ODPOWIEDZ
20 y/o
Welkom in Canada
170 cm
szuka szczęścia bezrobotny
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Ciężko powiedzieć, co dokładnie go podkusiło, by tym razem spróbować czegoś nowego. Zupełnie, jakby te kontenery w biedniejszej części miasta ustawione przy niemal każdej restauracji znudziły mu się tak, iż potrzebował powiewu świeżości. Paradoksalne stwierdzenie, biorąc pod uwagę, że nadal mowa była o śmieciach.
Niestety, w ostatnim czasie umiejętność podejmowania racjonalnych i trafnych decyzji w wykonaniu Oscara znacząco spadła. Czuł się tak, jakby uliczne życie bezdomnego pochłaniało go całkowicie, a szare komórki kurczyły się z każdym kolejnym dniem, co najwyżej rozwijając w nim skille potrzebne do przetrwania. Jeszcze chwila, a całkiem zostanie pochłonięty przez instynkt pierwotny, zapominając o swoim człowieczeństwie. Już teraz czuł się podle włamując ludziom do ogrodów, szop, stajni i wszelkich budynków, w których mógł odpocząć lub schronić się przed deszczem, a co tu mówić o kradzieżach, których się dopuszczał! Ani spojrzeć, a napadać na ludzi będzie, byleby tylko dostać jedzenie lub pieniądze. Szczęście w nieszczęściu, że nie dał się narkotykom, które Stellan tak usilnie próbował mu wcisnąć. To jedna z tych rzeczy, których zdecydowanie nie chciał próbować, obawiając się skutków ubocznych. Bo co, jeśli by się naćpał i nagle okazało się, że oddał swoje ciało jakiemuś obleśnemu napaleńcowi?! Na samą myśl drżał wewnętrznie i był to wystarczający obraz do tego, by jednak nie sięgać po substancje tego typu. Zamiast tego ograniczał się po prostu do życia na ekskluzywnym ulicznym poziomie.
Nic dziwnego, że ostatecznie znalazł się w drogiej dzielnicy Toronto, gdzie wcześniej bywał raczej sporadycznie. Po co, skoro nawet kosze na śmierci wyglądały tutaj na naprawdę drogie? A jednak właśnie dzisiaj w jego głowie zrodziło się przeświadczenie, że śmietniki ludzi kasiastych musiały skrywać naprawdę fajne skarby. Już nie tylko o resztkach mowa, ale przecież ci, co pływali w pieniądzach, często wymieniali garderoby lub pozbywali się sprzętu, który ich zdaniem nadawał się tylko do recyklingu. Ot, może uda mu się zmienić ubranie, nie mówiąc o tym, że złom też można było sprzedać!
Tak, zdecydowanie czuł do siebie odrazę, ale za nic nie wróciłby do domu. Tu przynajmniej nikt go nie atakował, nie zamykał w piwnicy i nie bił za oddech. Zdarzało się, że jakiś inny bezdomny chciał zabrać jego rzeczy, albo naraził się jakiemuś gangowi, ale szybko sprawa ucichła i Oscar mógł żyć nadal z nadzieją, że nadejdzie dzień, w którym odszuka w końcu swojego brata. I był pewien, że będzie to jeden z najpiękniejszych w jego całym życiu.
Póki co jednak postanowił przeszukać jeden z koszy ustawionych przy jakimś wysokim i strzeżonym apartamentowcu. Powinien wziąć to pod uwagę, wiecie? Nic dziwnego, że ostatecznie został przyłapany przez ochroniarza, który zaczął go gonić, grożąc mu policją. Jeszcze tego było mu trzeba! Że też ludzie mieli taka obsesję na punkcie śmierci, których i tak już nie potrzebowali! Psy ogrodników!
Ściskając w dłoni worek z tym, co udało mu się dorwać zanim pojawił się staruszek, popędził przed siebie i… cóż, odbił się od czegoś, co ścianą nie było, ale nadal stanowiło przeszkodę. Czy ochroniarz miał wspólnika? Tak spora dzielnica pewnie wymagała patrolowania w parach.
-Dobra, dobra. Już oddaję. Po co wyrzucać rzeczy, skoro zaraz robi się aferę, jak tylko ktoś inny je weźmie - skrzywił się z westchnieniem. Od biegu serce waliło mu jak oszalałe. - Kto by pomyślał, że bogaci ludzie są tak skąpi, że nawet odpadów nie chcą podarować potrzebującym - dodał, spoglądając w końcu na tego, na kogo wpadł. i uwierzcie, nijak nie spodziewał się takiej twarzy! Chłopak, starszy od niego o kilka lat, nie wyglądał jakby tutaj pracował. - Yyyy… nie jesteś z ochrony, co? Ej, ale jak chcesz mi spuścić wpierdol, to chociaż nie bij po twarzy - wyrzucił z siebie, bo już nie wiedział, co ma myśleć. Czemu on zawsze pakował się w tak chore sytuacje?

Arthit Rattanakosin
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
179 cm
🎭 aktor & wokalista 🧑‍🎤 pod The Venture Management
Awatar użytkownika
I will tell you something, but I warn you, it is a lie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#2
Samochód sunął przez ulice Toronto w tym samym, monotonnym rytmie, w jakim zawsze kończyły się jego intensywne dni na planie. Neon reklam odbijał się w szybie, mieszając się z odblaskami mokrego po niedawnym deszczu asfaltu, ale Art ledwo to rejestrował. Siedział z tyłu, z telefonem w dłoni, oczy zmęczone od studyjnych lamp, powieki ciążące bardziej, niż chciał się do tego przyznać nawet przed samym sobą. Mimo to wciąż przewijał ekran, kciukiem przesuwając kolejne powiadomienia, niemal automatycznie.
Uśmiechnął się do ekranu, gdy w końcu otworzył Instagram. Jego najnowszy post, wrzucony niedbale wczoraj wieczorem między jednym ujęciem a drugim, zdążył rozejść się po internecie z prędkością, która nawet jego, przyzwyczajonego do takich viralowych zajawek, wciąż potrafiła zaskoczyć. Liczba polubień rosła na jego oczach; cyfry zmieniały się co kilka sekund. Komentarze od kilku naprawdę znanych osobistości – ludzi, których nazwiska widniały na plakatach przy salach kinowych, nie tylko na billboardach przy autostradzie – cieszyły najbardziej. Coś w tym zawsze podbudowywało jego już i tak wybujałe ego. Jakby to była twarda, policzalna waluta, dowód, że wciąż się liczył, wciąż istniał w sposób, w który dostrzegały go tysiące fanów i nie tylko oni.
– Udany dzień na planie zdjęciowym – rzucił w końcu do siedzącego naprzeciwko asystenta, głosem stłumionym zmęczeniem, jednak nie odrywając wzroku od telefonu. – Chociaż liczyłem na trochę więcej od Scotta przy tej konfrontacji w kuchni. Jego reakcja w drugim ujęciu wyglądała, jakby czytał swoje kwestie po raz pierwszy.
Asystent, młody mężczyzna z podkrążonymi oczami świadczącymi o równie męczącym dniu, oderwał się na moment od własnego urządzenia. Planował kalendarz na najbliższe dni, pełen spotkań, wywiadów oraz dokrętek na planie.
– Reżyser wydawał się zadowolony z całości – odparł ostrożnie, jakby ważył słowa. – Ale rozumiem, o co ci chodzi. Może w montażu to jeszcze podrasują.
– Jeśli nie, to fani zjedzą go żywcem – mruknął Art, kręcąc głową. – A ja będę musiał wysłuchiwać komentarzy o tym, jak to chemia między nami wypada sztucznie, mimo że robiłem, co mogłem. Nie chcę oberwać za jego partactwo.
– Twoja gra była jak zawsze ponadprzeciętna – zapewnił asystent, tym razem z większym przekonaniem, jakby wyczuł, że to właśnie te słowa aktor chciał usłyszeć. – Widziałem powtórkę z kamery. Jeśli ktoś zbierze hejt za tę scenę, to na pewno nie ty. Fani i tak cię pokochają w nowych odcinkach tak, jak zawsze.
Art skinął głową, przyjmując te słowa z ulgą, zbyt zmęczony, żeby drążyć temat dalej, zbyt śpiący, żeby zawracać sobie głowę czymś, co jeszcze nie stanowiło realnego problemu – a może po prostu zbyt przyzwyczajony do tego rodzaju pocieszeń, żeby zastanawiać się, ile w nich było prawdy, a ile wyuczonej roli, którą jego ekipa odgrywała równie dobrze, jak on sam przed kamerą. Odłożył telefon na kolana, opierając głowę o zagłówek i mimowolnie przymykając oczy, choć wiedział, że jazda nie potrwa długo.

Samochód zwolnił, skręcając w stronę jego apartamentowca w Financial District, i w końcu zatrzymał się przy krawężniku z cichym piskiem opon. Kierowca wysiadł pierwszy, obchodząc auto, żeby otworzyć mu drzwi z tą samą manierą co zawsze. Art wygramolił się na chodnik, poprawiając kurtkę na ramionach, mrużąc oczy na jaskrawe, sztuczne światło padające z lobby budynku. Mężczyzna, który pełnił nocną zmianę przy wejściu, przywitał go skinięciem głowy, jak co wieczór o tej porze, ze sztywną gotowością człowieka przyzwyczajonego do ciągłej rutyny.
Asystent wysiadł z drugiej strony, żegnając się z aktorem krótkim skinieniem głowy.
– Do jutra. Ósma rano, nie zapomnij.
– Jasne, jasne – rzucił Art, machając ręką od niechcenia, patrząc, jak tamten znika w stronę własnego samochodu zaparkowanego kilka metrów dalej, zostawiając go samego na chodniku.
I wtedy ktoś na niego wpadł.
Nie zdążył się nawet zirytować, zanim usłyszał chaotyczny słowotok o skąpych bogaczach i wyrzucanych śmieciach, wypowiedziany głosem chłopaka, który patrzył na niego z mieszaniną strachu i desperacji.
– Słucham? – mruknął zaskoczony, obserwując, jak na twarzy nieznajomego miesza się zdziwienie z ulgą, bo nikt go z miejsca nie zaatakował. Zauważył coś jeszcze – brak jakiegokolwiek rozpoznania jego osoby w tych zagubionych oczach. Żadnego błysku, żadnego o mój Boże, to przecież ty, do którego był tak przyzwyczajony, że nie wyobrażał sobie żadnej innej reakcji na jego postać. To było niecodzienne. Prawie niepokojące w swojej rzadkiej obecności.
Gdy adrenalina po zderzeniu zaczęła opadać, Art przyjrzał mu się przez dłuższy moment – ładna twarz, ale zaniedbana, ubrany w ciuchy, które swoje czasy świetności miały już za sobą. Coś w tym widoku, zamiast wywołać typową dla niego wściekłość na punkcie naruszonej przestrzeni osobistej, tylko go zaintrygowało.
Jego ochroniarz – rosły mężczyzna koreańskiego pochodzenia, którego Rattanakosin widywał codziennie, ale którego imienia nigdy nie zapamiętał – wystrzelił do przodu, próbując wcisnąć się między nich, jakby chłopak w każdej chwili mógł wyciągnąć nóż i poważnie go zranić.
– Wyglądam ci na ochroniarza? – burknął aktor w stronę obcego, unosząc brew z niezadowolenia, z tym samym znużeniem, które towarzyszyło mu przez cały wieczór.
Ochroniarz zawahał się, nie do końca pewien, czy powinien coś zrobić z intruzem, czy Arthit może go zna i chce z nim porozmawiać. Odsunął się jednak na bok, wciąż gotowy zareagować, ale już nie zasłaniając widoku swoimi szerokimi plecami. Aktor przeniósł spojrzenie z powrotem na zdecydowanie młodszego od niego mężczyznę, wciąż trzymającego swój worek zdobyczy jak coś, co lada moment ktoś wyrwie mu z rąk.
– Kto w ogóle pozwolił zbliżyć mu się do budynku? – zapytał, tym razem z czymś bliższym niedowierzaniu niż zdenerwowaniu, jakby zmęczenie nieco przytłumiło jego impulsywny charakterek. Pytanie to skierował w stronę odźwiernego.

Oscar Malone
20 y/o
Welkom in Canada
170 cm
szuka szczęścia bezrobotny
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Odnosił wrażenie, że ostatnio pakował się w coraz to gorsze sytuacje, pojawiając się w miejscach, które nigdy nie powinny go gościć, tym samym podejmując głupie decyzje, za które przychodziło mu płacić. Wszystko, totalnie wszystko zaczeło się od tej cholernej ucieczki z domu i przekonania, że jego życie będzie lepsze. No dobrze, może poniekąd faktycznie tak było, ale cholera, zaczynało mu brakować suchego łóżka, bo chociaż to w domu było stare i skrzypiało jak cholera, to nadal było wygodniejsze, niż posłanie ze szmat i kartonów, gdzie zdarzało mu się nocować. Albo te cholerne domki na drzewach! Zawsze wyobrażał sobie, że pełno w nim wygodnych poduszek, a prawda jednak go zawiodła - jeśli trafiła się jedna, to był jakiś cud. Wyglądało na to, że dorośli coraz bardziej skąpili swoim dzieciom i niby nie było w tym niczego dziwnego - inflacja, załamanie rynku pracy, ale skoro już robić dzieciaka to z myślą, że można mu zapewnić dobre życie.
Nic dziwnego, że teraz kiedy uciekał przed tym ochroniarzem, starając się przy okazji nie upuścić niczego, co trzymał w worku - to były naprawdę dobre łupy, bo poza jedzeniem miał jeszcze rzeczy, które mógł przehandlować - po raz kolejny przeklinał własną sytuację, która ciążyła mu każdego dnia bardziej. Skoro powoli myślał, czy by nie wrócić do siebie to znaczyło, że robiło się u niego mentalnie katastrofalnie. Może powinien jednak przełamać swoją dumę i pójść do tego schroniska dla bezdomnych? Albo poprosić Patricka, żeby go przeklinał kilka dni? Z pewnością by mu nie odmówił, ale Oscar czuł się jednak dziwnie wykorzystując dobroć chłopaka. I tak już wiele dla niego zrobił - kilka razy zaprosił go do siebie na obiad, dał mu nawet swoje stare ubrania uznając, że i tak miał je wyrzucić. No i prawdą było, że Malone nie przyznał mu się, że tak na serio to nie miał gdzie spać, bo brata jeszcze nie znalazł i nie zanosiło się, by jego sytuacja miała się nagle poprawić. Ach, zakichane były te ostatnie dni!
Poważne rozmyślania oraz plany o ucieczce zakończonej powodzeniem przerwało i zniwelowało wpadnięcie na drugiego osobnika. Nie powinno go tam być! kto o tej godzinie łaził po okolicy? Czy bogate snoby nie powinny teraz siedzieć w klubach lub we własnych czterech ścianach, rozkoszując się swoim prestiżem i dorobkiem? No kto inny, jak nie kompan ochroniarza?! Nic dziwnego, że to była pierwsza myśl, która zawitała do głowy dwudziestolatka.

-Dobra, nie będę się powtarzał, bo już praktycznie nie pamiętam co powiedziałem. Ale meritum jest to - skrzywił się, wskazując na worek. Jeśli faktycznie tak zależało im na tych śmieciach to proszę bardzo, Oscar jakoś obejdzie się smakiem, jeśli tylko miało mu to pomóc w uniknięciu kolejnego wpierdolu lub wezwania policji. Z tą zdecydowanie nie chciał mieć niczego wspólnego, bo więcej z tym było problemów, niż to warte. Chociaż nadal utrzymywał, że taka noc w celi mogłaby być całkiem przyjemna zakładając, że nie trafiłby na żadnego napaleńca, który chciałby się do niego dobrać.
Uniósł głowę, zerkając na nieznajomego, który zaległ w ciszy, jedynie mierząc go spojrzeniem. Było to zdecydowanie peszące, bo jednak nie przywykł do tego, że ludzie poświęcali mu jakąkolwiek uwagę - do tej pory był niemal niewidoczny i było mu z tym dobrze. A ten stał przed nim i lustrował go tak, jakby tym spojrzeniem chciał poznać całą jego historię. Nic dziwnego, że musiał odwrócić wzrok, zmieszany.
-A bo ja wiem? Bogata dzielnica to i bogaci ochroniarze, co? Chociaż ten to chyba nie do końca wpisuje się w standardy. No dobrze, dobrze, żartowałem, prawda?! Nie chciałem obrazić - poprawił się szybko, bo mina starszego mężczyzny wyrażała jawną niechęć i żądzę wpierdolu. Na to Oscar był za słaby - nie ma mowy, aby poradził sobie z dwoma. Jeden był już sam w sobie poważnym zagrożeniem, a obaj mogli pochwalić się muskularnymi sylwetkami.
-Wkradł się niepostrzeżenie, kiedy robiłem obchód z drugiej strony. Przyłapałem go na buszowaniu po śmietnikach. Jedno słowo, a wyrzucę niedorostka - powiedział ochroniarz, wyjatwkowo negatywnie nastawiony do Oscara. No tak, przecież daleko mu było do bogacza, które można by dupsko lizać, byleby tylko więcej hajsu dostać za pracę. Wspaniale, nawet odźwierny nim gardził.
-Może zrobimy tak - zastanowicie się czy to wam jednak potrzebne czy nie, chociaż skoro było w koszu to chyba nie bardzo i mnie puścicie? Nie będę się więcej naprzykrzał! - zaproponował. Brzmiało uczciwie, co nie? Przecież nie zrobił niczego złego! To niemal jak recykling, powinni być mu wdzięczni za ekologiczne podejście.

Arthit Rattanakosin
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
179 cm
🎭 aktor & wokalista 🧑‍🎤 pod The Venture Management
Awatar użytkownika
I will tell you something, but I warn you, it is a lie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Arthit był naprawdę zaskoczony, że chłopak nie miał najmniejszego pojęcia, kim jest. Był w wieku, w którym – a przynajmniej tak mu się wydawało – ludzie interesowali się mediami społecznościowymi, plotkami, gwiazdami tego formatu co on, nawet jeśli sami nie oglądali jego seriali ani nie słuchali t-popu. Jego twarz musiała się już przecież gdzieś rzucić mu w oczy, przynajmniej jako niezobowiązujące mignięcie na billboardzie, we fragmencie reklamy czy w rogu czyjegoś ekranu. Zwłaszcza teraz, gdy w Ameryce Północnej robiło się o nim coraz głośniej, wraz z rosnącą popularnością na tym rynku, którą jego cały zespół pieczołowicie budował od miesięcy.
Z jednej strony poczuł nieprzyjemne ukłucie irytacji. Nie znosił, gdy ktoś go nie znał, nie kojarzył, gdy czyjeś oczy nie zaświeciły się na jego widok, gdy ktoś nie prosił go o autograf ani wspólne zdjęcie. To umniejszało jego osobie w jakimś dziwnym, trudnym do nazwania sensie. Sprawiało, że czuł się niewystarczająco sławny, jakby całe lata ciężkiej pracy wciąż nie wystarczały, żeby tak naprawdę zaistnieć. Najchętniej teraz przegoniłby tego gnojka, zapomniał o całej sprawie, choćby po to, żeby się wyżyć na kimś, kto nie potrafił docenić tego, kogo miał przed sobą. Z drugiej strony – to było fascynujące. Inne. Doświadczenie zupełnie mu obce, nowe, niespotykane. Może nawet trochę odświeżające jak łyk zimnej wody po zbyt długim, męczącym kadrze.
A później nastąpiło coś, czego zupełnie po sobie nie oczekiwał – nie planował już wyrzucać tego zagubionego szczeniaczka na śmietnik. Dostrzegł w nim potencjał. Nie ten zawodowy, żaden tam talent aktorski czy głos wart nagrania, tylko coś w zupełnie innym, nieco makabrycznym wymiarze. Chłopak był uroczy. Na swój sposób przyciągający, mimo brudu i zmęczenia malującego się na jego twarzy. Po tak wyczerpującym dniu mógłby się stać świetną odskocznią dla Rattanakosina. Ciekawe, jak daleko posunąłby się ten nieznajomy, gdyby zaproponować mu nowe ubrania, kąpiel, wygodne łóżko. Musiałby na to oczywiście zapracować, ale czymś, czego miał pod dostatkiem. Te i inne niecne pomysły nawiedziły jego głowę zdecydowanie zbyt szybko. Normalnie uznałby je za niepokojące. Może nawet nierozsądne. W końcu nie miał bladego pojęcia o tym obcym człowieku. Wiedział tylko, że skoro ktoś kradnie śmieci, jego sytuacja na pewno nie należała do najlepszych. Co więcej – przy jego własnej – wydawała się wręcz tragiczna.
– Naprawdę nie masz pojęcia, kim jestem? – zapytał, chcąc się upewnić. Nie chciał ryzykować trafienia na jakiegoś przebiegłego fana, który znalazł bardzo niecodzienny, ale całkiem przekonujący sposób, by się do niego zbliżyć.
Chłopak miał niewyparzoną buzię i tego mu nie można było odmówić. Może nawet nieco za bardzo. Pewnie, gdyby Art nie stał obok, młody zostałby wytargany za szmaty poza obszar budynku, pod groźbą, że jeśli jeszcze raz się tu pojawi, ktoś zadzwoni na gliny. W obecności aktora obaj mężczyźni starali się jednak zachowywać bardziej biernie, czekając na jego decyzję.
A później wpadł na szalony pomysł, który już wcześniej na moment pojawił mu się w głowie. Początkowo skarcił się za niego w myślach, ale zaraz uznał, że kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.
– A może, zamiast zabierać te śmieci ze sobą, chcesz wpaść na górę? – wystrzelił nagle, bez żadnych szczegółów.
Mężczyzna przy drzwiach i jego ochroniarz spojrzeli na niego jednocześnie, tym samym bardzo niedowierzającym wzrokiem. Na pewno pomyśleli sobie, że zwariował.
– Art, weź, nawet nie żartuj. To jakiś włóczęga. Chyba nie mówisz tego na serio? – wtrącił się ochroniarz przejętym głosem, prawdopodobnie w myślach już wybierając numer do prywatnego lekarza aktora, żeby ten go sprawdził, bo gwiazdor zaczął majaczyć z przepracowania.
– Ssssh. Chyba mam prawo decydować, kogo chcę zaprosić do siebie? – zapytał, nieco zirytowany takim zarzutem w swoją stronę.
Tym sposobem uciął jakiekolwiek wątpliwości. Mężczyźni już się więcej nie odezwali na ten temat, choć spojrzenie, które między sobą wymienili, mówiło znacznie więcej, niż mogli sobie przekazać słowami.
– Wykąpiesz się, zjesz coś dobrego i prześpisz się w wygodnym łóżku. Rano możesz wrócić do swojego hobby – zakomunikował, spoglądając raz jeszcze z obrzydzeniem na worek wytargany z pobliskiego śmietnika. – Chodź za mną, jeśli chcesz skorzystać z tej jednorazowej oferty.
Jak powiedział, tak też zrobił. Wyminął ochroniarza, następnie nieznajomego, przeszedł obok odźwiernego, który, mimo lekkiego szoku wymalowanego na jego twarzy, ukłonił mu się i wpuścił go do środka. Art stanął nonszalancko przed windą, wcześniej wybierając numer swojego piętra. Był naprawdę ciekawy, co uczyni napotkany chłopak. Czy pojedzie z gwiazdą, o której nic nie wiedział, do nieznanego mu apartamentu, czy czmychnie przed ochroną, zanim ktokolwiek zdąży go złapać?

Oscar Malone
20 y/o
Welkom in Canada
170 cm
szuka szczęścia bezrobotny
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Chciał się zapaść pod ziemię, tak po prostu zniknąć, dzięki czemu uniknąłby zażenowania, które odczuwał. Buszowanie po śmietnikach to jedno, ale zostanie przyłapanym to zgoła inna para kaloszy. Oscar czuł się zwyczajnie źle z myślą, że ludzie mogliby go na tej podstawie oceniać. A przecież nie był takim złym człowiekiem! To już nie była jego wina, że urodził się w złym miejscu i w złej rodzinie, która spaczyła go na tyle, że postanowił nawiać z domu, teraz borykając się z kolejnymi problemami, zdającymi się go przerastać. Na litość wszystkiego, miał zaledwie dwadzieścia lat - powinien teraz albo siedzieć w pracy albo w uczelnianej ławce, chłonąć wiedzę. Zamiast tego jedyne co robił, to przeliczał ile potencjalnie mógłby dostać za zniszczony sprzęt, który znalazł. jak dobrze, że na matematyce chociaż uważał.
W samoocenie nijak nie pomagał fakt, że nieznajomy mężczyzna wnikliwie się w niego wpatrywał, jakby chciał wzrokiem myśli Malone odczytać. Dobrze, że nie znajdowali się w Hogwarcie, bo już byłoby po nim, a ostatnim czego pragnął to to, by ktoś poznał jego historię. Zapewne w tym momencie powinna zapalić mu się czerwona lampka, ale umówmy się, Oscar był zmęczony i przytłoczony, chcąc po prostu oddalić się z tego miejsca czym prędzej, zapominając, że spotkał zarówno wysokiego chłopaka, jak i jego ochroniarzy, którzy dziwnie zaczęli się mnożyć. Co on trafił do jakiegoś pilnie strzeżonego apartamentu VIPów, czy o co chodziło?
Na jego twarzy pojawiło się zaskoczenie, kiedy padło pytanie. No tak, chyba powinien wziąć pod uwagę, że w takim miejscu mieszkały osoby naprawdę majętne i zapewne rozpoznawalne. Z tym, że Oscar z mediami społecznościowymi był raczej pokłócony - jasne, miał Instagrama, ale korzystał z niego rzadko, głównie dlatego, że musiał oszczędzać baterię w telefonie na nagłe przypadki.
-Yyyy… a powinienem? - wypalił w pierwszej chwili. Takie coś z pewnością mu nie pomoże, dlatego zaraz lekko brwi zmarszczył na ten swój niewyparzony język i wyrzucanie słów bez pomyślunku. Trzeba było się zrehabilitować, jeśli nie chciała kończyć pobity w jakimś śmietniku. - Znaczy… ja przepraszam, nie mam pamięci do twarzy. Ale wyglądasz na kogoś kto na pewno ma setki fanów, tak - skomentował i chociaż przyglądał się przez dłuższą chwilę twarzy wyższego jegomościa, tak za nic nie umiał go z nikim skojarzyć. Wydawał mu się po prostu normalny. Przystojny, ale wśród azjatów nie było to niczym dziwnym. Tak, zdecydowanie dobrze, że ten nie umiał czytać w jego umyśle.
-Co? - tym razem to niemal się zapowietrzył, kiedy padły słowa, których za nic się nie spodziewał. Czy on się aby nie przesłyszał? - Zapraszasz mnie do siebie? kogoś, to właśnie buszował w śmierciach, zabierając graty? A co jak obrabuję ci połowę chaty? Nie to, żebym planował, to takie luźne pytanie - poprawił się szybko. no tak, kiedyś przyjdzie czas, żeby nauczyć się taktu, ale aktualnie nie miał na to sposobności. Człowiek wziął go z zaskoczenia, to nic dziwnego, że szare komórki odmówiły mu posłuszeństwa.
I to był kolejny moment, w którym powinien się poważnie zastanowić nad zarówno zamiarami nieznajomego, jak również własnymi decyzjami, które w ostatnich dniach były podejmowane zbyt bardzo pod wpływem impulsu. A później się dziwić, że pakował się w kłopoty! Niczego się nie nauczył, ale cholera, naprawdę był zmęczony, a wizja kąpieli była tak kusząca, że nawet nie brał pod uwagę, że coś mogłoby mu się tam stać. Przecież tu byli ochroniarze, co nie? Dodatkowo umówmy się - przecież ten typ przed nim na mordercę nie wyglądał.
-To nie jest żaden żart? Bo jeśli nie to wiesz… ja bardzo chetnie skorzystam - rzucił i nawet się uśmiechnął, jakby z wdzięcznością. Minął szybko dwóch facetów, dopadając tego, który dał mu zaproszenie. Wszedł za nim do windy patrząc, jak zamykają się za nimi drzwi. - Jeju, dzięki. I ten… ja serio nie mam zamiaru niczego ci brać z domu, o to możesz być spokojny - powiedział, tak dla ścisłości, żeby go nie posądzano o niecne zamiary.

Arthit Rattanakosin
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
179 cm
🎭 aktor & wokalista 🧑‍🎤 pod The Venture Management
Awatar użytkownika
I will tell you something, but I warn you, it is a lie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie znał go. Był mu obcy. Próbował udawać miłego, żeby ten nie wydał polecenia ochroniarzowi, by mężczyzna wyniósł śmieci, i wcale nie chodziło o wcześniej wspomniany worek. Nie cieszyła go ta perspektywa, ale jakoś przełknął tę gorzką pigułkę na myśl, że chłopak wpadł w jego pułapkę. Był dość naiwny. Bardziej, niż się tego spodziewał po kimś, kto musiał radzić sobie na ulicach Toronto.
Gdyby jego agent się dowiedział, co właśnie zaproponował zupełnie przypadkowemu chłopaczkowi, który na dodatek był – jak Art trafnie zauważył – bezdomny, to by go nie oszczędzał. Sucha nitka by na nim nie pozostała, nawet jeśli starszy od niego mężczyzna miał do niego dużo szacunku i czasem przymykał oko na głupoty, które aktor wyczyniał. Na samą myśl o tej rozmowie żołądek ścisnął mu się nieprzyjemnie. Tutaj przekroczył granicę, której nie dało się zaakceptować. Nie przez kogoś o zdrowym rozsądku. Czy jednak zaliczał się do ludzi myślących racjonalnie? Nie. Każda organizowana przez niego impreza była tego zaprzeczeniem. Był gwiazdą, znaną przez miliony, zamieszkującą największe miasto w Kanadzie, a bawił się tak, jakby żył w jakiejś dziurze zabitej dechami, gdzie prawo i zasady nie istniały. Gdzie pieniądze mogły kupić wszystko. Co prawda, nawet w tak dużym mieście gotówka wciąż mogła załatwić niemal wszystko, ale on i tak zbyt często ryzykował, jakby testował limity tego, co mogła mu zaoferować. A dzisiejsza sytuacja nie była niczym wyjątkowym.
– Czy wyglądam na kogoś, kto często żartuje? – zapytał retorycznie, gdy drzwi windy w końcu się otworzyły. Wszedł do niej spokojnym krokiem, odwrócił się na pięcie i obserwował, jak jego niczego nieświadoma, świeżo zdobyta zabawka drepcze tuż za nim. Serce zabiło mu odrobinę szybciej – z ekscytacji, może z czegoś bliższego winie, choć nie zamierzał się nad tym teraz zastanawiać. Gdy drzwi się zamknęły, zmarszczył nos. Dopiero teraz poczuł, że chłopak do najczystszych nie należał.
– Jezu, co to za swąd? Kiedy ty ostatnio brałeś prysznic? Uch, a te ciuchy? Nadają się tylko do spalenia – nie oszczędzał się w słowach. Nie musiał ani nie chciał. Jeśli chłopakowi się to nie podobało, mógł w każdej chwili wrócić na dół i zniknąć sprzed jego oczu.
Próbował odciąć się od tego zapachu, podnosząc koszulkę i odsłaniając przy okazji cały brzuch oraz klatkę piersiową. Sporo ostatnio ćwiczył do nowej kolekcji ubrań, więc prezentował się całkiem okazale. A przynajmniej sam sobie podobał się w lustrze, co w zupełności mu wystarczało.
– Nikt by ci nawet nie pozwolił opuścić budynku z czymkolwiek, czego bym nie zatwierdził. A gwarantuję ci, że jak będziesz wychodził, to czeka cię bardzo dokładne przeszukanie – poinformował go, nie zmieniając wyrazu twarzy ani przez moment. Czego nieznajomy nie mógł teraz nawet zobaczyć, bo wciąż zasłaniał nos i usta. Nie martwił się o to, że chłopak może go skrzywdzić lub okraść albo jedno i drugie w tym samym czasie. Nie zdążyłby nawet opuścić budynku, gdyby coś napsocił. Policja czekałaby na niego z kajdankami.
Winda wjeżdżała cicho, niemal bezszelestnie, a Art przyglądał się swojemu odbiciu w lustrzanej ścianie kabiny. Nie miał nic lepszego do roboty, a nie chciał dalej myśleć o wyciskającym łzy zapachu, gdyby tylko przestał zasłaniać nos. Próbował też nie oddychać przez usta, byleby uniknąć wdychania tego smrodu.
Kątem oka widział jednak chłopaka – to, jak trzymał się blisko ściany, jakby chciał zająć jak najmniej miejsca, jakby przez całe życie uczono go, że im mniej zajmuje przestrzeni, tym mniejsze ryzyko, że ktoś zwróci na niego uwagę w niewłaściwy sposób. Ten widok poruszył w nim coś, czego nie potrafił nazwać. Może litość. Może coś bliższego satysfakcji z tego, jak łatwo było go kontrolować.
Gdy drzwi windy ponownie się otworzyły, od razu znaleźli się w jego mieszkaniu. Był to piętrowy penthouse, rozświetlony wieczornym słońcem wpadającym przez szklane ściany sięgające od podłogi aż po sufit, skąd rozciągał się widok na całe miasto – dachy, wieże, wstęgę jeziora migoczącą gdzieś w oddali. Otwarta przestrzeń łączyła kuchnię, wykończoną w ciemnym drewnie i bieli, z salonem urządzonym w odcieniach kremu, złota i szarości. Nad stołem jadalnym, tuż obok błyszczącego czarnego fortepianu, zwisała kaskada szklanych, świecących kul, jak zamrożony w powietrzu deszcz. Kanapy wyglądały tak, jakby nikt nigdy na nich nie siedział – zbyt idealnie ułożone poduszki, a tuż obok nieskazitelnie czysty szklany blat stolika. Był to apartament zaprojektowany po to, by robić wrażenie, a nie po to, by w nim mieszkać.
Wyjątkowo nikogo ze służby nie było już w jego mieszkaniu. Zjawili się nieco za późno. Zostali sami.
– Zanim się rozgościsz, musisz się umyć. Obowiązkowo – poinformował go, zagradzając mu drogę, nim ten ruszył gdziekolwiek przed siebie. – Jeśli nie jesteś emocjonalnie przywiązany do tego, co masz na sobie, to zostaw to na korytarzu.
Ruszył przed siebie, machając jednocześnie do chłopaka, by się za nim pokierował. Dotarli do przeszklonych drzwi, matowych od efektu szronu, całkowicie skrywających to, co znajdowało się w środku.
– Możesz skorzystać z tej łazienki. Znajdę dla ciebie jakieś ciuchy. Nie ruszaj się poza to pomieszczenie bez mojej zgody, ok? – poprosił, ale tak naprawdę jego głos sugerował, że oczekiwał bezwzględnego posłuszeństwa.
Na ścianach korytarza, w którym się znajdowali, wisiały plakaty z różnych filmów i seriali z jego podobizną. Pomiędzy tym wszystkim złote, platynowe i specjalne edycje jego singli na winylach. Jeśli chłopak do tej pory nie miał pojęcia, że Art jest sławny, to teraz już nie mógł tego przeoczyć.
Aktor obserwował go kątem oka, czekając na tę reakcję, której tak bardzo mu wcześniej brakowało – i nienawidził siebie trochę za to, jak bardzo na niej mu zależało.

naiwny chłopiec :stickhihi:
20 y/o
Welkom in Canada
170 cm
szuka szczęścia bezrobotny
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Był naiwny. Oczywiście, że tak. Gdyby było inaczej zapewne teraz nie dałby się sugestiami zaciągnąć do mieszkania obcego typa, o którym Oscar wiedział tylko tyle, że posiadał pieniądze i najwidoczniej jakąś władzę w tym budynku, skoro ochroniarz zwracał się do niego z takim szacunkiem, jakby co najmniej jakiegoś sławnego polityka spotkał. Może nim był? Albo jakimś księciem azjatyckiego kraju, który postanowił zainwestować grube miliony w kanadyjskie nieruchomości czy inne biznesy? To by tłumaczyło zdziwienie na twarzy mężczyzny przed nim, który zdawał się niemal oniemaiły, gdy okazało się, że malone to jednak nie wiedział, kim był. Cóż poradzić, gazety i telewizja raczej nie były dla młodziaka chlebem powszednim. Za to ciemna piwnica, a później ulica - jak najbardziej. Rozczarowujące jednak było, że najwidoczniej nawet to nie nauczyło go zdrowego rozsądku i wystarczyła jedynie myśl o ciepłym prysznicu, by ostatecznie znalazł się w tej windzie, z której już nie było odwrotu. Był zbyt zmęczony i zbyt zafiksowany na własnych wyobrażeniach przytulnego mieszkania, by brać pod uwagę jakiekolwiek nieprzyjemne konsekwencje.
-No sorry, tak się składa, że prysznic brałem yyy… pewnie z kilka dni temu, a w międzyczasie zdarzyło mi się buszować po jeszcze paru śmietnikach - powiedział, krzywiąc się lekko. Czuł się zażenowany własną osobą, że musiał innych na taki zapach skazywać, ale niestety, nie zawsze miał na to wpływ - nie do każdej siłowni czy szkoły dało się włamać, a nie mógł ciągle pojawiać się w jednym miejscu. raz tak zrobił i dość szybko go nakryto. A szkoda, bo to było naprawdę przytulne miejsce. - Wiesz, nie każdego stać na takie luksusowe marki. I to trochę nie fair, ja rozumiem komentarze i w ogóle, ale trochę wiedziałeś na co się piszesz, kiedy mnie zaprosiłeś. Przecież od razu widać, że na banknotach nie śpię - no dobrze, jasne, że był trochę urażony - ostatecznie to nie była jego wina, plu uważał, że jego towarzysz mógłby poskromić trochę język. Pomoc pomocą, ale takie słowa bolały.
Mimowolnie zlustrował jego odsłonięty tors, mając nadzieję, że nie robi tego w sposób przesadnie nachalny. Podobał mu się, sam pewnie nigdy nie będzie tak wyglądał.
-Co, w gacie też mi będziesz sprawdzał? Nie planuję tam niczego chować - wypalił, no bo to trochę jakby robił z niego złodzieja, a Oscar nim nie był. Przynajmniej nie kradł ludziom rzeczy z domów, bo jednak ze sklepu coś do jedzenia to mu się zdarzyło, czym wolałby się jednak na głos nie chwalić. Ale to tylko jeśli głód był nie do zniesienia.
W momencie, w którym znaleźli się w mieszkaniu, niemal opadła mu szczęka.
-Wooooow, ale chata - wyrwało mu się z ust. W życiu nie był w podobnym miejscu i zapewne nigdy nie będzie miał takiej okazji, Nie wiedział nawet gdzie ma oczy podziać bo wszystko wyglądało tak, jakby kosztowało krocie. I pewnie tak było, więc strach było dotykać. - Ale ty musisz mieć hajsu - stwierdził, spoglądając teraz na niego. Pasował do niego ten cały luksus. Takim to jednak było dobrze - urodzili się w odpowiednim miejscu i w odpowiedniej rodzinie, by móc stworzyć takie królestwo. Oscar był pewien, że gdyby mieszkał w takim domu, w ogóle by z niego nie wychodził. Bo i po co, skoro tu było wszystko?
-Ja to prysznicem zdecydowanie nie pogardzę - stwierdził, ucieszony. Podreptał za chłopakiem, zostawiając jedynie tobołek, którego nie dał sobie odebrać. Później się nim zajmie, teraz jego głowę zaprzątały inne myśli. - Nie ma problemu! Twój dom, twoje zasady. Ja się dostosuję do wszystkich - powiedział i skinął głową. Nie w myśl było mu buszowanie po jego pokojach, chociaż korciło sprawdzić wszystkie. Znał jednak zasady i wiedział, że ich łamanie zazwyczaj źle się kończyło. Nie chciał się niczym narazić osobie, która wykazała się dobrą wolą zapraszając go na kąpiel. i może na coś do jedzenia, bo fajnie byłoby spożyć dobry, ciepły posiłek.
Kiedy jego wzrok padł na liczne zdjęcia oraz plakaty, zbliżył się do nich troszeczkę, przyglądając.
-Eeeej, to ty! - oznajmił, jakby odkrył właśnie nowy pierwiastek. - Cholera, ty serio jesteś sławny! Nic dziwnego, że masz tyle pieniędzy! - stwierdził z podziwem. Może niczego z nim nie oglądał, ale kurczę, właśnie został zaproszony do domu sławy. i kto mu miał później w to uwierzyć. -Jak się umyję to koniecznie musisz mi opowiedzieć o tym więcej - wskazał na ścianę. Może nawet uda im się coś obejrzeć, bo czemu nie?
Wślizgnął się do łazienki, która wielkością dorównywała domowi jego rodziców. Tu było pełne wyposażenie - drogo wyglądająca ubikacja, wielkie lustro z pięknym zlewem. Wanna i nawet prysznic! Królestwo marzeń. Zrzucił z siebie ubrania zastanawiając się, gdzie się umyć - postawić na długie moczenie się w wodzie czy szybkie (pozornie) opłukanie się? Ostatecznie, dochodząc do wniosku, że nie powinien nadużywać gościnności i narażać człowieka na wyższe rachunki, postawił na prysznic, chociaż kurczę, ta wanna to jednak mega kusiła!
Wszedł do kabiny wielkości piwnicy, w której go zamykano i puścił ciepłą wodę, wydając z siebie ciche pomruki, kiedy woda zaczęła spływać po jego ciele.

Arthit Rattanakosin
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
179 cm
🎭 aktor & wokalista 🧑‍🎤 pod The Venture Management
Awatar użytkownika
I will tell you something, but I warn you, it is a lie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Młodszy mężczyzna nie miał tu za wiele do powiedzenia. Art zaprosił go do siebie, więc będzie go traktował tak, jak zechce. Chłopak mógł narzekać, czuć się urażony, a nawet zaatakowany – dla gwiazdora nie miało to większego znaczenia. Jeśli mu się nie podobało, mógł wrócić na ulicę. W każdym momencie. Nie nosił się z zamiarem zamykania drzwi na klucz.
Zignorował cały wywód nieznajomego o niesprawiedliwości społecznej, braku prysznica od pewnego czasu, o tym, że przecież Rattanakosin wiedział, na co się pisze. Te wszystkie informacje, niemal jak krakanie wrony, wleciały jednym uchem, a wyleciały drugim. Za to zatrzymał się na moment przy kolejnym pytaniu i nieco ciętej uwadze. Nie spodobała mu się. Nie planował tego ukrywać.
– Jeśli zajdzie taka potrzeba i będę cię podejrzewał o przemycanie czegoś w gaciach, to tak, rozbiorę cię nawet do naga. Nie mam z tym żadnego problemu – oznajmił to tonem, który nie pozostawiał miejsca na sprzeciw. Nawet jeśli nie uważał go za złodzieja, wolał pozostać ostrożny. Nie znał go i nie zamierzał ryzykować.
Swój apartamentowiec uważał za coś przeciętnego. Nieco za małego jak na jego potrzeby. Nie prezentował się tak dobrze, jak ogromne wille innych gwiazd. Zawsze marzył o czymś w Hollywood za kilka baniek. Niestety, nie był aż tak bogaty. Nie spał na pieniądzach. Nie grał w najbardziej kasowych produkcjach. Nie był piosenkarzem na skalę Taylor Swift. Jasne, że prawdopodobnie byłoby go stać na taką chałupę i nie musiałby od razu przerzucać się na gotowe dania z mikrofalówki, ale nawet jeśli był strasznym narcyzem i niezbyt elokwentnym gościem, nie był też głupi. Zawsze starał się, żeby jego majątek, zgromadzone oszczędności, były na tyle wysokie, że gdyby jakoś bardzo niefartownie zostałby bez pracy, bez kontraktów, na kilka miesięcy lub dłużej, to w żaden sposób nie wpłynęłoby to na jego komfort życia. Że wciąż byłoby go stać na wszystko, nie musiałby się ograniczać, a gdyby ponownie zaczął zarabiać, szybko nadrobiłby zmarnowany czas. Przy tym dwupiętrowy i tak piekielnie drogi apartamentowiec w bogatej dzielnicy Toronto był już niemałym wydatkiem. Nie miał zamiaru bardziej obciążać swojego budżetu. Nie dla miejsca, w którym bywał tak rzadko.
Co było jednak dla niego w tym wszystkim najważniejsze, to fakt, że doszedł do tego sam. Nigdy nie jechał na wózku bogatego dzieciaka, który dzięki pieniądzom rodziców dał radę znaleźć się w obecnym miejscu. Oczywiście, brak biedy w domu pomógł mu dobrze wystartować. Mieć czas, materiały i siłę, żeby się zaangażować. Ale rodzice nigdy nie kupili mu sławy. Nie skorzystali z kontaktów, żeby znalazł się w odpowiednim czasie i miejscu. Do wszystkiego musiał dojść własnym talentem. Własną determinacją. Tego nikt nie mógł mu odebrać.
Później usłyszał fragment, na który czekał od początku: Twój dom, twoje zasady. Ja się dostosuję do wszystkich. Jak na zawołanie, na jego twarzy pojawił się zadziorny uśmieszek, którego drugi mężczyzna raczej nie mógł się dopatrzyć. Posłuszeństwo działało na niego jak narkotyk. Był uzależniony od tego typu relacji. Uwielbiał, gdy ludzie wokół niego chodzili jak w zegarku. Byli na każde skinienie jego palca. Nie pozwalali sobie na nic, na co wcześniej nie dał im zgody.
A żeby tego było mało, ten połechtał jego ego jeszcze bardziej, gdy z entuzjazmem poprosił, żeby po prysznicu Art opowiedział mu coś o sobie. Nic mu tak dobrze nie wychodziło, jak autoprezentacja. Jak opowiadanie o tym, kim był, ile osiągnął, jak wielu fanów posiadał i jak każdy desperacko dążył do tego, żeby spędzić z nim trochę czasu sam na sam. Taką właśnie okazję miał teraz drugi mężczyzna i jeszcze nie wiedział, jak wielki zaszczyt go spotkał.
Machnął ręką na odchodne i udał się znaleźć coś, co pasowałoby na nieco mniejszego od niego gościa. Nie zamierzał go rozpieszczać wyszukanymi rzeczami. Żadnych high fashion ubrań ani ciuchów od projektantów. Prosty T-shirt, dresy i bokserki. Wszystko wciąż markowe, ale kosztujące tylko ułamek tego, co znajdowało się na innych półkach jego garderoby. Sam prysznica brać nie musiał – załatwił to już po treningu. Za to planował przebrać się w coś lżejszego – proste, czarne spodnie, a na górę rozpiętą koszulę w odcieniach beżu. Nie zakładał nic pod spód, więc świecił teraz odsłoniętą klatką i brzuchem. To wszystko zajęło mu dobre dwadzieścia minut. Na koniec zabrał ze sobą to, co przygotował dla drugiego mężczyzny.
Gdy wrócił pod drzwi łazienki, zapukał. Raz, drugi, a później trzeci. Zero odpowiedzi. Nieco się podirytował. Dlatego też, nie bardzo szanując prywatność drugiego mężczyzny, czy to, że mógł być jednym z tych wstydliwych, wszedł do środka jak do siebie. No, w zasadzie był u siebie.
– Ogłuchłeś pod tym prysznicem czy jak? – zapytał, kręcąc niezadowolony głową i zostawiając ciuchy na półce tuż obok kabiny prysznicowej. Czy zerknął na nagiego nieznajomego? Może. Przez krótką chwilę. Nie przyglądał się przecież. A przynajmniej nie za długo.
Para unosząca się znad kabiny osiadała drobnymi kropelkami na lustrze, zamazując jego odbicie. Fuknął na samą myśl. Już dawno chciał je wymienić na takie, które nie zachodzi podczas brania ciepłej kąpieli i w którym można się przeglądać zaraz po wyjściu spod prysznica. Ale ciągle o tym zapomniał. Niechętnie odwrócił się plecami do mężczyzny, opierając ramię o framugę drzwi, czekając, aż ten zdecyduje się w końcu zakręcić wodę. Nie miał ochoty stać tu dłużej, niż to konieczne – nie z powodu skromności – tej dawno się wyzbył w garderobach na planach, gdzie prywatność była luksusem, na który rzadko kogokolwiek było stać. Przynajmniej gdy dopiero zaczynali w tej branży. Powód był o wiele prostszy – zwyczajnie nudziło go czekanie.

Oscar Malone
20 y/o
Welkom in Canada
170 cm
szuka szczęścia bezrobotny
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Spoglądał na niego dłuższą chwilę, starając się rozpracować, czy żartował. Wyraz jego twarzy niemal się nie zmieniał, co w oczach Oscara wyglądało jak wyczyn. No bo jeśli na przykład jemu coś nie pasowało albo targnęła nim jakaś silniejsza emocja, zaraz było to widać na buzi. nie potrafił tak dobrze się maskować, chociaż kłamstwa wychodziły mu całkiem sprawnie. Musiał się tego nauczyć, żeby w szkole nie wydało się, że rodzice się nad nim znęcają i ma swoje własne osobiste traumy. Jeszcze tego wtedy brakowało, by opieka społeczna się zainteresowała. Chociaż teraz jak się nad tym zastanawiał, być może wyszłoby mu to na lepsze - może wzięłaby go jakaś rodzina, która potraktowałaby go jakoś lepiej, niz zło konieczne, którym był dla własnej rodziny. Wrzód na dupie, ewentualnie sługus, który utrzymywał dom w jak takich warunkach mieszkalnych.
Niestety, nie był w stanie go rozpracować, ale też pewnie dlatego, że go nie znał. Z osobami obcymi było znacznie gorzej, niż z kimś, z kim już się wcześniej miało do czynienia i zdążyło się poznać jego zachowania. jedyne, co zdążył zarejestrować to fakt, że mężczyzna, u którego właśnie się znajdował, lubił mieć ostatnie słowo oraz miał jakąś taką aurę przywództwa i dominacji. Kompletne przeciwieństwo Malone, który był raczej uległy, chociaż nadal wykazywał się pyskówkami oraz buńczucznością. Taki tam system obronny jak głośne szczekanie u małych psów.
-No tak trochę jakby wcale nie chcę, żebyś mi w tych gaciach cokolwiek sprawdzał - mruknął, krzywiąc się, ostatecznie uznając, że ten żartował. No bo przecież nikt normalny nie planował takiego przeszukania. Podobne rzeczy zdarzały się jedynie na lotniskach, jeśli padało podejrzenie, że ktoś coś przemycał. oscar nie miał najmniejszego zamiaru brać z tego domu niczego, czego nie dostanie od właściciela. Nie był złodziejem innym, niż z przymusu, kiedy potrzebował coś wszamać.
Stojąc pod prysznicem czuł się dobrze, tak zwyczajnie, tak lekko, jak nie czuł się od dawna. Cholera, ludzie nie zdawali sobie sprawy, jakie mieli szczęście mogąc się kąpać w takich warunkach każdego dnia. Wstawali jak gdyby nigdy nic i szli do łazienki, żeby się umyć. Nie zastanawiali się, że bywały osoby, dla których taka rutyna była marzeniem. jak chociażby dla Malone, dla którego higiena była bardzo ważna chyba od zawsze. Nie lubił śmierdzieć i nie lubił czuć się nieczystym. Teraz, kiedy jego styl życia wyglądał dość żałośnie, szukać jakiegokolwiek sposobu, żeby oczyścić ciało. Szkoda, że ludzie nie zapraszali go do siebie tak chętnie, jak ten przystojny mężczyzna i gwiazdor. Wtedy może spanie na ulicy nie byłoby takie złe.
Westchnął po raz kolejny, przymykając oczy. Zanim sięgnął po żel do mycia po prostu napawał się przyjemną pieszczotą jaką dawała ciepła, bieżąca woda spływająca po ciele. Rozluźniał się z każdą chwilą, a na ustach pojawił się szeroki uśmiech. Pozwolił nawet zmoczyć sobie bujne loki, które teraz znacznie oklapły. Było warto grzebać w tym śmietniku - czuł się, jakby co najmniej wygrał na loterii.
Niemal podskoczył, ślizgając się w brodziku, kiedy usłyszał głos w łazience. Czy on mu wlazł do środka, kiedy Oscar był kompletnie nagi? Niby nic, bo obaj mieli to samo, ale takie rzeczy to jednak go peszyły.
-Halo! - wyrzucił z siebie, speszony, zakręcając wodę. Co prawda para pokryła znaczną część kabiny prysznicowej, ale mimo wszystko zapobiegawczo stanął plecami go mężczyzny, który pewnie przyniósł mu wcześniej obiecane ubrania. - Ja… tak, zaraz wyjdę, tylko no… czy ty też możesz wyjść? To raczej trochę krępujące mimo wszystko, kiedy tam tak stoisz - zauważył, dziękując w duchu, że prysznic, który wziął, obfitował w sporą ilość gorącej wody, zamazując jego sylwetkę. Niby ciała złego nie miał, ale wiecie, nie każdy lubił golizną świecić przy innych, zwłaszcza takich, których nie znał. - Proszę? - dodał, bo chyba tak wypadało.

Arthit Rattanakosin
ODPOWIEDZ

Wróć do „#27”