Nie mogła w to uwierzyć.
Przecież to było niemożliwe.
To nie mógł być on. A jednak był. Sprawdziła to już dziesiątki razy, kiedy wybiegła od Luciano i wyleciała na opustoszałe ulice Toronto. Dochodziła piąta. O tej porze miasto normalnie powoli budziło się do życia, słońce gdzieś za horyzontem czaiło się do pobudki, a teraz? Teraz nie było nikogo. Budziki nie zadzwoniły, światła się nie paliły, telefony podłączone do ładowarki na noc wcale się nie naładowały… wszyscy spali. Tylko nie ona.
Nie ona i nie pierdolony komisariat, który zawzięcie szukał jej męża jako głównego podejrzanego o morderstwo zastępcy komendanta. I znalazł. Chociaż przecież ona doskonale wiedziała, że to nie Madox. Po pierwsze bo całą dobę spędził u jej boku. Nawet na moment się nie rozdizlili na tyle, żeby zdążył zajechać na komendę, a po drugie… no przecież kurwa widziała kto to był.
Na nagraniu, które
ktoś wykonał z ukrycia, na którym widać jak
”Noriega” strzela do Georga było coś jeszcze. Lustro. Trochę ukryte, z tyłu. Nie było go widać przez cały czas, dopiero jak oprawca podniósł rękę z tatuażem ze skrzydłami i jak odpowiednio się przybliżyło. Nie trzeba było być orłem, żeby zobaczyć dwie rzeczy, które od razu się ze sobą nie zgrywały. Po pierwsze to, że na drugiej ręce nie miał nic. A przecież Madox na swojej miał
r ó ż ę, o której nie każdy wiedział, bo była z Rio, wiec świeża, a do tego koliberka. To już wystarczajaco mogło wyczyścić Noriegę z zarzutów. Problem był jednak w tym, co można było zobaczyć patrząc kawałek wyżej.
Na odbicie twarzy.
—
Kurwa… odbierz! — warknęła do siebie, przebiegając przez kolejną przecznicę. Numer na komisariat był kompletnie niedostępny, u Becka od razu włączała się poczta, a Eliot… nie odbierał. Jeden sygnał, drugi, jedenasty… nie miała pojęcia jak wiele razy próbowała się już do niego dodzwonić, ale bateria na jej telefonie sugerowała jasno, że nie miała dużo czasu.
Na nic kurwa nie było czasu.
Bo jeśli to, co napisał jej ktoś z nieznanego numeru było prawdą, Noriega miał przejebane. Przecież dobrze wiedziała, co zrobili mu ostatnim razem, gdy myśleli, że ją skrzywdził, a to? Morderstwo na zastępcy komendanta? W dodatku na
k o m e n d z i e? Nie będą mieli dla niego żadnej litości. Tego była akurat pewna. Szczególnie, że dookoła panował pieprzony blackout. Kamery nawet gdyby chciały to nie działały. Mogli zrobić z nim co tylko chcieli…
—
Ja pierdole — przyjebała w jakiś pierwszy lepszy śmietnik, czując, jak serce podchodzi jej do samego gardła. Bała się. Tak kurewsko się o niego bała. Nie myślała już o Lunie ani tym co powiedział Luciano. Jedyne wokół czego kręciły się jej myśli to Madox. Pieprzony Madox Noriega, który zaledwie w rok wypierdolił jej życie kompletnie od góry nogami. Sprawił, że nauczyła się kochać. Że wyzwoliła w sobie tak skrajne emocje z głębi duszy, o których istnieniu nawet nie miała pojęcia. I chociaż brzmiało to ckliwie, to on naprawdę był sensem jej egzystencji, a myśl, że coś mogło mu się stać… przyprawiała ją o mdłości. Wariowała. A bezsilność jeszcze wszystko potęgowała.
Wbiegła na most nad ekspresówką. Jeszcze raz sprawdziła telefon. Eliot dalej nie odbierał. Nie miała zamiaru zostawiać mu wiadomości na poczcie, bo przecież tego nikt kurwa nie czytał, a komisariat był przecież na drugim końcu miasta. I chociaż wolałaby porozmawiać z nim na lini… no nie zostało jej nic tylko wysłać głosówkę. Weszła szybko w wiadomości i widząc ostatnie dwie kreski przy baterii, złapała w płuca więcej powietrza.
—
Eliot, kurwa, posłuchaj mnie! — wydyszała, biegnąc wzdłuż wiaduktu. —
To Dalton. Dalton strzela do Jonesa. W trzydziestej sekundzie, jak podnosi rękę widać na prawo lustro za filarem. Kurwa mać. Nie wiem, kto to nagrał ani jak udało mu się wyjść z zakładu, pewnie przy blackoucie, ale to musiało być ustawione. Błagam cię kurwa… nie róbcie mu krzywdy — głos jej się załamał. Może z braku powietrza w płucach, a może na samą myśl, jak mogli wysłać jej męża do piachu zanim jeszcze dojadą na komisariat. —
To nie on — dodała jeszcze cicho i puściła wiadomość nim… sekundę później wyładował się jej telefon i oficjalnie została odcięta.
Serce łomotało jej w piersi.
Potrzebowała pomocy.
Podwózki, telefonu… czegokolwiek.
I to właśnie dlatego zaraz po zbiegnięciu ze schodów, skierowała się w lewo, w dzielnice, w której mieszkała
Pati.
W tym samym czasie na jednej z ulic za miastem po raz kolejny wybrzmiał huk.
Kilka ptaków odleciało spłoszonych z drzew.
Pewnie kruki. One zawsze zwiastowały wszystko co najgorsze… śmierć, wojnę, przemijanie. Dwie osoby leżały na chłodnym asfalcie, wijąc się z bólu. Gdzieś obok była kałuża krwi. I chociaż Madox nie mógł dokładnie widzieć, co się działo, kto z kim walczył, tak po chwili mógł słyszeć, jak
ktoś rozprawia się z drzwiami, za którymi siedział.
Nie była to jednak kwestia przekręcenia klucza, a raczej wyłamanie zamka łomem. Coś trzasnęło, trochę dymu z przepalonej opony wdarło się do środka, a kiedy przyjrzał się dokładniej, mógł zobaczyć
mężczyznę. Miał na sobie czarną bluzę i kominiarkę na twarzy.
—
Wysiadaj, Noriega — warknął ostro, machając ręką i przy okazji rozglądając się dookoła. —
No już, kurwa! — był przyjacielem, czy może wrogiem? Ciężko było stwierdzić, ale jedno było pewne:
na pewno nie był z policji. No i pytanie co na to funkcjonariusze w dwóch kolejnych radiowozach, którzy właśnie podjeżdżali na miejsce.
¡bajar, Noriega!