27 y/o
For good luck!
188 cm
napastnik i kapitan w toronto fc
Awatar użytkownika
you know I can't let it go, I've tried for so long – it takes strength to forgive, but I'm not quite sure I'm there yet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Wszystko, co dotyczy ich obu, zdaje się być elementem kompletnie innego życia. Z jednej strony doskonale pamięta te lepsze momenty między nimi, z drugiej, szczególnie w kontekście obecnych wydarzeń, wydają się tak odległe, jak to tylko możliwe. Teraz, gdy widzi jego twarz, po której spływa krew i swoją zaczerwienioną dłoń, zastanawia się, jak to możliwe, że od tego, co mieli te kilka lat temu, dotarli aż tutaj.
Kiedy w końcu dociera do niego to, co zrobił, wstyd oblewa całe jego ciało. Nie poznaje się. Bywa wybuchowy, zdarza mu się w emocjach popchnąć kogoś na boisku lub wszcząć awanturę, ale to, co miało miejsce na korytarzu jeszcze przed paroma chwilami, zdaje się zupełnie oderwane od tego, kim jest i jakim człowiekiem jest. Jest zły na Franklina – to oczywiste, ale żaden z powodów, przez które dawny przyjaciel wywołuje w nim tak negatywne uczucia ani nawet wszystkie razem nie są wystarczające do usprawiedliwienia tego, co zrobił. Nie chce nawet na niego patrzeć. Tak, jakby to, że umyka jego spojrzeniu, sprawiało, że nic z tego się nie wydarzyło. Ton głosu i słowa świadczą jednak o czymś całkiem przeciwnym.
Schyla głowę, gdy Gilman przechodzi obok niego, nie chcąc widzieć wyrazu jego twarzy. Na trenera też zerka jedynie pobieżnie, nie chcąc zatrzymywać się na jego twarzy na nazbyt długo. Po buńczucznym Lauriem nie ma już śladu – w odpowiedzi na słowa trenera kiwa potulnie głową i gdy Franklin udaje się do łazienki, idzie posłusznie za Fraserem do jego gabinetu. Idzie jak na ścięcie, ale nie spodziewa się niczego dobrego. Wie, że trener go lubi i szanuje, ale nie sądzi, by machnął ręką na tę bójkę, kiedy może to zaszkodzić dobru drużyny.
Przypomina sobie, jak Fraser zaczepił ich po pierwszym treningu i jak bardzo cieszył się na ich ponowną współpracę. Był ciekaw, czy i on myśli właśnie o tamtej chwili i o tym, jak bardzo się pomylił. Jeśli po paru ich wspólnych treningach zaczął nabierać wątpliwości co do tego, czy powrót do dawnych czasów był możliwy, teraz wydaje się już całkiem jasne, że nie ma co do tego najmniejszych szans. To nie kwestia braku zgrania – po prostu ich relacja jest całkiem odmienna od tej, którą mieli te kilka lat temu, a przez to nie są po prostu w stanie wykrzesać z siebie tego, co potrafili razem kiedyś. Wystarczył za to jeden wspólnie rozegrany mecz, by doszło do użycia pięści. Co wydarzy się po kolejnym?
Kiedy siada na krześle po drugiej stronie biurka Frasera, czuje się jak mały chłopiec, który nabroił i za chwilę otrzyma reprymendę od dyrektorki szkoły. Czuje się mniejszy o jakieś pięćdziesiąt centymetrów i zdecydowanie mniej pewny siebie, niż jest zazwyczaj.
– Co tam się wydarzyło, Matheson? – pyta, kręcąc głową i sam siada na przeciwko niego. Jest jednocześnie zły, zmęczony i rozczarowany. Laurie czuje to w jego spojrzeniu, wyrazie twarzy i tonie głosu. Nie wie, co ma odpowiedzieć. Uchyla usta, ale żadna sensowna odpowiedź nie przychodzi mu do głowy. Odwraca więc głowę, czym jedynie bardziej irytuje Frasera. – Do cholery, Laurie, jesteś kapitanem, a zaraz po skończonym meczu atakujesz zawodnika swojej drużyny. Następnym razem zrobisz to na boisku? Jak mogę cię na nie wpuścić, gdy zachowujesz się w taki sposób? Powinien ci za to odebrać opaskę kapitana i dobrze o tym wiesz – wyrzuca z siebie wszystko, a Laurie czuje jak nagle jego twarz robi się całkiem czerwona. Wydaje mu się, że cokolwiek powie, i tak nie będzie to wystarczające dla trenera. Taka sytuacja po prostu nigdy nie powinna się wydarzyć.
– Poniosło mnie. To się już więcej nie wydarzy – mówi te słowa dość pewnie, choć nie jest w stanie za to ręczyć. Wcześniej też wydawało mu się, że jest w stanie mimo wszystko grać z Franklinem w jednej drużynie i zachowywać się w miarę profesjonalnie. Gdy mówił mu, że nie zamierza mu przeszkadzać w grze, naprawdę w to wierzył. Wiedział, że będzie to niesamowicie trudne, ale musiał. Taka rola kapitana… A jednak wystarczył jeden mecz, by doszło do rękoczynów.
– Chciałbym w to wierzyć – odpowiada zrezygnowany Fraser.
Drzwi do jego gabinetu otwierają się i do pomieszczenia wchodzi Franklin. Laurie nie odwraca się w jego stronę, jego wzrok skupiony jest na jednym konkretnym punkcie na biurku trenera.
– Nie chcę wiedzieć, o co wam poszło, to wasza sprawa, ale nie mogę dopuścić, żeby wasza kłótnia zaszkodziła całej drużynie. Jak sobie to wyobrażacie? Że będę teraz unikać wpuszczania was razem na boisko, żebyście następnym razem, nie pobili się na nim? Ogarnijcie to jak dorośli. Potraktujcie to jako żółtą kartkę, ale jeśli jeszcze raz dojdzie między wami do bójki, będę musiał podjąć poważniejsze działania – mówi do nich z coraz większym zrezygnowaniem. Nic dziwnego – Toronto FC utrzymuje się na tyle tabeli już bez awantur i bójek między graczami. – I Laurence, chciałbym, żeby to wybrzmiało: nie będę wtedy patrzeć ani na staż, ani na żadne zasługi dla drużyny – dodaje, patrząc mu prosto w oczy, a Laurie ledwie utrzymuje ten kontakt wzrokowy. Chce już stąd uciec. Jak najdalej.
– Mhm – mruczy jedynie i skupia swój wzrok na zabarwionych na zielono od trawy spodenkach. Z jednej strony to nie do końca on podejmuje decyzje o tym, kto zostaje, a kto odchodzi z drużyny, ale z pewnością może na te decyzje swoim autorytetem i profesjonalną oceną wpłynąć. Wydaje się zresztą, że znacznie łatwiej będzie wymienić jego, niż Franklina.
– Możecie już iść – rzuca w końcu z kompletnym zrezygnowaniem w głosie. Nie musi tego powtarzać: Laurie od razu korzysta z okazji, by wstać i wyjść z jego gabinetu. Nie żegna się nie tyle ze względu na brak manier, co raczej w wyniku zakłopotania i zamyślenia. Wydaje mu się, że Fraser i tak obszedł się z nim dość łagodnie i być może jest mu z tego względu jeszcze bardziej głupio.

franklin cosgrove
jusia
posty napisane przez AI, czytanie postaci w myślach, wątki o niczym
25 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
186 cm
prawy skrzydłowy w toronto fc
Awatar użytkownika
crawling back to you; ever thought of calling when you've had a few? 'cause i always do
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Gdzieś z tyłu jego głowy podszeptuje głos. Cichy i cienki; prawie że niesłyszalny pod grubą warstwą zmartwień, lęku i poczucia nadchodzącej porażki. Oplątuje jego rozsądek jak wstrętny, oślizgły wąż i mówi rzeczy, których Franklin wcale nie myśli.
Jest na przykład buntujące się wobec słów Frasera: jaka bójka, skoro nie podniosłem ręki nawet po to, żeby się obronić? I skierowane do Laurence’a, pełne niedowierzania i może trochę marudne: jak w ogóle dotarliśmy do tego punktu? I jeszcze ciche, ale bardzo powtarzające się: może lepiej byłoby w ogóle przestać grać? I przede wszystkim najbardziej natrętne z nich wszystkich: wolałbym być gdziekolwiek, byle nie tutaj.
Z zewnątrz wygląda na spokojnego. Oddycha powoli, poważnie wpatrzony w trenera. Do uzyskania pełni postawy nienagannego słuchacza brakuje mu tylko kiwania głową i wydawania z siebie cichych pomruków świadczących o tym, że rozumie, ale nie jest na tyle cyniczny. Postanawia to przeczekać. Wywód Frasera, milczenie Lauriego, palące w klatkę piersiową poczucie niesprawiedliwości. Skupia się na tym, co widzi i czuje. Na intensywnym brązie biurka trenera. Na skórze na swoim lewym policzku, która mrowi od powstałym po uderzeniu gorącu. Na kwiatowo-drzewnym zapachu unoszącym się w biurze; wydaje mu się, że to sprawka jakiegoś odświeżacza, prawdopodobnie zakupionego przez jego żonę, bo zabawna i absurdalna jest sama idea Frasera przejmującego się tym, jak pachnie jego gabinet.
Kiedy trener wspomina o poważniejszych działaniach, Franklin bierze głęboki wdech. Ma wrażenie, że jedynym co powstrzymuje go od pęknięcia są trzy luźne nitki. Pierwsza – miłości do Louise, mimo tego jaka jest nieznośna i jak rękami i nogami zapiera się przed jego pomocą. Druga – determinacji, bo wciąż ma wiarę w to, że Toronto FC jeszcze odbije się od dna. I trzecia – rozsądku, który przypomina mu, że piłka to jedyne, w czym jest względnie dobry, więc nie może jej porzucić.
Powoli, boleśnie dochodzi do niego świadomość, która depcze go na miazgę; jak robaka zbyt wolnego na ucieczkę spod rzucanego przez cień buta. Znajduje się w sytuacji bez wyjścia. Może czuć się zirytowany, zły, nawet rozczarowany, a mimo wszystko nie może pisnąć na ten temat ani słowa, bo to Fraser idzie na rękę jemu. Nie na odwrót.
Jednak to nie Laurie, ani trener, ani poczucie upokorzenia i niesprawiedliwości drażnią go najbardziej. To, co kiereszuje go głębiej niż cokolwiek innego to on sam, siedzący przed biurkiem trenera jeszcze przez kilkanaście sekund po wyjściu Mathesona i solennie zapewniający, że nie pozwolą już sobie na podobne porozumienie. Jakby to zależało tylko od niego. Jakby naprawdę miał w sobie pokłady, aby postarać się bardziej. I jakby nie dał już z siebie wszystkiego, co mógł, aby jego relacja z Lauriem była przynajmniej poprawna.
Gdy idzie korytarzem w stronę szatni, jego umysł odkleja się od ciała. Jest to całkiem przyjemny stan, w którym nie myśli o niczym innym niż prysznic i powrót do domu, a więc i nie czuje niczego szczególnego. Przez głęboką warstwę poczucia bycia niezrozumianym nie przebija się nawet chłód łazienkowych kafelków, świadomie wybrane zimno wody, orzeźwiający zapach żelu pod prysznic ani odgłos strumienia drugiego prysznica, który dobiega zza jego pleców. Przez długą chwilę po prostu zbiera myśli i próbuje złożyć w całość to, co tworzy go Franklinem Cosgrove. Wypracowanie kompromisu pomiędzy poczuciem niesprawiedliwości, a rozsądkiem jest niełatwe, zwłaszcza że gdy wreszcie wychodzi z łazienki, przebiera się w dresy i zwykłą, białą koszulkę, a później układa wszystkie swoje porozrzucane na ławce rzeczy w torbie, wciąż jest z nim świadomość potrzeby wypracowania z Lauriem jakiegoś wspólnego gruntu. Uczepia się jego nogi jak kula, sprawiając, że ruchy Franklina robią się powolne, a wzrok – mętny ze zmęczenia.
Może lepiej byłoby odłożyć to wszystko w czasie. Przenieść to w sferę niepewnego potem, którego istnienie zależeć będzie od nastawienia Lauriego. Nakarmić ciekawość, która każe mu zaczekać, aby rzetelnie ocenić to, jak bardzo Matheson naprawdę nadaje się na kapitana. Rzecz w tym, że Frank nie jest perfidnym człowiekiem. Nie uważa się też za złego, niezależnie od tego, jak bardzo nie zgadza się to z wyobrażeniem Lauriego na jego temat.
Laurence zbiera się do wyjścia szybciej od niego, ale jak tylko zasuwa zamek własnej torby, Franklin, który od dłuższego czasu obserwuje go kątem oka, momentalnie przerywa pakowanie własnych rzeczy. Prostuje się niepewnie, odwraca głowę w jego kierunku i znów, a jakże, postanawia być tym rozsądniejszym.
– To, jak idzie Toronto nie jest twoją winą.
Odzywa się tylko dlatego, że już nie widzi na twarzy Lauriego złości ani nienawiści. Nie jest pewien, jak określiłby jego minę w tym momencie, bo, jak się okazało, już nie potrafi czytać go tak samo jak wcześniej, ale wydaje się, że cała energia, która rozsadzała Mathesona jeszcze piętnaście minut temu, wyparowała. Teraz wygląda na poważnego i nawet może trochę zasępionego.
– Przepraszam – kontynuuje, nie odwracając wzroku. Ściska w dłoniach buty, na które w niektórych miejscach skapnęło trochę krwi. Być może to przez nie wygląda przy całych tych przeprosinach trochę żałośnie. – To było nie na miejscu.
Tak samo jak uderzenie w twarz kolegi z drużyny, ale tego Franklin nie dodaje. W tamtym momencie nie chce dwóch rzeczy – eskalacji konfliktu i sztucznego, wymuszonego nieodpowiednim komentarzem porozumienia. Jedyne, na czym mu zależy to aby być w porządku. Jeśli nie jako człowiek (wydaje mu się, że Laurie już nigdy nie zobaczy w nim przyjaciela), to przynajmniej jako podległy mu kolega z drużyny.

laurie matheson
dino
nuda, AI, metagaming, post raz na miesiąc, ignorowanie tego co pisze drugi gracz, za dużo dram
27 y/o
For good luck!
188 cm
napastnik i kapitan w toronto fc
Awatar użytkownika
you know I can't let it go, I've tried for so long – it takes strength to forgive, but I'm not quite sure I'm there yet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Gdy w końcu wychodzi z gabinetu Frasera na korytarz – czuje, że traci oddech. Klatka piersiowa jest nagle ciężka, a próby jej uniesienia spełzają na niczym. Serce bije mu szybciej, niż powinno, a gorąco oblewa jego ciało. Nagle korytarz zdaje się znacznie dłuższy, niż był jeszcze przed chwilą, a jego kontury robią się nagle nieco rozmazane. Każdy krok sprawia mu trudność, aż w końcu zatrzymuje się całkiem i skupia już tylko na tym, by znów oddychać we właściwy sposób. Ulgę przynosi mu jedynie myśl, że Franklin wciąż znajduje się w gabinecie Frasera i nie widzi, jak żałośnie wygląda, gdy lęk paraliżuje całe jego ciało. Kompletnie nieznane mu wcześniej uczucie.
Zbyt wiele jest jednak postawione na szali, a on wie, że od tego momentu stąpa po cienkim lodzie. Jego sytuacja z kiepskiej zmienia się w beznadziejną, a do tego wszystkiego wciąż ma na głowie Franklina. Być może teraz jeszcze bardziej niż wcześniej. Ich konflikt (choć trudno nazwać to konfliktem, przecież ich relacja nie zakończyła się przez żadną wielką kłótnię) nie jest dłużej ich osobistą sprawą. Nagle staje się sprawą wszystkich, całej drużyny. Drużyny, której Laurie jeszcze jest kapitanem.
I powinien zachować się jak kapitan.
Gdy odzyskuje oddech i kontrolę nad swoim ciałem, Franklin wciąż siedzi u Frasera. Interesuje go, o czym rozmawia z trenerem, ale nie poświęca zbyt wiele uwagi na domysły dotyczące tematu ich rozmowy. Skupia się na tym, by dotrzeć jak najszybciej do szatni, wykąpać się w pośpiechu, pozbierać swoje rzeczy i zapakować się do samochodu. Chce po prostu jak najszybciej opuścić teren stadionu i wrócić do domu. Ma nadzieję, że zdąży ze wszystkim przed pojawieniem się Franklina, ale niestety, gdy wciąż obmywa swoje ciało pod prysznicem, słyszy dźwięk jego kroków, co raz bliżej siebie. Nawet się nie odwraca, gdy Franklin wchodzi do pomieszczenia – wydaje się, że w obecnej sytuacji złapanie z nim kontaktu wzrokowego, gdy obaj są nago, byłoby niesamowicie niezręczne.
Ubiera się w pośpiechu, by zdążyć przed powrotem Franklina, ale wciąż nie jest gotowy do wyjścia, gdy ten wraca spod prysznica. Liczy na to, że Franklin – podobnie jak on – nie ma ochoty na rozmowę i tę chwilę, którą muszą spędzić ze sobą w szatni, po prostu przemilczą, ale nagle ciszę przecinają słowa, których się nie spodziewa. Słowa, które oznaczają białą flagę wywieszoną między nimi, a on mimo całego żalu i złości, których wciąż ma w sobie nieznośnie dużo, postanawia uszanować jego próbę załagodzenia konfliktu.
Patrzy na niego z początku z pewnym niedowierzaniem wypisanym na twarzy, aż w końcu kiwa głową i minimalnie unosi do góry kącik ust – tylko na tyle go stać. Myśli, że to już wszystko, ale wtedy pada słowo-klucz. Unosi do góry brwi i choć w pierwszym odruchu chce mu odpowiedzieć, że to nie wystarczy, że wciąż jest zły o to, co wydarzyło się parę lat i do czego Franklin nigdy się nie odniósł, ale nie mówi tego. Z całych sił (a nie ich już przecież wiele po intensywnym meczu i awanturze na korytarzu) stara się powstrzymać przed wszystkim, co mogłoby znów zaognić konflikt. Szczególnie, że Franklin sam wyszedł z inicjatywą zawarcia pokoju – Laurie sam prawdopodobnie nie dałby rady. Na pewno nie teraz. Musi więc wykorzystać sytuację, którą stworzył Cosgrove.
– Ja też przepraszam – mówi więc i siada znów na ławce. – Przesadziłem – dodaje i spuszcza wzrok na swoją dłoń – dowód w sprawie. Nie musi patrzeć nawet na obitą twarz Franklina, by pamiętać o tym, co zrobił.
– Jesteś pewien, że nie potrzebujesz konsultacji z medykiem? – pyta z troski, która jest dla niego kompletnie niezrozumiała. Po tym wszystkim, co się między nimi wydarzyło, po całym tym zamieszaniu na korytarzu i mocnym ciosie wymierzonym w jego twarz – naprawdę wciąż się nim przejmuje? Najwidoczniej tak, bo widok jego obitej, nieco opuchniętej i zaczerwienionej twarzy nie jest łatwy – szczególnie, wiedząc, że to on sam jest za to odpowiedzialny. Nie jest mu łatwo zaakceptować ten stan rzeczy. Nie ma jednak wyboru – musi się zmierzyć z konsekwencjami swoich czynów.

franklin cosgrove
jusia
posty napisane przez AI, czytanie postaci w myślach, wątki o niczym
25 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
186 cm
prawy skrzydłowy w toronto fc
Awatar użytkownika
crawling back to you; ever thought of calling when you've had a few? 'cause i always do
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Nie odpowiada na jego przeprosiny. Na ciche „przesadziłem” też nie. Zaprzeczenie byłoby kłamstwem, a potwierdzenie – niepotrzebnym drobiazgiem, który można sobie odpuścić. Ignoruje więc całą tę eskalację konfliktu, przekonany, że robi to, co należy, chociaż jakaś część jego głowy (ta, która wypycha szacunek do samego siebie na przód prowadzących go przez życie wartości) ostro się przed tym buntuje. Dąsa się, twierdząc, że to brutalne i niesprawiedliwe, i Franklin powinien czuć znacznie większe oburzenie tym, co zdarzyło się na korytarzu. Sęk w tym, że jest zmęczony wypełnianiem kolejnych swoich powinności. Od dwóch miesięcy całe jego życie to robienie tego, co należy. Towarzysko, rodzinnie i przede wszystkim zawodowo.
Lekceważące wzruszenie ramionami jest nie tylko jego odpowiedzią na słowa Lauriego, ale również stosunkiem do wszystkiego innego. Jest tyle innych, o wiele ważniejszych spraw, które w tej chwili mogłyby zaburzać jego spokój. Ból, jakim pulsuje jego policzek, nie mógłby być bardziej nieistotny. Fakt, że Laurie najwyraźniej go nienawidzi, chyba też.
– Jestem pewien – potakuje, nie spuszczając wzroku z Mathesona, lecz ten jest zbyt wpatrzony w swoją rękę, aby podnieść na niego spojrzenie. Frank z trudem przełyka rozczarowanie. – Ledwo mnie drasnąłeś – stwierdza, a na jego usta wkrada się uśmiech, który ma rozwiać wszelkie wątpliwości Lauriego i prawdopodobnie też zmusić go do nazwania Franklina idiotą. Nawet jeśli tylko w swojej głowie. – Spodziewałem się czegoś większego – skarży się, ale robi to z tak wyczuwalną ironią, że Laurence nie może wziąć jego słów na serio. Mimo to, w jednej chwili do wyobraźni Franka wpada dość straszna myśl: co, jeśli ta wersja Lauriego nie ma nic wspólnego z Lauriem, którego zna on, i zaraz, tak dla zmiany opinii, dostanie mu się ponownie?
Na szczęście Matheson nie wstaje z ławki, która stoi tuż pod jego szafką. Tą samą, którą zajmował w roku dwa tysiące osiemnastym, i na drzwiczki której Franklin kiedyś przykleił mu wydrukowanego mema z udającym kontuzje Neymarem podczas Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej. Głupi obrazek zbierał rechoty wszystkich członków ich drużyny. No, może poza Nickiem Hagglundem, który był tak zapatrzony w Neymara, że wszyscy cały czas robili mu z tego powodu przeróżne przytyki.
Franklin przez chwilę wpatruje się w czarne drzwiczki szafki. Barki Lauriego zakrywają ją prawie że całkowicie; nie ma więc opcji, aby dowiedzieć się, czy jej powierzchnia wciąż nosi na sobie ślady kleju z taśmy użytej przez Franka do przyczepienia obrazka, czy jednak zginął po nim wszelki ślad. To drugie jest bardziej prawdopodobne. Skoro nie przetrwała nawet przyjaźń Franka i Lauriego, jak naciskowi czasu mógłby oprzeć się zwykły klej?
– Poprosiłem trenera, żeby do następnego sezonu jeszcze mnie nie wystawiał – zaczyna Frank, wciąż stojąc. Teraz jego własne miejsce na rzeczy znajduje się w rzędzie prostopadłym do tego, w którym swoją szafkę ma Laurie. Mógłby więc usiąść, żeby wygodniej kontynuować rozmowę, ale lęk podpowiada mu, że po tak zaciekłym meczu Matheson wcale nie będzie mieć na to ochoty. Poza tym, jest jeszcze obawa o to, o czym w ogóle mieliby pogadać, kiedy Franklin opowie mu o swoich ustaleniach z trenerem. – Ten dzisiejszy mecz to przypadek, nie miał tego robić, tylko… – urywa, jak tylko zdaje sobie sprawę z tego, że tłumaczy się przed Lauriem z decyzji Frasera. Człowieka, który jest ponad nimi oboma. – Chyba zmusiła go do tego sytuacja na boisku – mówi, a później odchrząkuje. Spuszcza wzrok na podłogę. Wpatrywanie się w herb ich (znów) wspólnego klubu jest łatwiejsze niż patrzenie w oczy Lauriego i ryzykowanie, że zobaczy w nich coś nieprzyjemnego. – W każdym razie, już tego nie zrobi. Nie jestem gotowy – w skrócie wyjawia przed Mathesonem to, o czym rozmawiał z trenerem zaledwie dziesięć minut wcześniej i jednocześnie z nieprzyjemnie ciężkim sercem przyznaje się do podawania Laurence’owi tych, jak on to określił, chujowych piłek. Może faktycznie takie były. W Gent jego podania działały bez zarzutu, ale przecież złota zasada jest taka: to gracz dopasowuje się do nowej drużyny, a nie nowa drużyna do gracza. – Poćwiczę i w nowym sezonie pójdzie nam lepiej – w domyśle nam oznacza drużynę, ale jego słowa mimo wszystko wybrzmiewają dziwnie. Głównie dlatego, że są tutaj tylko oni – Frank i Laurie – chociaż może ma to też coś wspólnego z faktem, iż podania Franklina jeszcze nie zebrały większej liczby rozczarowanych opinii. Jedyna niezadowolona z jego gry osoba znajduje się tutaj, w ciemnej szatni, razem z nim, i Cosgrove czuje kolejny przymus – musi coś z tym zrobić. W przeciwnym razie Fraser nie przedłuży mu kontraktu na kolejny rok i zamiast skupić się na tym, co ważne, Frank znów będzie musiał kombinować w poszukiwaniu miejsca w drużynie dużo gorszej albo grającej daleko stąd. Oczami wyobraźni już widzi nagłówki, które pojawią się w kanadyjskiej prasie sportowej, gdy po raz kolejny uwsteczni swoją karierę. „Cosgrove na rozdrożu: kolejny sezon, kolejny krok wstecz?". „Z Europy do domu, z domu na margines kanadyjskiej piłki nożnej. Smutny zjazd Franklina Cosgrove'a." „Cosgrove: od europejskich szczytów do ligowego dna." Idiotyczne hasła mnożą mu się przed oczami wyobraźni. Nie, nie może na to pozwolić.

laurie matheson
dino
nuda, AI, metagaming, post raz na miesiąc, ignorowanie tego co pisze drugi gracz, za dużo dram
27 y/o
For good luck!
188 cm
napastnik i kapitan w toronto fc
Awatar użytkownika
you know I can't let it go, I've tried for so long – it takes strength to forgive, but I'm not quite sure I'm there yet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Franklinowe Ledwo mnie drasnąłeś sprawia, że po raz pierwszy od bardzo dawna uśmiecha się do niego. Być może trudno nazwać ten grymas pełnoprawnym uśmiechem; po prostu unosi lekko do góry kąciki ust w postaci niedbałego uśmieszku, ale nie da się ukryć, że jest to coś, czego trudno się po nim spodziewać. Szczególnie, że dopiero co po serii szczeniackich przepychanek uderzył go w twarz. Wydaje się więc to całkiem zaskakujące nawet dla samego Lauriego, który nagle, jakby zmieszany tym niekontrolowanym gestem, odwraca głowę w drugą stronę.
Może jest po prostu zmęczony. To był długi i emocjonujący dzień, a mecz niesamowicie męczący. Resztki energii stracił podczas bezsensownych przepychanek, by w końcu zostać kompletnie dobity reprymendą ze strony trenera. Teraz wydaje się nie mieć już w sobie jakichkolwiek zapasów. Prysznic nieco go rozbudził, ale wydaje się, że na niezbyt długo. Potrzebuje więc jak najszybciej zakończyć ten dzień; zawinąć się w koc, zalec na kanapie i oglądać jakieś głupie reality show, które obecnie zajmuje jego myśli. Cokolwiek, byleby zagłuszyć nieco rozgardiasz w jego głowie po całym tym ciężkim dniu. Póki co jednak jest tu z Franklinem i wydaje mu się, że coś się między nimi w końcu zmienia. Nawet jeśli dalej jest w nim pełno żalu i złości za to, jak paskudnie wycofał się z tej relacji; nagle i bez zapowiedzi. Po prostu z dnia na dzień się od niego odciął. Mimo jednak tego, że dalej nosi w sobie tę urazę, dochodzi w końcu do wniosku, że mogą mimo wszystko spróbować dogadać. Na tyle, na ile jest to potrzebne – ani trochę więcej. Może go tolerować, może nie obnosić się ze swoją pogardą, ale tak czy tak, nie sądzi, by mogli być jeszcze kiedykolwiek p r z y j a c i ó ł m i.
– Internet by mnie scancelował za uszkodzenie tej twarzy – odpowiada, kręcąc głową z czymś na kształt rozbawienia, nawet jeśli całym sobą stara się to zwalczyć. Wydaje się jednak, że pewne przyzwyczajenia i głęboko skrywana potrzeba, by były wciąż aktualne, są silniejsze od niego. A wcale nie chce się z nim śmiać i za bardzo spoufalać. Chce trzymać się na bezpieczny dystans – tak będzie dla wszystkich lepiej. Nie może go ignorować (jest przecież kapitanem), ale nie musi też rozmawiać z nim zbyt często, śmiać się w jego towarzystwie i słuchać historii z jego życia.
Słucha go i nawet jeśli czuje paskudną potrzebę, by się z nim zgodzić; potwierdzić, że nie nadaje się do tego, by wystawiać go na boisko, powstrzymuje się.
– Fraser często podejmuje niezrozumiałe decyzje, ale ta była dobra. Dzięki tobie zremisowaliśmy. – Z jakiegoś kompletnie niejasnego i niepojętego powodu to właśnie te słowa wypuszcza z siebie bezwładnie. Mógłby znów powiedzieć coś o tych chujowych piłkach, które mu podawał, ale skoro zakopują topór wojenny, woli już nic więcej nie dodawać. Dzieje się coś niesamowitego i rzadko spotykanego: Laurence Matheson gryzie się w język i postanawia nie wyrzucać ze swojej głowy wszystkiego, co się w niej pojawi. – No tak, ten sezon jest już chyba skazany na porażkę – stwierdza cicho, wyrażając w głosie zarówno rozczarowanie jak i rozdrażnienie tą sytuacją. Od dłuższego czasu im nie idzie, a on czuje, że jego kariera jest już tylko mało zabawnym żartem. Nie liczy już na żaden dobry transfer. Dobrze wie, że prawdopodobnie będzie bezsensownie kopał piłkę dla Toronto FC aż do swojej emerytury, o ile w międzyczasie nie zostanie wymieniony: kimś młodszym, sprawniejszym i lepszym. A on zostanie zapomniany. Może na początku będzie mógł liczyć na jakieś współpracę reklamowe, ale już mniej lukratywne, może będą go zapraszać do telewizji, by komentował mecze, może. Wszystko to będzie jednak znacznie mniej satysfakcjonujące.

franklin cosgrove
jusia
posty napisane przez AI, czytanie postaci w myślach, wątki o niczym
ODPOWIEDZ

Wróć do „BMO Field”