U b r a n k o
Właściwie niewiele widziała Luciena przez resztę dnia, odkąd zjedli wspólnie śniadanie z Williamem. Cieszyła się, że tym razem jeden z braci nie wściubiał nosa w ich relację, a zamiast tego zainteresował się zupełnie innymi tematami, które najwyraźniej zbliżyły go do Luciena. Z ulgą pozwoliła więc mężczyznom zająć się
własnymi sprawami, a sama jedynie potem na chwilę zajrzała do garażu, aby przynieść im obiad i kawę.
Resztę czasu poświęciła obowiązkom na farmie, które obejmowały karmienie zwierząt, uprzątnięcie kilku boksów i doprowadzenie domu do porządku.
Kiedy Zoya wreszcie uporała się ze wszystkim, pozostało jej już tylko czekać na werandzie. Zniosła na schody wszystkie bagaże, w których znalazły się rzeczy, jakie od dawna chciała zabrać do Toronto, ale dotąd nie miała ku temu okazji. Do jednej z toreb spakowała również kilka słoików z domowymi przetworami.
Podniosła się, gdy turkusowy samochód przekroczył bramę i potoczył się piaszczystą drogą w stronę domu. Zeszła po schodach, a kiedy dostrzegła za kierownicą Willa, szczerze się zdziwiła. Nie przypuszczała, że Lucien byłby skłonny powierzyć komuś swoje auto. W końcu nawet jej własna przygoda za tą konkretną kierownicą była dziełem przypadku.
Pomimo tego, powitała ich uśmiechem.
—
Cieszę się. — Zaśmiała się na widok Luciena, który w niespodziewanym geście ukłonił się przed nią, po czym wskazał na swój wciąż obłocony samochód. Niedługo później sprawnie się spakowali, a jeszcze przed odjazdem Zoya zamieniła kilka słów z Willem. Żywiołowo gestykulując,streściła mu wszystko, co udało się zrobić na farmie i wskazała rzeczy, jakie nadal wymagały korekty.
—
Tak, wszystko — potaknęła. Przez krótką chwilę patrzyła w ciemne okulary Luciena, aż w końcu sięgnęła po pas. —
Nie bądź złośliwy — mruknęła, po czym z czystej przekory, wytknęła mu język.
Na szczęście temat podróży i pokiereszowanego auta mogli wreszcie zostawić za sobą. Zakrapiany weekend Luciena, uszkodzony Mercedes, ranczo i bracia stali się przyjemnym wspomnieniem, które ostatecznie doprowadziło ich do tej chwili. Chwili, w której mieli prawo nacieszyć się swoim towarzystwem i
przywilejami, jakie dawał im
u k ł a d.
Zoya od razu zacisnęła palce na dłoni Luciena, odwzajemniając jego uścisk. Ten gest wywołał na jej ustach zadowolony uśmiech, który jednak szybko zniknął, gdy mężczyzna wspomniał, że...
była mu coś winna. Spojrzała na niego spod ściągniętych brwi. Zaraz zmarszczyła je jeszcze bardziej, jak zauważyła, jak szelmowsko uniósł kąciki ust.
Gdy Lucien skończył mówić, Zoya przekornie odsunęła jego dłoń od swojej i ostrożnie ułożyła ją na gałce zmiany biegów, po czym sugestywnie dwukrotnie ją poklepała.
—
Nie wzbudzisz we mnie wyrzutów sumienia — uprzedziła go. Przecież dopiero co ustalili, że nie musiała mu niczego oddawać. Jednak umycie auta potraktowała jako własny obowiązek, skoro czekała ich długa podróż do domu. Wyciągnęła więc palec i wskazała na najbliższe skrzyżowanie. —
Tam będzie stacja benzynowa z myjką. Może kupimy też kawę?
Zoya obiecała, że zajmie się czyszczeniem Mercedesa, dlatego początkowo Lucien mógł jedynie stać z boku i przyglądać się jej zmaganiom z myjką ciśnieniową. Nie miała zbyt dużego doświadczenia w korzystaniu z tego typu urządzeń, bo kilkukrotnie gwałtowny strumień wody zaskoczył ją na tyle, że aż odrzuciło ją do tyłu. Pomimo tego przez cały czas jawnie podśmiewała się z własnej nieporadności i zupełnie nie przejmowała się tym, jak komicznie musiała wyglądać.
W pewnej chwili, wielce rozbawiona wycelowała strumień wody tuż nad głową Luciena. Potem z zadziornym uśmieszkiem obserwowała, jak mężczyzna odruchowo uniósł dłoń, aby osłonić się przed cieczą. Tymczasem drobne krople, połyskujące w promieniach tego niezwykłego październikowego słońca, i tak opadły na jego sylwetkę.
Ostatecznie Zoya oddała mu pistolet, przy czym skradła krótkiego całusa. Nastęnie skupiła się na przecieraniu karoserii szmatką. Z tym poradziła sobie zdecydowanie lepiej.
Podczas tankowania oparła się bokiem o drzwi samochodu. Patrzyła w kierunku meżczyzny z niewinnym uśmiechem, choć w jej głowie rozlały się figlarne myśli. Co rusz przenosiła ciężar ciała z jednej nogi na drugą i niby na słońce wysuwała przed siebie raz jedną stopę, raz drugą. Przez to krótka sukienka kilkukrotnie podwinąła się niestosownie wysoko, dzięki czemu Lucien mógł przez chwilę doglądnąć jej nagich ud.
Potem, gdzieś w międyczasie, przeciągnęła się leniwie i uniosła ramiona nad głowę, przez co materiał znowu podwinął się wyżej, niż wypadało. Nie spieszyła się z poprawieniem go i jedynie śmiało spojrzała na mężczyzne, uprzednio marszcząc ten swój uroczy nosek.
W środku zamówili coś do jedzenia i tą upragnioną dla Zoi kawę. Na jednej z kanap oparła głowę na ramieniu Luciena. Jedną dłoń zaczęła subtelnie przesuwać wzdłuż jego uda (mocniej dociskała palce wyżej, po czym zawracała i okrążała miejsce nad kolanem, aby zaraz ponowić każdą z czynności), zaś drugą jadła wegetariańską tortille.
—
Tak sie zastanawiam — Zmieliła nerwowo ślinę, po czym na moment odłożyła
rolo na papierowy talerzyk i wyprostowała się, aby spojrzeć na Luciena. Zaraz wciągnęła powietrze. —
Skoro to otwarty związek, to całowanie się z innymi jest w porządku, prawda? — zapytała głupio. —
Gdybym tak na przykład... ale czysto teoretycznie... na jakiejś imprezie... — Naprawdę powoli wypowiedziała każde ze słów. Jednak narastająca w Zoi niepewność, gwałtownie uświadamiała ją jak bardzo była naiwna. Przecież podczas pikniku sama zaznaczyła, że oboje znali swoje granice, dlatego teraz ten cichy, złośliwy głos w jej głowie wręcz krzyczał, że właśnie je przekroczyła. Niemniej słowa już padły, więc musiała kontynuować. —
Gdybym się z kimś całowała, to byłbyś zły?
Lucien Spencer