Głośniki zatrzeszczały, a rozmowy na placu stopniowo ucichły.
Jedynie kilka kruków przeleciało nad głowami dzieciaków w różnym wieku, idealnie stojących w rzędzie, czekających na wyrok. Nawet kurwa ptaki nie chciały tego oglądać. Bunny zadarła głowę, przez moment wpatrując się w ciemny klucz na niebie, do momentu, aż na scenie nie pojawił się mężczyzna w idealnie skrojonym garniturze. Włosy miał zaczesane do tyłu, a intensywnie niebieski kolor mienił się w słońcu. Do tego uśmiechał się, jak w reklamie pasty do zębów.
Obrzydlistwo. Cały ten obrazek był tak sztuczny, że Carver momentalnie robiło się niedobrze.
—
Moi mili! Mieszkańcy Dystryktu Drugiego… — zaczął, rozkładając ręce na boki. —
Jakże wspaniale jest widzieć was tutaj, zebranych, by wspólnie celebrować kolejne Dożynki! Nadszedł ponownie ten wyjątkowy dzień, w którym dwójka obywateli otrzyma zaszczyt reprezentowania naszego Dystryktu!
Z a s c z y t.
To słowo tak bardzo nie pasowało do sytuacji, że gorzej się chyba nie dało.
Bunny zacisnęła zęby. Oczywiście była wystarczająco dobrze wyszkolona, by nie pokazywać swoim zachowaniem żadnych emocji, jednak w środku cała wrzała. Niewidziła Dożynek, zawsze, a jednak tym razem miała złe przeczucia. Nie umiała tego wyjaśnić, bo przecież zawsze przed losowaniem była niespokojna, ale tym razem wszystko wydawało jeszcze bardziej
przerażające. Czuła, jak kostucha skrada się tuż za nią. Dosłownie miała wrażenie, że oddech śmierci odbija się jej na szyi. A jednak stała prosto, z rękami splecionymi przed sobą i brodą zadartą wysoko.
Dumnie.
Jak zawsze uczył ją ociec.
—
A teraz przejdźmy do losowania szczęśliwca, któremu przyjdzie zwalczyć za nasz Dystrykt! — krzyknął podekscytowany, podchodząc przy okazji do ogromnej kuli, w której znajdowały imiona wszystkich chłopców z Dystryktu. Imiona
s z c z ę ś l i w c ó w. Wsunął dłoń pomiędzy
setki idealnie złożonych karteczek i zaczął nimi mieszać. W jedną, drugą, a potem z powrotem.
No rusz się, kurwa, warknęła w myślach, mając wrażenie, że zaraz nie wytrzyma. Czuła, jak wszystko się w niej zaciska, a mężczyzna na scenie jakby w końcu jej posłuchał. Złapał w palce
jednen kawałek papieru i ostrożnie rozprostował. Przysunął do oczu, przeczytał, a potem uśmiechnął się szeroko. —
Tegorocznym reprezentantem Dystryktu Drugiego zostaje… Josh Carver!!
Cisza.
Pierdolona cisza panowała dookoła.
Jedni oddychali z ulgą, inni niedowierzali, kurwa, sama Bunny nawet jeszcze nie uświadomiła sobie, co właśnie się stało.
Josh Carver.
Kurwa.
Jej wzrok momentalnie odnalazł brata w tłumie. Ludzie zaczęli się rozstapywać, a on sam przez moment stał nieruchomo. Jego twarz była kompletnie pozbawiona wyrazu, chociaż ona dostrzegła, jak drgnęła mu szczęka. Widziała, jak palce zacisnął w pięści. Jak na ułamek sekundy jego wzrok uciekł w stronę matki, a potem… a potem się uśmiechnął.
Uśmiechnął się, kurwa, jak naprawdę coś wygrał.
—
To zaszczyt! — zawołał z udawaną dumą i od razu ruszył w stronę sceny. Kilka osób popatrzyło po sobie, potem po nim, jedni patrzyli na niego jak na wariata, inni widzieli… podziw. W końcu to był Dystrykt Drugi. Tutaj szkoliło się
zabójców. Jej brat wdarł się na scenę, tuląc z prowadzacym, a potem odwrócił się w stronę tłumu. —
Wygram to! — krzyknął. Brzmiał identycznie jak ociec.
— Dystrykt Drugi wygra tegoroczne Dożynki!! — a potem rozległa się fala wiwatów.
Miała ochotę zwymiotować.
Oczywiście, że to kurwa zrobił. Zgrywał bohatera, nawet kiedy wysłali do na pewną śmierć. Chociaż z drugiej strony, może faktycznie miał szanse? Myśli błądziły jej w głowie, blendowały się z oklaskami. Zatraciła się w tym całym amoku do tego stopnia, że nawet nie usłyszała momentu, w którym prowadzący nawijał o dziewczynie, która będzie reprezentować Dystrykt. Nic nie słyszała. Dopiero…
—
Bernice Carver!
Te dwa słowa obiły się echem pod jej czaszką.
Zadzwoniły tak głośno i boleśnie, a świat po prosty się zatrzymał. Istniało jedynie zaskoczone spojrzenie jej własnego, rodzonego brata skierowane prosto na nią. Nawet z odległości, jaka ich dzieliła widziała jak coś w nim pękało. Nie spodziewał się tego. Kurwa jakie było prawdopodobieństwo, że…
ja pierdole. Ktoś obok wciągnął gwałtownie powietrze, dziewczyna stojąca z tyłu szepnęła coś pod nosem, a strażnik przesunął się w bok, robiąc miedze między rzędami. A ona dalej stała nieruchowo. Do momentu aż ktoś jej nie popchnął. Dopiero wtedy się ruszyła.
—
Pierwszy raz w historii naszego Dystryktu mamy dwójkę rodzeństwa! W dodatku Carver! — rzucił podekscytowany mężczyzna. —
Ależ to będą dożynki!!! Chodź no tu do nas, kochana — machnął ręką zachęcająco, patrząc prosto na nią. A Bunny szła przed siebie, czując na sobie dziesiątki spojrzeń. Każdy krok wydawał się cięższy od poprzedniego. Nogi odmawiały posłuszeństwa, a głowa… ona wciąż nie dowierzała. Do tego stopnia, że po drodze Carver szczypnęła się w przedramię, łudząc się, że to był tylko głupi sen. —
No czyż ona nie jest słodka?! — wtrącił niebiskowłosy, wyciągając do niej pomocną dłoń i pomagając jej wejść na scenę. Po raz pierwszy spojrzała Joshowi prosto w oczy, przelotnie, bo jego usta wypowiedziały coś, za co miała ochotę momentalnie dać mu w twarz:
—
Uśmiechnij się, Bun — mruknął cicho, po czym odwrócił się do tłumu. —
Wszyscy patrzą.
Patrzą na rodzeństwo, które już nigdy w takiej konfiguracji nie wróci
do domu.
teddy