Nie chciał tego mówić na głos, ale w jego życiu, przynajmniej w tym poprzednim, które przyszło mu utracić, wszystko faktycznie było proste. Jasne, nie było idealnie, ale jeśli miał być szczery, to nigdy niczego mu nie brakowało. Od małego wychowywał się bez ojca. Nie mógł go sobie przypomnieć, więc zgadywał, że mężczyzna nigdy nie był obecny w jego życiu, chociaż jego matka zawsze pozytywnie wypowiadała się na jego temat. Zgadywał więc, że nie rozstali się w negatywnej atmosferze. Brak ojca nigdy mu jednak nie ciążył, bo wielu jego rówieśników wychowywało się tylko z jednym rodzicem. Harry miał dodatkowo to szczęście, że wraz z nim mieszkała jego babka. Kobieta była ekscentryczna i nigdy nie był w stanie rozgryźć jej tak całkowicie, bo o ile swoją matkę potrafił przejrzeć i dowiedzieć się, co siedziało jej w głowie, to z babką nie było już tak prosto. Była skomplikowaną osobą, co zawsze mu się w niej podobało. Nie była idealna, wiele opinii, które posiadała było sprzecznych z jego własnymi, ale nie przeszkadzało mu to. W sumie miał szczęście, że mógł ją poznać i być przez nią wychowywany.
Kolejną rzeczą, która ułatwiała mu życie była jego fotograficzna pamięć. Dzięki temu przeszedł przez medycynę bez większych problemów. Nie znaczyło to, że nie musiał w swoje studia włożyć żadnego wysiłku, niemniej jednak z pewnością nie musiał poświęcać się tak, jak robili to jego rówieśnicy z roku. Nie uważał też tego za niesprawiedliwe, chociaż wiedział, że niektóre osoby, które wiedziały o jego zdolności, uważało to za lekkie oszustwo. No ale co miał niby z tym zrobić, skoro nie dało się tego od tak wyłączyć? Jego pamięć była najlepszym narzędziem, jakim dysponował i pewnie nie byłoby okazji, która zmusiłaby go do zmiany tego zdania. Nawet fakt, że to właśnie przez to znalazł się w swoim obecnym położeniu nie był w stanie tego zmienić.
Miał więc łatwo, więc myślał, że dla specjalistów większość rzeczy było łatwe, bo wiedzieli dokładnie, jak się za to wszystko zabrać.
–
Ach… – westchnął, rozkładając ręce. –
Wiesz jak się mówi… tonący brzytwy się chwyta – uśmiechnął się w jego stronę. Harry tonął, nie dosłownie, ale metaforycznie. Siedząc w swoich skromnych i pustych czterech ścianach pokoju czuł, jak jego płuca zapadają się, a on nie może nabrać powietrza. Nigdy nie miał do czynienia z paniką. Było mu łatwo, wszystko potrafił sobie poukładać tak, by nie czuć na sobie presji większej niż tak, okazywała się motywująca i dodawała wiatru w żagle. Ataki paniki były więc dla niego dziwne i w sumie nie wiedział, jak miał sobie z nimi radzić. Nie mówiąc już o tym, że w sumie nie wiedział dokładnie, czym były powodowane. Pytaniem pozostawało więc, co lub kto okaże się tą brzytwą, która pomogłaby mu pozostać na powierzchni.
–
Masz jakieś rzeczy, które nie pozwalają ci spać w nocy? – zapytał, wpatrując się w twarz swojego przyjaciela, która teraz oświetlona była ciepłym, pomarańczowym światłem świec. Pod tym kątem połowa jego twarzy była delikatna, wygładzona, jakby ktoś nałożył na nią ciepły filtr, podczas gdy druga stawała się ostra niemalże ostra i niebezpieczna. Gdyby w to wierzył, to powiedziałby, że idealnie pokazywało to dualizm ludzkiej duszy i natury. –
Po prostu nie chcę, żeby to stało się kolejną z moich rzeczy – przyznał, odwijając cukierka z papierka i pakując go sobie do ust. Niemal od razu poczuł słodki smak sztucznej truskawki, który z jakiegoś powodu zawsze był jego ulubionym. Jego babka zawsze kupowała te cukierki i częstowała go, gdy tylko do niej przychodził. Mieszkanie jego babki mieściło się w tym samym budynku, więc w sumie mógł powiedzieć, że mieszkali wspólnie. Ciężko było mu zapomnieć o tym, co zobaczył na cmentarzu. Obraz ten wrył mu się w pamięć i jedyne co mógł zrobić, to ignorować to wspomnienie pozwalając, by zakopało się pod wieloma innymi. Niewykorzystywane znikało, dopóki sobie o tym nie przypomni. A ciężko mu było nie przypomnieć sobie o czymś, co było nierozwiązane. Nie lubił zagadek, które pozostawały bez odpowiedzi.
–
Dziękuję – powiedział, gdy Cree wspomniał, że postara się chociaż spojrzeć na zdjęcia, jeśli te istniały. Harry oczywiście pamiętał, że policja robiła fotografie miejsca, ale nie był pewny, czy na jakimś z tych zdjęć pojawiła się spinka z logiem. Miał nadzieję, że zwłoki również zostały obfotografowane. Tak mu na tym zależało, że w sumie mógłby nawet paść na kolana i zacząć się modlić tak naprawdę, bez udawania.
–
Zamiatałem podłogę i uderzyłem miotłą w ścianę, lekko i marmurowa płytka się poluzowała. Chciałem ją poprawić i okazało się, że była tylko wciśnięta, nic jej do ściany nie przyklejało – powiedział. Już wtedy uznał to za dziwne, bo kościół wydawał mu się zadbany, więc nie przypuszczał, żeby ktoś dopuścił się takiego niedopatrzenia. No ale różne rzeczy się zdarzały. Schylił się wtedy i chcąc poprawić płytkę a ta okazała się na tyle luźna, że Harry mógł ja po prostu wyciągnąć. –
Chciałem ją poprawić, ale okazało się, że była tak luźna, że mogłem ją bez problemu wyciągnąć i okazało się, że jest tam niewielka pusta przestrzeń – dodał. –
Nie wyciągałem tego, co jest w środku, wiec nie wiem, co to jest… może sztabka złota, może jakaś kość ale może być też wąglik, więc po prostu położyłem tę płytkę tam, gdzie była i zostawiłem – wzruszył ramionami. Jego ciekawska cześć krzyczała, żeby sprawdził, co kryło się w ścianie, ale zdrowy rozsądek mówił, że może najlepiej będzie, jak to zostawi.
–
Pokazać ci? – zapytał, podnosząc się z ławki. Nie czekał na jego odpowiedź, bo od razu ruszył w kierunku ambony, za którą wkrótce zniknął, padając na kolana. Było tu ciemno, więc chwilę mu zajęło zanim wymacał odpowiednią płytkę. Na szczęście nie była ona trudna do odstawienia na bok, co też dość sprawnie udało mu się zrobić. Wyciągnął swój telefon i przyświecił do dziury w ścianie.
Cree Bellerose