ODPOWIEDZ
40 y/o
cool guy
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Sometimes, I feel the fear of
Uncertainty stinging clear
And I can't help but ask myself how much I'll let the fear take the wheel and steer
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

009.
Tylko ostatni centymetr dzielił żar od filtra. Papieros, trzymany w dłoni Milesa, wypalony przez sprawne pociągnięcie ust, kończył się przy tym podobnie szybko, jak kończyła się milesowa bierność. Wraz z ostatnią smugą dymu, wypuszczoną leniwie spomiędzy spierzchniętych dziś warg, opuścił dłoń, strzepując popiół z końcówki papierosa. Tlące się resztki tytoniu wylądowały na kaflach chodnika, gdy goły już filtr – w krótkim wahaniu i po jednoczesnym przerzuceniu używki do palców drugiej, lewej dłoni, bliższej śmietnikowi – dogasił na obręczy kubła. Pet, zmięty bezlitośnie, niemal z bezrefleksyjnym poczuciem konieczności wylądował w specjalnie dobudowanej do tego metalowej kieszeni, gdy on sam zerknął spokojnie na tarczę zegarka:
Pięć minut do wizyty.
Poruszyła się w nim ta neutralna myśl i poruszyło się wraz z nią zastygnięte dotąd w bezruchu ciało. Odepchnął się tym samym od chłodnego muru, ostatni raz koncentrując uwagę na przestrzeni wokół niego. Najpierw wzniesiony powyżej chodnika wzrok natrafił na betonową pustkę, przerywaną jedynie pionem suchego drzewa tuż przed drzwiami centrum uzależnień. Później, już po przekroczeniu progu budynku i opuszczeniu zawietrzonego skwerku na ulicy, uderzyła w niego cisza panująca i zamknięta w trzewiach korytarza.
W środku było niewiele cieplej, niż na zewnątrz.
Mówiło się, że ściany mają uszy. Ściany tego miejsca uparcie jednak milczały, sprawiając przez chwilę wrażenie, jakby świat w tym miejscu gęstniał od emocji (głównie smutku?) i stawał się depresyjny, niemal przy tym martwy.
Choć doktor Howard również pracował w środowisku “bliskim śmierci” doświadczenie z dziś było zupełnym przeciwieństwem jego pracy, jako lekarza i chirurga urazowego. Tam rozruch i strach przodowały przed jakimikolwiek innymi emocjami.

Rozruch — podczas osobistych i publicznych katastrof.
Strach — przed stratą, przed bólem, przed złamaniem ciała i ducha.

Nie pamiętał kiedy sam zdążył przywyknąć do tego rodzaju widoku – bolesnego i brudnego; mrożącego krew w żyłach, gdy na oddział trafiali np. młodzi ludzie, z powykręcanymi kończynami i gołymi kośćmi, widocznymi na wydartej powłoce ciała.
Może nie przywykł wcale i tylko mu się wydawało, skoro ciało oddawało stres i zmęczenie w nalocie migreny i w odstrzale piorunującego go bólu, przebiegającego między skronią, a potylicą.
Przez lata nauczył się nie reagować na cudzą krew, na trzask łamanych kości, ani na widok ran, które dla większości ludzi byłyby wystarczającym powodem, by odwrócić wzrok. Nie nauczył się jednak tego, co działo się później, kiedy zostawał z tym wspomnieneim sam.
Ciało, pozbawione konieczności działania, a przy tym eksploatowane na każdym polu, w zmęczeniu niemal zgarbione, w ostatnich tygodniach zaczynało wystawiać mu rachunek za godziny spędzone na dyżurze. Mimo tego, że dosłownie parę dni temu wziął nawet wolne, chcąc wyciszyć niepokojący go stan migrenowy, ta wciąż atakowała go niespodziewanie.
Chichot losu, a przy tym także niedyspozycja ciała, dziś również niespotykanie wyraźnie tańczyły między resztką jego trzeźwości. Wiły się w wątłych meandrach howardowych myśli, powściąganych zawzięcie i zagłuszonych przez migrenę, jakby ściśle zagnieżdżony między myślami ból nie chciał dać się wyplenić z głowy. Gdyby nie był tak uprzejmy i pełen samokontroli, pewnie zakląłby pod nosem nietaktownie, czując jak skrzydła bólu trzepoczą mu już nie tylko pod czaszką, ale również głębiej, z uporem, który trudno było dalej ignorować.
Zanim jednak dał się temu wrażeniu pochłonąć, jego uwagę ściągnęła recepcjonistka.
— Pan Howard? Zapomniałam Panu przekazać, że dr Riddle’a dzisiaj nie ma w pracy. Zastąpi go nasz rezydent, doktor Harrington. Wciąż chce Pan skorzystać?
Oczy Milesa błysnęły zaskoczeniem, twarz jednak, pozbawiona wyraźnej, emocjonalnej skazy, pozostała niemal przy tym neutralna. Jedynie drobna zmarszczka przecięła jego czoło, gdy migrena ściągnęła gwałtem brwi, przyspieszając jego odpowiedź. Palce szybko odnalazły drogę do skroni, rozmasowując je subtelnie. Natrętne pulsowanie nie ustąpiło.
— Niech będzie. W porządku — rzucił bez entuzjazmu, z nadzieją jednak na owocne zakończenie dzisiejszego spotkania, być może opatrzone zapasem beta-blokerów.

Pięć minut później siedział w fotelu, czując jak iskra irytacji próbowała włamać mu się do spojrzenia, gdy usłyszał od ów Harringtona alternatywną terapię, w zamian za znane mu już i proste rozwiązanie: Propranolol.
— Słucham?
P y t a n i e nie zawisło w powietrzu chwilową łuną zastanowienia. Zdumienie i chłód głosek zmroził je wręcz momentalnie, gdy słucham zastygło między nimi jak sopel lodu – goły, nieoblepiony w miękkość kurtuazji.
Skrawki skóry na karku mrowiły go od ciężaru wstrzymywanej w sobie złości, gdy wpatrzony w lekarza, prawie wstał w niechęci.
— Jaki cel miałaby ta zmiana? — zmusił się do próby dialogu.

Dion Harrington
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
28 y/o
NARRATORSKI PIESEK
186 cm
rezydent psychiatrii CAMH
Awatar użytkownika
Maybe you should smile more, learn to take a joke.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

No. 3
Don’t worry, I’m a doctor.


Kolejny dzień przywitał go zlepkiem niepotrzebnych myśli. Kolejny banał, z którym musiał mierzyć się tuż po tym, jak podniósł ciężkie powieki. Czasami nawet jeszcze przed otwarciem oczu, kiedy leżał w białej pościeli bez motywacji, aby przywitać nowy dzień. Chyba od zawsze otaczał się bielą, szpitalną bielą i sterylnością, jakby chciał dzięki temu wybielić również brudne myśli.
Ale to nie było takie proste.
Ale to nie było nawet krzywe.
Skrzywione — może — chociaż balansował z tym na granicach, a kiedy jakąś przekroczył, pobył tam chwilę na wygnaniu, a potem szybko wracał, ponownie przywdziewając maskę obojętności, żeby nabrać nie tylko innych, ale i samego siebie. Bo przecież był zdrowy, bo przecież leczył i to był jego cel, to było najważniejsze, to było wszystkim. Jego cały świat składał się z mniejszych lub większych wyidealizowanych myśl o sobie. Miał o sobie wysokie mniemanie, uważał się za lepszego od innych, może trochę za boga. Chociaż nie, bardziej za proroka. Za kogoś, kto czyni cuda boską mocą, bo ta przez niego przepływa, bo został wybrany, bo był wyjątkowy, bo kiedy patrzył tego poranka w lustro widział czystą perfekcję.
Przesuwał palcem po zaparowanej tafli lustra, a w lśniących smugach widział lekko rozmazany zarys mięśni, ładnie wypracowaną sylwetkę, kosmyki włosów przylepione do mokrej skóry i tyle mu właściwie wystarczyło, żeby się sobie podobać. Dokładniejsze rysy były zbędne, tak jak uśmiechy, a nawet błysk w oku, świadczący o ekscytacji, o podnieceniu. Tego nie chciał widzieć i nie chciał o tym wiedzieć.
Dotykał się, wmasowywał w skórę balsam, trochę jakby robił to komuś innemu — starannie i z uczuciem, z delikatnością, jakiej raczej by się po nim nie spodziewano. Chociaż sprawiał wrażenie osoby, która mogłaby zrobić wszystko i być kimkolwiek. Zachowywał się tak, aby zyskać to, czego pragnie. Raz była to przychylność pacjentów, bądź członków ich rodzin, innym razem współpracowników i przełożonych, czasami aptekarki, a innym razem piekarza z ulubionej piekarni, a wszystko w zależności od tego, co chciał osiągnąć.
Zazwyczaj pojawiał się w pracy jako pierwszy wśród lekarzy i innych rezydentów, chociaż nie szybciej, niż recepcjonistka. Mimo, że mijał ją prawie codziennie, nie mógł sobie przypomnieć ani od kiedy tam pracowała, ani jej imienia. Zwracał się na ty, co chyba spotykało się z całkiem pozytywną reakcją. Nie przejmował się tym, że w jej mniemaniu pewna zażyłość była niczym więcej, niż jego mniej niż zerowym zainteresowaniem jej osobą.
— Oh, cześć. Doktora Riddle’a dzisiaj nie będzie, a Wright i Fenir są podobno mega zajęci. Mógłbyś przejąć część pacjentów? Zrzucili na mnie rozdanie ich, a chyba nie jestem w tym najlepsza — powiedziała z wyraźnym wyrzutami sumienia wymalowanymi na szczupłej twarzy. Była młoda i nawet ładna, cycki też miała w porządku, chociaż zdecydowanie nie była w jego typie. Dion spojrzał na nią bez wyrazu, bo nie miał dzisiaj ochoty na pogawędki i przytrzymał ją chwilę pustym spojrzeniem, po czym okrążył biurko i stanął tuż przy niej, aby następnie się pochylić i bez pytania zacząć przeglądać wspomnianych wcześniej pacjentów w komputerze recepcjonistki.
Młoda kobieta siedziała bez ruchu, chyba wstrzymując oddech, a on nie zwraca na to nawet uwagi. Przeglądał karty szybko, zwracając uwagę na historię leczenia i symptomy pacjentów, aż w końcu wyprostował się i rzucił kilkoma nazwiskami, które pracownica zanotowała w pośpiechu, kiedy tylko się ocknęła. On za to odszedł zamyślony, kierując się do swojego gabinetu. Już od dłuższego czasu czekał na taką okazję i nie chciał jej zmarnować.
Wszedł do pomieszczenia — niewielkiego, ale dosyć eleganckiego — rzucił torbę na biurko, po czym opadł na fotel i odchylił się wygodnie na oparciu, przymykając na chwilę powieki. Nie musiał długo się skupiać, bo gdy tylko odkrył, że karty wybranych pacjentów zostały mu wysłane, od razu zabrał się za wnikliwszą analizę i przygotowanie planu na wizyty.
Plan był podstawą i Dion zawsze dbał o szczegóły. Tuż przed pojawieniem się Milesa Howarda, psychiatra umył dokładnie dłonie, zaczesał gładko włosy do tyłu, po czym wrócił na swoje miejsce i przeciągnął się, a potem ścisnął lekko kark. Przydałby mu się masaż. Może wykupi godzinę u Tajki, do której chodził regularnie od roku. Miała złote ręce.
Podczas rozmowy z pacjentem, siedział wyprostowany z dłońmi złożonymi na blacie biurka i przyglądał mu się spokojnie, oceniając jego stan i porównując go z tym, co niedawno wyczytał z jego karty. Zdenerwowanie wziął za dobry znak. Ponadto ciekawostką był zawód mężczyzny, bo miał do czynienia z drugim lekarzem, nawet jeżeli zupełnie innej specjalizacji. Sam zachował powagę, chociaż rozluźnił twarz, aby nie przypominać cierpiętnicy, tylko bardziej pedagoga szkolnego z dobrym podejściem do dzieci.
— Propranolol jest świetnym lekiem, kiedy chcemy jedynie próbować kontrolować objawy. Z biegiem czasu jest to jednak coraz mniej skuteczne… a w Pana przypadku wystarczy jeden błąd i cały domek z kart się sypie — powiedział powoli, nieznacznie pochylając się w jego kierunku. — Ale Pan chyba najlepiej rozumie różnicę między leczeniem objawowym a skutecznym rozwiązaniem problemu, prawda? To, co proponuję, to zduszenie problemu w zarodku. Chcę sprawić, żeby zamiast tłumić reakcje na stres, zmniejszyć je do tego stopnia, aby nie mogły już Pana zdominować — wyjaśnił, przesuwając wzrokiem po jego twarzy, powoli nieco niżej, aby przyjrzeć się dłoniom. To w końcu one czyniły cuda na bloku operacyjnym. Umysł powinien być jasny, dłonie spokojne i posłuszne.

Miles Howard
Myre
posty generowane przez ai, sterowanie cudzą postacią bez uzgodnienia.
40 y/o
cool guy
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Sometimes, I feel the fear of
Uncertainty stinging clear
And I can't help but ask myself how much I'll let the fear take the wheel and steer
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Słyszał go wybiórczo, albo jeszcze inaczej: wydawało mu się, że słowa lekarza, rozpuszczone przez bezwzględny spokój, płyną między nimi gładko, ale przez to też miejscami wręcz uciekają gdzieniegdzie jego własnej percepcji, gdy zbyt skupiony na poszczególnych falach znaczeń (tych, które najbardziej mu się nie podobały), nie wiedział jak wejść w toń ich głosek bezkonfliktowo. Wewnętrzna potrzeba kontroli, jak nieopuszczający go cień za sylwetką, właśnie rzutowała na jego odbiór słów doktora Harringtona. Nie potrafił jednocześnie przyjąć jego propozycji bez oporu, a już na pewno nie bez pytań.
Kiedy tylko odległość między nimi zmalała nieznacznie za sprawą nachylenia mężczyzny nad blatem biurka, Miles podświadomie wyprostował plecy, opierając się — na tyle, na ile było to możliwe — głęboko w fotelu.
Oddalał się od niego.
Nie tylko fizycznie, również mentalnie i pod względem ewentualnej aprobaty dla autorytetu lekarza psychiatrii, który zmalał diametralnie z chwilą odmówienia mu beta-blokerów. Mimo początkowej neutralności Howarda, odzywała się w nim teraz arogancja lekarza — przekonanie o tym, że ma rację (i że wiedza lekarska upoważnia go do wyboru wygodnego mu leczenia), a także, że jeśli o coś prosi, to musi po to sięgnąć bez przeszkód po tej drugiej stronie.
Mur odmowy stanął przed nim w jego absolutnym zaskoczeniu, zamykając mu przez chwilę furtkę odpowiedzi. Opuszki prawej dłoni przesunęły się wtedy w ciszy po szorstkim zaroście, idąc przez wskroś twarzy, zahaczając o przestrzeń za uchem i linię szczęki, nim w samouspokojeniu opuścił dłoń, wypuszczając powietrze z płuc.
— Rozumiem, że to leczenie doraźne — zapewnił, broniąc wciąż opcji z lekiem. Nie wyglądało na to, by interesowała go zmiana w terapii, nawet jeśli miała długofalowo przysporzyć mu domniemanej ulgi i zmniejszenia s t r e s u. Potrafił z nim obcować, chwilami nawet się z nim zaprzyjaźniał… sztywność, jaka towarzyszyła mu przez większość życia niemal weszła — jak korzenie — w pień jego życia. Tylko czasami akurat, gdy nie miał czasu pozbyć się napięcia z ciała, byli ze stresem w konflikcie i dostawał wtedy od niego po mordzie.
Ręce drżały wtedy pod presją, a serce przyspieszało poza jego kontrolą.
— Ale…
Nie liczył się dla niego owoc efektu terapii, na który musiał poczekać. Liczył się drogocenny mu CZAS. Gdyby go miał, zapewne w ogóle by się tutaj nie pojawił. Zamiast tego własne bolączki odesłałby z kwitkiem do łóżka znajomego kochanka, spaliłby je w ogniu namiętności, jak robił zazwyczaj, gdy czuł się samotny i zmęczony, przebodźcowany lub zestresowany. Wszelkie napięcie przerzucał na bliskość ciał, a w rozgrzaniu po seksie zostawiał również najbardziej piekielne i doskwierające mu na co dzień emocje.
— Opcja, którą proponujesz, wydaje się żmudna i niepewna. To w ogóle działa? Kogoś już leczyłeś w ten sposób? Czy eksperymentujesz?
Słowa wyznania i jednoczesnej podprogowej odmowy, owite w miękkość uprzejmości, opadły wolno w przestrzeń. Zmielił je na języku tak mocno, aż wyprute z chowającej się złości, zabrzmiały płasko, bezpiecznie. Zastanawiał się przy tym, czy powinien mu powiedzieć więcej.
Nie mam czasu wciąż wisiało na końcu języka, myśl ta jednak — tego był prawie pewien — mogła zostać źle odebrana, dlatego też nie powiedział mu nic wprost.
Szukał prostej drogi, nie rozwiązania.
— Proponujesz coś, co brzmi jak próba leczenia.
Propranolol w istocie nie był remedium na stres. Ledwie wyciszał jego skutki, ale nie niwelował źródła problemu. Rzecz w tym, że żeby zniwelować jego źródło, musiałby zacząć o nim mówić, a to… nie chciało przejść mu przez gardło. Ciężar, jaki brał na barki, nie brał go do buzi, nie potrafił wyłożyć na język własnych problemów, a już na pewno nie wręczał w cudze dłonie, jak na tacy niezjadliwych słabości własnej psychiki.
Po naprężonych przez emocje policzkach i zaciśniętej szczęce spacerowały właśnie mrówki. Mrowiący ciało dyskomfort obszedł go również wokół korpusu, który napięty do granic możliwości, zaczynał w tym wysiłku piec. Ciało, zagrzane przez niecierpliwość, stało się dodatkowym balastem.
Ściągnął z ramion wierzchnią marynarkę, odkrywając twarde mięśnie — zbite przez ćwiczenia i dzisiejsze napięcie. Przewiesił ubranie przez ramię fotela.
— A ja potrzebuję gwarancji, że domek się nie sypnie. — sięgnął po alegorię użytą przez lekarza, konfrontując się z nim nie tylko na słowa. Grzbiet i barki, wbrew wcześniejszej jego reakcji, podążyły ku Harringtonowi, gdy oparł przedramiona na kolanach, nachylając się do niego z kontrolowaną powściągliwością.
Ręce, spokojne i posłuszne, wciąż przy tym sprawne i silne, zaplotły się w luźny koszyczek przed nim, gdy w geście tym zawarł dystans i potrzebę zminimalizowania wpływu cudzych słów na siebie. Nie chciał, by były prawdą.
A przede wszystkim: nie chciał za nimi podążać.
— Może jednak Propranolol?

Dion Harrington
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
28 y/o
NARRATORSKI PIESEK
186 cm
rezydent psychiatrii CAMH
Awatar użytkownika
Maybe you should smile more, learn to take a joke.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mogło być tak, że jego wzrok momentami robił się mętny od natarczywych myśli, które nachodziły go, gdy obserwował pacjenta. Pozory myliły i pod płaszczykiem uprzejmego zainteresowania stanem mężczyzny, siedzącego przed nim — a wszystko w granicach naturalnie medycznej interwencji — kryła się niezdrowa chęć manipulacji i zajęcia mocniejszej pozycji w tej cichej rywalizacji o dominację. Na jego zasadach, bo przecież nie dopuszczał jakichkolwiek innych, obcych.
Szybko zorientował się w podejściu Milesa, zauważył to w momencie, w którym ten zareagował na skrócenie dystansu między nimi. Charakterystyczne drgnięcie i spięcie mięśni towarzyszące reakcji stresowej wyłapał niczym sęp, czekający aż jego ofiara w końcu umrze, by mógł się posilić. Nie było to ani demotywujące, ani satysfakcjonujące. Ot, zwykła obserwacja, dająca mu wgląd w to, jak może potoczyć się ich rozmowa. Nie miał pewności, czy zdoła przekonać pacjenta do swojej wizji, przeczuwał na tym polu komplikacje, chociaż nie wykluczał, że przebieg wydarzeń może go zaskoczyć.
Przysłuchiwał się słowom, które wypowiadał oraz tonowi jego głosu, gdy to robił. Nie uśmiechał się, ale też nie wyglądał na spiętego, co zdarzało mu się często, kiedy był sam. Wtedy jego twarz przybierała niepokojąco wykrzywioną maskę, gdy w ciszy błądził myślami często w rejony, w które nie powinien. Wiedział o tym, ale to było silniejsze od niego. W pewnym sensie sobie na to pozwalał, karmiąc tę część siebie, która zbyt wygłodniała mogłaby narobić mu w życiu bałaganu. Wydłużał smycz, ale nie odpinał jej.
— Nie. To nie jest eksperyment. To po prostu mniej konwencjonalna metoda leczenia — powiedział krótko po tym, jak Howard skończył mówić. Jego uwadze nie umknęły wyeksponowane w pewnym momencie mięśnie, ale zauważył je jedynie kątem oka, nie pozwalając sobie podążyć zaciekawionym spojrzeniem po ciele pacjenta i nie zrobi tego, dopóki najważniejsze nie zostanie zakończone. Działał metodycznie, po kolei, z planem. Obawiał się chaosu, nawet jeżeli to do niego ciągnęło go najbardziej. Może właśnie wyrzeczenia zrobiły z niego tego, kim był teraz.
Przełknął ślinę i usłyszał jak przeciska się przez gardło, opadając po jego przełyku niechętnie. Cofnął się nieznacznie, wygodniej opierając o wyściełane miękkim materiałem oparcie, niby niedbale, bo akurat był odpowiedni moment do zmiany pozycji. Prawda była taka, że zachował odstęp między nimi taki, jaki narzucił. W momencie, w którym Miles go skrócił, on automatycznie nieznacznie się wycofał, by nie znaleźć się za blisko. Założył nogę na nogę, a dłonie splótł na swoim kolanie, czując jak jasne spodnie mocno opinają wyćwiczone uda. Przesadnie dbał o swoją sylwetkę i chociaż w dzień zakrywał ją odzieżą, wieczorami przesiadywał nago przed lustrem i oglądał się, opuszczając kąciki ust, mrużąc oczy i fantazjując o tym, co mógłby zrobić tym ciałem i co mógł zrobić z nim.
Intymność była dla niego czymś nieporównywalnym do tego, co słyszał, lub co widział, w przeszłości wokół siebie. Miała dla niego bardzo wysublimowane znacznie. Czasami zastanawiał się czy to czują niewidomi lub głuchoniemi, którzy świat odbierają zupełnie inaczej, niż osoba ze wszystkimi zmysłami. Potrafił płynąć na fali pożądania, potrafił nazwać lub pokazać to, co go podniecało, ale sfera fizyczności pozostawała poza jego zasięgiem. Dotykanie samego siebie już było dla niego wystarczająco dużym wyzwaniem. Chociaż ostatnio coś w tym temacie się zmieniło, ale nie potrafił tego jeszcze rozgryźć.
—Mam pacjentów, u których stosowałem podobne podejście. Oczywiście, każdy reaguje inaczej, ale nie proponowałbym Panu czegoś, o czym prawie nic nie wiem — ciągnął, w tym momencie siląc się na coś na pozór cienia uśmiechu, który nawet smagnął nieznacznie jego ciemne oczy, okrągłe prawie czarne lśniące plamki, usadowione pod długimi rzęsami. — Chodzi o to, żeby przerwać ten schemat. Lek zadziała od razu, zdejmie z Pana ciężar, doda lekkości, której Pan potrzebuje, o to proszę się nie martwić. Jeżeli jednocześnie uda się wpłynąć na źródło problemu, może być tak, że niedługo w ogóle nie będzie potrzebował Pan dalszego leczenia. Ale nie dowiemy się tego, dopóki Pan nie spróbuje.

Miles Howard
Myre
posty generowane przez ai, sterowanie cudzą postacią bez uzgodnienia.
40 y/o
cool guy
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Sometimes, I feel the fear of
Uncertainty stinging clear
And I can't help but ask myself how much I'll let the fear take the wheel and steer
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Szczęka Milesa, zapięta szczelnie w zawiasach zębów, była jasną podpowiedzią dla Harringtona odnośnie nastroju pacjenta: Howard wciąż nie był przekonany co do proponowanego mu kierunku leczenia. Z Riddleyem wszystko było łatwe i przewidywalne. Nie musiał wchodzić w dyskusję z nim, by sięgnąć po to, czego chciał: jego psychiatra zdawał się naturalnie rozumieć, jak kluczowe dla niego były szybkie i proste rozwiązania. Być może miało to też związek z tym, że dr Riddle generalnie lubił ułatwiać sobie pracę i opierał się na bezpiecznych, najbardziej powszechnych sposobach leczenia. W tym jednym jednak się zgadzali, bo choć Miles zawodowo stał po drugiej stronie barykady i wręcz lubował się w trudnych przypadkach i w trudnym leczeniu, jako cudzy pacjent nie oczekiwał cudu, a szybkiej i skutecznej reakcji.
Teraz więc westchnął ciężko, niemal ostentacyjnie, bo „mniej konwencjonalna metoda leczenia” w jego głowie brzmiała jak wyjątkowo długa i kręta droga, na której końcu czekało go jeszcze więcej wizyt i rozczarowanie, co nie napawało go szczególnym optymizmem.
Przesunął przy tym bezwiednie spojrzeniem po ciele Harringtona, mimowolnie sprowokowany jego ruchem, w naturalnym instynkcie dostrzegając umięśnione ciało mężczyzny, młode i jędrne, które znacznie różniło się od wiotkich i starczych kończyn Riddle’a. Sama postać młodego stażysty, czy kimkolwiek był, nie nastręczała jednak zbyt długo jego myśli. Odbił je od własnej powściągliwości, przez moment tylko zastygając w bezruchu, jakby w kolejnych reakcjach ciała lekarza starał się znaleźć coś wadliwego. Może jakieś nieznaczne pęknięcie, w które mógłby wczepić się, by wywrzeć na niego wpływ.
Harrington pozostawał jednak dla niego nieznośnie o d l e g ł y.
I choć ten odczuwalny dystans nie wszedł w parnas jego myśli, czuł między nimi pewne spięcie. Niespójność, która nie pozwalała mu zaufać temu młodemu człowiekowi.
— Jeśli mam być szczery, nie przekonuje mnie to ani trochę — przyznał, nieco już zmęczony tą rozmową, głównie dlatego, że przez całe jej trwanie migrena miażdżyła w nim spokój i zasiewała chaos w zwykle poukładanej głowie.
— Ale jestem — zdesperowanym — rozsądnym człowiekiem. I jestem skłonny iść na kompromis.
Pomimo wciskających się do głowy epitetów, wypowiedź Milesa brzmiała płynnie. Mówił bez zająknięcia i bez niepewności, jedynie palce mocniej zacisnęły się na sobie, gdy wypowiadał te słowa, niezadowolony z tego, że w ogóle musi iść na wspomniane ustępstwo.
— Przepisz mi dzisiaj to, co zawsze, a w zamian następnym razem spróbujemy po Twojemu?
Podniósł nieco brwi, w oczekiwaniu na odpowiedź.
Oczywiście jego słowa można było brać za blef — ludzkie mechanizmy obronne były bezwzględne i Harrington nie miał żadnej gwarancji odnośnie tego, czy Miles rzeczywiście spełni swoją obietnicę i zapisze się do niego na kolejną wizytę… tego dnia wychodziło jednak na to, że oboje musieli sobie zaufać, by dojść do oczekiwanego porozumienia.
Uważne spojrzenie Milesa na czas dłużącej się (w jego głowie?) ciszy spoczęło na twarzy mężczyzny. Na jego mętnych nieco oczach, milczących jeszcze ustach i całokształcie rysów.
Zawsze mógł też wyjść i zamiast sięgać po lek, przespać się z kimś z Woody's and Sailor, by ściągnąć z siebie karb napięcia. W tym momencie ta opcja wydawała mu się nawet szybsza, niż dalsza próba perswazji. Wytrzymał jednak ciszę, spojrzenie lekarza, jego upartość i własną niecierpliwość, licząc na…
Nagrodę?
Zrozumienie?
Kompromis. Dion Harrington
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
28 y/o
NARRATORSKI PIESEK
186 cm
rezydent psychiatrii CAMH
Awatar użytkownika
Maybe you should smile more, learn to take a joke.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cisza pomiędzy nimi stała się tak gęsta, że tykanie ozdobnego zegara, wiszącego na ścianie stało się nieznośnie głośne. Szum krwi w uszach, dudnienie serca w klatce piersiowej i ich oddechy, które być może w pewnych punkcie się ze sobą mieszały. Pan Howard był poważnym i upartym człowiekiem i to te dwie cechy najbardziej spychały cel Diona w odleglejsze rejony, być może już nawet poza jego zasięg.
Czy był rozczarowany?
Nie, tak by nie powiedział. Może i uważał to za niefortunne, bo chętnie przygruchałby sobie kolejnego pacjenta do badań, ale trafiał już i na takie orzechy. Czasami napotykał wysokie i mocne ściany, na których forsowanie zwyczajnie nie miał czasu, a nawet mocy, bo jako rezydent w dużej liczbie przypadków nie był postrzegany z taką powagą, jak pracujący tu lekarze. Nie miał tego nikomu za złe, taki był porządek na świecie i on to szanował. Wolał skupić się na pacjentach bardziej chętnych i dostępnych i bawić się zabawkami, do których miał dostęp.
Przeszło mu nawet przez myśl, że zważając na spięcie mięśni pacjenta i jego dolegliwości, wykazuje się on całkiem sporą dozą cierpliwości i samokontroli. Gdyby nie był tak uparty, byłby całkiem interesującym odstępstwem od normy, którą tworzyli ludzie raczej zagubieni lub na tyle zdesperowani, że było im już wszystko jedno.
A tutaj, tuż pod jego nosem, rozgrywała się walka. Pokaz sił.
Pytanie czy Dion chciał brać w tym udział?
Otóż kusiło go do tego dużo bardziej, niż chciałby przyznać. Powstrzymywało za to to, że to była całkowicie nowa osoba, pierwsza wizyta, no i nie był to jego pacjent. Nie mógł odłożyć czegoś na później, lepiej się przygotować, dać mu więcej czasu, bo zwyczajnie go nie miał. Nie łudził się, że jeżeli nie przekona go teraz, to Howard do niego wróci. Najprawdopodobniejszy scenariusz był taki, że umówi się ze swoim dotychczasowym lekarzem i pójdzie starą, utartą i dobrze znaną ścieżką.
Dlatego, kiedy zaproponował kompromis, Harrington uniósł lekką kącik ust w delikatnym uśmiechu. Nie był pewien czy mężczyzna naprawdę wierzy, że to mogłoby się udać, czy już od początku zakłada, że to jedynie element gry, w której wygranie paczki ulubionych cukierków ma praktycznie w kieszeni. Tak czy inaczej postarał się, aby dostać swoje i to nawet zaimponowało rezydentowi, który dalej badawczo się mu przyglądał.
W końcu wystarczyło twardo odmówić i zażądać recepty, bo Dion powiedział wystarczająco i nie miał zamiaru dłużej go namawiać. Gdyby to zrobił, przekroczyłby granice i wydał się po prostu podejrzany. Całe życie granice badał i wiedział jak po nich spacerować, żeby zachować pozory. Wiedział też, kiedy mógł pozwolić sobie na ich przekroczenie i to zdecydowanie nie był na to czas.
Jego napięcie w jakimś stopniu mu się udzieliło i wyraźnie poczuł chęć na rozładowanie go, chociaż jego sposób fizyczny pewnie trochę różniłby się od sposobu Howarda, bo podrywanie byle kogo w barze nie należało do czegoś, co robił. Wolał trochę bardziej wyszukane, ale dalej skuteczne, sposoby.
— Oczywiście, Panie Howard — odparł po chwili ciszy i zerknął na ekran komputera, aby przygotować receptę. — Życzy Pan sobie receptę do ręki czy mam wysłać ją do wybranej apteki? Korzysta Pan z naszej? — rzucił, przeglądając jego akta w poszukiwaniu tej informacji. Ośrodek miał własną aptekę, z którą ściśle współpracował, ale lekarz mógł wysłać receptę do dowolnej, co było powszechne.
Kiedy załatwili już tę kwestię, mężczyzną otworzył jedną z wielu szuflad w swoim biurku i wyciągnął opakowanie tabletek, o których wcześniej mówił. Położył je na blacie i przesunął powoli w stronę pacjenta.
— To dla Pana. Wszystko jest opisane na ulotce. Daję Panu dostęp do sprawdzonego leku i możliwość wypróbowania nowego. Wybór należy do Pana. Wizytę może Pan umówić w dowolnej chwili, bo dalej przyjmuje nowych pacjentów. W razie gdyby się Pan rozmyślił, Doktor Riddle będzie niedługo również do Pana dyspozycji — oznajmił powoli i wyraźnie, w pełni oddając mu kontrolę, co też było bardzo przemyślanym ruchem.

Miles Howard
Myre
posty generowane przez ai, sterowanie cudzą postacią bez uzgodnienia.
40 y/o
cool guy
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Sometimes, I feel the fear of
Uncertainty stinging clear
And I can't help but ask myself how much I'll let the fear take the wheel and steer
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Był już na granicy.
Gdy napięcie między nimi rosło, a cisza wpełzła na kolejne piętra ich rozmowy, pęczniało w nim absolutnie wszystko, począwszy od pulsującego bólu na skroniach — coraz pełniej obejmującego dalsze rejony głowy — i ciężaru ciśnienia, wstępującego za oczy. Nawet emocje, powściąganie w nawyku, zaczynały dziś drżeć pod skórą i zamknięte w komorach ciała, próbowały wyrwać się do świata. Jedynie oczy, jako samotne powierniczki prawdy, skrzyły się wciąż w desperacji, w odczuwanej niecierpliwości i w gwałtownej potrzebie zmiany.
Być może dlatego nie przyszło mu do głowy, że może po prostu zostać przy swoim i zaprzeć się w odmowie, by wydusić z niego oczekiwaną receptę. Głowa, rozproszona przez skrzydło migreny, nasuwającej się na myśli, zamiast skupić się na konsekwencji, szukała więc nowych sposobów na dotarcie do niego. W impulsie, nie w taktycznym przemyśleniu, proponował mu kompromis. I gdy go dostał, omal przy tym nie odetchnął z ulgą.
— Do ręki — ograniczył się do krótkiej instrukcji, odchylając się na powrót w kierunku oparcia, tym razem już swobodniej, bez wcześniejszego naprężenia, dotykając plecami mebla. Dłonie przesunęły się wzdłuż ud, ścierając z powierzchni spodni fałdki niemal niewidocznych, a wciąż dla niego istotnych zagnieceń, a następnie obie ręce oparł na fotelu, oddychając głębiej, spokojniej.
Wzrok zaraz potem powędrował prostą linią do postawionej między nimi buteleczki, doszukując się śladów etykiety, czy znajomego mu oznaczenia, nic takiego jednak nie znalazł. Zamiast tego natrafił spojrzeniem na ciąg losowych liter i cyfr. Wyciągnął dłoń w kierunku leku, chwytając go w dłoni.
— Lubi pan komplikować?
Pytanie brzmiało niezobowiązująco, ledwie musnął go wtedy w horyzoncie wzroku, nim schował buteleczkę do wciąż przewieszonej na fotelu marynarki, za nią poszła do kieszeni ulotka, z którą w istocie miał zamiar się zapoznać. Choć nie teraz i nie przy nim.
Wstał w międzyczasie, przesuwając dłonią wzdłuż skostniałego od napięcia karku.
— Nieważne — dodał po chwili bez względu na odpowiedź Diona, ani nie wyjaśniając natury pytania, ani nie ściągając na twarz żadnych emocji.
Prawda, schowana za mostem języka, warg i zębów, przestała mieć znaczenie. Sztywne napory głosek, wypowiadanych powoli i ostrożnie, wskazywały co najwyżej na towarzyszący mu wciąż sceptycyzm. Może odpowiedź psychiatry miała zaważyć na dalszej decyzji Milesa odnośnie przyjmowanego leku. A może nie miała żadnej wartości, może pytał spontanicznie, inspirowany przebiegiem ich dyskusji.
Język zaraz potem wrósł w narośl grzeczności, gdy skończył krótką i oczekiwaną społecznie formułką:
— Dziękuję za dziś — to mówiąc, podniósł między nimi receptę, nie pozostawiając żadnych złudzeń co do tego, czego dotyczy wdzięczność. W następnych sekundach palce dotknęły marynarki, ściągając ją z fotela.

Dion Harrington
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
28 y/o
NARRATORSKI PIESEK
186 cm
rezydent psychiatrii CAMH
Awatar użytkownika
Maybe you should smile more, learn to take a joke.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zmiana była wyczuwalna; nie tylko widział ją w jego zachowaniu, w mowie ciała, ale również wyczuwał w panującej wokół i pomiędzy nimi atmosferze. Zrobiło się luźniej i wzięcie oddechu nie było już tak trudne, jak jeszcze kilka chwil temu. Podobała mu się ta dynamika, przywodziła na myśl taniec towarzyski wykonywany przez parę kochanków lub zaciekłą walkę największych wrogów. Ból był tutaj podstawą, mierzenie się z nim przynosiło efekty na tyle ciekawe, że Dionowi trudno było usiedzieć w jednej, spokojnej pozycji. Miał ochotę wstać, zmienić coś między nimi, może przyjrzeć się temu z daleko, a może objąć wzrokiem większy obraz, oddalając się w najodleglejszy kąt gabinetu.
Nie zrobił jednak nic, dalej siedząc w jednej pozycji, starając się podzielić uwagę między wpisywanie danych w kartę pacjenta, obserwowanie jego zachowania, będąc ciekawym czy ten weźmie tabletki, oraz panowania nad własnymi reakcjami, aby nie zdradzić się uśmiechem, kiedy ten zapytał o to komplikowanie.
Komplikacje.
Chyba nie lubił tego słowa. Kojarzyło mu się z nieporządkiem i nieplanowanymi zmianami, a on wolał jednak ład i porządek oraz zero niespodzianek. Jeżeli sobie coś zaplanował, to nie przepadał, kiedy coś, lub ktoś, mu te plany psuło. Wolał mieć kontrolę i nawet jej oddawanie musiało przebiegać na jego warunkach (co trochę mijało się z celem, ale nie obchodziło go to).
A mimo wszystko poczuł coś w stylu rozbawienia. Być może tym, że można było naprawdę błędnie ocenić drugiego człowieka na podstawie swoich doświadczeń i oczekiwań, jakby zapominało się, że każdy miał przecież inne. Nie zdążył odpowiedzieć, zanim Howard nie zrezygnował z poznania odpowiedzi. Zerknął na niego jedynie przelotnie, jakby wcale nie chciał jej udzielić. A chciał. Trochę.
Odpowiedziała za to drukarka, budząc się do życia, aby wypluć z siebie tak pożądany przez pacjenta świstek papieru. Dion ułożył receptę równo na biurku, tuż przed Milesem i dopiero wtedy lekko się uśmiechnął, chociaż jego oczy pozostały chłodne, ale uważne. Podniósł się powoli tuż po tym, jak zrobił to i drugi mężczyzna.
— Nie ma za co. Lubię być… pomocny — odpowiedział, akcentując ostatnie słowo. Powoli okrążył biurko, prześlizgując się wzrokiem po dłoni Howarda, sięgającej marynarki. Zawsze wydawało mu się, że męskie ciała są znacznie ciekawsze od kobiecych. Szczególnie lubił widok przesuwających się pod skórą żył, a im większe i lepiej widoczne, tym lepiej. Podszedł powoli i spokojnie do drzwi, po czym otworzył je przed pacjentem i zwrócił się w jego stronę, czekając aż ten podejdzie.
Czy robił tak za każdym razem? Oczywiście, że nie. Nie był z reguły dżentelmenem i było wiele osób, na które nawet nie spojrzał, kiedy wychodziły. Były to głównie osoby starsze, otyłe lub odpychające go w jakiś inny sposób. Był wzrokowcem i w pewien sposób rasistą, a przynajmniej nie krył się przed sobą tym, że oceniał po wyglądzie. Nie mówił jednak o tym otwarcie, bo w jego zawodzie byłoby to mocnym minusem, a on nie chciał zwracać na siebie uwagi. Ani źle, ani dobrze. Chciał być postrzegany neutralnie, nie wyróżniać się, nie rzucać w oczy. Nie potrzebował chwalebnych pochwał i tym bardziej nie potrzebował skandalu.

Miles Howard
Myre
posty generowane przez ai, sterowanie cudzą postacią bez uzgodnienia.
40 y/o
cool guy
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Sometimes, I feel the fear of
Uncertainty stinging clear
And I can't help but ask myself how much I'll let the fear take the wheel and steer
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Chociaż sam często posuwał się do gęstego milczenia, nie chcąc uzewnętrzniać się z dręczących go wątpliwości, czy towarzyszących mu słabości (każdy je miał), wciąż nie opanował przy tym prawdziwie języka ciszy. Nie sądził nawet, by było to możliwe — brak czegoś, szczególnie słów, nigdy nie dawał się ująć w żaden konkretny kształt. Miles czuł jednak, instynktownie, że powietrze w gabinecie pełne jest zdań i ukrytych w nich sensów: tych niewypowiedzianych, zaklętych w kątach pokoju głosek i tonów podskórnych emocji, czy też konkretnych zwrotów, zamiecionych pod dywan jeszcze przed ich wypowiedzeniem.
Było coś niepokojącego w tej niewidzialnej architekturze porozumienia i strategicznie wyznaczanych przez ludzi pauz: zarówno w przekonaniu, że między jednym, a drugim oddechem da się ukryć prawdę o sobie, jak i w aroganckiej wierze, że da się zmieścić w przerwie od słów dyskretne oskarżenie lub coś jeszcze innego. Wszystkie te opcje wydawały się drażniące dla kogoś, kto lubił posiadać kompletną wiedzę. A Miles wręcz uwielbiał wiedzieć na czym stoi. Dawało mu to spokój, a w części sytuacji nawet kontrolę. Tymczasem dziś stał naprzeciwko człowieka, który mówił mało, mniej… prawie nic? Przede wszystkim, najmniej mówił od siebie, z głębi. Nawet biorąc pod uwagę, że jako psychiatra pewnie nie powinien wchodzić na prywatę, Milesowi brakowało w tym kontakcie
szczerości?
prawdy?
empatii? Nie potrafił orzec jednomyślnie. Nie potrafił nawet stwierdzić, czy to może po prostu jego własny migrenowy ból nie jest powodem tych refleksji. Może był zmęczony, rozdrażniony i szukał dziury w całym. Był jednak pewien, że pewna część informacji — ta, której instynktownie mu brakowało — kryła się w tym gabinecie właśnie gdzieś za zasłoną milczenia. Wprawdzie nie miał przy tym pojęcia, których myśli Dion nie miał w planach formułować na głos (czy były to prawdy o Dionie, czy założenia o Howardzie, a może jedno i drugie?), ale podświadomie domyślał się, że z pewnością jest coś, co zostało przez stażystę dzisiaj świadomie p r z e m i l c z a n e.
Miał tę pewność, bo sam działał w stosunku do ludzi z podobną manierą: dystansem, próbą kontroli i podobnym, osiadłym w pustce ciszy ciężarem prawdy. Cisza nie była więc bez znaczenia. Niemal nigdy taka nie pozostawała. Niosła znaczenie, którego po prostu Howard jeszcze nie poznał i osiadała na meblach, czy przywierała do ścian. Gęstniała i rozluźniała się wtedy, gdy jej na to pozwalali.
Chociaż teraz dało się wyczuć między nimi ulgę, Miles nie potrafił skreślić wcześniejszej gęstości. Odpuścił jednak temat wraz z uzyskaną receptą. Ruszył wolno, dystyngowanie w kierunku drzwi, pozwalając mężczyźnie przepuścić się w drzwiach. Zatrzymał się w progu tylko na moment, w niemal dziewiczym zawieszeniu, opierając dłoń o framugę.
— ...pomocny, o ile nie tracisz przy tym własnej autonomii — dodał powściągliwie, ale twardo do słów Diona, zerkając na niego przelotem i nieco ryzykując z tą teorią. Wzrok z oczu mężczyzny przesunął się po obojczykach i klatce, nim odpuścił sobie szukanie jakichkolwiek “wad”.
Drażnił go perfekcjonizm mężczyzny, który przebijał nawet jego własny.
— W każdym razie, tak mi się wydaje — dodał bezpieczniej.
W gruncie rzeczy nie znali się, gdyby się pomylił, nie miałby sobie szczególnie za złe. Nie wróciłby do tego, by nie musieć przyznawać się do błędu głośno. Prawdopodobnie to była jednak ostatnia próba uchwycenia z twarzy stażysty jakiejkolwiek prawdziwej emocji, nim ruszył na korytarz wyjściowy.

Dion Harrington
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
ODPOWIEDZ

Wróć do „Centre for Addiction and Mental Health”