ODPOWIEDZ
36 y/o
ORIGAMI BOY
189 cm
szkolę medyków wojskowych w Sunnybrook Health Sciences Centre
Awatar użytkownika
He has been burned before.
Now he keeps his hands just far enough away to feel the warmth without the pain.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

# 17
Czy pół roku wystarczy, aby naprawić swoje życie? Czy wystarczy, aby przynajmniej zastanowić się, co warto ratować, a co można już spisać na straty? Graham potrzebował czasu, by pomyśleć nad przeszłością i przyszłością, nad sobą samym i czego tak naprawdę chce. Z dala od szpitalnych korytarzy, gdzie wmawiał sobie, że tylko w hałasie może spokojnie myśleć, z dala od mafinych porachunków i nadstawiania drugiego policzka za głupotę innych ludzi, z dala od wszelkich kobiet i związanych z nimi porywów serca oraz zawrotów głowy. Czy wyciągnięta przez Calian pomocna dłoń naprawdę pozwoliła na odrobinę dystansu? Na złapanie równowagi i pogodzenie dwóch istotnych dziedzin życia z pewnością. Schowanie dumy do kieszeni i odrzucenie gniewu nie przyszło z łatwością — a przynajmniej ich części, bo nie oszukujmy się, nikt nie wejdzie w stan kompletnego zen po kilku sesjach medytacji. Czy nadal rzucał wulgaryzmami pod adresem służb mundurowych? Oczywiście. A czy przeszkadzało mu to we współpracy z wojskiem? Ani trochę. Wychodził z założenia, że szczere intencje to klucz do sukcesu. Przetestował to w pracy i względnie ustabilizował swoją pozycję. Wraz z końcem kontraktu z kliniką bazy wojskowej nadszedł czas na kolejny krok.
Bywał już wcześniej w Centrum Uzależnień, nie z powodu własnych słabości, a w odwiedzinach u panny Lakefield. Ze dwa razy przyniósł jej kwiaty, o które upominała się z wywróceniem oczu, choć oczwiście lepiej, jakby robił to bezinteresownie i z własnej inicjatywy. Powinien był się zapowiedzieć, zadzwonić, albo wysłać wiadomość, tak jak to zrobił przed niemal rokiem, zjawiając się w jej życiu po dekadzie (jak nie więcej!) nieobecności. Parę razy sięgał po telefon, wpisywał jakieś słowa, by zaraz je skasować, napisać kolejne i usunąć ponownie. Każdy komunikat wydawał się głupi, suchy, albo dziwaczny. Dlaczego w ogóle się tym przejmował? Co z Grahamem, który miał wszystko w głębokim poważaniu?
Przeczesywał właśnie włosy palcami, kiedy jadąc windą spostrzegł swoje odbicie w lustrze. Jak zawsze towarzyszył mu pozorny nieład, nawet jeśli długość kosmyków parokrotnie przekraczała dawną. Twarz zdawała się przecinać większa liczba zmarszczek, zupełnie jakby przechodził szkolenie bojowe w Garnizonie Petawawa, zamiast samemu go udzielać. Zdjął granatową marynarkę w kratę i podwinął rękawy czarnej koszuli. Jazda na górę ciągnęła się w nieskończoność, a w ciasnym pomieszczeniu łatwo o duchotę, zwłaszcza gdy towarzyszem podróży jest starszy pan, ewidentnie nieszczędzący wody kolońskiej. Michael zapisał z tyłu głowy, by nie sięgać po perfumy, jeśli na starość zacznie tracić węch i odnosić wrażenie, że parę dodatkowych kropel nie zrobi różnicy.
Nawet nie musiał posyłać recepcjonistce zniewalającego uśmiechu, czy czarować jej słodkimi słówkami, by pozwoliła zaczekać w korytarzu. Rozpoznała go od razu, a Graham wolał nie zastanawiać się, jak wiele szanowna pani usłyszła o nim niepochlebnych komentarzy. Wprawdzie z Marą rozstali się w zgodzie (a raczej pożegnali się, bo przecież o żadnym szumnym rozstaniu nie było mowy) nie padły gorzkie słowa, nikt też nie szukał winnych — dlaczego więc miał poczucie swoistego ciężaru, ciągnącego do ziemi zarówno serce, jak i głowę? Wyimaginowaną pętlę sam zawiązał sobie na szyi, dziś miał posypać głowę popiołem.
Mówiła że wszystko w porządku, że dojdzie do siebie, bo przecież ma lata doświadczenia w wyciąganiu innych na prostą, to dlaczego ze sobą ma mieć jakiś problem. Uwierzył, choć widział jej strach i nerwy usilnie trzymane w ryzach, kiedy drżącymi dłońmi zszywała jego ranę, a ciepła krew spływała między palcami. Koił ją metodycznym tonem, a przynajmniej tak mu się wtedy zdawało, kiedy to ona snuła opowieść o przeszło-przyszłości, o którą ledwo zahaczyli, ta o zmęczonym uśmiechu, ukochanej córce, czworonogu i wakacjach w kamperze, na które dziś żadne nie miało już czasu. I to wszystko w momencie, kiedy zastanawiał się z wolna, czy może jednak ponowne wejście do tej samej rzeki wyjdzie mu na dobre — może nawet im, a nie tylko jemu. Wierzył nieśmiało, że jeszcze wszystko da się naprawić, by wiara ta ustąpiła poczuciu winy. Ile razy ta sama rana musiała zostać rozdrapana i zasypana solą, aby wyciągnąć zeń odpowiednie wnioski? Jakże idiotyczne. Nie mógł ani tym bardziej nie chciał jej ponownie na to wystawiać.
Powtarzała mu, że wolno się uczy i równie wolno wyciąga wnioski. Zgadzał się z nią i nie zgadzał jednocześnie, bo przecież Michael Graham należał do świetnych uczniów, wybitnych lekarzy i doskonałych mówców (to już lubił dopowiadać), ale jeśli chodziło o uczucia, czy relacje międzyludzkie… Tak, tu zdecydowanie zaczynały się schody. Czy to źle, że tym razem chciał, aby wszystko było takie, jak powinno? Ale takie, to znaczy jakie? Sam nie był w stanie określić.
Gdy tylko pacjent wyszedł z gabinetu, usłyszał chrząknięcie recepcjonistki. Zadarł głowę i zatrzymał palce, wybijające dotąd na kolanie nerwowy rytm. W mig wyłapał posłane sobie wymowne spojrzenie (dodające otuchy, na pewno!) i stanął w drzwiach, naciskając na klamkę, zastukawszy uprzednio dwa razy.
— Pani wybaczy, nie byłem umówiony — odezwał się, wnikając do środka z marynarką zawieszoną na ręce i rozpostarł ramiona w przepraszającym geście. — Jeśli to duży kłopot, wrócę innym razem, ale wolałbym nie odkładać tego w nieskończoność, bo jak wiadomo, miewam problemy ze zbieraniem się w sobie. — Uniósł lekko kącik ust, sam zaskoczony, jak wiele słów z siebie wyrzucił, mając przecież w zwyczaju mówić raczej mniej niż więcej. Czy zastanawiał się wcześniej, co powiedzieć? Naturalnie. Czy cokolwiek z tego zapamiętał? Wątpliwe.

look at me, i'm already staring
space cadet
braku inwencji, jednostronnego zainteresowania, hejterów AI
34 y/o
NAJLEPSZY PRZYJACIEL
164 cm
psychoterapeuta w CAMH
Awatar użytkownika
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Obiecała, że sobie poradzi, bo co mogła innego powiedzieć?
Zszywanie Twojej rany w domowych warunkach to dla mnie zbyt wiele
Nie wyjeżdżaj. Potrzebuję Cię
Zostań, spróbujmy jeszcze raz

Musiała sobie poradzić sama tak jak to robiła już od dawna. Przyzwyczaiła się do tego już lata temu, gdy jej małżeństwo się rozpadało i w samotności płakała nad utraconą możliwością zostania matką. Poradziła sobie nawet wtedy, gdy Arthur pojawił się w jej życiu tak nagle jako przyszły- niedoszły szwagier i równie szybko zniknął. Jednak odejście Michaela było inne. Było wisienką na torcie złożonym z jej porażek, rozstań i straconych szans oraz nadziei. Zapukał niepewnie do jej drzwi, a rudowłosa nie wiedząc czego się spodziewać, otworzyła mu je bez wahania i wpuściła bez zastanowienia wpuściła do środka z szeroko otwartymi ramionami.
Tych kilka tygodni spędzonych na wielogodzinnych rozmowach w łóżku, przekomarzaniach i czasami także shotami tequili w wolne wieczory czy popołudnia, dawały jej namiastkę tego jak mogłoby wyglądać jej życie z drugą osobą u boku. Jak mogłoby wyglądać ich wspólne życie. Dlatego tamtego wieczoru wyrzuciła z siebie te głęboko skrywane marzenia o tym, jak mogliby teraz żyć, gdyby wtedy po liceum ich związek przetrwał. A mówienie o tym na głos uświadomiło jej, że Michael nie był tylko jednym z wielu byłych. Nie był tylko przelotnym romansem, który bez mrugnięcia okiem chciałaby zakończyć, gdyby się jej znudził. Mogły minąć lata, a wystarczyło jedno wspólne popołudnie, by sobie przypomnieć, że był jej przyjacielem. Był jej pierwszą miłością. Pierwszym złamanym sercem. Pierwszą osobą, która dowiedziała się, że dostała się na wymarzone studia. Przytulał i pocieszał po kłótniach z przyjaciółką czy po niezdanym egzaminie. Płakała i śmiała się z nim, a co najważniejsze - mogła przede wszystkim być sobą. I kiedy sobie o tym wszystkim przypomniała, a w jej głowie pojawiła się myśl, że może warto spróbować nadrobić stracony czas, on wyjechał.
Znowu.
Z pozoru tym razem było inaczej, bo przecież nie byli razem, więc o rozstaniu nie było mowy. Niczego jej nie obiecywał, a jednak w rzeczywistości czuła się tak samo - pozostawiona ze złamanym sercem. Nie żywiła do niego urazy ani żalu, rozumiejąc czym się kierował i czego potrzebował. Jako jego przyjaciółka, a nawet i terapeutka, w pełni popierała tą decyzję. Jednak jako kobieta, w której na nowo zaczął rozpalać to gorące uczucie, pragnęła aby został. Pragnęła go zatrzymać. Jednak nie mogła tego zrobić. Musiała pozwolić mu odejść.
Nie leżała w łóżku płacząc do poduszki. Nie zamknęła się w domu i nie załamała wraz z dniem jego wyjazdu. Wciąż chodziła do pracy i spotykała się ze znajomymi. Chodziła też na randki, umawiając się na jednorazowe przygody. Jednak coraz ciężej jej było wstawać rano z łóżka. W przypadku możliwości wyjścia na miasto ze znajomymi, wolała zostać w domu bądź wybrać się na samotny spacer. Mężczyźni zaczęli ją irytować i wydawać się cholernie nudni. Nie mogła złapać z nimi kontaktu, czując że robi się zgorzkniała. Walczyła z tym- naprawdę! Postanowiła przygotować artykuł naukowy o PTSD, skupiła się w dużej mierze na pracy, a na aplikacjach randkowych zmniejszyła wymagania. Czuła, że wychodzi na prostą, ale wciąż wisiało nad nią poczucie totalnego zagubienia w życiu.
Nie lubiła mieć okienek w pracy, woląc przyjmować pacjentów jeden za drugim. To się jednak wiązało z tym, że zawsze na koniec dnia musiała pozostać po godzinach, aby uzupełnić całą papierologię. Kiedy w końcu zamknęły się drzwi za ostatnim pacjentem, opadła ciężko na fotelu i westchnęła głośno wykończona psychicznie i fizycznie. Coraz więcej kosztowała ją ta praca. Otworzyła szufladę biurka, aby zerknąć czy ma jakiegoś batonika, który byłby jej dzisiejszym lunchem i kolację, ale niestety nic słodkiego nie miała. - Proszę!- krzyknęła wyraźnie zrezygnowana słysząc pukanie do drzwi. Podniosła głowę, gdy tylko zaczęły skrzypiec informując o nadchodzącym gościu.
I wtedy zamarła.
Gdyby ktoś dziesięć minut temu zapytałby się jej, jak się czuje po wyjeździe Michaela, powiedziałaby, że świetnie i już dawno doszła na siebie. Nawet machnęłaby ręką z uśmiechem na twarzy i w tym rzecz, że naprawdę tak sądziła! Była pewna, że wszystkie uczucia, które zaczęły się kiełkować, już dawno zostały zniszczone, gdy przez wiele miesięcy nie mieli nawet najdrobniejszego kontaktu. Dlaczego więc wpatrywała się w niego bez słowa, a serce niemal jej wyskoczyło z piersi?
Początkowo wyobrażała sobie jak zareaguje, gdy w końcu wróci do Toronto i za każdym razem widziała siebie w jego ramionach, ale kiedy w końcu do tego doszło- nie była w stanie się poruszyć z miejsca. Czuła zarówno szczęście jego widokiem, ale i żal… Ten cholerny żal, którego nie powinno tam być.
- Skończyłam już na dzisiaj pracę. Zapraszam do rejestracji, może tam pokierują pana do jeszcze przyjmującego terapeuty- powiedziała głosem, który miał z założenia brzmieć obojętnie, a w rzeczywistości nieco jej zadrżał. Odwróciła spojrzenie i zapatrzyła się w puste miejsce w szufladzie, gdzie trzymała batoniki. Przydałby się jej teraz snickers, żeby nie gwiazdorzyła. W końcu zamknęła ją i wstała z fotela. Przeszła zza biurka i stanęła przed nim, opierając się pośladkami i dłońmi o blat. Zmrużyła oczy przyglądając się w końcu dłużej Michaelowi. Włosy miał dłuższe i w ciągu pół roku zdobył dodatkowe zmarszczki. Ona też nie wyglądała lepiej - czarna, wąska sukienka z krótkim rękawem kończąca się przed kolano, podkreślała jej zbyt szczupłą figurę. Kiepska dieta i godziny spędzane na bieganiu zrobiły swoje. Swoje włosy związała w kucyk, który teraz zakołysał, gdy przekręciła lekko głowę w bok. - Kwiatów oczywiście nie masz, więc pewnie na nic słodkiego też nie mam co liczyć?- niby spytała, ale nie czekając na odpowiedź przewróciła oczami będąc w pełni przekonana, że trafiła. Z jednej strony była zaskoczona tym, że udało jej się tak łatwo przejść do znanej im formy komunikacji, ale z drugiej strony - cała w środku się trzęsła ze strachu. Tylko czego się tak naprawdę bała? I czego tak naprawdę teraz w ogóle chciała?


I can buy myself flowers, but I'd rather get them from you
36 y/o
ORIGAMI BOY
189 cm
szkolę medyków wojskowych w Sunnybrook Health Sciences Centre
Awatar użytkownika
He has been burned before.
Now he keeps his hands just far enough away to feel the warmth without the pain.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Czy gdyby wyznała mu, co naprawdę czuje, podjąłby decyzję o wyjeździe? Czy rzuciłby pracę, kontakty, spalił te wszystkie mosty — wszystkie poza jednym — gdyby usłyszał ”Nie rób tego”? Może chciał tych słów, chciał impulsu? — nie… kotwicy, która zatrzymałaby go w miejscu, nie dając ponieść się za daleko przez wzburzone fale. Może chciał zdecydowanego tonu, namacalnego poczucia, że jego decyzje mają znaczenie i ściśle wiążą go z innymi ludźmi, zwłaszcza tymi, na których mu zależy? To przecież niemożliwe, by głęboko zapadał innym w pamięć, by wywierał na nich wpływ, by stawał się kimś ważniejszym, niż przystankiem na drodze do własnego szczęścia. Dlatego błąkał się, szukając odpowiedzi na źle zadawane pytania. Powtarzał te same błędy, za każdym razem noszące inną nazwę, a wszystko pod pretekstem czynienia dobra. Bo przecież Michael Graham wcale nie był złym człowiekiem, na pewno nie w swej opinii i nie celowo, by wyrządzać krzywdę. Po prostu czasem ktoś przystanął nieco zbyt blisko, nie obliczywszy precyzyjnie pola rażenia i działy się tragedie. Jak potoczyłoby się życie tych dwojga, gdyby choć jedno przestało bać się zranienia? Co by się stało, gdyby oboje zdobyli się na odwagę? Cóż, tego się już nie dowiemy.
Odgrywając w głowie tę rozmowę, przygotowywał się na różne scenariusze. Mara mogła rzucić mu się ramiona — z tęsknotą lub radością, to dwie osobne ścieżki. Rzucić mogła też drobnymi, leżącymi pod ręką przedmiotami i na pewno zdobyłaby dwa punkty za trafienie w twarz albo krocze, miała dobrą celność. Podjęcie gry, nonszalancja i pozorna tylko obojętność, bo podszyta ironicznym tonem były najbardziej prawdopodobne. Lakefield miała to do siebie, że w każdej sytuacji potrafiła zadrzeć wysoko brodę, posłać wściekłe bądź przymilne spojrzenie (w zależności od humoru), po czym cisnąć komentarzem, przy którym trudno utrzymać rezon. Najczęściej z ugodzonej dumy bądź śmiechu, bo los chciał, by oboje dzielili równie gorzkie poczucie humoru.
Na reakcję czekał krótko i nawet nie wychwycił drżenia w jej głosie, a może dla dobra ich obojga zdecydował się ten fakt zignorować. Mógłby sądzić, że swymi prognozami trafił w dziesiątkę, poczuć triumf oraz ulgę z przełamanych tak łatwo lodów, kiedy spostrzegł jeden istotny szczegół — twarz Mary stała się kredowobiała. Tak, to niewątpliwie mógłby uznać za część sukcesu, gdyby nie fakt szczuplejszej niż dotąd sylwetki, której kształty odznaczały się wyraźnie pod linią czarnej sukienki. W jego oczach nadal była piękna i pociągająca, zwłaszcza wywracając oczami i siląc się na suchy ton, mający podtrzymać grę.
Tak się składa, że to nie terapeuta jest mi potrzebny, a przyjaciółka, kryło się na końcu języka w odpowiedzi, lecz nie zawisło między nimi. Czy nadal miał w niej tak bliską osobę? A może pół roku, to za mało, by zatęsknić i zapomnieć, że w ogóle zostawił ją za sobą?
— Ah tak, właśnie — mruknął, jakby przywołany do porządku, i otworzył poły marynarki, grzebiąc w wewnętrznej kieszeni. W kilku krokach dotarł do biurka i skłonił się teatralnie, wręczając Marze kwiat. Drobna róża była wykonana starannie z dwóch kartek papieru, niebędących ulotką podebraną w recepcji, więc origami musiał złożyć jeszcze zanim tu przyszedł. W życiu się nie przyzna, że zahaczył o świetlicę na parterze, gdzie tworzył wspomniane dzieło, nie uginając się pod chichotem ani czujnym dziecięcym spojrzeniem. — Ze słodyczy mogę zapewnić piękny uśmiech, albo zaprosić do bufetu, bo niestety landrynki na czarną godzinę zostały w samochodzie. — W niskim głosie przebijała się przepraszająca nuta. A jakby ktoś dostał nagle ataku hipoglikemii i zaistniał przymus wprowadzenia cukru na sposób rektalny? Dobrze przecież pamiętał sytuację sprzed czterech lat, kiedy jeden z kadetów padł jak długi ze wstrząsem insulinowym, jak ostatni idiota nie mówiąc nikomu, że się słabo czuje. Michael dał mu w nagrodę ksywę „Odbyt”, którą reszta oddziału chętnie podłapała. Tymczasem brawo, panie Graham, ledwo pan wyszedł do cywilów i już rażące niedopatrzenie. Tutejszy bufet pozostawiał wiele do życzenia, czerstwe bułki błagały o pomstę, a to kiepski sposób, by wkupić się w łaski.
Wyprostował się, a szczery uśmiech sięgnął oczu, kiedy po raz pierwszy od dawna mógł przyjrzeć się pięknej twarzy. Wprawdzie cienie pod oczami wyraźnie zdradzały zmęczenie wyczerpującą pracą, ale czemu się dziwić, kiedy miał przed sobą empatkę, która przed laty wzniosła wokół siebie grube mury? Pod tym (i nie tylko) względem byli do siebie podobni, oboje obawiając się sparzenia i zranienia, starali się nie dopuszczać do siebie nikogo zbyt blisko. Przyjaźń z Grahamem Mara z pewnością dopisała sobie do życiowych błędów.
— Mam nadzieję, że tęskniłaś przynajmniej w połowie tak bardzo, jak ja — kontynuował tym swoim poważnym tonem, po który sięgał zarówno w chwilach napięcia, jak i żartu (czy też rozładowania napięcia żartem). Czy tym razem wystarczy w bliskim starciu?

you talk like a villain, but stare like a lover
space cadet
braku inwencji, jednostronnego zainteresowania, hejterów AI
34 y/o
NAJLEPSZY PRZYJACIEL
164 cm
psychoterapeuta w CAMH
Awatar użytkownika
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie mogła go prosić o to, aby został. Nie mogła go prosić o to, aby brał ją pod uwagę podejmując decyzje. Tak jak piętnaście lat temu jako jego dziewczyna, tak i pół roku temu jako jego przyjaciółka, uważała, że musi on zrobić to co najlepsze dla niego, a nie dla niej. Bądź dla n i c h. Chociaż wyobrażała ich sobie razem - zarówno tuż przed studiami, ale i całkiem niedawno, gdy zszywała jego ranę walcząc z tym, aby jej dłoń nie zadrżała. Schowała własne uczucia i pragnienia do kieszeni, będąc pewna, że tak to powinno przecież wyglądać w przyjaźni i związku.
Dlatego w teorii powinna się cieszyć, że wyjechał stawiając na podium swoje dobro psychiczne, o które przecież naprawdę się martwiła! Widziała jak bardzo był zagubiony, słuchała o jego udawanym małżeństwie, o potrzebie kontroli. W teorii powinna się cieszyć, że właśnie wrócił, co pewnie świadczyło, że wszystko sobie poukładał. Powinna się cieszyć, że znowu będzie miała przyjaciela tuż obok. A jednak wpatrywała się w niego nie jak przyjaciółka, a już zdecydowanie nie jak terapeutka. Wpatrywała się jak zraniona kobieta, która została porzucona przez ukochanego kilka miesięcy temu. W praktyce wyglądała jakby walczyła o przetrwanie i utrzymanie się na powierzchni wody, bo tonęła w morzu tęsknoty i samotności. Była zraniona i nie potrafiła wygrać z tym poczuciem porzucenia, chociaż nie powinna mieć przecież żadnych do niego pretensji. A jednak emocje miały to do siebie, że ciężko było nad nimi zapanować. Byliśmy w stanie kontrolować swoje zachowanie, ale uczucia? Na to już wpływu nie mieliśmy i jedyne czego Mara uczyła innych przez połowę swojego życia, to jak radzić sobie z tymi uczuciami.
I właśnie to podjęła - walkę.
Zażartowała w ich własnym, nietuzinkowym tonie, licząc na to, że pociągnie razem z nią ten żart, aby mogli się dalej pośmiać i przejść do tego w czym byli świetni - w rozmowie o wszystkim poza własnym uczuciami, którymi się darzyli.
Jednak Michael najwyraźniej miał inne plany niż ona i nie zamierzał z nią współpracować, bo właśnie wyjął pieprzoną różę. I to wcale nie z jakiejś kwiaciarni czy ukradzioną z ogródka swojej ciekawskiej sąsiadki, z którą Lakefield zdołała już złapać nic porozumienia. Wręczył jej własnoręcznie zrobioną różę. Wieczną różę, bo ta z papieru w porównaniu do innych, nigdy nie zwiędnie.
Niech cię szlag Graham!
Mara w pierwszej chwili spojrzała na podarunek nie potrafiąc ukryć szoku. Zamrugała dwa razy oczami, zanim sięgnęła niepewnie po niego, lekko łaskocząc opuszkami palców jego dłoń, którą tak bardzo chciała teraz złapać i pozwolić przyciągnąć się bliżej. Jednak to nie ta bajka, więc chwyciła delikatnie i uważnie kwiatek, przyglądając mu się tym razem z uznaniem i podziwem. Był to bez wątpienia najpiękniejszy kwiatek, jaki kiedykolwiek dostała w życiu. Czy mu o tym powie? Może, ale na pewno nie teraz. - Rozumiem , że byłeś na półrocznym kursie origami i na kolejne spotkanie zrobisz łabędzia z karteczek jako oznaka, że wyjazd pozwolił ci się zamienić z brzydkiego kaczątka w łabędzia?- spojrzała na niego wymownie z niepewnym uśmiechem, próbując w jakikolwiek sposób powrócić na te tory żartów i przekomarzań, ale czuła się wybita z rytmu, a przede wszystkim czuła, że jest wobec niego zbyt oschła. Musiała zdusić w sobie uczucie żalu. Nie mogła tego czuć, więc ostatecznie spojrzała na niego już z bardziej łagodnym spojrzeniem. - Mimo wszystko dziękuję za kwiatka- to były w pełni szczere podziękowania, bo przecież Mara potrafiła nie tylko pomagać innym, ale też im dziękować! A kwiatek ten zasługiwał na szczególne słowa uznania i szczególne miejsce, więc powróciła zza biurko, aby ułożyć go w górnej szufladzie - w miejscu na jej batoniki. - Tutejszy bufet? Chcesz się na mnie za coś zemścić proponując tam deser?- spytała powracając na swoje poprzednie miejsce, czyli stając przed biurkiem. Tylko rzecz w tym, że tym razem Michael stał znacznie bliżej. Pewnie nie przesunął się jakoś bardzo, kiedy na chwilę odeszła, ale i tak ponowna jego bliskość uderzyła w nią.
Jednak najgorsze okazało się to, co znowu miał jej do powiedzenia. Nie pozwalał jej się utrzymać w pionie. On nawet nie pozwalał, aby w ogóle utrzymywała się na powierzchni. Ona tonęła. Teraz tonęła pod wpływem jego oczu, w które wpatrywała próbując z nich wyczytać czy to co mówił było prawdą, ponieważ jego słowa dotknęły jej serca.
Czemu jej to robił ? Czemu rozkochiwał ją w sobie, a potem wyjeżdżał na drugi koniec kraju? Czemu odzywał się nagle po latach, ponownie zawracał jej w głowie , by znowu wyjechać? Czemu do cholery wracał kolejny raz po miesiącach ciszy i mówił takie rzeczy? Czy to była dla niego zabawa? Jakaś próba? Testy? Co chciał od niej słyszeć? Co potrzebował od niej usłyszeć?
Nie była w stanie odpowiedzieć. Wiedziała, że tęskniła. Całe jej ciało było oznaką tego, że wyjeżdżając zabrał cząstkę jej ze sobą. Szczupłe ciało było teraz wręcz kruche po tym, gdy złamał jej serce opuszczając Toronto . Jednak co by teraz zmieniło to, że tęskniła? Co zmieniało to, że on tęsknił? W dodatku czy aby na pewno to była prawda? Czy gdyby faktycznie tak było, wyjechałby? Nie pisałby? Nie miała pewności, czy jego słowa to rzucone jej wyzwanie oczekując informacji zwrotnej na temat jej uczuć w stosunku do niego czy może forma żartu. W końcu połowa z zera, to zero, prawda? Dlatego Mara wybrała najbezpieczniejszą opcję. Czy najlepszą? To się okaże. - Myślę, że najbardziej to tęskniła pani Margaret. W końcu obserwowanie twojego życia było jej ulubioną formą rozrywki- rzuciła z czającym się uśmiechem w kącikach ust, gdy próbowała odzyskać rezon.
Z każdą kolejną mijającą minutą i zmniejszeniem dystansu, zdawała sobie sprawę, że walczy nie tylko z żalem. Oczywiście starała się nie brzmieć jak zraniona i porzucona kobieta. Jednak walczyła ze sobą także, aby nie rzucić się w jego ramiona. Zaciskała ponownie dłonie na blacie biurka, byleby tylko nie ruszyć się jeszcze bliżej w jego stronę. Byleby nie przekroczyć tego dystansu, nie przytulić się do jego ciała, które jeszcze niedawno na nowo dawało jej przyjemne ukojenie. Była ciekawa czy dalej tak jest? Czy dalej potrafiłby sprawić, że jej ciało odprężało się pod wpływem jego ciepłych dłoni. Była ciekawa czy dalej pamiętał , że lubiła jak całował ją za płatkiem ucha. Pragnęła sprawdzić czy znowu poczuje ten cholerny spokój, który poczuła kilka miesięcy temu w jego domu po latach rozłąki. Jednak wiedziała, że nie może tego zrobić. On jej robił mętlik w głowie, więc ona powinna być tą rozważną i dojrzałą osobą w ich relacji.

just tell me what you want
36 y/o
ORIGAMI BOY
189 cm
szkolę medyków wojskowych w Sunnybrook Health Sciences Centre
Awatar użytkownika
He has been burned before.
Now he keeps his hands just far enough away to feel the warmth without the pain.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Walka o siebie, walka o drugą osobę, walka o wspólne dobro — dlaczego to zawsze musi być jakieś starcie, wielki bój, z którego wychodzi się ze złamanym sercem, lub kończyną? Zawsze jednak wiąże się z myślą, nachodzącą w momencie finału, lub chwili kryzysu — czy to w ogóle jest warte świeczki? Jedni będą brnąć w zaparte, bo skoro tyle pracy już włożyli, mogą powalczyć jeszcze trochę. Inni zrezygnują, niekiedy już przed samą metą, wybierając nie zawsze łatwiejszą drogę, ale tę, która wydaje się właściwa. Mało jest natomiast tych, którzy do końca będą wierzyć w proces i bez zachwiania podnosić się z kolan przy każdym potknięciu. Ci są na wagę złota i warto wtedy wsunąć dumę do kieszeni, dając się poprowadzić dalej. A co, jeśli pomimo jawnego dopingu i wiary w sukces, coś zaczyna się rozjeżdżać? Tak, wtedy wypadałoby otwarcie porozmawiać, wyłożyć swoje karty i wspólnie zastanowić się nad rozlanym mlekiem. Gorzej jeśli poczucie zranienia i porzucenia toczyło wewnętrzny bój z umysłem — kolejna walka, tym razem z samym sobą.
Graham miał na to jedno rozwiązanie, towarzyszące mu nieprzerwanie od lat, czyli ucieczkę. Chował się za potrzebą przemyślenia, odkrycia, czego chce i co mu w tym przeszkadza. Powracał później z przekonaniem, że robota zrobiona, mgła przepędzona, wszystko naprawione. Tyle że jak na osobę pracującą w niebezpiecznych i zmiennych warunkach powinien rozumieć, że zalizywanie ran w sterylnym, zdystansowanym otoczeniu nie pomaga przy powrocie do rzeczywistości. Ciało i umysł szybko wracały do dawnych zwyczajów, często nieświadomie powielając coś, co zdawało się nie mieć już miejsca. Który ze wzorów tym razem odbije się nań najmocniej?
Potraktowany oschle cieszył się, że nie jest to otwarta złość, czy pogarda. Przynajmniej dawało to furtkę do dalszej rozmowę. Najwidoczniej podczas ostatnich spotkań nie miał okazji, aby wspomnieć Lakefield, że składanie papieru w wymyślne kształty pozwoliło mu przetrwać trudy wojskowego rygoru. Dłonie potrzebowały zajęcia, umysł skupienia na czynności niebedącej ratowaniem czyjegoś życia. Origami wymagało spokoju i precyzji. Tego drugiego mu nie brakowało, przy pierwszym pojawiały się schody, zwłaszcza jeśli spokój ten miał się wiązać z równowagą serca i umysłu na raz.
— Ja zemścić? Nie, po prostu wydajesz się być bardzo zajęta. — Wskazał brodą na stos dokumentów ułożonych na biurku. Może i skończyła przyjmować pacjentów, ale papierkowa robota rządziła się innym rytmem i nigdy nie było jej dość. Michael też nie znosił uzupełniania rubryczek, uważał to za niezwykle irytujące i mało kreatywne zajęcie, zabijające w człowieku radość. Może dlatego cieszył się z posiadania asystentów, których mógł zarzucić tymi pierdołami pod pretekstem praktyk. W końcu nie każdy z nich zostanie genialnym lekarzem, by tak jak on pozwolić sobie na zajęcie się ważniejszymi sprawami, niż zadowalanie pani z archiwum, więc niech się przyzwyczajają. — Chyba że nie gonią cię żadne terminy i możesz sobie pozwolić na wcześniejsze wyjście. Widziałem, że niedaleko stąd otworzyli włoską knajpę — podtrzymał ton, starając się nie przechylać go w żadnym kierunku. Mara grała bezpiecznie, sam też wolał mieć się na baczności. Jeszcze tego brakowało, by wyczytała pomiędzy słówkami coś, czego nie chciał powiedzieć, albo nawet nie miał na myśli, a do tego Lakefield (mimo wielkiego uznania dla jej psychoterapeutycznej kariery) miała skłonności. Zostawił jej jednak furtkę, bezpośrednią acz niezobowiązującą. Od Mary zależało, czy ma ochotę na dłuższą rozmowę, teraz lub w ogóle.
Kolejny unik, niebędący złością, ani pogardą. Czy i tu dobrze wróżyło? Trudno powiedzieć, bo oczywiście wolałby dostać bezpośredni komunikat, to wiele by ułatwiło, lecz życie niechętnie spełniało życzenia, o zranionych byłych nawet nie wspominając.
Pozwolił sobie na uśmiech, suche parsknięcie z odwróceniem wzroku. Dołączył do grona walczących, powstrzymujących odruchy i zatrzymując dla siebie to, co tkwiło na samym dnie serca. To uroczo ironiczne, jak tych dwoje powielało nawzajem swe schematy. Czyżby w myśl zasady, z kim przystajesz, takim się stajesz?
— Racja. Marzenie ściętej głowy — mruknął bardziej do siebie, niż do Mary i spełnił niewypowiedzianą potrzebę ich obojga o głębszym oddechu, wycofując się o krok. Sięgnął spojrzeniem za okno, jakby w jakiś sposób miało to pomóc w zdjęciu ciężaru, jaki niewątpliwie między nimi zawisł. Powietrze zdawało się gęstnieć, zyskiwać ładunek elektryczny, który porazi przy jednym fałszywym ruchu, a tego przecież oboje woleli uniknąć. — Chciałem się przywitać. Wiem, że pewnie byłoby lepiej, gdybym po prostu napisał, a nie zaskakiwał cię w gabinecie. Nie mogłem się doczekać, aż cię zobaczę. — Tym razem porcja niezachwianej szczerości. Mógł zrobić tak, jak wypada, ale poszedł za głosem serca, a to chyba należało chwalić? Ciężko u facetów z wyczuciem czasu, a Michael Graham wiódł prym w zrzucaniu bomb w nieodpowiedniej chwili. Kierował się chęcią czynienia dobra, albo brakiem zastanowienia w ogóle i w żadnym z przypadków nie można mu było odmówić uroku.

two damaged people, trying to heal each other is love
space cadet
braku inwencji, jednostronnego zainteresowania, hejterów AI
34 y/o
NAJLEPSZY PRZYJACIEL
164 cm
psychoterapeuta w CAMH
Awatar użytkownika
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mara była idealnym przykładem, że czasami teoria i praktyka się całkowicie rozmijały. W końcu w teorii wyjazd Michaela dla swojego dobra był świetnym pomysłem, prawda? Mógł się odciąć od bodźców zewnętrznych i skupić na tym, czego on pragnie. To trochę jak z pobytem pacjentów na zamkniętym oddziale psychiatrycznym - ludzie trafiali tam w różnym stanie, ale zawsze w tym samym momencie - kiedy już nie byli w stanie funkcjonować na zewnątrz. Zamykano ich, leczono i wypuszczano. Tylko rzecz w tym, że Mara obserwowała jak ci sami ludzie bardzo szybko wracali ponownie i ponownie, ponieważ był jeden pewien szkopuł w tym wszystkim - zostali nauczeni jak żyć w tych sterylnych, szpitalnych warunkach, a trafiając znowu do tego brutalnego świata, byli ponownie pogubieni. Potrafili funkcjonować w zamkniętym oddziale, gdzie otaczali ich ludzie z tymi samymi problemami bądź tacy, którzy rozumieli te problemy i wiedzieli jak sobie z nimi poradzić. Nie było problemu z funkcjonowaniem w miejscu, gdzie kontrolę nad ich życiem i rutyną sprawował ktoś inny. Na pozór mądrzejszy od nich. Problem pojawił się wtedy, kiedy wracali do swojego dawnego życia, gdzie musieli sobie samemu radzić z przeciwnościami losu.
Dlatego w teorii leczenie rany w sterylnych warunkach jest wskazane. W praktyce? Może przynieść jeszcze więcej szkody, bo co z tego, że Michael wyjechał, aby przemyśleć swoje życie, skoro właśnie po pół roku do niego wrócił? Czy nauczono jak się z tym wszystkim zmierzyć już na froncie? Lakefield jako doświadczona psychoterapeutka powinna wiedzieć jak się teraz zachować i podejrzewać przez co może przechodzić Graham. Jednak znowu to samo! To tylko teoria, bo w rzeczywistości stała przed nim nie terapeutka, która próbowała mu przez chwilę pomóc, a kobieta, która na nowo zaczęła się w nim zakochiwać. A może tylko przypominać sobie, że go kochała? Sama już nie była pewna, jakie uczucia żywiła do mężczyzny. Bądź może po prostu bała się je głośno nazwać?
Na pewno towarzyszył jej ogromny strach przed odrzuceniem. Mimo, że jej uczucia nie zostały odwzajemnione wiele razy i można by ją wziąć za ekspertkę w tej dziedzinie, to jednak za każdym razem to bolało. A będąc porzuconą dwa razy przez tego samego mężczyznę? Bolało jeszcze bardziej.
Tylko najgorsze było to, że nawet nie mogła mu zarzucić tego porzucenia, bo nie łączyło ich nic poza… Seksem? Godzinami spędzonymi na rozmowach o życiu i o niczym? Dzieleniem się sekretami? To chyba było więcej niż nic, ale przecież żadne z nich nie powiedziało tego głośno, pozwalając, aby te najważniejsze kwestie pozostały niewypowiedziane.
Dlatego Marze było tak ciężko się odpowiednio zachowywać przy mężczyźnie. Nawet nie była pewna, co w ogóle oznaczało odpowiednie i po cholerę ma się zastanawiać, co zrobić i powiedzieć. Kiedy pierwsze raz spotkali się po latach, popłynęła z prądem pozwalając sobie na spontaniczność i brak oczekiwań. Może to był ten urok, który pozwolił im przejść do niecodziennej, lecz cholernie przyjemnej relacji. Rudowłosa powinna podążyć tym tropem. - A rzeczywiście, rzuciła mi się w oczy jakiś czas temu- przyznała na wspomnienie o włoskiej knajpie, którą mijała ilekroć zaparkowała auto nieco dalej. Oczywiście wiele razy chciała tam pójść, ale jakoś nie było okazji. Teraz właśnie się nadawała i może to znak, aby skorzystać z zaproszenia?
Kołatała się w jej głowie ta myśl, gdy odwróciła kota ogonem i nie przyznała się, że tęskniła, a skrzętnie wspominając jego sąsiadkę. Przyglądała się jego reakcji i poczuła złość na siebie za własne słowa, gdy zaczął się wycofywać. Już chciała sięgnąć ręką i go powstrzymać.

Oczywiście, że tęskniłam. Nie było ani jednego cholernego dnia, abym nie myślała o Tobie i nie marzyła, aby znowu Cię zobaczyć.


Pozwoliła pozostać słowom niewypowiedziane w swojej głowie. Natomiast odważyła się na coś innego. - Z kolei moją ulubioną rozrywką było wypunktowywanie Ci elementów nad którymi powinieneś popracować. O dziwo byłeś moim najlepszym, ale i najgorszym uczniem. Przez moje zapędy masochistyczne, to brakowało mi naszych spotkań- przyznała z jeszcze mocniej drgającymi kącikami ust. Pewnie powiedzenie tych słów ze swojej głowy byłoby bardziej romantyczne, ale Mara już tak dawno nie spotkała się z romantyzmem, że już zapomniała, że w ogóle istnieje. Chociaż nie! W jej szufladzie spoczywał właśnie dowód pewnego romantyzmu. Przynajmniej chciała w to wierzyć.
Tak jak pragnęła wierzyć w szczerość jego kolejnych słów. Jak bardzo była zraniona, że poddawała w wątpliwość każde jego miłe słowo w jej kierunku? W swojej głowie zaczęła je analizować już na tysiące sposobów, ale serce… Serce i kolana miękły, gdy echem się odbijały ostatnie słowa. Ramiona momentalnie opadły, a postawa nie wydawała się aż tak bardzo napięta. Przyglądała mu się w ciszy, próbując wyczytać czy mówił prawdę. - Cieszę się, że zdecydowałeś się przyjść- to było bezpieczne stwierdzenie, ale jej ruch już taki bezpieczny nie był, bo wypowiedzenie na głos tego zdania, popchnęło ją w jego kierunku. I to dosłownie. W dwóch krokach znalazła się tu przed nim, a atmosfera zaczęła gęstnieć. Przyglądała się teraz z bliska jego nowym zmarszczkom i dłuższym włosom , ale także i oczom - zwierciadłom duszy - czy wciąż był w nich jej Michael. Na pewno było go na tyle, że odważyła się na kolejny krok - delikatnie przesuwając między palcem wskazującym, a kciukiem, kosmyk jego siwych włosów. - Widzę, że przybyło Ci nieco dodatkowych siwych włosów. Dodają ci dodatkowe punkty do vibe’u doświadczonego lekarza. Pewnie budzisz wśród stażystów jeszcze większy postrach- zaśmiała się cicho wyobrażając sobie Grahama jako Dr Zło. Pasował do tej roli. Zaraz jednak spoważniała i posłała mu uśmiech - tym razem ciepły, czuły i pełen spokoju, który towarzyszy tylko wtedy, kiedy się wraca do domu. Mara nigdzie nie wyjechała, ale powrót Grahama był niczym jej powrót. Trzymając już z powrotem ręce przy sobie, zdecydowała się jeszcze na jedną chwilę słabości szczerości- Dobrze Cię widzieć- to było najbardziej szczere na co się zebrała przed nim, odkąd tutaj weszli.

a man, who is too scared about his ex
ODPOWIEDZ

Wróć do „Centre for Addiction and Mental Health”