niej podchodząc. Może to jej słowa – miałam naprawdę podły dzień – sprawiły, że wyrwał się z letargu. Zerknął na jej twarz, szukając w niej czegoś więcej. Niemal niezauważalnego spięcia mięśni mimicznych, błysku w oczach. Zmartwienia, zmęczenia, ale i ciekawości. Chciał powiedzieć, że mogła mu zaufać, ale nie zrobił tego.
— Nie możemy robić czego? — Spytał, przechylając głowę. C o tak naprawdę robili? W tamtym momencie była to jedynie rozmowa. Chęć rozszyfrowania drugiej osoby i targającej nią emocji, może gdzieś pomiędzy tym wplątała się kiepska próba autorefleksji. — Nie robimy nic złego — zapewnił ją, zapewne chcąc upewnić w tym także siebie. Skoro wydawał się brzmieć na przekonanego, dlaczego oboje czuli się w tym tak zagubieni? Nie był typem ostrożnego człowieka. Po prostu działał, nie zważając na konsekwencje, tym razem jednak wydawał się dobierać słowa ostrożnie. Czy Solene ucieknie, jeśli popełni błąd? A jeśli ucieknie, czy będzie miał w sobie wystarczająco siły, by znów spróbować do niej dotrzeć? — Nie musimy się w niczym zatracać — dodał cicho. Nawet jeśli była to kusząca wizja i najwyraźniej oboje tego chcieli, a wręcz potrzebowali. Jeszcze raz zapomnieć o wszystkich barierach i problemach, wyrwać się z niedopasowanych butów i obrać nową ścieżkę. Gdyby tak nie było, nie uległaby pokusie i nie pojawiła się w tym samym barze. To już nie był uśmiech losu, a ich własny wybór. Znów jednak miała rację; jeśli jednak uciekną, powrót do rzeczywistości faktycznie stanie się niewygodny, a wtedy poradzenie sobie z konsekwencjami własnych wyborów wyda się niemal niemożliwe. Słowa piosenki, którą jeszcze przed momentem śpiewał na scenie, obijały się w jego głowie głośnym echem.
— Możemy po prostu porozmawiać. Szklanka whisky, papieros i dwójka ludzi. Żadnego uciekania. — Nawet jeśli Solene nie zapomni o presji dni, a Jasper nie odgoni tych wszystkich obrazów, które tkwiły jej w głowie, może coś stanie się prostsze. Potrafił słuchać, bez oceniania. — Jakbyśmy oboje byli nieznajomymi i mieli ciężki dzień. Opowiesz mi o twoim, a ja podzielę się swoim. Nic więcej. — Nie byli jednak nieznajomymi i nie chciał, by się nimi stawali. Miał po prostu nadzieję, że takie zapewnienie usprawiedliwi ich ponowne spotkanie, ugłaskując wrzeszczące sumienie. Zagrają w grę pozorów, a być może po drodze odkryją przed sobą odrobinę sekretów, chcąc zrzucić ciężar, który nieśli na barkach. — Ale jeśli chcesz odejść, zrozumiem. — Po prostu zrób to teraz. Nie przeciągaj tej struny, Solene. Jeśli pęknie, wybrzmiewający fałsz będzie zbyt głośny. — Jesteś wolna. — To na pewno była wolność? — I nikt nie może cię zatrzymać. Na pewno nie będę to ja.
Nawet jeśli chciałby być.

The things you could do, you won't but you might
The potential you'll be, that you'll never see
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
32 y/o
For good luck!
178 cm
adwokat | Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
I've got to get a move on with my life, it's time to be a big girl now and big girls don't cry
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Paradoksalnie zabrakło jej zaledwie kilku kroków - kilku prostych, szybkich kroków do tego, by faktycznie zniknąć nim tylne drzwi baru wydadzą ten charakterystyczny odgłos, gdy otworzą się ponownie, wypuszczając na zewnątrz mężczyznę, który zwiastował dla niej kłopoty. Chociaż w oczywisty sposób jego obecność ją kusiła, dawała jej namiastkę wolności, pozwalał decydować, przyciągał ją swoim uśmiechem i brakiem zobowiązań, ale… jednocześnie był wyznacznikiem wszystkiego, czego Solene Rhodes całe życie unikała. Wiedziała, że każde kolejne spotkanie będzie tylko utwierdzać ją w przekonaniu, że gdzieś tam czekało życie, którego tak uparcie pragnęła, a które dotychczas było dla niej nieosiągalne. Jasper dał jej go już posmakować - zatraciła się w tym smaku tak bardzo, że popłynęłaby z nurtem rwącej rzeki jeszcze dalej, gdyby znajome twarzy nie wyrwały jej z tego transu.
Ryzyko nie było wpisane w jej naturę - potrafiła stawiać trudne warunki i rzucać się na głęboką wodę tylko i wyłącznie na gruncie zawodowym. Jej życie prywatne było perfekcyjnie zaplanowane już od dnia jej narodzin, a ona nie potrafiła przerwać schematu, w którym tkwiła. Ucieczka była dla niej absolutnie naturalnym odruchem - nawet się nie zastanawiała nad kolejnym krokiem, nogi same poniosły ją ku tylnemu wyjściu, gdy jeszcze nie spodziewała się, że mężczyzna byłby skłonny za nią pójść. A jednak się zatrzymała. Dlaczego zamarła w bezruchu, w momencie, gdy dotarł do niej ten znajomy, charakterystyczny głos? Dlaczego nie zrobiła jeszcze tych kilku kroków, które uratowałyby ją przed kolejnym pójściem w nieznane? W głowie nadal echem odbijały się dźwięki granej przez niego melodii, która otulała jej skołatane nerwy, a każde ze słów dźwięczało wyraźnie, dobitnie obrazując jej największy problem. Była pewna, że przekraczali granicę - że zrobili to już w tej chwili, w której on wybiegł z klubu, a ona się zatrzymała; oboje wówczas podjęli decyzję, jeszcze nie zdając sobie do końca sprawy z jej konsekwencji. Przez krótką chwilę sama nie rozumiała dlaczego. Przecież jeszcze kilka minut wcześniej uciekała, jakby ktoś ją przyłapał na czymś zakazanym, serce nadal biło jej zbyt szybko, dłonie były lekko drżące, a w głowie wciąż kłębiły się pytania, których nie potrafiła uporządkować. Zobaczyła go stojącego w świetle latarni i przez moment miała wrażenie, że pomiędzy nimi znajduje się znacznie więcej niż kilka metrów chodnika. Jakby dzieliła ich cała reszta jej życia - wszystkie zasady, oczekiwania, ludzie, którym przez lata pozwalała decydować o tym, kim powinna być.
Milczenie stawało się coraz bardziej niezręczne. Żadne z nich nie robiło kroku w swoją stronę, ale też żadne nie odchodziło. Patrzyła na Jaspera, próbując odnaleźć w jego twarzy coś, co pozwoliłoby jej zdecydować, czy powinna zostać, czy jednak zrobić to, co podpowiadał rozsądek i odejść. Jego obecność była dziwnie kojąca, a jednocześnie właśnie przez to tak niebezpieczna. Przy nim nie musiała niczego udowadniać, ale im dłużej na niego patrzyła, tym wyraźniej docierało do niej, że problem wcale nie leżał w nim. Problemem była ona. I to, że pierwszy raz od dawna czegoś chciała, nie zastanawiając się wcześniej, czy wolno jej tego chcieć. Spuściła wzrok, przesuwając spojrzeniem po chodniku. Przez chwilę zastanawiała się, jak można wyjaśnić komuś coś, czego sama nie potrafiła uporządkować w swojej głowie. Nie chodziło przecież o to, że robili coś złego. Nie uciekali z kraju, nie popełniali przestępstwa, nie robili nikomu krzywdy. A jednak miała wrażenie, że przekraczali jakąś granicę - tylko nie potrafiła powiedzieć, gdzie ona dokładnie się znajdowała.
- Nie wiem - powiedziała rozbrajająco szczerze, ale równie cicho, podnosząc na niego zagubione spojrzenie, gdy zbliżył się o kilka kroków, a latarnia nadal oświetlała jego twarz, jednak teraz stawała się ona bardziej wyraźna - Właśnie o to chodzi, że nie wiem. Nie robimy nic złego, a jednocześnie mam poczucie, że to… jest niewłaściwe. Łatwiej jest powiedzieć, by się w czymś nie zatracać, ale ja… - zamilkła na moment, uciekając wzrokiem gdzieś w bok - …nie zrozumiesz - pokręciła nerwowo głową. Nie mógł rozumieć, bo przecież nikt jej nie rozumiał. Wszyscy wokół mieli tylko pretensje, wymagania i wytyczne, którym musiała sprostać. Nikt tak naprawdę nigdy nie pytał jej o to czego chciała, czego potrzebowała i co było dla niej dobre. Ciężko było jej uwierzyć w bezinteresowność nadal nieznajomego mężczyzny, skoro pozornie najbliżsi jej ludzie zawsze oczekiwali czegoś w zamian. Z góry zakładała więc, że jego intencje nie mogły być czyste, a jednocześnie przewidywała, że nie mógłby zrozumieć jej punktu widzenia i stopnia zagubienia w tym świecie. Przecież sam był wolny, wydawał się być bezpośredni, odważny i co więcej, gotowy na podjęcie każdego ryzyka. A Solene była przerażona zrobieniem jakiegokolwiek kroku poza wyznaczone ramy. A mimo to dzisiaj zrobiła go już świadomie - sama przecież podjęła decyzję o tym, by przyjechać właśnie do tej dzielnicy i do tego konkretnego baru, chociaż w innym rejonie była ich do wyboru cała masa. Nie było w tym przypadku, tylko celowe działanie. Parsknęła cicho pod nosem i opuściła bezradnie ręce wzdłuż ciała, wracając wzrokiem do jego twarzy - szukała tam jakiejkolwiek oznaki zawahania, braku szczerości, nieczystych intencji, ale… Jasper wydawał się być rozbrajająco autentyczny. Po prostu tam stał, dawał jej czas i czekał aż sama podejmie decyzję - znowu dawał jej prawo wyboru. Nie naciskał, nie przekraczał w żaden sposób jej strefy komfortu i przestrzeni osobistej, po prostu tam stał, a światło latarni rozbrajająco odbijało się w jego oczach. Przetarła dłońmi zmęczoną twarz i zaczesała nerwowo długie, ciemne włosy do tył, by nie opadały jej na twarz, jakby istotnie nadal biła się z własnymi myślami - bo rozum znowu przegrywał z sercem i niedługo chyba w ogóle przestanie dochodzić do głosu. - Nie masz pojęcia jak bardzo się mylisz… - powiedziała cicho, tuż po tym, jak wspomniał, że jest wolna, a przecież tkwiła w jakiejś złotej klatce, tak naprawdę właściwie nie podejmując własnych decyzji. To dopiero on pozwalał jej to robić, dając namiastkę świata, który mógł być lepszy, gdyby odważyła się stawiać na swoim. I gdyby miała odwagę sięgać po to, czego chciała.
- Chcesz słuchać opowieści o moim podłym dniu? - spytała, robiąc nieśpieszny krok w jego stronę - Napić się ze mną, zapalić papierosa i rozmawiać tak, jakbyśmy nie mieli nic do stracenia? Dlaczego? Wiesz, że każda zdradzona informacji będzie sprawiała, że lepiej się poznamy? Gdy lepiej się poznamy, nie będziemy już dwójką nieznajomych ludzi… - mówiąc cicho, zatrzymała się zaledwie dwa lub trzy kroki od niego. Tym razem widziała go już znacznie wyraźniej. Zamilkła znowu na moment, czując, że przegrywała rozgrywkę we własnej głowie - że ta wytresowana natura legła w gruzach, bo tylko Jazz potrafił przebić się przez te wysoko postawione mury. Przerażało ją to i fascynowało jednocześnie. - Jeden drink, jeden papieros i rozmowa. Ale pod warunkiem, że jeszcze coś dla mnie zaśpiewasz - zaproponowała mały układ, prosząc go w ten sposób o mały koncert, o jedną piosenkę, której mogłaby wreszcie wysłuchać w całości, delektując się melodią i jego głosem. Już miała dodać coś więcej, wiedząc doskonale, że zrobiła kolejny krok w to nieznane, gdy… nagle zapanowała wokół nich całkowita ciemność. Wszystko wokół zgasło - nie widziała już jego oczu, nie widziała nawet jego sylwetki, tylko blady jej cień przez słabe światło padające na ziemię za sprawą księżyca. Wystraszyła się, odwróciła gwałtownie robiąc krok w tył, aż wpadła na męską sylwetkę. - Jasper… - wydusiła z siebie, odwracając się znowu do niego przodem, wokół zaczynał się jakiś dziwny chaos, liczne rozmowy, słyszała otwierane drzwi i wychodzących na zewnątrz ludzi, z latarkami w dłoniach. - Co się dzieje? - zapytała z paniką w głosie, nie odrywając się od niego na krok. Ciemność była jeszcze bardziej przerażająca niż podejmowanie trudnych decyzji. Udało jej się wyciągnąć z torebki telefon i uruchomiła w nim latarkę, która teraz oświetliła ich sylwetki i twarze, gdy znajdowali się teraz bliżej siebie niż jeszcze kilka minut temu. - Nie ma prądu? W całym mieście? Teraz chyba już nic nie wypijemy…
Czy to życie dawało im jakiś znak? Czy podjęła złą decyzję?
Czy to była jej szansa na taktyczny odwrót?
Bo Jasper mógł zobaczyć w jej słabo oświetlonych latarką oczach ten znajomy cień zawahania.

Jasper Porter
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Sol
everything we like
40 y/o
For good luck!
189 cm
muzyk który gra wszędzie, gdzie go zechcą
Awatar użytkownika
We'll sneak out, while they sleep
And sail off in the night
We'll come clean and start over the rest of our lives
When we're gone, we'll stay gone
Out of sight, out of mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ryzyko było z kolei wpisane w życie Jaspera. Od najmłodszych lat badał granice własne i innych. Początkowo dość niewinnie, ucząc się, jak wiele może wyciągnąć od matki o swoim ojcu, nim ta ukróci wszelkie starania, orientując się w spisku. Jako młody gówniarz, obracając się w środowisku, którego wpływ mógłby uznać za co najmniej demoralizujący, acz właśnie tamci ludzie pokazali mu, kiedy cienkiej czerwonej linii nie należało przekraczać. Nieco później, gdy wchodził w dorosłość, kategorycznie odmawiając dalszej edukacji na rzecz muzyki, co jego rodzicielka przyjmowała za jawny bunt. Zbyt mocno przypominał własnego ojca, choć nawet nie zdążył go poznać, nim tamten usunął się z jego życia całkowicie. Przez lata próbował udowodnić, że potrafi o siebie zadbać, a wybory, których dokonywał, były jedynymi zgodnymi z tożsamością jaką wytworzył. Wiele pracy i jeszcze więcej wyrzeczeń wymagało od niego zapewnienie wszystkich wokół, że nie jest tylko szalonym buntownikiem o zbyt dużych marzeniach. Postawił wszystko na jedną kartę, ale takie zagrania nigdy nie kończyły się dobrze. Los Angeles było kolejnym ryzykiem. Serią wzlotów tak słodkich, że nic nie mogło się z tym równać – był moment, w którym sądził, że złapał boga za nogi i wystarczy tylko odrobina szczęścia, by wkraść się do nieba. W Angeles anioły jednak spadały równie szybko co wzlatywały. Porażek – równie gorzkich co rozpuszczająca się na języku ectasy i obezwładniających jak kolejny shot tequili – było więcej niż mógłby zliczyć. Może dopiero właśnie wtedy uświadomił sobie, że każda szansa, którą przepuści, zapewne nie wróci już nigdy. Odtrącona dłoń nie zostanie ponownie wyciągnięta, niepodpisana umowa przyjmie inne nazwisko, a szelmowski uśmiech nie zawsze zostanie odwzajemniony.
Ryzyko, które podjął w tamtym czasie było zagraniem niemal szalonym. Problem w tym, że zabrakło mu odwagi, by postawić na szali samego siebie i swoje ideały, w które tak wierzył. Bał się, że zaprzeda wolność, zgubi pasję, zostanie wrzucony w rytm, w którym zgubi kroki. Pozostał więc tym, kim był do dzisiaj – nikim. Gdyby mógł cofnąć się w czasie, być może podjąłby inny wybór.

Lepiej spłonąć, czy powoli gasnąć?

Jeśli tym razem miał się spopielić, był na to gotowy. Nie wycofa się, póki sama go o to nie poprosi. Wszystko to, co robił – nocna ucieczka do parku rozrywki, każdy kolejny koncert, próba jej zatrzymania – mogło prowadzić tylko do wielkiego upadku albo wielkiej wygranej. Nic pomiędzy, żadnych kompromisów i półśrodków. Nie będzie Jasperem z Los Angeles, wycofującym się z powodu strachu przed konsekwencjami. Jej przerażenie i niepewność z powodu tego co robili – a jeszcze nie zrobili zupełnie nic niewłaściwego – nie sprawiało, że chciał się zatrzymać. Działało zupełnie odwrotnie, jakby dawała mu nową motywację do tego, by pokazać jej, że nie musiała trwać w tym letargu. Czymkolwiek był spowodowany i jakkolwiek głęboko zdążyła się w nim zatracić.
— Masz rację, nie rozumiem — przyznał, badając jej twarz, gdy spuściła wzrok. Nie miał prawa wiedzieć co kłębiło się w jej głowie. Doskonale czytał ludzi, ale Solene skrywała swoje tajemnice równie umiejętnie, bo zapewne tylko w ten sposób mogła utrzymać kontrolę. — Ale chciałbym żebyś pozwoliła mi spróbować. Chcę zrozumieć. — Szczerość z jaką wypowiedział te słowa była niemal rozbrajająca. Patrzył na nią, jakby w tamtym momencie reszta świata nie miała żadnego znaczenia. Chciał jej słuchać, tego wszystkiego, co leżało na jej sercu. Nie było istotne jak niewygodne to będzie, ani czy w jakikolwiek sposób mógłby jej pomóc. Czasami chodziło o sam fakt rozmowy, zrzucenia z barków ciężaru i świadomość, że ktoś naprawdę widzi cię takiego, jakim jesteś. Bez oceniania. Niech uświadomi mu jak bardzo się co do niej mylił. Wyrzuci wszelkie wysuwane założenia, oferując tylko trudną szczerość. — Dlaczego? — Powtórzył za nią, nie cofając się ani o krok, gdy zbliżyła się na wyciągnięcie ręki. — Bo sądzę, że oboje tego potrzebujemy. Nawet jeśli miałoby to oznaczać, że przestaniemy być tylko nieznajomymi. Nie musimy się szufladkować. Zastanawiać nad tym, czy naprawdę wypada podjąć ryzyko. — Podobno, cokolwiek w życiu robisz, nie ma to większego znaczenia, ale ważne jest żeby to zrobić, bo nikt inny nie zrobi tego za ciebie. — Jeden drink i jeden papieros. — Uśmiechnął się szeroko, gdy jednak zebrała się na odwagę. Wiedział, że sporo ją to kosztowało. Każdy napięty ruch jej ciała wskazywał na to, że w jej głowie trwała walka między sercem a rozumem. Te dwa aspekty rzadko się ze sobą zgadzały, a więc pogodzenie ich nie wchodziło w grę. Nie było słusznego wyboru, ale czy życie polegało na dokonywaniu tylko ich? — I jedna piosenka. — Położył dłoń na swoim sercu, unosząc drugą w górę, w ramach obietnicy. Na taki układ mógł przystać. Dać jej mały, prywatny koncert i zagrać to, co chciałaby usłyszeć, albo znów to, co poruszy kolejną czułą strunę. Widział, że chciała dodać coś więcej, czekał więc pokornie, dając jej przestrzeń, ale…
Ciemność otoczyła ich nagle. Wystarczyło jedno mrugnięcie, by po otwarciu oczu nie móc zarejestrować zupełnie nic. Źrenice rozszerzyły się, próbując wyłapać światło, ale wszystkie jego źródła zgasły. Światło księżyca rzucało na alejkę bladą poświatę, niewystarczającą, by uchwycić coś więcej niż tylko pełzające cienie. Zza drzwi prowadzących do baru dało się usłyszeć zamęt, a wkrótce tłum ludzi zaczął opuszczać lokal w chaotycznym pędzie. Gdzieś w tle, pomiędzy nerwowymi rozmowami, dobiegało trąbienie samochodów i pisk opon trących o asfalt. Nim zdążył zarejestrować więcej, w ogóle próbować zrozumieć co działo się wokół, usłyszał zaniepokojony głos Solene i poczuł jak wpada na niego. Instynktownie próbował ją złapać – znów ten impuls – i jego dłonie znalazły się na kobiecym ciele. Nie puścił, chcąc zapewnić im oboje odrobinę stabilności w mroku nocy.
Może był to błąd, bo kiedy światło latarki błysnęło, znajdowali się zdecydowanie zbyt blisko jak na dwójkę nieznajomych, których bezskutecznie chcieli udawać. Przełknął ślinę, jego ręce w końcu oderwały się od jej ciała i dopiero wtedy zrobił niewielki krok do tyłu. Mógłby pokusić się o stwierdzenie, że cały wszechświat próbował dać im znak. Nie wiedział jednak, czy było to krzykliwe ostrzeżenie, czy może zachęta do tego, by podążyli tą ścieżką, nie bacząc na konsekwencje.
Czy tak naprawdę miało znaczenie, która to była opcja?
Nie zamierzał się wycofać.
— To chyba jakiś blackout. Zapewne zanim to ogarną minie trochę czasu... — odezwał się w końcu, obserwując błysk niepokoju w jej oczach. Znów się wahała. — Ale to nie znaczy, że moja oferta też wygasła. — Zażartował, chcąc nieco rozluźnić napięcie, które stało się niemal fizycznie odczuwalne. — Zostawiłem samochód przecznicę dalej. Możemy pojechać do mnie. — Zaproponował, z pewnym wahaniem. Wiedział w jaki sposób brzmiało te kilka słów, szczególnie w tych okolicznościach. Jak coś, czego nie powinni robić. — Mam whisky, papierosy, gitarę i zapewne kilka zapachowych świeczek, które przyprawią nas o ból głowy. — Zaśmiał się, zerkając na nią, jakby czekał na kolejną zgodę. Jego oczy błyszczały w świetle latarki.

Solene Rhodes
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
32 y/o
For good luck!
178 cm
adwokat | Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
I've got to get a move on with my life, it's time to be a big girl now and big girls don't cry
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Solene zawsze brakowało naturalnej odwagi do tego, by postawić na szali własne życie. Dokonywanie własnych wyborów było dla niej zawsze mocno ograniczone, a dostosowanie się do decyzji matki oraz panujących wokół narzuconych ram było wymogiem, z którym nie potrafiła walczyć. Jako dziecko jeszcze nie rozumiała, jak mocno ograniczana jest jej swoboda, a z wiekiem nie potrafiła już wyjść z tej pułapki kontroli, którą roztaczali wokół pozornie bliscy jej ludzie.
Paradoksalnie znajomość z Jasperem wychodziła poza wszelkie możliwe schematy, które znała - tak naprawdę nie robili przecież kompletnie nic złego. Właściwie nawet się dobrze nie znali, a rozmowa czy wypicie kilku drinków nie mogło przecież skończyć się katastrofą. Ale z drugiej strony Jazz miał w sobie coś, co wodziło ją na pokuszenie; był wolny, zawadiacki, pewnie też nieco szalony i co więcej potrafił do niej dotrzeć na tyle skutecznie, że wychodziła z własnej strefy komfortu i rzucała się z nim do tej rwącej rzeki, która niosła ich wraz z nurtem. A fakt, że był w stanie wpłynąć na jej decyzje i prawdopodobnie jako jedyny potrafił wyrwać ją z tego dotychczasowego schematu był właśnie w tym wszystkim najbardziej niebezpiecznym zjawiskiem. Być może tego bała się nawet bardziej niż samego spędzania z nim czasu czy poznawania jego osoby - niebezpiecznym było przecież samo obcowanie z nieznajomym mężczyzną, po którym nie mogła jeszcze wiedzieć w stu procentach czego się tak naprawdę spodziewać. A ponieważ bardzo rzadko - a właściwie niemal w ogóle - nie nawiązywała tego typu znajomości w takich miejscach, to zdecydowanie powinna jej się zapalić w głowie bardzo wyraźna czerwona lampka. Ostrzegawcza.
A mimo to mężczyzna, który dźwiękami tak celnie trafiał w jej czułe punkty wcale nie wzbudzał w niej strachu. Intrygował ją na tyle mocno, że nie potrafiła teraz po prostu odwrócić się na pięcie i odejść. Nie rozumiała czemu Jasper chciał z nią rozmawiać, czemu chciał słuchać o jej problemach, czemu chciał ją poznawać - czemu w ogóle okazywał jej zainteresowanie na tyle subtelne, że nie ograniczał jej swobody wyboru, a jednocześnie na tyle konkretne, że nie pozwalał jej się wycofywać. Bo gdy rozum toczył walkę z sercem Jazz robił lub mówił coś, co przechylało szalę na jedną stronę i zawsze to była ta strona, która chciała za nim podążyć. - To brzmi dobrze… to brzmi nawet lepiej niż mogłabym przyznać. Właściwie to brzmi dokładnie tak, jak chciałabym to usłyszeć i to mnie przeraża nawet bardziej, wiesz? Że nie musimy się szufladkować, że możemy robić cokolwiek chcemy, że możemy podjąć to ryzyko, że ja mogę je podjąć… - pokręciła z rezygnacją głową - Nigdy go nie podejmowałam. Wszystko we mnie krzyczy, że nie powinnam tego robić, a mimo to chce wypić z Tobą tego drinka. Zapalić papierosa, wyrwać się z codzienności i posłuchać jak śpiewasz… i nie rozumiem dlaczego, ale chce tego - powiedziała całkiem szczerze, uzewnętrzniając wszystkie swoje obawy i pragnienia w tej jednej, krótkiej wypowiedzi. Postawiła na szczerość, bo w tej rozbrajającej sytuacji chyba tylko to im teraz pozostało. Poza tym Jasper nie był kimś, przed kim chciałaby - czy mogłaby - cokolwiek udawać. Miała wrażenie, że rozumiał ją lepiej niż by chciała przyznać. Na pewno jednak żadne z nich nie spodziewało się tego, że wokół nagle zapanuje istna ciemność. Czy mogła ona być dawanym im przez los znakiem? Czy los próbował jej wmówić, że robi źle? A może wręcz przeciwnie, los próbował pokierować ich w zupełnie inne rejony? Czy ten nagły blackout torował im drogę do przekroczenia innej, nieznanej dotąd granicy? Na pewno nie oszczędził on jej nerwów, bo ciemność była przerażająca, tym bardziej gdy nie wiedziało się jeszcze, co właściwie się działo wokół. Przeprosiła go cicho, gdy wpadła na niego, chociaż wyczuwała męskie dłonie na swoim ciele, bo mężczyzna znowu zapewnił jej oparcie, gdy ewidentnie zgubiła się w tej ciemności - dosłownie i w przenośni. Dopiero latarka z telefonu zdołała nieco rozgonić mrok, jednocześnie uzmysławiając im jak blisko siebie się znaleźli. Odchrząknęła cicho, gdy Jasper się odsunął, a potem próbowała dostrzec cokolwiek wokół nich, ale panował coraz większy chaos, a ludzie wokół zaczęli się rozchodzić, również ratując się latarkami.
Jego słowa najpierw wywołały w niej cień rozbawienia, ewidentnie rozluźniając atmosferę, ale za to jego propozycja znowu wzbudziła w niej wahanie, które z pewnością mógł dostrzec na jej twarzy. - To chyba nie jest dobry pomysł… - powiedziała niemal od razu, bo trybiki w jej głowie pracowały już na najwyższych obrotach. O ile obawiała się spędzać z nim czas w jakimkolwiek miejscu publicznym, bo wydawało się to niewłaściwie, to jak nazwać spędzanie z nim czasu w jego mieszkaniu? Czuła, że w jego propozycji nie kryło się żadne drugie dno, ale istotnie nie zabrzmiało to dobrze w kontekście całej ich sytuacji. Jej wewnętrzne rozterki tylko się pogłębiły, bo jako kobieta zdecydowanie powinna była odmówić pojechania do mieszkania nieznajomego mężczyzny, ale… przecież Jasper podczas ostatniego spotkania podarował jej to, czego tak bardzo pragnęła. Pokazał jej namiastkę świata, który był piękny, ciekawy i co więcej… był wolny. Nie osaczał jej, dawał jej prawo wyboru i zawsze czekał na to, jaką podejmie decyzję. Ona i tylko ona - nie narzucał jej swojego zdania tak, jak robili to wszyscy wokół niej. Westchnęła ciężko i przeczesała nerwowo palcami włosy, gdy ktoś przypadkowo trącił ją ramieniem, bo ludzie też nerwowo krążyli wokół, próbując się wydostać z tej okolicy. Wiedziała, że narzeczony, o którym niemal teraz nie myślała wpadnie w szał i pewnie będzie jej wszędzie szukał. I zdecydowanie nie chciała się teraz mierzyć z jego przytłaczającym temperamentem. Westchnęła ciężko i odnalazła znowu spojrzeniem twarz Jaspera, którą słabo oświetlało światło z jej latarki, którą trzymała skierowaną w dół, by światło nie raziło ich w oczy. - To fatalny pomysł - zaśmiała się nerwowo, ale rozejrzała się równie nerwowo wokół - Ale chyba powinniśmy się stąd ewakuować - dodała z nadal wyraźnym zawahaniem w głosie. Na korzyść jego oferty przemawiał na pewno fakt, że przecież gdyby nie blackout, to normalnie usiedliby w barze i tam zrealizowali ich mały plan, więc propozycja mężczyzny nie pojawiła się z racji jego nieczystych intencji, które wcześniej zrodziły się w jego głowie, tylko w związku z zaistniałą sytuacją. Zamarła na moment w bezruchu, bo to słabe światło, które ich oświetlało stwarzało jakiś dziwny, intymny klimat. Wpatrywała się w jego oczy zdecydowanie dłużej niż powinna, ale w końcu pokiwała głową. - Dobrze… dobrze, zróbmy to, jedźmy do Ciebie – zdecydowała wreszcie stanowczo, chociaż w sposób, który stwarzał wrażenie, że nadal próbowała przekonać siebie samą do tej decyzji - Jesteś pewien, że przejedziemy samochodem przez miasto? Mieszkasz daleko stąd?

Jasper Porter
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Sol
everything we like
40 y/o
For good luck!
189 cm
muzyk który gra wszędzie, gdzie go zechcą
Awatar użytkownika
We'll sneak out, while they sleep
And sail off in the night
We'll come clean and start over the rest of our lives
When we're gone, we'll stay gone
Out of sight, out of mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wiedział, że to co do niej mówił, było równocześnie kuszące i napawające lękiem. Obietnica chwili szczerości, tej prostej i niewymuszonej, wydawała się cudownie kojąca. Chciał zobaczyć ją taką, jaka była naprawdę, podczas gdy społeczeństwo zazwyczaj wymagało zupełnie czegoś innego. Kazało się dostosowywać i udawać, dopasować do przyjętych norm. Praca miała swój kodeks, relacje zawierane między ludźmi również posiadały ścisłe normy, nawet rodzina była swego rodzaju instytucją, z jasno określonymi zasadami. Czy dziwnym więc było, że czuła się przyciągnięta przez jego deklaracje? Przez wizję kolejnych chwil wolności? Nie wymagał niczego, niczego nie obiecywał, na nic nie naciskał. Siedział na jej ramieniu, jak diabeł i anioł, wyszeptując dokładnie to, co chciała usłyszeć – jestem ja i jesteś ty, żadne z nas nie musi być niczym więcej ani naginać swojej woli do woli innych. Chodź ze mną albo zostań.
To była ta trudna część. Ulegnięcie pokusie, która choć sama w sobie nie wydawała się niczym złym, mogła w ostatecznym rozrachunku okazać się zgubna. Podjęcie decyzji, której na co dzień w ogóle nie wzięłoby się pod uwagę. Zaufanie czemuś, temu subtelnemu poczuciu, którego przecież zupełnie się nie rozumiało; ani jego źródła, ani drogi, którą prowadziło. Szczerość z jaką Solene wyraziła swoje wątpliwości, w jakiś sposób sprawiała, że miał ochotę się uśmiechnąć. Być może pierwszy raz od dawna głośno wypowiedziała swoje obawy, równocześnie przyznając, czego tak naprawdę chce. Dla Jaspera istotne było to, że podzieliła się tymi myślami właśnie z nim, ale jeszcze większym sukcesem wydawał się fakt, że powoli przestawała udawać przed samą sobą.
Propozycja przeniesienia się do jego mieszkania z pewnością nie ułatwiła podjęcia decyzji. W tłocznym barze panował zupełnie inny klimat. Można było zgubić się w tłumie, uniknąć kontaktu wzrokowego, zaszyć w przestrzeni wypełnionej rozmowami, muzyką i przekazywanym z rąk do rąk alkoholem, wyminąć odpowiedź na pytanie, które sięgało niebezpiecznie głęboko. Jednak tam, gdy zostaną zamknięci w czterech ścianach – jego prywatnej przestrzeni spowitej przez mrok – znacznie trudniej będzie nosić maski. Udawać, że to co robią, nie ma żadnego znaczenia. Jego samego ta wizja napawała pewnym niepokojem, mieszanką ekscytacji i niecierpliwego wyczekiwania, mógł więc tylko domyślać się, co czuła Solene. I nie sądził, że cokolwiek mogło ułatwić jej podjęcie decyzji. Wszystko co mógł zrobić i powiedzieć, już się zdarzyło – teraz reszta leżała w jej rękach.
Blackout dla całej reszty Toronto musiał okazać się przekleństwem. Czymś, co krzyżowało plany i wprowadzało niechciany zamęt. Ciemność nie kojarzyła się z bezpieczeństwem, stanowiła przestrzeń, w której ograniczone ludzkie zmysły nie potrafiły się poruszać. Przyzwyczajone do krzykliwych neonowych świateł, szumu elektroniki, feerii barw i mnogości dźwięków, zaczynały wariować, gdy wszystko gasło i cichło. Jasper jednak, pomimo początkowej niepewności, wydawał się odnajdywać w tym chaosie kolejną szansę. Świat się zatrzymał. Na ten krótki moment musiał kierować się zupełnie innymi zasadami. Solene nie była tego wieczoru jedyną osobą, która podążała nieznaną ścieżką. Był pewien, że tysiące dusz w Toronto właśnie starało się odnaleźć w ciemności; dosłownie i w przenośni.
Złapał ją za dłoń. Jego palce były ciepłe, opuszki nieco stwardniałe, przyzwyczajone do uciskania gitarowych strun. Tym razem nie był to impuls, a świadome działanie. Uśmiechnął się do niej, choć był to gest niemal niewidoczny w słabym świetle. Odsunął się w bok, robiąc niepewny krok, a później kolejny. Pociągnął Solene za sobą, delikatnie i nienachalnie. Ktoś wpadł na Jaspera, trącając go ramieniem, gdy w popłochu wychodził z baru, a palce muzyka zacisnęły się mocniej na dłoni Solene.
— To będzie długa podróż. — Powiedział cicho, gdy wyrównali kroki, idąc ramię w ramię. Słabe światło telefonicznej latarki było jedynym, co oświetlało drogę przed nimi. — Ale trafimy do mieszkania w jednym kawałku. Jestem świetnym kierowcą. — Nachylił się w bok i trącił ją ramieniem, jakby zdradzał jej sekret. – Myślę, że możemy się założyć. Jeśli dotrę w pół godziny, to ja wybieram utwór, który zagram. Jeśli nie, wybór należy do ciebie.

Podróż przez miasto w tych warunkach okazała się trudniejsza niż sądził. Ulice spowite ciemnością sprawiły, że wyjazdy z poszczególnych sektorów stały się zakorkowane. Służby próbowały kierować ruchem, ale ich działania zdecydowanie nie były zbyt dobrze skoordynowane. Blackout zaskoczył wszystkich, powodując ogólnomiastowy chaos. Jasper starał się jak mógł, by ominąć największe skupiska, obierając poboczne szlaki. Niewiele się odzywał, skupiony na tym, by nie potrącić żadnego zbłąkanego wędrowca – a tacy pojawiali się na każdym kroku – i mimo wszystko zdążyć do mieszkania przed upływem trzydziestu minut, chcąc wygrać zakład. Złamał przy tym pewnie niejeden drogowy przepis, ale wydawało się, że w obecnym stanie część zasad uległa całkowitej zmianie.
Upłynęły trzy długie kwadranse nim w końcu pojawili się w mieszkaniu. Parkdale było dzielnicą multikulturową, otwartą, głośną i pełną życia. Nic dziwnego, że Jasper postanowił osiąść właśnie tam. Nie było to może najbardziej rozwinięte i najbezpieczniejsze miejsce w Toronto, ale poczucie wspólnoty i ruchy artystyczne przyciągały ludzi, którzy byli mu bliscy. Walczyli o to, by poruszyć ducha miasta nieco bardziej, udowadniając, że może stać się domem dla każdego, niezależnie od klasy i pochodzenia.
Otworzył drzwi do mieszkania, przyświecając sobie latarką i zaprosił Solene do środka. Duże okna wpuszczały blade światło księżyca, nieco przeganiając panujący w środku mrok. Skierował latarkę wyżej, by oświetlić im drogę, tym samym umożliwiając wychwycenie nieco większą ilość szczegółów. Wystrój był dość rustykalny, na pierwszy rzut oka minimalistyczny, ale zdecydowanie ciepły. Na ścianach wisiały obrazy i winylowe płyty, w różnych częściach mieszkania walały się gitary – całkiem pokaźna kolekcja – w rogu stał przykryty płachtą aranżer. Kontrolowany bałagan panujący w mieszkaniu dodawał charakteru i wydawał się doskonale oddawać to, kim był jego właściciel.
— Rozgość się. — Głos Jaspera rozbrzmiał gdzieś przy uchu Solene. — Odpalę jakieś świeczki, chyba miałem też lampę naftową… — Szybkim krokiem ruszył w głąb pomieszczenia, poruszając się w jego przestrzeni pewnie, nawet pomimo panującego półmroku. Zajmując się przygotowaniem światła umyślnie dał też Solene czas na zabranie oddechu i odnalezienie się w nowej sytuacji. To nie mogło być proste; znalazła się w obcym miejscu, z mężczyzną, którego tak naprawdę nie znała, nawet jeśli coś sprawiało, że jednak postanowiła mu zaufać.
Wkrótce w mroku błysnęła zapalniczka, gdy pierwszy knot zajął się ogniem. Każdy kolejny sprawiał, że wnętrze zaczynało się rozjaśniać, tym ciepłym i kojącym rodzajem światła. Jasper, roznosząc świece po mieszkaniu, ukradkiem obserwował Solene, jakby próbował wybadać jej nastrój. Wyłapać każdy przejaw niepokoju, który mógłby nadejść na nowo. Nie zamierzał jej tego odbierać – mógł mieć tylko nadzieję, że w pewnym momencie będzie prościej, a klimat intymności, który powoli tworzył się w mieszkaniu, zamiast przynieść obawę, zaoferuje ukojenie.


Solene Rhodes
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
32 y/o
For good luck!
178 cm
adwokat | Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
I've got to get a move on with my life, it's time to be a big girl now and big girls don't cry
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jakkolwiek irracjonalne by się to nie wydawało, Jasper naprawdę otwierał jej oczy. To, że kusił ją tą nieposkromioną wolnością było oczywiste, ale ważniejsze było to, że ona naprawdę przełamywała własne przyzwyczajenia i obawy, pozwalając mu się zabrać w tą podróż w nieznane. Zaufanie wzbudzał w niej fakt, że dostrzegała w nim naturę człowieka, który wiele w życiu doświadczył i wiele też widział, że rozumiał pewne kwestie lepiej niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka: było to dla niej o tyle wyraźne, że pozostawiał jej pole do podejmowania własnych decyzji. Z jego strony nie nadchodziły żadne naciski, nie było sugestii, zachęcenia - proponował to, co miał do zaoferowania, pozwalając jej się wycofać albo podążyć za nim. Jakby też podświadomie czuł, że możliwość ofiarowania jej wolnej woli naprawdę może przynieść pożądany efekt. Bo poza tym, że to właśnie poczucie wolności działało na nią tak uzależniająco, to była ciekawa również człowieka, który stał naprzeciwko niej: podświadomie pragnęła dowiedzieć się, co takiego wydarzyło się w jego życiu, że potrafił zagrać i wyśpiewać proste słowa w sposób, który trafiał prosto w jej emocje i serce. Co takiego miał w sobie, że każdy dźwięk niósł w sobie emocjonalny ciężar, z którym nie potrafiła sobie do końca poradzić. Dlatego też chciała więcej. Bo to było coś więcej i to od samego początku - to była złożona konstrukcja z emocji, dziwnego porozumienia dusz i również wewnętrznej ciekawości. Oczywiście wyraźny szczegół całości stanowił fakt, że Jasper był również przystojnym mężczyzną, który miał charakterystyczny błysk w oku, piękne, intensywne spojrzenie i uśmiech, który zdawał się rozjaśniać całe otoczenie i przełamywać wszystkie lody. Był kuszący na wielu płaszczyznach, a przez to równie niebezpieczny dla kobiety takiej jak Solene.
Pozwoliła na to, by złapał ją za dłoń - ta jego była ciepła, nieco szorstka, za to wyraźnie męska i pewna w tym chwycie, którym ją uraczył. Może właśnie dzięki temu poczuła nieco więcej spokoju w tym chaosie, który się wokół nich rozpętał. Gdy zrobił pierwszy, a potem kolejny krok, nie mogła dłużej pozostać w miejscu, ruszyła więc zaraz za nim, gdy delikatnie pociągnął ją za dłoń w tym zachęcającym geście. Teraz Jasper stanowił dla niej pewnego rodzaju tarczę, bo to z nim zderzyły się jedna czy dwie osoby, które gdzieś stanęły im na drodze. Wówczas jej dłoń mocniej zacisnęła się na tej jego, bo nie chciała, by zgubili się gdzieś w jakimś zamieszaniu, a poczuła wyraźną ulgę, gdy odwzajemnił ten uścisk, nie pozwalając jej popaść w jakiekolwiek wątpliwości. Gdy zrównali krok, starała się oświetlać im drogę latarką z telefonu na tyle, na ile było to możliwe. Przez chwilę naprawdę zrodziła się w niej pewnego rodzaju ekscytacja - okoliczności, które nastały zmieniły niepewność, co do wspólnie spędzonego czasu w pewnego rodzaju wspólną misję, którą miało być właśnie dotarcie do jego mieszkania. Jej ramiona wyraźniej się rozluźniły, na twarzy błąkał się niewyraźny uśmiech, a panujący wokół chaos zdawał się jej nie przeszkadzać - ba, Solene Rhodes nawet przez sekundę nie pomyślała już o tym, że bliscy mogliby się o nią teraz martwić czy jej szukać w tych ciemnościach. Chciała po prostu uciec stąd razem z nim.
Zaśmiała się cicho, gdy trącił ją ramieniem i pokiwała głową. - Mam nadzieję, że tak właśnie jest, bo jeśli w coś wjedziemy albo co gorsza, jeśli kogoś potrącimy, to będziemy mieli duży problem - rzuciła nawet nieco żartobliwie, co w tych okolicznościach mogło być dość zaskakujące. W końcu chwile temu Solene raczej była bardzo niepewna i bardziej skora do szybkiego odwrotu aniżeli podążenia za Jasperem w nieznane. Ale nagła energia zrodziła się niespodziewanie, kierowana właśnie małą misją, której się podjęli i właśnie jego energią, którą emanował i którą tak chętnie ją zarażał. - Możemy się założyć, ale jesteś pewien, że tego właśnie chcesz? Co, jeżeli wybiorę utwór, którego nie potrafisz zagrać? Podejmujesz się tego wyzwania? - uniosła zaczepnie brew ku górze, zerkając na niego w tej ciemności, czego akurat nie mógł zobaczyć, ale najpewniej wyczuł to w jej głosie. Tę nutkę zaczepności, która była dość charakterystyczna. W końcu udało im się dotrzeć do zaparkowanego samochodu, ale w tym miejscu także wszędzie krążyli ludzie i mimo, że zamknęli się we wnętrzu pojazdu i odcięli od tego zamieszania na zewnątrz, to włączenie się do jakiegokolwiek ruchu stanowiło wyzwanie. Nie odzywała się, by go nie rozpraszać, za to starała się równie uważnie obserwować okolicę, by w razie czego ostrzec go o jakimś zagrożeniu. Nie miała pojęcia dokąd jadą i w jakiej konkretnie znajdowali się części miasta, bo dosłownie wszystko było spowite ciemnością. - W jakiej jesteśmy dzielnicy? - zapytała więc w końcu, bo próbując cokolwiek dostrzec przez szybę, nie była w stanie wyłapać żadnego charakterystycznego punktu. A po pierwsze, wolała wiedzieć, gdzie się znajduje, a po drugie była zwyczajnie ciekawa, gdzie właściwie mieszkał Jazz. Gdy uzyskała odpowiedź, uniosła nieznacznie kąciki ust. - To może dziwne, ale nigdy nie byłam w tej okolicy i w tej części miasta. Musi tu być intrygująco w ciągu dnia - stwierdziła, bo słyszała, że Parkdale to skupisko artystycznych dusz, od których ją raczej trzymano zawsze z daleka.
Solene podążała tuż za nim aż pod same drzwi mieszkania. Wchodząc do środka, już od progu próbowała cokolwiek dostrzec, oczywiście rozglądając się po wnętrzu. Częściowo ułatwiały jej to urokliwe, duże okna, które wpuszczały blade światło księżyca, a częściowo także latarka w telefonie. Stawiała drobne kroki, wchodząc dalej, prześwietlając niemal każdy element przestrzeni wzrokiem. Ona też miała w mieszkaniu podobne okna z widokiem na miasto, ale… tamten widok nie robił już na niej żadnego wrażenia, za to te okna zdawały się mieć w sobie duszę i charakter, które zdecydowanie bardziej do niej przemawiały. - Nie wiem jak to zabrzmi, nie odbierz tego oczywiście źle, ale to wnętrze idealnie do Ciebie pasuje, chociaż właściwie nawet Cię nie znam… - zaczęła, próbując odnaleźć go wzrokiem, gdy najwyraźniej poszukiwał jakiegoś innego źródła światła - Ale tak czuję. Chyba tak sobie to nawet mogłabym wyobrazić. Ta przestrzeń ma w sobie coś takiego… charakter. Ma charakter. Podoba mi się - pokiwała głową, zatrzymując się w miejscu, aż w końcu jej wzrok podążył w kierunku gitar, które zdawały się być w niemal każdy kącie, wyłapała też płyty na ścianach i wiele innych elementów, które przemawiały za jego artystyczną duszą. I muzycznym talentem. - Chyba rzeczywiście dużo grasz. Masz tu wszystkie możliwe rodzaje gitar? - zapytała, niby poważnie, ale w jej głosie chyba czaiła się żartobliwa nuta. A może była to też pewnego rodzaju reakcja na stres, podobno często ludzie reagują na niego właśnie śmiechem czy żartem. Wbrew pozorom jednak Solene nie czuła niepewności ani nawet grama stresu - czuła się tu niezwykle swobodnie, co chyba nawet ją samą zaskoczyło. Mniej pewnie czuła się, przekraczając próg własnego mieszkania…
W końcu błysnął nieopodal ogień z zapalniczki, a po chwili kolejne świeczki otulały przestrzeń ciepłym światłem, rozganiając panujący wokół mrok. Zgasiła więc latarkę, schowała telefon w niewielkiej torebce i odłożyła ją na kanapę. Oczywiście to też nie tak, że straciła całkowicie czujność, nadal pewnie jej ramiona były nieco spięte, a ona próbowała odnaleźć się w zupełnie nowym otoczeniu, ale to niezrozumiałe poczucie spokoju naprawdę dodawało jej otuchy. I ten klimat, który właśnie się wytworzył, dawał poczucie intymności i spokoju, którego chyba oboje dziś potrzebowali w tej nowej dla siebie sytuacji. - To już niemal wygląda romantycznie… - zauważyła, być może z nieco nerwowym, rozbawionym wydźwiękiem, ale zapalone wokół świeczki tworzyły taki właśnie klimat, najpewniej idealny dla zakochanych par. Szybko jednak zdała sobie sprawę z tego, co zasugerowała, więc pokręciła jedynie głową ze słabym uśmiechem i ponownie rozejrzała się po wnętrzu. - Czyli jednak muzyka? Tym się zajmujesz? Ilość gitar sugeruje, że to nie przypadek, że jesteś w tym taki dobry - zagadnęła luźno, zachęcając go tym samym do mówienia. Może celowo odwlekając moment, w którym sama miałaby mówić o sobie. A może po prostu z czystej ciekawości, by faktycznie w końcu dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Wolała, by to on zaczął mówić, póki kilka łyków czegoś mocniejszego nie rozluźni jej na tyle, by była skłonna również podzielić się z nim czymś ze swojego życia. - I nie zapominaj, że wygrałam zakład. Wisisz mi piosenkę.

Jasper Porter
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Sol
everything we like
40 y/o
For good luck!
189 cm
muzyk który gra wszędzie, gdzie go zechcą
Awatar użytkownika
We'll sneak out, while they sleep
And sail off in the night
We'll come clean and start over the rest of our lives
When we're gone, we'll stay gone
Out of sight, out of mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cała dzielnica miała duszę. Nie tylko to mieszkanie, ta niewielka przestrzeń, w której udało mu się zamknąć siebie. Całą pasję, jaką posiadał, wszystkie marzenia i niespełnione pragnienia. Nawet w mroku mieszkanie tętniło tym charakterystycznym rytmem, odsłaniając kolejną stronę Jaspera; mówiło więcej niż sam chciałby przestawić. Każdy kąt, każda płyta, każdy zakurzony instrument i niewinnie wyglądająca pamiątka. Był otwarty, nie ukrywał własnych emocji, ale niemal dziękował wszechświatowi, że zesłał na nich mrok. Solene, wodząc ciekawskim spojrzeniem po kolejnych calach przestrzeni, mogłaby odkryć więcej, niż sam by powiedział. Nim wyłoży wszystkie karty na stół, wypuszczając myśli, pozwalając im łagodnie błądzić w przestrzeni, chciał stworzyć między nimi pewną więź. Eksplorować to, co już się zaczęło, w tamtym barze, pomimo ich woli, jakby zostali sobie zapisani. Spróbować zrozumieć, a później dać zrozumieć siebie, bez poczucia winy i wstydu, bez zawahania, tak prosto i ufnie. Jakby tego wieczoru byli swoim ostatnim przystankiem, po którym nie było już żadnej drogi i nikogo, kto mógłby osądzić ich wybory.
Uśmiechnął się na jej komentarz, ten pewien rodzaj aprobaty, który mu zapewniała. Nie znajdował się blisko niej, nadal szukając odpowiedniego źródła światła, a jednak wydawało się, że otaczał ją ze wszystkich stron. Każdy kąt przesiąknięty był jego osobą.
— Elektryk, klasyk, akustyk, elektroakustyk, klawisze… — zaczął wymieniać, nim spostrzegł, że tak naprawdę nie pytała go o jego muzyczne możliwości, a po prostu rejestrowała przestrzeń, która ją otaczała. Muzyka była jego życiem, to było pewne. Nie tylko pasją, metodą na odreagowanie, kapryśnym epizodem. To był początek – wtedy, gdy jego ojciec uwiódł matkę serenadą – i koniec, który nadejdzie, gdy po latach wygrywania znajomej melodii w końcu pęknie struna, wibrując w kościach przeszywającym fałszem. Choć Parkdale było jego miejscem w Toronto, a to mieszkanie cichą przystanią, w której mógł się schować, dopiero scenę faktycznie uważał za swój dom. Stanowiła przestrzeń, w której czuł się najpewniej i za każdym razem wracał do niej ufnie, z przyjemnością kryjąc się w jej rozpostartych ramionach.
Kolejne knoty rozpalały się jasnym płomieniem. Zapach topionego wosku i olejków eterycznych wypełnił powietrze, mieszając się z wonią ich perfum i wyraźnymi nutami drewna. Świece, rozstawiane w różnych miejscach, faktycznie tworzyły niemal romantyczną atmosferę. Był jej świadomy, choć dopiero, gdy wypowiedziała to na głos – niby żartem – zatrzymał się na moment, nim położył naftową lampę na drewnianym stoliku. Wyłapał jej spojrzenie, iskrzące się w świetle płomieni, uśmiechając się delikatnie. Jeśli była to nerwowa reakcja, nie dał po sobie tego poznać, pozostając tym lekkoduchem, do którego podświadomie tak mocno lgnęła. Znów zniknął w niewielkiej kuchni, by wyciągnąć dwie szklanki. Sięgnął po lód i butelkę miodowej whisky, którą wypełnił szkło, zdecydowanie nie żałując alkoholu.
— To miejsce będzie czymkolwiek chcesz żeby było — zapewnił, kładąc alkohol na stoliku. Bursztynowy płyn błyszczał w ciepłym świetle ognia, który tańczył pod wpływem powietrza mąconego ruchem ich ciał. — Chcesz romantyzmu? Będzie romantycznie. — Zaśmiał się cicho, jakby teraz to on rzucał niewinny żart. Nie mógł przecież wiedzieć, że była zaręczona, a jej obecność w jego mieszkaniu była pewnym łamaniem przyjętych przez społeczeństwo zasad. — Chcesz szczerości? Będzie szczerze. — Sięgnął po paczkę papierosów i zapalniczkę, którą wcześniej odpalał świece, kładąc je na blacie. — Chcesz ucieczki? Nie będę tego podważał. To ty rozdajesz karty. — Wyciągnął kolejne pudełko z jednej z szafek – skręcone bibułki lądujące na stole z pewnością nie składały się jedynie z tytoniu. Słodki, charakterystycznie intensywny zapach wypełnił pomieszczenie. Znów oferował jej możliwość decyzji. — I zgodnie z naszą umową wybór utworu również należy do ciebie. — Wygrany przez Solene zakład zobowiązywał go do wypełnienia obietnicy. Poniekąd cieszył się, że nie udało mu się dotrzeć do mieszkania w ustalonym przez siebie limicie czasu – był ciekawy, jaką piosenkę wybierze kobieta. Barmani często mówili, że zamawiane przez klientów trunki, zdradzały o nich więcej, niż sami chcieliby przyznać. Jako artysta, mógł powiedzieć to samo o wyborze utworu – muzyka zawsze niosła ze sobą jakąś emocjonalną wartość. Za melodią i słowami kryły się wspomnienia, obawy i pragnienia. To, co dla niej zagra, z pewnością pozwoli mu zrozumieć ją lepiej, bez zadawania żadnych niewygodnych pytań.
Przeszedł przez pomieszczenie biorąc jedną z akustycznych gitar w dłoń nim usiadł na kanapie. Poruszył kluczami dostrajając struny, pudło instrumentu zarezonowało, mrucząc łagodnie. — I to, kiedy dla ciebie zagram, też pozostawiam tobie. — Posunął palcami po lakierowanej powierzchni drewna nim sięgnął po szklankę z whisky, smakując słodkiego alkoholu, który zalał gardło przyjemnym ciepłem. Oparł się o zagłówek kanapy, rozsiadając się wygodniej. — Wybierz mądrze, to jedyna szansa na prywatny koncert od takiej gwiazdy jak ja. — Zaśmiał się szczerze, próbując wyłapać jej spojrzenie. Nie pytał o nią, jeszcze nie. Doskonale wiedział, że jeśli zechce mówić, potok słów sam opuści usta. Póki co chciał, by odnalazła się w tym miejscu i pozwoliła sobie na rozluźnienie. Wskazał na szklankę z whisky i wolne miejsce na drugim końcu kanapy. Wystarczająco zdystansowane, by nie poczuła się osaczona, ale wciąż na tyle bliskie, by mógł bez trudu obserwować emocje malujące się na jej twarzy.
— Od zawsze zajmowałem się muzyką. Raczej niezbyt wielu wróżyło mi wielką karierę i pewnie mieli rację… — zaczął mówić, robiąc pierwszy krok w stronę zmienienia ich nieznajomości w coś zupełnie nowego. Zgodnie ze swoimi wcześniejszymi zapewnieniami, nie zamierzał ich szufladkować, ani nazywać tej relacji w żaden sposób. Byli – po prostu – i tylko to się liczyło. — Ale chyba nigdy nie brałem pod uwagę możliwości, że miałabym robić coś innego. Próbowałem. — Uśmiechnął się pod nosem, jakby odgrzebywane wspomnienia napawały go rozbawieniem. — Czegokolwiek jednak bym się nie łapał, zawsze wracałem do muzyki. Więc rzuciłem wszystko i zająłem się tym na poważnie. — Odstawił szklankę z alkoholem i przejechał po strunach palcami, pozwalając im wybrzmieć. — A wiadomo, że na poważnie gwiazdą można zostać tylko w Los Angeles, prawda? Ale to już zupełnie inna historia. — Oparł łokcie na pudle gitary, nachylając się w jej stronę i puścił jej oczko. — Może sprzedam ci ją, jeśli uchylisz rąbka własnej tajemnicy. Czym zajmuje się Solene?
To, i setki innych pytań, zadawał sobie wiele razy od czasu ich pierwszego spotkania. K i m była ta kobieta, która nie potrafiła wyjść mu z głowy? Ta nieznajoma, która sprawiała, że przez wiele nocy wracał do tego samego baru, wypatrując jej w tłumie? Czy chciał wiedzieć? Czy ta wiedza mogła zmienić między nimi cokolwiek, pomimo zapewnień, że nie muszą bać się żadnej szczerości? Czasu na odnalezienie odpowiedzi mieli dużo, w końcu było prawdopodobieństwo, że Solene nie opuści jego mieszkania przed wschodem słońca. Jeden drink i jeden papieros? Może to jedyna obietnica, której Jasper tamtej nocy nie dotrzyma.

Solene Rhodes
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
ODPOWIEDZ

Wróć do „Bar Poet”