ODPOWIEDZ
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Use the sleeves of my sweater
Let's have an adventure
Head in the clouds but my gravity's centered
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Obudził go pomruk silnika za oknem. Rozespany, czując leżącą na sobie Zoyę, subtelnie pod kocem przesunął dłonią po jej plecach. Dopiero, kiedy usłyszał skrzypienie desek na werandzie, nagle otworzył szeroko oczy i uświadomił sobie, że przysnęło im się w salonie.
W tej samej chwili kobieta również podniosła nerwowo głowę i jednocześnie zerwali się do pozycji siedzącej, akurat w chwili, gdy skrzypnęły drzwi wejściowe.
I tak oto Lucien poznał Willa. Starszy z braci wydał mu się równie w porządku, a tematy dotyczące mechaniki podczas wspólnego śniadania zbliżyły ich do tego stopnia, że Spencer poprosił go najpierw o podwózkę po części, a później o pomoc w naprawie Mercedesa. Celowo nie chciał już zawracać dziewczynie głowy i dał jej czas na spakowanie się oraz ostatnie sprawunki na farmie.
Zamierzał szybko uwinąć się ze sprawą, choć wcale nie było to takie proste. W trakcie jazdy z Willem wytłumaczył mu, że jego znajomości mechaniczne wzięły się głównie z faktu, że sam interesował się tym, co działo się pod maską i gdy tylko było to możliwe, spędzał czas z mechanikami w boksie na poszerzaniu swojej wiedzy.
Gdyby nie znajomość z Weasleyami, odebranie części przyszłoby mu znacznie trudniej. Brak portfela przy sobie i zepsuty telefon całkowicie uniemożliwiały mu dostęp do bankowości, więc tu również po raz kolejny musiał liczyć na gościnność i wolę pomocy rodziny Zoi. A konkretniej, słowo Willa, oraz wcześniejsze telefoniczne Zachary’ego. Sam również zapewnił, że jak tylko dojedzie do Toronto, wykona odpowiedni przelew.
Starszy mechanik przez chwilę przyglądał mu się z pewnym namysłem, ale w końcu wydał mu zamówione elementy. Nie zapytał, skąd go znał, ale Lucien przeczuwał, że miał co do tego porządną rozkminę. Spencer postanowił mu się nie przyznawać, żeby nie wzbudzać niepotrzebnej sensacji. O jego nazwisku miał przekonać się dopiero w momencie otrzymania solidnej wpłaty na konto.
Po powrocie czekała ich najbardziej wymagająca część roboty — przepchanie turkusowego, ubłoconego auta do garażu oraz wejście do kanału w celu rozmontowania popsutych elementów. Na szczęście, z racji najnowszego rocznikowo modelu samochodu, wszystko wyjmowało się całkiem przyzwoicie, najważniejsza była przede wszystkim druga para rąk, dzięki której po jakimś czasie nowe części w końcu znalazły swoje miejsce.
Wystarczyło już tylko przejechać się chwilę po wsi i sprawdzić, czy Mercedes działał już sprawnie. Lucien bez obaw wręczył Williamowi kluczyki, jeszcze w czasie drogi dyskutując żywo w kwestii konkretnych mechanizmów i zaraz przechodząc na znacznie luźniejsze tematy.
Gdy podjechali pod werandę, samochód wyglądał niemal jak nowy — świeże koło prezentowało się wręcz nienagannie, a od spodu zupełnie nic nie ciekło. Cichy pomruk świadczył tylko o jednym — gotowość do powrotnej jazdy. Jedyne, co nie zgadzało się z jego stanem sprzed piątkowej nocy to oblepiona błotem karoseria i opony, które według mężczyzny trochę psuły efekt.
Po wyjściu z auta Zoya już na nich czekała. Na jej widok jego uśmiech momentalnie poszerzył się bardziej.
— Powóz gotowy do drogi, Pani — ukłonił się szarmancko, wskazując na Mercedesa z nieukrywanym rozbawieniem, i pomógł jej zapakować cały jej dobytek do bagażnika, z nonszalanckim uśmiechem wyciągając jej z rąk co cięższe torby, które próbowała dźwigać sama.
Kiedy pożegnali się z Williamem i wsiedli do auta, Lucien założył na nos swoje okulary przeciwsłoneczne i przesunął spojrzeniem z kierownicy na dziewczynę.
— Wzięłaś wszystko? — zapytał, spoglądając na nią z uśmiechem, a na jej potaknięcie włączył silnik. — Miałaś rację — zaczął po chwili, przemierzając drogę dojazdową do domu Weasleyów. — Straszne macie tu wyboje — przyznał, ściągając brwi z udawaną powagą, wyraźnie sobie z niej żartując.
Kiedy wyjechali na równą drogę, a pola, łąki i lasy zaczęły przemykać im za oknami, myślami powrócił do poszczególnych momentów z tego weekendu — pobudki na farmie i poznaniu braci Zoi, pogoni za kozami, kłótni z ciemnowłosą i późniejszym prysznicu, festiwalu ziemniaka, naprawy płotu, nauce jazdy konno i pikniku.
Myśląc o tym, doszedł do wniosku, że ten weekend, z dala od miasta, jego własnych zobowiązań, mediów społecznościowych i życia na poziomie, był dla niego naprawdę niezwykłym przeżyciem. A to wszystko dzięki osobie, która teraz siedziała obok niego.
I choć euforia mieszała mu się z ukłuciem żalu, że ten oderwany od rzeczywistości weekend dobiegał końca, sięgnął po dłoń Zoi, którą splótł w swojej. Położywszy je swobodnie na udzie kobiety, kciukiem zaczął muskać jej delikatną skórę.
— Wiesz, myślę, że po tym wszystkim jesteś mi winna jedną rzecz — zagadnął, a przez jego twarz przebiegł szelmowski uśmiech. — Ja naprawiłem auto, więc tobie pozostaje je teraz umyć — uniósł sugestywnie brew i obdarzył ją na chwilę zawadiackim spojrzeniem spod przyciemnianych okularów. Czy właśnie próbował wzbudzić w niej wyrzuty sumienia, żeby ją wykorzystać? Być może, chociaż… miał w tym trochę inny cel.

Zoya Weasley
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
mała jędza jestem utrzymanką
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

U b r a n k o

Właściwie niewiele widziała Luciena przez resztę dnia, odkąd zjedli wspólnie śniadanie z Williamem. Cieszyła się, że tym razem jeden z braci nie wściubiał nosa w ich relację, a zamiast tego zainteresował się zupełnie innymi tematami, które najwyraźniej zbliżyły go do Luciena. Z ulgą pozwoliła więc mężczyznom zająć się własnymi sprawami, a sama jedynie potem na chwilę zajrzała do garażu, aby przynieść im obiad i kawę.
Resztę czasu poświęciła obowiązkom na farmie, które obejmowały karmienie zwierząt, uprzątnięcie kilku boksów i doprowadzenie domu do porządku.
Kiedy Zoya wreszcie uporała się ze wszystkim, pozostało jej już tylko czekać na werandzie. Zniosła na schody wszystkie bagaże, w których znalazły się rzeczy, jakie od dawna chciała zabrać do Toronto, ale dotąd nie miała ku temu okazji. Do jednej z toreb spakowała również kilka słoików z domowymi przetworami.
Podniosła się, gdy turkusowy samochód przekroczył bramę i potoczył się piaszczystą drogą w stronę domu. Zeszła po schodach, a kiedy dostrzegła za kierownicą Willa, szczerze się zdziwiła. Nie przypuszczała, że Lucien byłby skłonny powierzyć komuś swoje auto. W końcu nawet jej własna przygoda za tą konkretną kierownicą była dziełem przypadku.
Pomimo tego, powitała ich uśmiechem.
— Cieszę się. — Zaśmiała się na widok Luciena, który w niespodziewanym geście ukłonił się przed nią, po czym wskazał na swój wciąż obłocony samochód. Niedługo później sprawnie się spakowali, a jeszcze przed odjazdem Zoya zamieniła kilka słów z Willem. Żywiołowo gestykulując,streściła mu wszystko, co udało się zrobić na farmie i wskazała rzeczy, jakie nadal wymagały korekty.
— Tak, wszystko — potaknęła. Przez krótką chwilę patrzyła w ciemne okulary Luciena, aż w końcu sięgnęła po pas. — Nie bądź złośliwy — mruknęła, po czym z czystej przekory, wytknęła mu język.
Na szczęście temat podróży i pokiereszowanego auta mogli wreszcie zostawić za sobą. Zakrapiany weekend Luciena, uszkodzony Mercedes, ranczo i bracia stali się przyjemnym wspomnieniem, które ostatecznie doprowadziło ich do tej chwili. Chwili, w której mieli prawo nacieszyć się swoim towarzystwem i przywilejami, jakie dawał im u k ł a d.
Zoya od razu zacisnęła palce na dłoni Luciena, odwzajemniając jego uścisk. Ten gest wywołał na jej ustach zadowolony uśmiech, który jednak szybko zniknął, gdy mężczyzna wspomniał, że... była mu coś winna. Spojrzała na niego spod ściągniętych brwi. Zaraz zmarszczyła je jeszcze bardziej, jak zauważyła, jak szelmowsko uniósł kąciki ust.
Gdy Lucien skończył mówić, Zoya przekornie odsunęła jego dłoń od swojej i ostrożnie ułożyła ją na gałce zmiany biegów, po czym sugestywnie dwukrotnie ją poklepała.
— Nie wzbudzisz we mnie wyrzutów sumienia — uprzedziła go. Przecież dopiero co ustalili, że nie musiała mu niczego oddawać. Jednak umycie auta potraktowała jako własny obowiązek, skoro czekała ich długa podróż do domu. Wyciągnęła więc palec i wskazała na najbliższe skrzyżowanie. — Tam będzie stacja benzynowa z myjką. Może kupimy też kawę?

Zoya obiecała, że zajmie się czyszczeniem Mercedesa, dlatego początkowo Lucien mógł jedynie stać z boku i przyglądać się jej zmaganiom z myjką ciśnieniową. Nie miała zbyt dużego doświadczenia w korzystaniu z tego typu urządzeń, bo kilkukrotnie gwałtowny strumień wody zaskoczył ją na tyle, że aż odrzuciło ją do tyłu. Pomimo tego przez cały czas jawnie podśmiewała się z własnej nieporadności i zupełnie nie przejmowała się tym, jak komicznie musiała wyglądać.
W pewnej chwili, wielce rozbawiona wycelowała strumień wody tuż nad głową Luciena. Potem z zadziornym uśmieszkiem obserwowała, jak mężczyzna odruchowo uniósł dłoń, aby osłonić się przed cieczą. Tymczasem drobne krople, połyskujące w promieniach tego niezwykłego październikowego słońca, i tak opadły na jego sylwetkę.
Ostatecznie Zoya oddała mu pistolet, przy czym skradła krótkiego całusa. Nastęnie skupiła się na przecieraniu karoserii szmatką. Z tym poradziła sobie zdecydowanie lepiej.
Podczas tankowania oparła się bokiem o drzwi samochodu. Patrzyła w kierunku meżczyzny z niewinnym uśmiechem, choć w jej głowie rozlały się figlarne myśli. Co rusz przenosiła ciężar ciała z jednej nogi na drugą i niby na słońce wysuwała przed siebie raz jedną stopę, raz drugą. Przez to krótka sukienka kilkukrotnie podwinąła się niestosownie wysoko, dzięki czemu Lucien mógł przez chwilę doglądnąć jej nagich ud.
Potem, gdzieś w międyczasie, przeciągnęła się leniwie i uniosła ramiona nad głowę, przez co materiał znowu podwinął się wyżej, niż wypadało. Nie spieszyła się z poprawieniem go i jedynie śmiało spojrzała na mężczyzne, uprzednio marszcząc ten swój uroczy nosek.
W środku zamówili coś do jedzenia i tą upragnioną dla Zoi kawę. Na jednej z kanap oparła głowę na ramieniu Luciena. Jedną dłoń zaczęła subtelnie przesuwać wzdłuż jego uda (mocniej dociskała palce wyżej, po czym zawracała i okrążała miejsce nad kolanem, aby zaraz ponowić każdą z czynności), zaś drugą jadła wegetariańską tortille.
— Tak sie zastanawiam — Zmieliła nerwowo ślinę, po czym na moment odłożyła rolo na papierowy talerzyk i wyprostowała się, aby spojrzeć na Luciena. Zaraz wciągnęła powietrze. — Skoro to otwarty związek, to całowanie się z innymi jest w porządku, prawda? — zapytała głupio. — Gdybym tak na przykład... ale czysto teoretycznie... na jakiejś imprezie... — Naprawdę powoli wypowiedziała każde ze słów. Jednak narastająca w Zoi niepewność, gwałtownie uświadamiała ją jak bardzo była naiwna. Przecież podczas pikniku sama zaznaczyła, że oboje znali swoje granice, dlatego teraz ten cichy, złośliwy głos w jej głowie wręcz krzyczał, że właśnie je przekroczyła. Niemniej słowa już padły, więc musiała kontynuować. — Gdybym się z kimś całowała, to byłbyś zły?

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Use the sleeves of my sweater
Let's have an adventure
Head in the clouds but my gravity's centered
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Obserwowanie zmagań Zoi z myjką przyprawiało go o nieschodzący z twarzy uśmiech rozbawienia. Z rękami w kieszeniach spodni, przechadzał się opieszale dookoła, za wszelką cenę starając się nie wyjść z propozycją pomocy ani nie komentować mijanych przez nią miejsc. Widać było, że dziewczyna bardzo się starała, będąc przy tym uroczo nieporadną, że aż nie miał serca odmawiać jej oraz sobie tej przyjemności kąpieli Mercedesa.
W pewnym momencie przystanął i, wciąż ze schowanymi nonszalancko rękami, wyciągnął nogę w kierunku auta, zwracając jej uwagę na konkretny punkt, który ominęła. Zadziorny uśmieszek szybko zszedł mu z twarzy, kiedy ta w odwecie postanowiła polać go pianą.
Odruchowo wyciągnął ręce przed siebie i pochylił głowę do dołu, zaciskając powieki, żeby ochronić się przed strumieniem wody, która i tak opadła na jego włosy, ramiona i plecy. Wstrzymał wielce oburzony powietrze i przez kilka sekund wbijał niedowierzający wzrok w Zoyę, jakby wcale nie był świadomy swojej prowokacji, po czym rzucił się za nią w pogoń. Salwy śmiechów i pisków niosły się po myjce, kiedy ganiali się beztrosko wokół samochodu, aż w końcu złapał ją w talii i uniósł nad ziemią, wykonując w miejscu obrót. Kiedy postawił ją na ziemi, trochę zdyszany tą aktywnością, odebrał sobie nagrodę w postaci krótkiego, zdecydowanego pocałunku. Dopiero wtedy pozwolił jej wysunąć się z rąk, żeby po chwili schylić się po porzucony na ziemi pistolet i z zadowoleniem dokończyć mycie Merca.
Podczas tankowania Zoya bez trudu pochłonęła całą jego uwagę. Trzymając spust, bacznie obserwował, jak leniwie wyciągała się na aucie w tej swojej kusej, czarnej sukience. I choć z pozoru wyglądało to całkiem niewinnie, po jej znaczącym uśmiechu zrozumiał, że celowo się z nim droczyła. Na ten widok, wciąż śmiało na nią patrząc, oblizał wargi i pokręcił z podziwem głową.
Miała w sobie coś, co inne chciałyby mieć.
Gdyby nie fakt, że mieli wejść do lokalu zapłacić za paliwo oraz zamówić jedzenie i kawę dla obojga, już teraz odebrałby sobie to, na co tak długo czekał. Zoya zdecydowanie nie pomagała mu zachować resztek rozsądku, kiedy w środku usiedli na kanapie, żeby zjeść coś przed drogą. Kusiła, jedynie przedłużając to, co było nieuniknione. Znów testowała jego cierpliwość.
W pewnej chwili zagadnęła go tajemniczo. Odwrócił więc na nią spojrzenie znad kanapki, a widząc, że odłożyła swoją i wyprostowała się, zyskał dziwne przeczucie, że to, co zamierzała powiedzieć, będzie mocne. I wcale się nie mylił, bo po kilku sekundach napięcia zadała pytanie, pod wpływem którego aż na chwilę znieruchomiał skonsternowany. Jej następne, ostrożnie wypowiedziane słowa analizował w myślach, ostatecznie wolniej przeżuwając ostatni kęs tortilli w buzi. Jednocześnie zwrócił uwagę na jej nagłą nerwowość i zakłopotanie, które z miejsca wydały mu się podejrzane.
Podczas pikniku postawił sprawę jasno — wolał mieć ją na wyłączność. Wiązało się to nie tylko z poczuciem kontroli sytuacji, ale przede wszystkim z dumą, bo nie zwykł dzielić się n i c z y m z n i k i m. Nawet podczas GTWC Sprint, w trakcie którego czasem na poszczególne rundy proszono go o zastąpienie któregoś z kierowców, zgadzał się dość niechętnie, bo to oznaczało dzielenie samochodu z innym kolegą. Mimo to zawsze robił dobrą minę do złej gry i lojalnie współpracował w ramach osiągnięcia wspólnego celu.
Tak samo poczuł się w chwili, gdy przytoczyła argumenty za pozostaniem w otwartej relacji. Wmawiał sobie, że nie zamykanie się na jedną osobę będzie odpowiednim wyjściem, ale tak naprawdę po prostu nie chciał ograniczać j e j. Zatem postanowił przyjąć typową dla siebie postawę.
— Dopiero ustaliliśmy nowe zasady, a ty już myślisz o całowaniu się z innymi? — ściągnął brwi, a w jego lekkim, żartobliwym tonie znalazła się nutka podejrzliwości. Czy byłby zły, gdyby Zoya się z kimś pocałowała? Samo wyobrażenie jej sobie z innym zdecydowanie nie wzbudzało w nim optymistycznych odczuć. Odchrząknął, odłożył tortillę i zwrócił się ciałem w jej stronę, opierając przedramię o oparcie kanapy, tuż za jej plecami.
— Teoretycznie nie powinienem — przyznał ze spokojem, po czym powiódł wzrokiem z jej niebieskich tęczówek na dół, gdzie drugą dłoń położył na jej udzie. Zaczął nią leniwie przesuwać w górę, czując, jak jego ciepłe palce ogrzewają jej chłodną skórę. Mimowolnie w nim samym zaczęło narastać pewne napięcie. Gdy ponownie podniósł spojrzenie na ciemnowłosą, jego oczy stały się ciemniejsze. — Ale praktycznie, to chyba pora, by przekonać cię, że nikt nie robi tego tak dobrze, jak ja — uśmiechnął się zuchwale kącikiem ust, po czym pochylił się, by sięgnąć jej warg, w które wpił się jak w najsłodszy nektar.
Wraz z pogłębieniem pocałunku objął ramieniem Zoyę, a kciuk jego drugiej ręki znalazł się pod jej króciutką sukienką. Zacisnął dłoń na jej udzie, będąc blisko, ale na tyle, na ile pozwalało im miejsce publiczne. Przy niej łatwo było mu się zapomnieć, musiał się więc bardzo pilnować, żeby nie przekroczyć granicy tu, na stacji benzynowej.
Brzęk ekspresu do kawy oderwał go od niej kilkanaście słodkich sekund później. Zamiast jednak odsunąć się od niej, nachylił się do jej ucha.
— Jedźmy stąd — wyszeptał, odbijając na jej szyi swój gorący oddech i kciukiem, wciąż trzymanym pod materiałem sukienki, pogładził jej skórę. Dopiero wtedy cofnął głowę, żeby móc na nią spojrzeć, a dostrzegłszy aprobatę, przez jego twarz przebiegł cwany uśmieszek.
Po chwili, trzymając się za ręce, pospiesznie opuścili stację benzynową i wsiedli do Mercedesa. Tym razem, gdy ruszył w drogę, jego dłoń zaczęła pieścić jej udo coraz śmielej. Jednocześnie nie spuszczał wzroku z ulicy. Instynktownie szukał miejsca, gdzie mógł się zatrzymać.
Aż znalazł. Trochę dalej, leśną, niepozorną drogę donikąd, która jednak miała ich do czegoś zaprowadzić. Zaparkował trochę głębiej od głównej ulicy, tak, by samochód nie rzucał się w oczy. Zgasił silnik i spojrzał na Zoyę, żeby w jej niebieskich tęczówkach zobaczyć to samo, co czuł wewnątrz siebie — rosnące pożądanie.

Ty masz, co inne chciałyby mieć,
bądź przy mnie obok jak cień
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
mała jędza jestem utrzymanką
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wcale nie myślała o całowaniu się z innymi! Problem w tym, że to już się stało. Jakiś czas temu w Misano, kiedy sądziła, że tak łatwo przyjdzie jej zapomnieć o Lucienie. Nie potrafiła więc tak po prostu odpowiedzieć na jego pytanie, nawet jeśli padło w żartobliwym tonie, bo pomimo wszystko czuła się odrobinę winna. Przełknęła ślinę, wpatrując się w niego uważnie i dopiero wtedy uświadomiła sobie, że zupełnie straciła apetyt.
Teoretycznie nie powinienem; wcale nie brzmiało pocieszająco. Teoretycznie; według Zoi znaczyło tyle co nic i właśnie dlatego postanowiła trzymać język za zębami. W końcu to, co wydarzyło się w Misano, miało pozostać w Misano. Zresztą nawet nie znała imion swoich amantów; ba, nie miała pojęcia, co właściwie do niej mówili, bo przecież nie rozumiało włoskiego.
Czyli się nie liczyło. Dawno i nieprawda.
Dłoń Luciena niemal parzyła skórę Zoi, która w pierwszym odruchu lekko się wzdrygnęła. Jeszcze parę długich sekund zaprzątała sobie głowę tymi wszystkimi rozterkami, ale czując, jak atmosfera między nimi zaczęła gęstnieć, odwróciła wzrok ku oknom. Dodatkowo zawczasu przygryzła zgięty palec, aby nie zdradzić się żadnym niekontrolowanym dźwiękiem ani rozanielonym wyrazem twarzy, że pragnęła, aby kontynuuował.
Nikt nie robi tego tak dobrze jak ty, Lucien; chciała powiedzieć, kiedy energicznie ponownie odwróciła twarz w jego stronę. Przecież sprawdziłam; dodała głupio w myślach, ale właśnie w tym momencie zaskoczył ją pocałunkiem. Natychmiast, spragniona bliskości, poddała się pieszczocie, zaciskając obie dłonie na materiale swetra mężczyzny. Zoya nie zastanowiła się, jak ryzykowne było ich spoufalanie się na oczach tylu gapiów, ani nie zawahała, gdy niespodziewanie wsunął kciuk pod jej sukienkę i gwałtownie zacisnął palce na nagim udzie, rozbudzając w niej chęć na jeszcze w i ę c e j.
Dźwięk ekspresu do kawy pozwolił Zoi wyrwać się spod uroku Luciena. Natychmiast spięła ramiona i nieco nerwowo, zamglonym spojrzeniem rozejrzała się po otoczeniu. Kiedy napotkała wzrok sprzedawcy, odruchowo, z dziwnym zakłopotaniem, zaczesała kosmyk włosów za ucho. Lucien jednak w porę się nachylił i szepnął, przez co gorąc znów uderzył jej do głowy. Intuicyjnie wyczuła powracające napięcie, w momencie w którym jego dłoń znów niespiesznie pogładziła jej skórę.
Przytaknęła więc i uśmiechnęła się łagodnie, po raz kolejny na krótką chwilę łącząc z nim usta w pocałunku.
Serce Zoi biło jak oszalałe, a w głowie kłębiły się rozmaite, niekoniecznie czyste myśli, od których czerwieniały jej policzki. Jechali w ciszy, która zamiast krępować, jedynie podsycała atmosferę. Przez całą drogę czuła na nodze niespokojne palce Luciena, których opuszki coraz śmielej przesuwały się po jej skórze w stronę bielizny.
Wówczas odsunęła udo, aby jeszcze dobitniej dać mężczyźnie do zrozumienia, że nie mogli dłużej zwlekać.
Kiedy się zatrzymali, nerwowo wypuściła powietrze i rozejrzała się dookoła. Gdyby Zoya powiedziała, że nie czuła się zestresowana, to z pewnością by skłamała. Może i nie była romantyczką, ale nie spodziewała się, że ich pierwszy raz odbędzie się w lesie. Wyobrażała sobie raczej, że dojdzie do niego w domu, przy nocnej panoramy Toronto, na którą będą przez chwilę zerkać, zanim w szalonym tańcu pozbędą się ubrań.
Niemniej, po tylu wpadkach i niedokończonych pocałunkach... Nagle zaśmiała się z aprobatą i mimowolnie uznała, że to osobliwe miejsce jednak pasowało idealnie.
Spojrzała na Luciena z rosnącym pożądaniem, po czym znienacka zarzuciła nogi na jego uda.
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Use the sleeves of my sweater
Let's have an adventure
Head in the clouds but my gravity's centered
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


Zoya Weasley
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
mała jędza jestem utrzymanką
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description

— Czy to możliwe, że Lucien Spencer oszalał na moim punkcie? — zapytała rozchichotana, choć nawet przez ułamek sekundy w to nie wierzyła. Raczej stroiła sobie z niego żarty, spełniona i szczęśliwa, że wreszcie mogli spędzić razem tych kilka intymnych chwil.
Cofnęła rękę i, zanim zdążył jej odpowiedzieć, ponownie szybko cmoknęła go w usta. Nie mogła uwierzyć, jak bardzo uwielbiała jego towarzystwo i jak swobodnie zaczęła się przy nim czuć, odkąd wreszcie p o r o z m a w i a l i. W tym momencie najchętniej obdarowałaby Luciena kolejnymi pocałunkami, ale wiedziała, że powinni się już zbierać, więc odsunąwszy się, sięgnęła po klamkę, aby następnie wysiąść. Musiała jeszcze znaleźć swoje stringi, które ubrała już na zewnątrz, stojąc boso na piasku.
Bardzo cię lubię. Nie zepsujmy tego układu.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Use the sleeves of my sweater
Let's have an adventure
Head in the clouds but my gravity's centered
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description

Postradał zmysły, bez wątpienia. W przeciągu tych kilku upojnych chwil mocno zawróciła mu w głowie, ale zupełnie mu to nie przeszkadzało. Przepełniało go spełnienie i szczęście, choć jej szybki cmok pozostawił w nim mały niedosyt. Sięgnął po swoje bokserki, które szybko na siebie naciągnął, jednocześnie zerkając na dziewczynę, która zabrała się za poszukiwanie dolnej części bielizny. Znalazłszy ją u własnych stóp, podniósł ją i wyciągnął w jej stronę.
— Przynajmniej te są całe — uśmiechnął się iście szelmowsko. — Tamte ci odkupię — dodał zaraz, po czym pochylił się między przednimi siedzeniami po koszulkę, którą na siebie założył. — Jak już w końcu odzyskam swój portfel. Powinnaś mnie podsumować za cały ten weekend — ściągnął brwi z trochę już większą powagą, wychodząc z auta i sięgając po swoje spodnie.
Fakt, że jego portfel zapodział się u Ellie od piątku, po sobotnim wyjściu na festiwal ziemniaka oraz dzisiejszej wizycie na stacji benzynowej wiązał się z coraz większym rachunkiem, który Zoya powinna mu wystawić tuż po powrocie do Toronto. Tak, jak z zakupu części do auta na kredyt, tak i z jej wydatków na jego auto oraz tortillę zamierzał się rzetelnie rozliczyć. Pieniądze nie stanowiły dla niego problemu, o ile miał do nich dostęp.
Po wciągnięciu na siebie spodni założył buty, uprzednio oczyszczając sobie skarpetki. Widząc stojącą boso Zoyę na piachu, przez jego twarz przebiegł szelmowski uśmiech. Zaraz potem raptownie pochylił się ku niej i złapał ja mocno za uda, by następnie w towarzystwie jej pisku przerzucić ją sobie przez ramię i zanieść na drugą stronę auta, gdzie już z niezwykłą ostrożnością usadził ją na fotelu pasażera. Zanim się odsunął, obdarzył ją jeszcze jednym buziakiem, po czym obszedł samochód i zajął miejsce kierowcy.
— Daj mi swoje nogi — poklepał się po kolanie, spojrzeniem znacząco przesuwając po jej udach. — Pozwólmy im odpocząć od tych ciężkich butów — sprostował zaraz z udawaną krytyką oraz czającym się w oczach rozbawieniem, kiedy wyciągał czarne trapery dziewczyny spod swojego fotela, by przenieść je na jej wycieraczkę.

Po chwili wyjechali już na drogę. Z założonymi na nosie okularami przeciwsłonecznymi patrzył przed siebie, jedną ręką trzymając kierownicę, gdy druga swobodnie spoczywała na jej zgrabnych nogach. Dłonią niespiesznie gładził jej łydkę do melodii granej cicho w radiu.
— Jak myślę o tym, co mnie czeka po powrocie do Toronto to chyba wolałbym w ogóle nie wracać — jęknął z teatralnym niezadowoleniem. — Założę się, że będzie czekał na mnie całkiem niezły komitet powitalny — zmarszczył brwi, wyobrażając sobie Johnny’ego i mamę, czekających na wyjaśnienia.
Co prawda, jeszcze w sobotę poprosił Zoyę o pożyczenie mu na chwilę telefonu, żeby mógł się zalogować na swój komunikator i wysłał wszystkim zainteresowanym krótką wiadomość, że wróci w poniedziałek, ale nie spodziewał się, że ten dzień przeciągnie się do późnego popołudnia. Zanim dostanie się do domu, najpierw będzie musiał zajrzeć jeszcze do Ellie po klucze i portfel. A potem kupić nowy telefon. Czyli będzie już dawno po zmroku.
— A ty? Kiedy wracasz do pracy? — zapytał swobodnie, przenosząc na nią pełen zainteresowania wzrok.

Zoya, zoya, zoya!
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
mała jędza jestem utrzymanką
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Powinny być jakieś drogie. Może jednej z tych marek, których sam używasz? — Oczywiście, że żartowała. Zachichotała więc uroczo i zmarszczyła nosek, po czym machnęła ręką, dając Lucienowi do zrozumienia, że nie musiał się fatygować z kupowaniem jej bielizny. Następnie odebrała od niego swoje majtki i wciągnęła już na zewnątrz wciągnęła je na siebie.
Zaraz wyprostowała się i wygładziła dłonią ubranie, a potem przeczesała palcami również włosy, które zdążyły potargać się tu i ówdzie. Zoya była w doskonałym nastroju. Taka rozpromieniona, roześmiana od ucha do ucha i wyraźnie usatysfakcjonowana. Na domiar wciąż miała zaróżowione od wysiłku policzki, co dodawało jej dziewczęcego blasku. W tym momencie naprawdę niewiele trzeba było, aby rozbawić ją jeszcze bardziej.
— Policzę ci podwójnie za nocleg i wspólny prysznic — wytknęła, kierując palec w stronę mężczyzny, gdy tak nonszalancko wysiadł z samochodu i po prostu zaczął naciągać spodnie na pośladki. Przyglądała mu się z wcale niesłabnącą fascynacją, ale jednocześnie skrzyżowała ramiona na piersi i cierpliwie czekała, aż skończy.
Tak naprawdę, poza ewentualnym zwrotem kosztów paliwa, które były akurat kolokwialne, całą resztę mógł sobie darować.
Niespodziewanie uniosła brwi, dostrzegłszy na twarzy Luciena podejrzany uśmieszek. Odruchowo rozluźniła ramiona, ale kiedy mężczyzna nagle przerzucił ją sobie przez ramię, natychmiast zapiszczała. W rozbawieniu kilkukrotnie klepnęła go dłońmi w plecy, jednak szybko zrozumiała, że na nic zdały się te żałosne próby protestu. Wygięła się więc do tyłu, aby lepiej obserwować, jak ruszyli w stronę miejsca pasażera. Krótki, słodki pocałunek, a potem trzask zamykanych drzwi, zwiastujący dalszą podróż, stanowiły idealne zwieńczenie ich wspólnych chwil.
— Jesteś bardzo uroczy. Czyżbyś liczył na drugą rundę przy kolejnym skrzyżowaniu? — zapytała żartobliwie, rzeczywiście przerzucając nogi na uda Luciena.
Było m i ł o.
Ułożyła się bokiem w fotelu, skąd miała doskonały widok na profil Spencera. Przyglądała mu się uważnie, co rusz zerkając na jego dłoń, która czule gładziła jej łydkę. Tymczasem senność coraz śmielej ciążyła na powiekach Zoi. Dopiero kolejne słowa mężczyzny sprawiły, że poruszyła się niespokojnie i nieznacznie uniosła głowę znad oparcia.
— Wcale nie musisz się nikomu tłumaczyć — stwierdziła od razu. — Przecież nie zawaliłeś swoich obowiązków. Miałeś wolny weekend. Z dala od pracy. Jesteś dorosły — dodała, chcąc jedynie jeszcze dobitniej uzasadnić swoje stanowisko. — Możesz kazać wszystkim się pieprzyć — dorzuciła i po prostu wzruszyła ramionami.
Może i słowa Zoi nie należały do najgrzeczniejszych, ale nie zamierzała ich cofnąć. W końcu nie widziała powodu, dla którego Lucien miałby przejmować się cudzymi oczekiwaniami, skoro, halo, tak naprawdę, nikomu niczego nie był winien.
Momentami odnosiła wrażenie, że na Lucienie spoczywała zdecydowanie zbyt duża presja. Środowisko wymagało od niego, aby był idealny, osiągał najwyższe wyniki i spełniał wszystkie oczekiwania. A przecież i tak był fantastycznym człowiekiem, który nie musiał nikomu niczego udowadniać ani za wszelką cenę podporządkowywać się jakiemuś wzorcowi kierowcy. Nieważne, czy chodziło o jego menedżera, ludzi ze świata formuły, czy… po porstu pozostałych bliskich mu osób.
Słysząc jego pytanie, Zoya automatycznie skierowała twarz ku przedniej szybie i cmoknęła.
— Nie wracam. Zwolnili mnie — oznajmiła, po czym ponownie spojrzała na Luciena. Kiedy jednak i on zwrócił ku niej głowę, znów uciekła wzrokiem w stronę drogi.— Po Misano, podczas nocnej zmiany, dyżurujący weterynarz pojechał na wezwanie do jakiegoś dzikiego zwierzęcia. W międzyczasie w klinice pojawił się policjant z rannym psem. Jestem tylko technikiem, więc zgodnie z procedurami powinnam odesłać ich do innego szpitala, ale wiedziałam, że wtedy zwierzę nie przeżyje. Z pomocą tego funkcjonariusza zaszyłam psu ranę. Na szczęście wszystko się udało, ale mnie wywalili — opowiedziała, krok po kroku odtwarzając przebieg tamtej patowej sytuacji. Od tamtych wydarzeń minęło już wystarczająco dużo czasu, aby zdążyła oswoić się zarówno z emocjami towarzyszącymi nieoczekiwanemu zabiegowi, jak i z samą utratą pracy. To również musiała w sobie przepracować, ale ostatecznie zrozumiała coś istotnego. — I tak nie chcę być weterynarzem. Nie podoba mi się ta praca, więc ostatecznie dobrze wyszło — dodała, wzruszając ramionami i uśmiechając się szczerze.
Zoya musiała jeszcze odnaleźć swoją drogę, ale przynajmniej wiedziała, że nie szła ona przez szpital weterynaryjny.
— Jestem teraz bezrobotna, więc dam sobie dwa miesiące na znalezienie czegoś nowego — wyjaśniła. Zsunęła nogi z ud Luciena, po czym zaczęła opieszale ubierać buty. — Jeśli przez ten czas niczego nie znajdę, to w Huntsville mam zapewnioną pracę jako fizjoterapeutka. Najwyżej wrócę — dodała niby obojętnie, ale w głosie Zoi dało się słyszeć podejrzanie drżenie. Nie była jeszcze w pełni gotowa na stały powrót w rodzinne strony, ale wiedziała, że poduszka finansowa na życie w Toronto wystarczy jej jedynie do końca listopada. — Będziesz mógł mnie odwiedzać. Czasem.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Use the sleeves of my sweater
Let's have an adventure
Head in the clouds but my gravity's centered
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

— Widzę cię w Victoria's Secret, Aniołku — mruknął z łobuzerskim uśmieszkiem. Dla niego składane obietnice były świętością, więc nawet, jeśli Zoya właśnie zbagatelizowała sprawę uszkodzonej przez niego przed prysznicowymi igraszkami bielizny, tak zamierzał dotrzymać słowa.
Musiał przyznać przed sobą, że błogie szczęście i beztroska malujące się na jej twarzy były wspaniałym widokiem. Właściwie nawet tak satysfakcjonującym, że przez jego głowę przemknęła myśl, że w tej wersji podobała mu się najbardziej oraz chciałby widzieć ją t a k ą częściej. Zwłaszcza, że to o n się przyczynił do jej obecnego stanu.
— To będzie długi i niewiarygodnie wysoki rachunek — zaśmiał się w odpowiedzi na jej udawaną groźbę, by zaraz potem podnieść ją i, zupełnie nic nie robiąc sobie z jej protestów, posadzić z przodu w aucie.
Druga runda w jej ustach brzmiała zdecydowanie zbyt kusząco, toteż posłał jej tajemnicze spojrzenie, celowo stosując kilku sekundową pauzę, zanim znów w jego oczach zatańczyły zawadiackie iskierki.
— Po prostu chcę cię mieć blisko — wyznał rozbrajająco szczerze, już po chwili ciesząc się dostępem do jej zgrabnych nóg.
Nadal nie potrafił nadziwić się, w jak naturalny sposób się ze sobą porozumiewali oraz jak swobodnie czuł się przy niej. Wszystko, nawet rozmowy na temat powrotu do rzeczywistości, w jej obecności nie wydawały mu się tak straszne, choć z pewnością ich rozłąka przynosiła mu pewien smutek. Ten na chwilę został rozwiany przez jej dobitne stwierdzenie, na które parsknął śmiechem.
— Chciałbym, żeby to było takie proste — przyznał z wciąż widniejącym na jego twarzy uśmiechem. — W niedzielę mamy z rodzicami tradycję brunchu lub obiadu, a w poniedziałek rano powinienem stawić się na treningu. Wyjście z rutyny potrafi stworzyć pytania, których raczej nie uniknę — wzruszył ramieniem, pogodzony z własnym losem. Podczas drogi powrotnej miał chwilę do namysłu, by przygotować sobie w głowie odpowiedzi.
Niby to nie było nic wielkiego, ale każde odejście od normy wydawało się trochę podejrzane, a on musiał uciąć wszelkie domysły. Nie zamierzał kłamać ani się zbytnio tłumaczyć, ale rodziców oraz zespół należało uspokoić. Bywali strasznie przewrażliwieni.
Nic nie zapowiadało wiadomości, którą po chwili Zoya go uraczyła. Na słowo zwolnienie jego brwi drgnęły ku górze. Instynktownie spojrzał w jej stronę. Pod wpływem jej nagłego zmieszania rysy twarzy mężczyzny złagodniały. Przeniósł spojrzenie z powrotem na drogę.
— Och — wyrwało się z jego ust, kiedy usłyszał o rannym psie, ale nie przerywał jej, dopóki nie skończyła opowiadać. — Uratowałaś psa? — dopytał po chwili z zaskoczeniem, ale i ewidentnym uznaniem w głosie. Powiedział to bez żadnego osądzania, a z prawdziwym podziwem. — To wymagało ogromu odwagi, Zoyu, nie każdy by tak postąpił. Powinni być ci wdzięczni, a nie cię za to karać — stwierdził z przekonaniem i impulsywnie przeniósł swoją dłoń na jej kolano, by pogładzić ją w geście wsparcia.
Po raz kolejny przekonał się, jak bardzo uwielbiał w niej to, jaką była empatyczną osobą. Sytuacja wymogła na niej bardzo ciężki wybór, ale nie wahała się, niosąc pomoc. Los podjął próbie jej moralność. A Lucien był z niej dumny.
Możliwość powrotu do Huntsville wiązała się z utrudnieniami w ich układzie, a świadomość tego niespodziewanie go zakuła. Jej drżący głos wyłapał bez żadnego trudu, choć ciężko było mu przypisać powody, które to wahanie wywołały. Mimo że odsunęła się od niego, nie zamierzał pozostawiać jej z negatywnym myśleniem. Położył swoją wolną dłoń na desce pomiędzy nimi.
— Na pewno coś znajdziesz. Jesteś bystra, dzielna i inteligentna, Toronto z pewnością ma dla ciebie jeszcze wiele do zaoferowania — oznajmił pewnym siebie głosem, nie dopuszczając do siebie innej możliwości. Miał nadzieję, że w ten sposób podniesie ją na duchu. Na moment zagryzł dolną wargę w zamyśleniu. — W tym czasie możemy wykorzystać te dwa miesiące, jak najlepiej się da — zaoferował po chwili. — Co prawda, teraz mam wyjazd do Niemiec, ale po weekendzie wracam i nie ruszam się z miasta przez następne trzy tygodnie. Co oznacza, że wieczorami będę mieć mnóstwo czasu dla pewnej pięknej ciemnowłosej. — Przeniósł na nią swoje jasne tęczówki i obdarzył ją zawadiackim uśmiechem.
Perspektywa spędzenia z nią większej ilości czasu jawiła mu się w bardzo przyjemnych barwach.

Zoya Weasley
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
mała jędza jestem utrzymanką
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Uroczo się uśmiechnęła, kiedy wspomniał o popularnej bieliźnie z Victoria Secret, ale nie skomentowała tego w żaden sposób. Niemniej była kobietą. Ładną kobietą, która mimo swojej dość specyficznej natury ranczerki lubiła też ładne rzeczy. Wielokrotnie widywała kusą, koronkową bieliznę w pięknych, nasyconych kolorach i tylko sporadycznie pozwalała sobie na jej zakup, bo jak dotąd uważała, że były to zbędne wydatki.
Stringi i biustonosze z sieciówek wydawały się wystarczające, kiedy nie miało się dla kogo przyodziewać czegoś bardziej wyszukanego.
Zaraz zaśmiała się szczerze, posyłając w stronę mężczyzny szeroki uśmiech, który odsłonił rząd ząbków. Gdyby rzeczywiście miała go podliczyć, jak ta, o zgrozo, pani lekkich obyczajów, musiałaby wystawić mu pięciocyfrowy rachunek. Tymczasem nawet przez myśl jej nie przeszło, aby potraktować sprawę w ten sposób. Po pierwsze i najważniejsze nie była prostytutką (!), a po drugie, czas spędzony z Lucienem przynosił jej tyle samo satysfakcji, co jemu.
Potwierdziły to również jego kolejne słowa. Zoya przechyliła lekko głowę i spojrzała na niego... chyba trochę rozanielona i zachwycona aurą, jaka ich otaczała. Ba, nie była romantyczką i nie potrzebowała nie wiadomo jakich gestów, aby poczuć się spełniona, a jednak miała wrażenie, że w towarzystwie Luciena wszystkie emocje przychodziły jej znacznie łatwiej. Przynajmniej odkąd wyjaśnili sobie nieporozumienia.
— Nie jesteś robotem. To, że raz czegoś nie zrobisz, nie powinno stanowić powodu do większego zainteresowania — upierała się przy swoim, mimowolnie irytując się na otoczenie Luciena. Może nie powinna aż tak się tym przejmować, ale intuicyjnie sama zaczynała odczuwać presję związaną z tym, że czegoś nie zrobił.
— Zawsze regulamin i procedury są ważniejsze — rzuciła i wzruszyła ramionami. — Chyba sam o tym wiesz — dodała, posyłając mężczyźnie wymowne spojrzenie.
Dopiero co rozmawiali o jego charakterystycznej rutynie. Ta, choć zgoła inna, obowiązywała też w każdej klinice weterynaryjnej. Tak, Zoya uratowała psa. Udało jej się, pomimo że nie była do tego przygotowana, ale sprawa z pewnością skomplikowałaby się znacznie bardziej, gdyby zwierzę zmarło jej na stole.
Kiedy skończyła zakładać buty i usłyszała, jak otwarcie ją pochwalił, przez chwilę spoglądała na niego w milczeniu. Odrobinę się spieła. Nawet ojciec nigdy nie powiedział podobnych słów, dlatego gdzieś głęboko w sercu poczuła przyjemne ciepło. Chyba właśnie tak powinna wyglądać relacja z dojrzałym mężczyzną, który wspierał niezależnie od okoliczności.
Szkoda, że to tylko chwilowe, ale zdecydowanie miłe.
— Może udałoby nam się gdzieś wyjść? — zaproponowała. Wiedziała, że ze względu na konieczność ukrywania relacji mogło to być trudne, ale przecież nie musieli od razu wybierać się w zatłoczone miejsce. Mogli chociaż wybrać się na jesienny spacer. — Byłoby fajnie — dodała, uśmiechając się łagodnie w odpowiedzi na jego zawadiackie uniesienie kącików ust, po czym odwróciła twarz w stronę bocznej szyby.
Do Toronto mieli jeszcze ponad godzinę drogi. Nie zdążyli nawet wyjechać z otaczającego Huntsville lasu, więc przez kolejne minuty Zoya przyglądała się rozłożystym koronom drzew. Nawet nie zauważyła, kiedy powieki zaczęły jej ciążyć i ostatecznie zasnęła.

K o n i e c.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”