Paradoksalnie zabrakło jej zaledwie kilku kroków - kilku prostych, szybkich kroków do tego, by faktycznie zniknąć nim tylne drzwi baru wydadzą ten charakterystyczny odgłos, gdy otworzą się ponownie, wypuszczając na zewnątrz mężczyznę, który zwiastował dla niej kłopoty. Chociaż w oczywisty sposób jego obecność ją kusiła, dawała jej namiastkę wolności, pozwalał decydować, przyciągał ją swoim uśmiechem i brakiem zobowiązań, ale… jednocześnie był wyznacznikiem wszystkiego, czego Solene Rhodes całe życie unikała. Wiedziała, że każde kolejne spotkanie będzie tylko utwierdzać ją w przekonaniu, że gdzieś tam czekało życie, którego tak uparcie pragnęła, a które dotychczas było dla niej nieosiągalne. Jasper dał jej go już
posmakować - zatraciła się w tym smaku tak bardzo, że popłynęłaby z nurtem rwącej rzeki jeszcze dalej, gdyby znajome twarzy nie wyrwały jej z tego transu.
Ryzyko nie było wpisane w jej naturę - potrafiła stawiać trudne warunki i rzucać się na głęboką wodę tylko i wyłącznie na gruncie zawodowym. Jej życie prywatne było perfekcyjnie zaplanowane już od dnia jej narodzin, a ona nie potrafiła przerwać schematu, w którym tkwiła. Ucieczka była dla niej absolutnie naturalnym odruchem - nawet się nie zastanawiała nad kolejnym krokiem, nogi same poniosły ją ku tylnemu wyjściu, gdy jeszcze nie spodziewała się, że mężczyzna byłby skłonny za nią pójść. A jednak się zatrzymała. Dlaczego zamarła w bezruchu, w momencie, gdy dotarł do niej ten znajomy, charakterystyczny głos? Dlaczego nie zrobiła jeszcze tych kilku kroków, które uratowałyby ją przed kolejnym pójściem w nieznane? W głowie nadal echem odbijały się dźwięki granej przez niego melodii, która otulała jej skołatane nerwy, a każde ze słów dźwięczało wyraźnie, dobitnie obrazując jej największy problem. Była pewna, że
przekraczali granicę - że zrobili to już w tej chwili, w której on wybiegł z klubu, a ona się zatrzymała; oboje wówczas podjęli decyzję, jeszcze nie zdając sobie do końca sprawy z jej konsekwencji. Przez krótką chwilę sama nie rozumiała dlaczego. Przecież jeszcze kilka minut wcześniej uciekała, jakby ktoś ją przyłapał na czymś zakazanym, serce nadal biło jej zbyt szybko, dłonie były lekko drżące, a w głowie wciąż kłębiły się pytania, których nie potrafiła uporządkować. Zobaczyła go stojącego w świetle latarni i przez moment miała wrażenie, że pomiędzy nimi znajduje się znacznie więcej niż kilka metrów chodnika. Jakby dzieliła ich cała reszta jej życia - wszystkie zasady, oczekiwania, ludzie, którym przez lata pozwalała decydować o tym, kim powinna być.
Milczenie stawało się coraz bardziej
niezręczne. Żadne z nich nie robiło kroku w swoją stronę, ale też żadne nie odchodziło. Patrzyła na Jaspera, próbując odnaleźć w jego twarzy coś, co pozwoliłoby jej zdecydować, czy powinna zostać, czy jednak zrobić to, co podpowiadał rozsądek i odejść. Jego obecność była dziwnie kojąca, a jednocześnie właśnie przez to tak niebezpieczna. Przy nim nie musiała niczego udowadniać, ale im dłużej na niego patrzyła, tym wyraźniej docierało do niej, że problem wcale nie leżał w nim.
Problemem była ona. I to, że pierwszy raz od dawna czegoś chciała, nie zastanawiając się wcześniej, czy wolno jej tego chcieć. Spuściła wzrok, przesuwając spojrzeniem po chodniku. Przez chwilę zastanawiała się, jak można wyjaśnić komuś coś, czego sama nie potrafiła uporządkować w swojej głowie. Nie chodziło przecież o to, że robili coś złego. Nie uciekali z kraju, nie popełniali przestępstwa, nie robili nikomu krzywdy. A jednak miała wrażenie, że przekraczali jakąś granicę - tylko nie potrafiła powiedzieć, gdzie ona dokładnie się znajdowała.
-
Nie wiem - powiedziała rozbrajająco szczerze, ale równie cicho, podnosząc na niego zagubione spojrzenie, gdy zbliżył się o kilka kroków, a latarnia nadal oświetlała jego twarz, jednak teraz stawała się ona bardziej wyraźna -
Właśnie o to chodzi, że nie wiem. Nie robimy nic złego, a jednocześnie mam poczucie, że to… jest niewłaściwe. Łatwiej jest powiedzieć, by się w czymś nie zatracać, ale ja… - zamilkła na moment, uciekając wzrokiem gdzieś w bok -
…nie zrozumiesz - pokręciła nerwowo głową. Nie mógł rozumieć, bo przecież nikt jej nie rozumiał. Wszyscy wokół mieli tylko pretensje, wymagania i wytyczne, którym musiała sprostać. Nikt tak naprawdę nigdy nie pytał jej o to czego chciała, czego potrzebowała i co było dla niej dobre. Ciężko było jej uwierzyć w bezinteresowność nadal nieznajomego mężczyzny, skoro pozornie najbliżsi jej ludzie zawsze oczekiwali czegoś w zamian. Z góry zakładała więc, że jego intencje nie mogły być czyste, a jednocześnie przewidywała, że nie mógłby zrozumieć jej punktu widzenia i stopnia zagubienia w tym świecie. Przecież sam był wolny, wydawał się być bezpośredni, odważny i co więcej, gotowy na podjęcie każdego ryzyka. A Solene była przerażona zrobieniem jakiegokolwiek kroku poza wyznaczone ramy. A mimo to dzisiaj zrobiła go już świadomie - sama przecież podjęła decyzję o tym, by przyjechać właśnie do tej dzielnicy i do tego konkretnego baru, chociaż w innym rejonie była ich do wyboru cała masa. Nie było w tym przypadku, tylko celowe działanie. Parsknęła cicho pod nosem i opuściła bezradnie ręce wzdłuż ciała, wracając wzrokiem do jego twarzy - szukała tam jakiejkolwiek oznaki zawahania, braku szczerości, nieczystych intencji, ale… Jasper wydawał się być rozbrajająco
autentyczny. Po prostu tam stał, dawał jej czas i czekał aż sama podejmie decyzję - znowu dawał jej prawo wyboru. Nie naciskał, nie przekraczał w żaden sposób jej strefy komfortu i przestrzeni osobistej, po prostu tam stał, a światło latarni rozbrajająco odbijało się w jego oczach. Przetarła dłońmi zmęczoną twarz i zaczesała nerwowo długie, ciemne włosy do tył, by nie opadały jej na twarz, jakby istotnie nadal biła się z własnymi myślami - bo rozum znowu przegrywał z sercem i niedługo chyba w ogóle przestanie dochodzić do głosu. -
Nie masz pojęcia jak bardzo się mylisz… - powiedziała cicho, tuż po tym, jak wspomniał, że jest
wolna, a przecież tkwiła w jakiejś złotej klatce, tak naprawdę właściwie nie podejmując własnych decyzji. To dopiero on pozwalał jej to robić, dając namiastkę świata, który mógł być lepszy, gdyby odważyła się stawiać na swoim. I gdyby miała odwagę sięgać po to, czego chciała.
-
Chcesz słuchać opowieści o moim podłym dniu? - spytała, robiąc nieśpieszny krok w jego stronę -
Napić się ze mną, zapalić papierosa i rozmawiać tak, jakbyśmy nie mieli nic do stracenia? Dlaczego? Wiesz, że każda zdradzona informacji będzie sprawiała, że lepiej się poznamy? Gdy lepiej się poznamy, nie będziemy już dwójką nieznajomych ludzi… - mówiąc cicho, zatrzymała się zaledwie dwa lub trzy kroki od niego. Tym razem widziała go już znacznie wyraźniej. Zamilkła znowu na moment, czując, że przegrywała rozgrywkę we własnej głowie - że ta wytresowana natura legła w gruzach, bo tylko Jazz potrafił przebić się przez te wysoko postawione mury. Przerażało ją to i fascynowało jednocześnie. -
Jeden drink, jeden papieros i rozmowa. Ale pod warunkiem, że jeszcze coś dla mnie zaśpiewasz - zaproponowała mały układ, prosząc go w ten sposób o mały koncert, o jedną piosenkę, której mogłaby wreszcie wysłuchać w całości, delektując się melodią i jego głosem. Już miała dodać coś więcej, wiedząc doskonale, że zrobiła kolejny krok w to nieznane, gdy… nagle zapanowała wokół nich całkowita ciemność. Wszystko wokół zgasło - nie widziała już jego oczu, nie widziała nawet jego sylwetki, tylko blady jej cień przez słabe światło padające na ziemię za sprawą księżyca. Wystraszyła się, odwróciła gwałtownie robiąc krok w tył, aż wpadła na męską sylwetkę. -
Jasper… - wydusiła z siebie, odwracając się znowu do niego przodem, wokół zaczynał się jakiś dziwny chaos, liczne rozmowy, słyszała otwierane drzwi i wychodzących na zewnątrz ludzi, z latarkami w dłoniach. -
Co się dzieje? - zapytała z paniką w głosie, nie odrywając się od niego na krok. Ciemność była jeszcze bardziej przerażająca niż podejmowanie trudnych decyzji. Udało jej się wyciągnąć z torebki telefon i uruchomiła w nim latarkę, która teraz oświetliła ich sylwetki i twarze, gdy znajdowali się teraz bliżej siebie niż jeszcze kilka minut temu. -
Nie ma prądu? W całym mieście? Teraz chyba już nic nie wypijemy…
Czy to życie dawało im jakiś znak? Czy podjęła złą decyzję?
Czy to była jej szansa na taktyczny odwrót?
Bo Jasper mógł zobaczyć w jej słabo oświetlonych latarką oczach ten znajomy cień zawahania.
Jasper Porter