Scott od początku zdawał sobie sprawę, że odejście od nich było najrozsądniejszym rozwiązaniem. June potrzebowała przestrzeni, a Cormack powinien mieć wrażenie, że rozmowa z nią wynika wyłącznie z przypadku, a nie z wcześniej przygotowanego planu. Wszystko przebiegało dokładnie tak, jak powinno. Przynajmniej z punktu widzenia śledztwa. Z punktu widzenia Letexiera sprawa wyglądała już nieco inaczej.
Stał kilka metrów dalej, rozmawiając z jednym z oficerów, który najwyraźniej bardzo chciał opowiedzieć mu o jakiejś wewnętrznej reorganizacji, i choć Scott odpowiadał mu z odpowiednią uwagą, tak naprawdę połową myśli pozostawał przy dwójce znajdującej się nieopodal. Nie musiał słyszeć każdego słowa. Wystarczyło mu obserwowanie. Cormack ewidentnie dobrze czuł się w towarzystwie June, szybko przeszedł z ogólników do bardziej osobistych tematów i nie wyglądał na człowieka, który ma jakiekolwiek opory przed rozmową z nią. To akurat było dla Scotta dobrą wiadomością. Gorszą było to, jak blisko detektyw zaczął się znajdować.
Nie chodziło nawet o sam dystans. Scott nie należał do ludzi, którzy tracili panowanie nad sobą z powodu jednego przypadkowego dotyku czy spojrzenia. Problem polegał na tym, że Cormack wyraźnie badał grunt. Raz skracał dzielącą ich odległość, innym razem pochylał się w stronę June, kiedy coś jej mówił, a potem natychmiast wracał do normalnej pozycji. Wszystko było subtelne. Na tyle subtelne, że przypadkowy obserwator nie zwróciłby na to uwagi. Scott zwrócił i zdecydowanie mu się to nie podobało. Jednocześnie nie zamierzał niczego zepsuć. Śledcza sama doskonale wiedziała, po co tutaj była, i najwyraźniej radziła sobie znacznie lepiej, niż Letexier początkowo zakładał. Pozostawało mu tylko obserwować.
Kiedy Cormack wspomniał o informatorach, nalotach i ciągłym wymykaniu się tych samych ludzi, Scott poczuł, jak wszystkie wcześniejsze, pozornie nieistotne elementy zaczynają układać się w całość. Detektyw nie powiedział jeszcze niczego, co mogłoby stanowić dowód, ale był zdecydowanie bardziej rozmowny, niż można było oczekiwać od kogoś, kto powinien uważać na to, co wypada mówić przy imprezowym kieliszku alkoholu. Wicekomendant nie poruszył się nawet o centymetr, gdy usłyszał pytanie June. To było dobre. Bardzo dobre. Scott znał ten ton. Wiedział, że to był jeden z tych momentów, gdy można było przeszarżować. Jednocześnie pytanie było wystarczająco naturalne, by nie wzbudzić aż takich podejrzeń, gdyby Cormack uniósł gardę. Pozwalało to też pójść dalej, jeżeli rzeczywiście miał coś do powiedzenia.
Podejrzany przez chwilę milczał. Przechylił nieznacznie głowę, przyglądając się June z większym zainteresowaniem niż wcześniej.
- Nie wierzę w przypadki - odpowiedział w końcu.
- Przynajmniej nie wtedy, kiedy mówimy o sześciu nieudanych nalotach, z których za każdym razem ktoś zdążył się ulotnić, zanim weszliśmy do środka - zrobił krótką pauzę i uniósł szklankę.
- Ale to jeszcze nie znaczy, że wiem, kto za tym stoi - uśmiechnął się lekko.
- Gdybym wiedział, raczej nie stałbym tutaj i nie rozmawiał o tym przy połowie policji - w jego głosie pojawiło się rozbawienie, ale tym razem Cormack wyraźnie bardziej pilnował słów. Scott od razu to zauważył. Detektyw nie był pijany. Był rozluźniony, ale nadal świadomy tego, z kim i o czym rozmawia. To oznaczało, że wcześniejsze szczegóły nie były wyłącznie efektem alkoholu. To z kolei czyniło całą rozmowę jeszcze ciekawszą.
Matt spojrzał na June jeszcze raz.
- Po prostu czasami mam wrażenie, że ktoś zawsze wie o naszych planach kilka godzin wcześniej - wicekomendant poczuł, jak coś zaciska mu się w żołądku, ale nie dał tego po sobie poznać. Zamiast tego wreszcie oderwał się od swojego rozmówcy i sięgnął po kieliszek stojący na stoliku. Upijając łyk szampana, zerknął w stronę June i Cormacka. Właśnie wtedy zobaczył, że detektyw uśmiecha się do niej w sposób, który z zawodowego zainteresowania coraz wyraźniej przechodził w coś osobistego.
Cormack zachowywał się jak mężczyzna, który wiedział, że podoba mu się kobieta i nie zamierzał ukrywać tego za wszelką cenę, ale jednocześnie nie miał zamiaru naruszać jej granic. Kiedy mówił, utrzymywał kontakt wzrokowy. Kiedy się śmiał, pochylał się nieznacznie w jej stronę. Raz, przy jednym z bardziej żartobliwych komentarzy, musnął dłonią jej przedramię, ale natychmiast ją cofnął. Elegancko, dyskretnie i cholernie skutecznie. Przynajmniej tak to wyglądało z perspektywy Letexiera, który przez moment uwierzył w świetną grę Harrison i zirytował się, widząc odwzajemnione zainteresowanie.
Scott zacisnął palce na nóżce kieliszka. Jako wicekomendant doskonale wiedział, że powinien być zadowolony. Cormack połknął haczyk. Zainteresował się June. Otwierał się przed nią i, co najważniejsze, najwyraźniej chciał mieć z nią kontakt również po zakończeniu tej imprezy. Jako facet? Wolałby rozlać sobie szampana na galowy mundur, niż patrzeć na to przez kolejne dwie godziny. Na szczęście doświadczenie nauczyło go jednego: emocje można było czuć. Nie trzeba było ich pokazywać. Dlatego kiedy jego wcześniejszy rozmówca ponownie zaczął coś mówić, Scott odwrócił się ku niemu z profesjonalnym spokojem, jakby niczego przed chwilą nie zauważył.
Tymczasem Matt najwyraźniej coraz bardziej doceniał towarzystwo June.
- Wiesz, Harrison… - zaczął po chwili, opierając się luźno o stół.
- Myślę, czy naprawdę jesteś tak bardzo zafascynowana zabójstwami, czy po prostu trafił mi się dzisiaj wyjątkowo dobry rozmówca - poruszył sugestywnie brwiami.
- Patrzysz na mnie tak, jakbyś naprawdę chciała wiedzieć, co mam do powiedzenia - zaśmiał się cicho. Brzmiało to jak żart, ale sposób, w jaki na nią spojrzał, sugerował coś zupełnie innego.
Matt zerknął na pusty kieliszek June.
- Potrzebujesz kolejnego? - nie czekając na odpowiedź, uniósł rękę w kierunku kelnera, który przechodził właśnie obok.
- Dla pani detektyw coś lekkiego. Dla mnie coś mocniejszego - uśmiechnął się szerzej.
- Przepraszam... dla Śledczej Harrison - tym razem nie patrzył już w stronę sceny ani innych funkcjonariuszy. Patrzył wyłącznie na nią, celowo tytułując ją wyższą rangą niż powinien.
Scott dostrzegł to z drugiego końca sali i chociaż jego twarz pozostała całkowicie spokojna, w środku miał ochotę podejść tam i przypomnieć Cormackowi, że rozmowa z policjantką nie musi automatycznie oznaczać zaproszenia do flirtu. Nie zrobił tego, wręcz przeciwnie - kiedy ich spojrzenia przypadkiem się spotkały, Scott tylko uniósł kieliszek w stronę June, jakby chciał powiedzieć jej bez słów, że wszystko widzi i pozostawia decyzję w jej rękach.
Kilka minut później rozmowa Cormacka z innym funkcjonariuszem przy sąsiednim stoliku dała mu pretekst, by na chwilę się oddalić. Detektyw pożegnał się z June, ale zanim ruszył, zatrzymał się jeszcze przy niej.
- Wiesz co? - powiedział ciszej.
- Ta rozmowa jest zbyt ciekawa, żeby kończyć ją tutaj - lekko przechylił głowę.
- Po imprezie zwykle gdzieś idę. Czasem na drinka, czasem po prostu coś zjeść - uśmiechnął się, ale nie naciskał na odpowiedź.
- Ty za to wyglądasz mi na osobę, która potrafi zadawać znacznie lepsze pytania, kiedy ma trochę więcej przestrzeni i znacznie mniej gliniarzy wokół - krótka pauza.
- Może następnym razem porozmawiamy tam, gdzie nikt nie będzie próbował nas zanudzić na śmierć budżetem? - Matt posłał jej jeszcze jeden, spokojny uśmiech, po czym odszedł, nie dodając nic więcej.
Scott, obserwując go z oddali, wiedział już jedno. Misja właśnie nabrała zupełnie nowego tempa i nie był pewien, czy bardziej cieszył go fakt, że June właśnie dostała idealny punkt zaczepienia do dalszego kontaktu z Cormackiem, czy bardziej irytował go mężczyzna, który właśnie ten punkt zaczepienia jej zaoferował.
June Harrison