02.
outfit
To miała być tylko jedna noc.
Jedna, niczym niezobowiązująca ucieczka od życia, które przez większość czasu było dla niej jak gotowy scenariusz, napisany przez kogoś innego i przekazany jej do odegrania bez możliwości naniesienia własnych poprawek. Do świata, który miał zaczekać na nią do rana, do momentu, w którym znów będzie musiała włożyć odpowiednie ubranie, poprawić włosy, odebrać telefon, wrócić do kancelarii, odpowiadać na liczne pytania i udawać, że wszystko znajduje się dokładnie tam, gdzie powinno. Tamtej nocy nic nie musiało mieć znaczenia. Jasper miał pozostać nieznajomym, przypadkowym człowiekiem, który pojawił się na kilka godzin i zabrał ją do miejsca, które pozostawało dla niej celem wręcz nieosiągalnym.
Kimś, kogo poznała zupełnie przypadkiem i równie przypadkowo miała stracić z oczu. Bez obietnic, bez pytań o przyszłość i bez konieczności tłumaczenia się z własnych decyzji.
To właśnie było w tym wszystkim najpiękniejsze. Nie musiała być dla niego
idealna. Jazz nie znał jej rodziny, jej matki, jej narzeczonego ani historii, która doprowadziła ją do tego miejsca. Nie wiedział, ile razy w życiu słyszała, że powinna zachować się inaczej, wybrać inaczej, wyglądać inaczej. Nie wiedział, ile wysiłku kosztowało ją bycie kobietą, którą wszyscy wokół uznawali za godną podziwu. Może właśnie dlatego pozwoliła sobie zapomnieć, że następnego dnia to wszystko wróci. Jeszcze niedawno śmiała się bez zastanowienia, biegła przez park rozrywki w zdecydowanie zbyt wysokich szpilkach, próbowała wygrać ogromną pandę i pozwalała Jasperowi prowadzić się tam, gdzie akurat chciał. Pamiętała ciepło jego dłoni, kiedy przytrzymał ją, gdy straciła równowagę. Pamiętała światła odbijające się w jego oczach, głośną muzykę i własny śmiech, który brzmiał zupełnie inaczej niż ten, którym posługiwała się na eleganckich przyjęciach.
Była wtedy naprawdę szczęśliwa.
Ale to wszystko musiało się skończyć, tyle, że nawet ona nie przypuszczała, że zostanie tak brutalnie sprowadzona na ziemię. Dopiero czuła się lekka, wolna i niemal beztroska, a chwilę później miała wrażenie, jakby ktoś brutalnie wyrwał ją z tego pięknego snu. Wróciła do swojej roli - tylko, że tym razem coś było inaczej, bo wiedziała już, jak smakuje
wolność. Wiedziała, jak to jest śmiać się bez powodu, biec przed siebie bez planu, wygrać albo przegrać i nie czuć potrzeby udowadniania sobie czegokolwiek. Wiedziała, jak to jest spędzić kilka godzin z człowiekiem, który niczego od niej nie oczekiwał. I właśnie dlatego powrót do rzeczywistości bolał bardziej. Miała przecież od początku pełną świadomość tego, że ta noc musiała się kiedyś skończyć. Mieli pozostać dla siebie przypadkowymi ludźmi, którzy przez kilka godzin znaleźli się w odpowiednim miejscu i czasie. Powinni byli rozmyć się w swoich własnych życiach, zostawiając po sobie jedynie wspomnienie trochę szalonej nocy. Bez tęsknoty, niedopowiedzeń i pytań o to, co mogłoby wydarzyć się później. A jednak, kiedy wracała myślami do parku rozrywki, do jego śmiechu i własnego, którego dawno nie słyszała w takiej formie, coraz trudniej było jej uwierzyć, że naprawdę mogła po prostu
zapomnieć.
Nie chciała zapomnieć. Wracała myślami do tej beztroski każdego kolejnego dnia, który spędzała w kancelarii lub w sądzie, ale najczęściej wtedy, gdy musiała znosić humory matki albo zaborczą naturę narzeczonego. Myślała o tym, co robił, czy nadal bywał w tym barze, a przede wszystkim co myślał o niej, po tym jak zostawiła go wtedy, uciekając bez słowa wyjaśnienia.
Czy on w ogóle jeszcze o niej myślał? Karciła się oczywiście za te myśli, bo przecież nie powinna była się w ogóle nad tym zastanawiać - wówczas bardzo szybko wracała do codziennych obowiązków, ale ilekroć miała cięższy dzień, a te niestety zdarzały się ostatnio notorycznie, tym częściej pragnęła znowu uciec. Ale nie sama - pragnęła uciec właśnie z nim. I tylko z nim.
Gdy dzisiejszym późnym popołudniem kłótnia z narzeczonym eskalowała do dużych rozmiarów, po prostu czuła, że musi opuścić mieszkanie - chciała zostać sama, ale tak naprawdę nie miała dokąd się podziać. Matka nie wchodziła w grę, brat był poza miastem, a przyjaciółka miała swoje plany - wydawać by się mogło, że wszyscy mieli jakieś życie, każdy miał kogoś, a ona miała tak naprawdę tylko siebie. Była tak zamyślona, że gdy taksówkarz zatrzymał się w okolicy kancelarii, w której pracowała, nie miała nawet pojęcia, skąd wiedział, że właśnie tutaj miał ją przywieźć, a przecież musiała mu to powiedzieć, wsiadając do samochodu. Wiedziała, czemu przyjechała właśnie tutaj. Wysiadła i rozejrzała się, taksówka jeszcze tu była, więc mogła po prostu zawrócić, ale… przecież nie chciała wracać do mieszkania. Mogła zawrócić - i wybrać zupełnie inny bar, każdy jeden w mieście, który dzisiejszego wieczoru na pewno tętnił życiem. Ale nogi same poniosły ją do tego znajomego miejsca, które odwiedziła niedawno. Była przekonana, że szansa na spotkanie tam dzisiaj Jaspera była niemal zerowa - bo jaki był procent szans, że grywał tam tak często? Jaka istniała szansa, że będzie śpiewał tam akurat dzisiaj? Gdy przekraczała próg lokalu, przekonywała samą siebie, że minimalna. Znowu czuła na sobie te męskie spojrzenia, paradoksalnie wcale nie czuła się w tym lokalu komfortowo, a mimo to wróciła właśnie tutaj - i chociaż wmawiała sobie, że nie dla niego, to jednak powód wydawał się być oczywisty.
Scena była pusta.
Czuła bardziej ulgę czy rozczarowanie? Przystanęła przy barze, ale póki co zastanawiała się co zamówić. Uznała, że będzie mogła tu zostać, skoro Jazz dzisiejszego wieczoru nie przejmie jej myśli na własność i nie trafi prosto do jej serca wyśpiewanymi słowami. Czekała cierpliwie na barmana, ale nim ten do niej dotarł po obsłużeniu pozostałych klientów, dotarły do niej pierwsze dźwięki gitary. Jej ciało spięło się na myśl o tym, kto mógł właśnie wypełniać przestrzeń tymi przyjemnymi dźwiękami, jednak wstęp trwał dłużej niż by sobie tego życzyła - odważyła się więc w końcu odwrócić przodem do sceny i zobaczyła go dokładnie w momencie, w którym otulił ją dźwięk jego charakterystycznego głosu, bowiem właśnie zaczął śpiewać. Zamarła w bezruchu, gdy dotarł do niej sens wyśpiewanych przez niego słów – bo jak to możliwe, że znowu każde z nich tak doskonale trafiało w źródło jej problemów?
Drink up with me now and forget all about the pressure of days
Do what I say and I'll make you okay and drive them away
The images stuck in your head
Dokładnie to chciała zrobić - wypić razem z nim i zapomnieć o presji dnia. Chciała poczuć się lepiej. Poczuła za to dreszcz na plecach, słowa dźwięczały w jej głowie i odbijały się w niej echem, znowu wpadała w ten niezrozumiały trans, którego doświadczyła ostatnim razem, gdy na siebie patrzyli - tak jak i teraz, bo Jasper właśnie wyłapał jej spojrzenie. Zobaczył ją. I nagle dopadła ją panika - miała poczucie, że to było zbyt wiele, że nie powinna była drugi raz wchodzić do tej rzeki, która porywała ją wraz z nurtem. Bo to było zbyt ryzykowne - poznawanie go było zbyt ryzykowne. Nim zdołała na dobre zatracić się w tej chwili, odwróciła się i podążyła pośpiesznie do tylnego wyjścia z baru, do tego samego, które ostatnim razem przekroczyli wspólnie. Nie spodziewała się, że za nią podąży, bo przecież trwał występ, a ona miała tylko niewielki kawałek do pokonania, aby móc na dobre zniknąć z tej okolicy. Była już w tej pamiętnej alejce, gdy usłyszała otwierane drzwi i jego znajomy głos. Nie zatrzymała się, gdy prosił, by poczekała, ale zrobiła to dopiero wtedy, gdy z jego ust padło jej imię. Nie odwróciła się od razu - walczyła z własnymi myślami, a rozum znowu próbował przejąć kontrolę nad sercem; rozum nakazywał jej odejść, a serce walczyło o to, by na niego spojrzała. Przełknęła ślinę i odwróciła się, napotykając jego spojrzenie w mroku - okolice oświetlały tu tylko słabe lampy, tak naprawdę w ogóle nie powinna tu przebywać, a na pewno nie sama. Dużo ryzykowała. -
Jasper - odezwała się cicho, nie ruszając się z miejsca nawet o milimetr -
Nie powinieneś mnie zatrzymywać - dodała spokojnie, próbując przekonać samą siebie do słuszności swoich słów -
Co Ty tutaj robisz? Dlaczego wyszedłeś, przecież… trwał Twój występ - wskazała nerwowo ruchem ręki w kierunku baru, w którym powinien się teraz znajdować. A w którym ona nie powinna była się w ogóle pojawić, chociaż pragnęła jedynie zatracić się znowu w jego muzyce, w głosie i w słowach, które otulały wszystkie jej emocje. Westchnęła ciężko. -
Nie rób tego. Nie możemy... ja nie mogę… znowu tego robić. Muszę już iść, a Ty… wróć kontynuować swój występ, proszę. Miałam naprawdę podły dzień i bardzo niewiele dzieli mnie od tego, żeby znowu się w tym wszystkim zatracić, ale powrót do codzienności jest potem o wiele trudniejszy…
Jasper Porter