ODPOWIEDZ
30 y/o
STRAŻAK TEDDY
167 cm
strażaczka w toronto fire station 132
Awatar użytkownika
mów do mnie cokolwiek,
możesz chrapać, przyjmę każdy dźwięk
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#
082.
Dystrykt 6.
Centrum transportowe Panem. Produkuje i obsługuje pociągi oraz poduszkowce. Mocno zbombardowany podczas Mrocznych Dni, kiedy Koalicja Dystryktów zbuntowała się przeciwko totalitarnemu Kapitolowi
Dożynki co roku wyciągały na ulice tysiące ludzi, których należało ubrać w odświętne ciuchy, ustawić w równych rzędach i przypomnieć im, że powinni być wdzięczni Kapitolowi za to, że jeszcze oddychają. Ale w Dystrykcie 6 nikt nie miał wyboru. Właściwie żaden Dystrykt nie miał wyboru. Można było narzekać pod nosem, przewracać oczami, a nawet rzucić wyjątkowo kreatywnym przekleństwem pod adresem człowieka z Kapitolu, o ile wcześniej upewniło się, że żaden z jego usłużnych piesków nie stoi wystarczająco blisko, żeby usłyszeć. Albo można było po prostu zacisnąć zęby i się nie odzywać. Darling zaciskała zęby i milczała. Jaka była szansa, że zostanie wylosowana jako trybutka? Sześć procent. Zawsze była dobra z matmy. Wszystko zależało od od wieku, liczby zgłoszeń swojego nazwiska oraz pobierania teser. Każde skorzystanie z systemu zapomogi żywnościowej oznaczało dodatkowe zgłoszenie nazwiska w losowaniu. Co więcej, zgłoszenia kumulowały się z każdym rokiem. A to oznacza, że dzieci z biedniejszych rodzin, które potrzebowały dodatkowego jedzenia, ryzykowały znacznie więcej. Teddy nie musiała tego robić. Miała szesnaście lat, jej ojciec prowadził warsztat samochodowy, a matka była lekarzem. Tylko dzięki temu nazwisko ich jedynej córki pojawiało się w puli zgłoszeń tak rzadko.
Tego ranka zaczęła od rozkręcenia zacinającego się zamka w drzwiach do warsztatu ojca. Potem przez kwadrans szukała klucza, który, jak się okazało, cały czas miała w kieszeni spodni, a następnie musiała wysłuchać tyrady brygadzisty na temat tego, że dzisiaj nie było czasu na jej samowolne naprawy, bo wszystko miało być gotowe przed południem. Wszystko, czyli w praktyce połowa infrastruktury, której nie udało się doprowadzić do porządku przez ostatnie trzy miesiące, a którą teraz należało ogarnąć w ciągu jednego poranka, bo przedstawiciele Kapitolu mieli zaszczycić ich swoją obecnością. Zabawne. Goście z Kapitolu i tak nie odróżniliby sprawnego mechanizmu od takiego, który trzymał się kupy wyłącznie dzięki modlitwie i kawałkowi drutu.
— Jeśli jeszcze raz usłyszę, że mam się pospieszyć, to przysięgam, że wsadzę komuś tę śrubę w dupę — wymamrotała, pochylając się nad otwartą obudową przekaźnika.
— Słyszałem to, Darling — mruknął brygadzista. Walter Strickland był mężczyzną przed sześćdziesiątką. Miał krzaczaste brwi i strasznie wysokie czoło. Kreował się na groźnego, ale w rzeczywistości był łagodny jak baranek.
— To dobrze. Czyli przekaźnik działa, a przynajmniej jedno z nas ma sprawny słuch — uśmiechnęła się szeroko.
Brygadzista rzucił jej spojrzenie, które w innych okolicznościach mogłoby pewnie uchodzić za ostrzeżenie, ale Teddy była zbyt zajęta wyciąganiem przepalonego przewodu, żeby zrobić sobie przyjemność i odpowiedzieć mu równie wymownym grymasem. W gruncie rzeczy lubiła faceta. Był jednym z tych ludzi, którzy mieli wystarczająco dużo rozumu, żeby nie oczekiwać od niej cudów, a jednocześnie za mało odwagi, żeby przyznać, że czasami te cuda naprawdę były potrzebne.
Kiedy wreszcie zatrzasnęła obudowę, przekaźnik zaskoczył za pierwszym razem. Teddy aż się wyprostowała, bardzo zadowolona ze swojego dzieła. Otarła dłonie o szmatę, zostawiając na niej kolejne czarne smugi i spojrzała na zegar. Do południa zostało niewiele czasu. Na zewnątrz miasto już dawno weszło w tryb nerwowego poruszenia. Ulice prowadzące do placu zapełniały się ludźmi, przy głównych skrzyżowaniach pojawiały się dodatkowe patrole, a głośniki, które przez resztę roku służyły przede wszystkim do ogłaszania zmian w rozkładach transportu i komunikatów o awariach, teraz miały przypominać mieszkańcom o obowiązku stawienia się na ceremonii.
Jakby ktokolwiek mógł o tym zapomnieć.
Nie pamiętała jednak Mrocznych Dni. Była za mała, żeby wiedzieć, jak wyglądał Dystrykt 6, zanim bomby rozorały jego dzielnice, zniszczyły część infrastruktury i zamieniły niektóre ulice w stosy gruzu. Znała je z opowieści i z urywanych rozmów dorosłych. Za to doskonale wiedziała, jak wyglądało życie po wszystkim. Naprawiano i odzyskiwano cokolwiek, co nadawało się do ponownego wykorzystania. Nauczyła się nie wyrzucać rzeczy tylko dlatego, że były stare albo wyglądały na bezużyteczne. W większości przypadków wystarczyły odpowiednie narzędzia. No i może odrobina zapału.
Kiedy wyszła z warsztatu, słońce stało już wysoko, a powietrze nad torowiskami drżało od ciepła. Z oddali dobiegł sygnał lokomotywy. Darling odruchowo spojrzała w stronę torów. Dwóch pracowników krążyło wokół podwozia, sprawdzając mocowania. Przy bramie warsztatu zatrzymała się na moment, wyciągając z kieszeni zmiętą chustkę. Przetarła twarz, a potem spojrzała na swoje dłonie. Czarne od smaru paznokcie, drobne skaleczenie na kciuku, stara blizna przy nadgarstku. Nic nadzwyczajnego. Zwykły dzień w zwykłym miejscu, gdyby nie fakt, że za kilka godzin ktoś miał wylosować nazwiska dwójki dzieciaków, które zostaną wysłane na arenę, żeby zabijać się ku uciesze ludzi, którzy nigdy nie musieli martwić się o to, czy w ich domu wystarczy jedzenia do końca tygodnia.
Miała ochotę coś rozwalić.
Najlepiej coś drogiego. A w ogóle najlepiej coś należącego do Kapitolu. Zacisnęła więc tylko szczękę, wsunęła szmatę do kieszeni i ruszyła w stronę domu. Po drodze minęła grupę dzieciaków, które szły w stronę placu pod opieką kobiety w szarym uniformie. Jeden chłopak, może dwunastoletni, kopnął kamyk tak mocno, że ten odbił się od krawężnika i wpadł prosto pod koła zaparkowanego wózka. Teddy obserwowała go przez chwilę, a potem odwróciła wzrok. Nie lubiła patrzeć na dzieci w dniu dożynek.
Gdzieś daleko trzasnęły drzwi wagonu. Ktoś krzyknął, żeby się pospieszyć. Z głośnika na rogu ulicy popłynął kolejny komunikat, przypominający o obowiązku uczestnictwa w ceremonii i o tym, że każdy obywatel powinien z godnością wypełniać swoje powinności wobec Panem. Nie mogła powstrzymać się od pogardliwego prychnięcia.
Dom był pusty. Rodzice musieli już udać się na plac. Darling pospiesznie wzięła zimny prysznic i włożyła czystą sukienkę, którą przygotowała dla niej matka. Zanim wyszła na zewnątrz, jeszcze przejrzała się w lustrze i przesunęła dłońmi po wyprasowanym materiale. Wyglądała schludnie. Błękitne rękawy zasłaniały szerokie ramiona. Idealna sukienka do grobu.
Zatrzasnęła za sobą drzwi i oparła się o nie plecami. Pomyślała o tych wszystkich dzieciach z Dystryktu 6, które niedługo staną na placu w swoich najlepszych ubraniach, z sercami tłukącymi się w piersiach tak mocno, że pewnie nie usłyszą nawet własnych myśli. O tych, które będą próbowały wyglądać na odważne. O tych, które będą płakać. I o tych, które będą udawały, że wcale się nie boją, bo może wtedy strach stanie się trochę mniej prawdziwy.

Bunny Carver
Ostatnio zmieniony wt paź 27, 2026 11:04 pm przez teddy darling, łącznie zmieniany 1 raz.
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy w miejscu. weź mnie rozbaw!
34 y/o
For good luck!
174 cm
gasze pożary i nie tylko
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

#
Dystrykt 2.
Ośrodek przemysłu zbrojeniowego i szkolenia żołnierzy. Słynie z wydobycia kamienia, produkcji materiałów budowlanych oraz silnych powiązań z Kapitolem. Jeden z najbogatszych dystryktów, wierny władzy podczas Mrocznych Dni i ważny ośrodek rekrutacji Strażników Pokoju.


Nienawidziła Kapitolu.
Nienawidziła świata, w jakim przyszło jej żyć.
A jednak nie miała innego wyjścia.
Przynajmniej tak jej wmawiano. Od dziecka słyszała, że pewnych rzeczy się nie kwestionuje. Że są zasady, których należy przestrzegać, ludzie, którym trzeba okazywać szacunek i przede wszystkim decyzje, które podejmują za ciebie ci odrobinę ważniejsi. Czyli wszyscy dookoła.
W Dystrykcie Drugim od najmłodszych lat uczono ich posłuszeństwa. W końcu to tutaj szkolono osoby, które miały zostać Strażnikami Pokoju. Mieli silne powiązanie z Kapitolem, wiedli jedno z tych lepszych żywot, produkując uzbrojenie i zajmując się budownictwem, a jednak wszystko i tak sprowadzało się do życia pod dyktando.
Bunny nauczyła się tego wyjątkowo wcześnie. Zresztą co się dziwić, skoro jej ociec był jednym z oficerów. Całe życie wychowywała się pod najwyższym rygorem, w dodatku z pierwszej ręki. Nie oszczędzał ani jej, ani jej starszego brata. Nawet nie pamiętała, ile miała lat, kiedy nauczyła się posługiwać bronią. Pewnie zdecydowanie mniej niż powinna.
Nazwisko Carver otwierało wiele drzwi… a jednak nie chroniło przed imieniem wrzuconym do puli ochotników.
D o ż y n k i.
Samo słowo wywoływało w niej nieprzyjemny ucisk w żołądku. Co roku plac zapełniał się ludźmi ubranymi w najlepsze ubrania, dzieciaki stawały w wyznaczonych rzędach, a przedstawiciele Kapitolu uśmiechali się na scenie z taką serdecznością, że człowiek aż miał ochotę się porzygać. Tak samo jak ona ją miała, gdy tylko pożegnała się z matką gdzieś w połowie drogi.
— Jeszcze raz ktoś mi powie, żebym się uśmiechnęła, przysięgam, że go uduszę — mruknęła w stronę Josha, wywalając oczami. Niby tyle lat przechodziła jedno i to samo, a jednak za każdym razem była równie poirytowana i zestresowana. W przeciwieństwie do jej brata, który k o c h a ł trwać w tej odklejonej iluzji.
Josh urodził się, by walczyć. Kochał ten popierdolony świat, w jakim przyszło im żyć. Oczko w głowie ojca, dumny następca. Zawsze pierwszy do kamieniowania tych, którzy sprzeciwiali się systemowi, wychwalający Kapitol, a w dodatku dupek. Bywał okropny. Chociaż Bunny i tak go kochała. Pewnie nie miała wyjścia, bo byli rodziną, bo miała to już wgrane wraz z narodzinami, a jednak wierzyła, że gdzieś tam w środku był dobry człowiek. Mieli zupełnie inne spojrzenie na to, co ich otaczało. Kompletne przeciwieństwa. Ona miała ochotę wybić wszystkich strażników, którzy zebrali się w dystrykcie i pod sceną, a on zaś pewnie gdyby mógł z każdym jednym przybiłby piątkę.
— Nie rób wstydu, Bun — rzucił cicho, nawet na nią nie patrząc. Blendowali się z innymi mniej lub bardziej znajomymi twarzami. — Ojciec na nas liczy.
— Ojciec nie żyje — wtrąciła się, zadzierając głowę. Ile razy miała mu przypominać? Razem z matką zachowywali się, jakby dalej ich rodzina była w komplecie, kiedy prawda była taka, że Kapitol zabrał im głowę rodziny. Czy naprawdę chciała się z nim teraz pokłócić? Szczerze mówiąc tak. Wszystko byłoby lepsze niż stanie w rzędzie pod sceną i czekanie aż skażą na smierć kolejnych ludzi. Szkoda tylko, że jej brat miał nieco inne zdanie. Złapał ją za przedramię i szarpnął mocniej do przodu, a zaraz odwrócił ją do siebie przodem, zaglądając swoimi błękitnymi oczami w te równie jasne należące do niej.
— Niech los ci sprzyja, Bun — powiedział spokojnie, chociaż w jego głosie jak co roku dało się usłyszeć coś dziwnego. Strach? Zmartwienie może? Nigdy nie wiedziała, co to było, bo zdarzał się tak rzadko, ale słyszała to za każdym razem. Jego palce przesunęły się po jej odkrytym przedramieniu i zacisnęły mocniej na skórze. Na chwile. Kilka marnych sekund nim mu się wyrwała.
— Jebać los — warknęła w odpowiedzi. Ktoś się za nią odwrócił, ktoś inny popatrzył krzywo, ale Carver nic sobie z tego nie zrobiła. Poszła po prostu do swojego rzędu, udając, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, chociaż serce już powoli zaczynało podchodzić jej do samego gardła.
Jak kurwa co roku.

teddy darling
30 y/o
STRAŻAK TEDDY
167 cm
strażaczka w toronto fire station 132
Awatar użytkownika
mów do mnie cokolwiek,
możesz chrapać, przyjmę każdy dźwięk
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przepchnęła się przez ostatni odcinek tłumu, starając się przy tym nie nadepnąć nikomu na stopę i nie dostać łokciem w żebra. W końcu odnalazła swoje miejsce stanęła w odpowiednim rzędzie pomiędzy innymi dziewczętami. Słońce świeciło jej prosto w oczy, więc ściągnęła brwi i rozejrzała się dookoła. Plac pękał w szwach i wyglądał dokładnie tak, jak co roku. Brakowało tylko darmowego poczęstunku, najlepiej złożonego z suchego chleba, żeby całość przypominała festyn rodzinny. Poprawiła rękaw sukienki i przesunęła ciężar ciała z jednej nogi na drugą. But uwierał ją w piętę. Próbowała nie zwracać na to uwagi, szukając znajomych twarzy. Po drugiej stronie dostrzegła Jetta, jej o dwa lata starszego przyjaciela, dla którego to były ostatnie Dożynki. Farciarz. Donovan uśmiechnął się głupkowato, a Teddy w odpowiedzi wystawiła do niego język. Wzrok przechodzącego obok strażnika szybko przywołał ją do porządku. Spuściła głowę i skupiła się nierównych płytkach pod stopami. Gdyby tylko mogła, najchętniej wróciłaby teraz do domu, zamknęła drzwi na wszystkie zamki i udawała, że nie istnieje żaden Kapitol, żaden prezydent Snow i żadne Igrzyska Śmierci.
Głośnik zatrzeszczał, a po chwili na scenie pojawiła się kobieta, której Darling wcześniej nie widziała. Była wysoka, szczupła i miała na sobie granatowy kostium ze srebrnymi przeszyciami. Jasne włosy upięła w ciasny kok, a na szyi miała przypiętą niewielką broszkę w kształcie lokomotywy. Przystanęła na środku i nachyliła się nad statywem z mikrofonem.
— Mieszkańcy Dystryktu Szóstego! — odezwała się, a jej głos poniósł się przez plac dzięki głośnikom rozmieszczonym wzdłuż budynków. — Nazywam się Vesperine Vale i mam zaszczyt w tym roku eskortować trybutów do Kapitolu. Jak co roku Panem z dumą oczekuje na wspaniałych, odważnych młodych ludzi, którzy będą reprezentować nasz ukochany dystrykt podczas nadchodzących Igrzysk! — oznajmiła entuzjastycznym tonem i uśmiechnęła się do kamery. Całe wydarzenie było transmitowane na żywo.
Zaszczyt. Teddy prawie parsknęła, ale w porę przygryzła wnętrze policzka. Nie chciała zostać zapamiętana jako dziewczyna, która roześmiała się podczas przemówienia przedstawicielki Kapitolu. Vesperine, nie chcąc już niczego dłużej przedłużać, podeszła do szklanej kuli ustawionej na niewielkim postumencie. W środku znajdowały się setki karteczek z nazwiskami dziewcząt uprawnionych do udziału w losowaniu. Gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi złożonymi skrawkami papieru sześciokrotnie powtarzało się nazwisko Teddy. Jeśli ktoś chciał przekonać mieszkańców, że losowanie jest sprawiedliwe, powinien najpierw wyjaśnić, dlaczego w ogóle istnieje coś takiego jak losowanie dzieci na śmierć.
Szczupła dłoń zanurzyła się w kuli, zamieszała karteczki i wyciągnęła jedną z nich. Rozłożyła ją i przez chwilę kontemplowała nad zawartością.
— A dziewczyną, która będzie reprezentować Dystrykt Szósty podczas tegorocznych Igrzysk Śmierci, jest… — kobieta zrobiła wymowną pauzę. — Theodora Darling!
Przez ułamek sekundy nie wydarzyło się nic. Tłum stał w miejscu, Vesperine wciąż się uśmiechała, a Teddy patrzyła przed siebie, jakby właśnie usłyszała nazwisko zupełnie obcej osoby. Może dlatego, że w pierwszej chwili nie potrafiła połączyć dźwięków z samą sobą. A potem ludzie zaczęli się odsuwać. Niektórzy patrzyli na nią ze współczuciem, inni z nieukrywanym przerażeniem. Ktoś szepnął coś tuż obok jej ucha. Ktoś inny poklepał po plecach, ale Darling nawet nie zarejestrowała, kto to był. Wszystkie dźwięki zlały się w jeden nieznośny szum.
Wstrzymała oddech. Nie miała pojęcia, dlaczego to zrobiła. Przecież powietrze w płucach nie miało żadnego wpływu na zawartość kartki. Mogła oddychać, nie oddychać, a nawet zacząć śpiewać hymn Kapitolu, ale nic nie mogło zmienić tego, co trzymała w dłoni Vesperine.
Kobieta uniosła głowę.
— Theodora Darling? — powtórzyła, wyciągając długą szyję w poszukiwaniu nowej trybutki.
— Idź, Teddy — mruknęła cicho jakaś dziewczyna za jej plecami, wypychając ją naprzód.
Nogi, choć ciężkie jak z ołowiu, powiodły ją same. Czuła na sobie spojrzenia setek ludzi i miała wrażenie, że każdy kolejny metr prowadzący do sceny jest dłuższy od poprzedniego. Kiedy znalazła się na schodach, zerknęła przez ramię. Na końcu placu dojrzała swoich rodziców. Matka szlochała cicho w objęciach ojca. To był moment, w którym serce roztrzaskało się na milion kawałków.
— Theodora! — Vesperine złapała ją za przegub i zaciągnęła na środek sceny. — Cudownie. Podejdź, kochana. Ale bliżej, żeby wszyscy mogli cię zobaczyć — powiedziała, a Teddy posłusznie przesunęła się o krok. Ten cholerny but dalej uwierał ją w piętę. Nie odezwała się ani słowem. Nie wiedziała nawet, co miałaby powiedzieć, bo miała dziwne wrażenie, że śni. Niejednokrotnie miewała sen o tym, że jej nazwisko zostało wylosowane. Teraz na pewno będzie tak samo. Jeszcze chwila i zaraz się obudzi.
Vesperine odwróciła się z powrotem do kuli.
— A teraz przejdźmy do losowania chłopca, który będzie miał zaszczyt reprezentować naszych wspaniałych mieszkańców u boku Theodory! — zaświergoliła melodyjnie, mieszając dłonią w karteczkach.
Teddy zesztywniała. Nie miała pojęcia, kto zostanie drugim trybutem i z kim przyjdzie jej dzielić ten koszmar. Nie oczekiwała cudów, jednak miło byłoby, gdyby jej towarzysz nie okazał się kompletnym idiotą.

Bunny Carver
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy w miejscu. weź mnie rozbaw!
34 y/o
For good luck!
174 cm
gasze pożary i nie tylko
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Głośniki zatrzeszczały, a rozmowy na placu stopniowo ucichły.
Jedynie kilka kruków przeleciało nad głowami dzieciaków w różnym wieku, idealnie stojących w rzędzie, czekających na wyrok. Nawet kurwa ptaki nie chciały tego oglądać. Bunny zadarła głowę, przez moment wpatrując się w ciemny klucz na niebie, do momentu, aż na scenie nie pojawił się mężczyzna w idealnie skrojonym garniturze. Włosy miał zaczesane do tyłu, a intensywnie niebieski kolor mienił się w słońcu. Do tego uśmiechał się, jak w reklamie pasty do zębów. Obrzydlistwo. Cały ten obrazek był tak sztuczny, że Carver momentalnie robiło się niedobrze.
— Moi mili! Mieszkańcy Dystryktu Drugiego… — zaczął, rozkładając ręce na boki. — Jakże wspaniale jest widzieć was tutaj, zebranych, by wspólnie celebrować kolejne Dożynki! Nadszedł ponownie ten wyjątkowy dzień, w którym dwójka obywateli otrzyma zaszczyt reprezentowania naszego Dystryktu!
Z a s c z y t.
To słowo tak bardzo nie pasowało do sytuacji, że gorzej się chyba nie dało.
Bunny zacisnęła zęby. Oczywiście była wystarczająco dobrze wyszkolona, by nie pokazywać swoim zachowaniem żadnych emocji, jednak w środku cała wrzała. Niewidziła Dożynek, zawsze, a jednak tym razem miała złe przeczucia. Nie umiała tego wyjaśnić, bo przecież zawsze przed losowaniem była niespokojna, ale tym razem wszystko wydawało jeszcze bardziej przerażające. Czuła, jak kostucha skrada się tuż za nią. Dosłownie miała wrażenie, że oddech śmierci odbija się jej na szyi. A jednak stała prosto, z rękami splecionymi przed sobą i brodą zadartą wysoko.
Dumnie.
Jak zawsze uczył ją ociec.
— A teraz przejdźmy do losowania szczęśliwca, któremu przyjdzie zwalczyć za nasz Dystrykt! — krzyknął podekscytowany, podchodząc przy okazji do ogromnej kuli, w której znajdowały imiona wszystkich chłopców z Dystryktu. Imiona s z c z ę ś l i w c ó w. Wsunął dłoń pomiędzy
setki idealnie złożonych karteczek i zaczął nimi mieszać. W jedną, drugą, a potem z powrotem. No rusz się, kurwa, warknęła w myślach, mając wrażenie, że zaraz nie wytrzyma. Czuła, jak wszystko się w niej zaciska, a mężczyzna na scenie jakby w końcu jej posłuchał. Złapał w palce jednen kawałek papieru i ostrożnie rozprostował. Przysunął do oczu, przeczytał, a potem uśmiechnął się szeroko. — Tegorocznym reprezentantem Dystryktu Drugiego zostaje… Josh Carver!!
Cisza.
Pierdolona cisza panowała dookoła.
Jedni oddychali z ulgą, inni niedowierzali, kurwa, sama Bunny nawet jeszcze nie uświadomiła sobie, co właśnie się stało.
Josh Carver.
Kurwa.
Jej wzrok momentalnie odnalazł brata w tłumie. Ludzie zaczęli się rozstapywać, a on sam przez moment stał nieruchomo. Jego twarz była kompletnie pozbawiona wyrazu, chociaż ona dostrzegła, jak drgnęła mu szczęka. Widziała, jak palce zacisnął w pięści. Jak na ułamek sekundy jego wzrok uciekł w stronę matki, a potem… a potem się uśmiechnął.
Uśmiechnął się, kurwa, jak naprawdę coś wygrał.
— To zaszczyt! — zawołał z udawaną dumą i od razu ruszył w stronę sceny. Kilka osób popatrzyło po sobie, potem po nim, jedni patrzyli na niego jak na wariata, inni widzieli… podziw. W końcu to był Dystrykt Drugi. Tutaj szkoliło się zabójców. Jej brat wdarł się na scenę, tuląc z prowadzacym, a potem odwrócił się w stronę tłumu. — Wygram to! — krzyknął. Brzmiał identycznie jak ociec. — Dystrykt Drugi wygra tegoroczne Dożynki!! — a potem rozległa się fala wiwatów.
Miała ochotę zwymiotować.
Oczywiście, że to kurwa zrobił. Zgrywał bohatera, nawet kiedy wysłali do na pewną śmierć. Chociaż z drugiej strony, może faktycznie miał szanse? Myśli błądziły jej w głowie, blendowały się z oklaskami. Zatraciła się w tym całym amoku do tego stopnia, że nawet nie usłyszała momentu, w którym prowadzący nawijał o dziewczynie, która będzie reprezentować Dystrykt. Nic nie słyszała. Dopiero…
— Bernice Carver!
Te dwa słowa obiły się echem pod jej czaszką.
Zadzwoniły tak głośno i boleśnie, a świat po prosty się zatrzymał. Istniało jedynie zaskoczone spojrzenie jej własnego, rodzonego brata skierowane prosto na nią. Nawet z odległości, jaka ich dzieliła widziała jak coś w nim pękało. Nie spodziewał się tego. Kurwa jakie było prawdopodobieństwo, że… ja pierdole. Ktoś obok wciągnął gwałtownie powietrze, dziewczyna stojąca z tyłu szepnęła coś pod nosem, a strażnik przesunął się w bok, robiąc miedze między rzędami. A ona dalej stała nieruchowo. Do momentu aż ktoś jej nie popchnął. Dopiero wtedy się ruszyła.
— Pierwszy raz w historii naszego Dystryktu mamy dwójkę rodzeństwa! W dodatku Carver! — rzucił podekscytowany mężczyzna. — Ależ to będą dożynki!!! Chodź no tu do nas, kochana — machnął ręką zachęcająco, patrząc prosto na nią. A Bunny szła przed siebie, czując na sobie dziesiątki spojrzeń. Każdy krok wydawał się cięższy od poprzedniego. Nogi odmawiały posłuszeństwa, a głowa… ona wciąż nie dowierzała. Do tego stopnia, że po drodze Carver szczypnęła się w przedramię, łudząc się, że to był tylko głupi sen. — No czyż ona nie jest słodka?! — wtrącił niebiskowłosy, wyciągając do niej pomocną dłoń i pomagając jej wejść na scenę. Po raz pierwszy spojrzała Joshowi prosto w oczy, przelotnie, bo jego usta wypowiedziały coś, za co miała ochotę momentalnie dać mu w twarz:
— Uśmiechnij się, Bun — mruknął cicho, po czym odwrócił się do tłumu. — Wszyscy patrzą.
Patrzą na rodzeństwo, które już nigdy w takiej konfiguracji nie wróci do domu.

teddy :pocieszacz:
30 y/o
STRAŻAK TEDDY
167 cm
strażaczka w toronto fire station 132
Awatar użytkownika
mów do mnie cokolwiek,
możesz chrapać, przyjmę każdy dźwięk
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Rozglądała się nerwowo po placu, kompletnie zapominając o istnieniu kamer. Powinna się uśmiechać, co Vesperine próbowała dać jej do zrozumienia wymownymi spojrzeniami, ale Teddy naprawdę nie miała ani powodów, ani ochoty, żeby szczerzyć się do obiektywu. Co niby miała w ten sposób osiągnąć? Pokazać całemu Panem, że jest zachwycona perspektywą udziału w Igrzyskach Śmierci? Że nie może się doczekać, aż ktoś wbije jej nóż między żebra albo udusi ją we śnie? No, kurwa, faktycznie, powody do radości jak cholera. Mogła jeszcze pomachać widzom i przesłać całusy wszystkim, którzy siedzieli wygodnie przed telewizorami, zajadając przekąski i obstawiając, kto zginie jako pierwszy. Niestety, Teddy nie miała w sobie aż tyle aktorskiego talentu, żeby udawać, że sytuacja jej odpowiada. Zresztą nie zamierzała robić z siebie maskotki Kapitolu tylko dlatego, że ktoś uznał, że uśmiechnięci trybuci lepiej prezentują się na ekranie. Nikt jej do tego nie zmusi. Oczywiście strażnicy mogli wpaść na scenę i ją spałować, ale wydarzenie transmitowano na żywo, a Kapitol raczej nie ryzykowałby własnej reputacji, robiąc widowisko z pobicia dziewczyny, która nawet nie zdążyła wejść na arenę. Chodziły jednak słuchy, że transmisja w rzeczywistości ma pięciominutowe opóźnienie. Podobno właśnie na wypadek sytuacji, które niespodziewanie wymknęłyby się spod kontroli. Darling nie wiedziała, ile było w tym prawdy, ale sama możliwość sprawiała, że jej niechęć do uśmiechania się na zawołanie stawała się jeszcze bardziej uzasadniona.
— Jett Donovan! — głos przedstawicielki Kapitolu poniósł się z głośników, a Teddy poczuła się tak, jakby właśnie dostała obuchem w łeb. Przez krótką chwilę miała wrażenie, że źle usłyszała. Ale nie. Nazwisko wybrzmiało wyraźnie, a ona doskonale wiedziała, do kogo należało. — Jett, skarbie, gdzie jesteś? Dołącz do nas, proszę! — zawołała Vesperine, która nie miała żadnych oporów przed tym, żeby uśmiechać się od ucha do ucha. Ciekawe, czy nie bolały jej od tego policzki.
Teddy nawet nie drgnęła. Miała wrażenie, że ktoś ścisnął ją za gardło, a wszystkie myśli zlały się w jedną, wyjątkowo nieprzyjemną papkę. Jett. Z całego tego przeklętego tłumu musiał paść wybór właśnie na niego.
Donovan wyłonił się z ostatniego rzędu i ruszył w ich stronę. Szedł wyprostowany, z głową wysoko zadartą do góry, a kiedy z tyłu rozległ się szloch jego matki, nawet nie obejrzał się za siebie. Miał prawie dwa metry wzrostu, a teraz wyglądał tak, jakby przybyło mu dwa kolejne. Jakim cudem potrafił zachować taki spokój. Może tylko sprawiał takie wrażenie. Może w środku czuł dokładnie to samo co ona?
— Podajcie sobie ręce. No śmiało, śmiało! — zachęciła ich kobieta, kiedy Jett doczłapał się na scenę i stanął naprzeciwko Darling. Wyciągnął do niej rękę, czekając, aż zrobi to samo. Teddy wzięła haust powietrza i zadarła głowę, spoglądając mu prosto w oczy. Musiała mocno pilnować, żeby jej twarz nie zdradziła tego, co działo się w środku. Nie chciała dawać Kapitolowi satysfakcji, nie zamierzała też robić sceny przed kamerami. Przez głowę przemknęło jej tyle myśli, że żadnej nie zdążyła porządnie uchwycić. Chciała go przytulić. Chciała zapytać, czy się boi, chociaż doskonale wiedziała, że odpowiedź nie miała najmniejszego znaczenia. Oczywiście, że się bał. Każdy normalny człowiek by się bał.
Donovan mrugnął porozumiewawczo, unosząc lekko kącik ust. Dopiero wtedy wymieniła z nim mocny uścisk. Jego dłoń była ciepła. Zawsze takie miał. Teddy pamiętała to z setek zupełnie zwyczajnych sytuacji, na które wcześniej nie zwracała nawet uwagi. Z uścisków na powitanie, z klepnięć w ramię, czy z przypadkowych kontaktów, kiedy mijali się w pracy. Przez moment skupiła się wyłącznie na tym uścisku. Na ciepłej skórze, mocnych palcach i tym niewielkim geście, który dla postronnego obserwatora nie znaczył absolutnie nic. Dla niej znaczył teraz wszystko.
Vesperine jeszcze raz przedstawiła reprezentantów Dystryktu 6, uśmiechając się przy tym szeroko. Później strażnicy zabrali ich do pomieszczenia, gdzie mieli chwilę, żeby pożegnać się z rodzinami, zanim wsiądą do pociągu, który zawiezie ich do Kapitolu. Trzymała się dzielnie. Przynajmniej na tyle, na ile potrafiła. Uspokajała rodziców, zapewniając ich, że wkrótce znowu się spotkają.
— Wszystko będzie dobrze — powtarzała, chociaż sama nie wierzyła we własne słowa. — Wrócę, zobaczycie. Jeszcze będziecie mieli mnie dość — zażartowała, ale wcale nie było jej z tym lepiej. Zamiast tego poczuła, jak żołądek zaciska jej się w ciasny supeł. Musiała odwrócić wzrok, udając, że coś ją rozproszyło, bo nie chciała, żeby rodzice zobaczyli, jak bardzo sama potrzebowała teraz tych zapewnień.
Dopiero później, kiedy została sama z Donovanem, cała ta starannie budowana fasada wreszcie runęła. Rozpłakała się jak dzieciak. Kogo ona chciała oszukać? Siebie? Rodziców? Jetta? To było oczywiste, że nigdy tutaj nie wróci. Nie musiała być szczególnie bystra, żeby zrozumieć, jak wyglądały jej szanse. A jej szanse były zerowe.

Bunny Carver
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy w miejscu. weź mnie rozbaw!
34 y/o
For good luck!
174 cm
gasze pożary i nie tylko
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Uśmiechnij się, Bun. Wszyscy patrzą.
To były ostatnie słowa, jakie zapamiętała ze sceny.
Wszystko inne rozmazało się i zniknęło w jej głowie na amen. Był już tylko moment, w którym dwójka strażników prowadziła ich przez długi korytarz, a jedyny dźwięk jaki wybrzmiewał dookoła, to ich własnych kroków odbijających się od posadzi. Josh też się nie odzywał, co akurat w tym wszystkim było chyba najbardziej niepokojące. Przecież on zawsze gadał. Nigdy nie umiał się zamknąć.
Czyżby miał świadomość, że przy cudzie tylko jedno z nich wyjdzie z tego żywe?
Na pewno miał. Bo w głowie Bunny nie już nic innego.
Strażnik przeprowadził ich przez kolejne drzwi, do niewielkiego pomieszczenia i oznajmił, że mieli kilka minut na pożegnanie się z rodziną. Kilka minut. Kurwa k i l k a. Tyle dla Kapitolu były warte ich życia i ostatnie spojrzenie w oczy.
Matka siedziała na kanapie. Miała całe czerwone oczy, a w dłoni ściskała już kompletnie obsmarkane chusteczkę tak mocno, że aż pobledły jej knykcie. Wyglądała, jakby płakała tygodnie, a przecież od wylosowania nie minęło więcej niż dwadzieścia minut. Nie chciała tak jej zapamiętać, dlatego wyrwała się jako pierwsza.
— Och, moje… — nie dokończyła. Nie zdążyła, bo Carver już dokleiła się od niej całym ciałem. Naparła na nią tak mocno, że prawie obie wpadły na ścianę z tyłu. Ręce z początku miała sztywno przyklejone do pleców matki, dopiero po kilku sekundach zaczęła przesuwać nimi po całej długości. Mocno zaciągnęła się perfumami. Próbowała zapamiętać jak najwięcej, ten charakterystyczny zapach kwiatów z nutą cytrusów. — Wszystko będzie dobrze — wyszeptała jej gdzieś do ucha, gładząc ją po ciemnych włosach, ale przecież sama w to nie wierzyła. Była to jedynie pusta, złudna nadzieja.
— Mamo…
— Josh jest silny. Ty też jesteś — mówiła dalej, nic sobie z niczego nie robiąc. Jedynie sięgnęła do niego ręką, by chociaż ją połowicznie objął i do nich dołączył. — Oboje jesteście przygotowani. Wasz ojciec…
— Nie no, kurwa, tylko nie ojciec — przerwała jej natychmiast. Nie chciała o nim słyszeć. O tym jaki byłby kurwa dumny, że patrzy na nich z góry, że powinni zachowywać się tak, jak ich wychował… na zwycięzców. Pierdolenie. I matka chyba też nie chciała jej więcej dokładać, bo zacisnęła jedynie usta w wąską linię i faktycznie nie podjęła już tematu. Zamiast tego odsunęła się delikatnie i złapała ją za dłonie.
— Uważaj na siebie, nie oglądaj się do tyłu i pilnuj brata — spojrzała zapłakanymi oczami prosto w te Bunny.
— Mnie nie trzeba pilnować — wtrącił w końcu Josh.
— Dbajcie o siebie, błagam — szarpnęła ich oboje do siebie. Jej palce wbiły się w plecy Bernice tak mocno, że poczuła to nawet przez materiał sukienki. Aż specjalnie wychyliła się do tyłu, by poczuć je jeszcze mocniej. By wyryć sobie na skórze siniaki od własnej matki, mieć coś swojego gdy już się tam znajdzie, mieć jakiś punkt zaczepiania. Czuć jej palce na skórze, nawet gdy będzie konać na pierdolonej arenie.
— Mamo, posłuch… — zaczęła, ale wtedy rozległo się pukanie i ktoś szarpnął za klamkę.
— Czas się skończył — wtrącił mundurowy. Bunny od razu pokręciła głową, gotowa się wykłócać, ale jej matka była za dobrze wychowana, żeby robić sceny. Od razy wykonała krok do tyłu i z krótkim Kocham was na ustach, pozwoliła straży ich wyprowadzić. Stała dzielnie, chociaż nim drzwi na dobre się zamknęły, a Carver odwróciła… złapała ten deszcz łez, który nagle polał się z oczu jej matki.
I sam ten widok kompletnie złamał jej serce.

teddy :cri:
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po wymiarach”