Kiedy przyciągnął ją do siebie przy zejściu z pokładu, ciało zareagowało od razu. Miała wrażenie, że zaraz się wyrywie, że nie zniesie tego poczucia prowadzenia, ale stało się coś zupełnie odwrotnego. Dała się poprowadzić zaskakująco łatwo, jakby to było najbardziej naturalne na świecie. Złapała się na tym, że nie pamięta, kiedy ostatnio czuła się tak kobieco i delikatnie. To było obce uczucie, a jednak wcale nie chciała go od siebie odsunąć.
-
Czy ja dobrze usłyszałam, że wziąłeś cały dom? - Zapytała, chcąc się upewnić czy słuch nie płata jej figli. Zmarszczyła przy tym brwi. Zamieniał się w św. Mikołaja na pełen etat, czy jak? Będzie musiała przy nim trzymać buzie na kłódkę, bo jak tak dalej pójdzie to biedaczka nie będzie już mała o czym marzyć.
Kiedy zapytał, co chciałaby teraz zrobić, nie potrzebowała nawet sekundy namysłu. Spojrzała na niego spod przymrużonych powiek, a jej uśmiech stał się wolniejszy, bardziej świadomy.
-
Chce nacieszyć się tym domem - odpowiedziała bezpośrednio. -
Kolacja może poczekać, uliczki nigdzie nie uciekną. Posiedzieliśmy dzisiaj na powietrzu wystarczająco dużo.
Przez sekundę pożałowała własnej szczerości, ale tylko przez sekundę. Zaraz potem wsunęła dłoń w jego, splatając ich palce. Ten z pozoru banalny gest w jej wydaniu znaczył więcej niże jej ukochane zgryźliwe poczucie humoru, żarty i riposty razem wzięte.
Uliczka, którą szli, była wąska i pachniała jaśminem. Ciepłe światło latarni rozlewało się na bruk, a po lewej stronie rysowały się tarasy restauracji, z których dobiegał gwar rozmów i dźwięk kieliszków. Sloane nie patrzyła jednak na to, jej uwaga skupiała się na ciepłej dłoni Marco, która obejmowała jej palce tak pewnie, jakby naprawdę zamierzał już nigdy ich nie puścić.
Dom znajdował się kilkadziesiąt metrów wyżej, na końcu schodów wijących się między kamiennymi murami. Gdy otworzył drzwi, przywitał ich chłód wnętrza, kontrastujący z rozgrzanym wieczorem. Salon miał wysokie sufity, białe ściany i otwarte okna z drewnianymi okiennicami, przez które wpadał zapach morza.
Zsunęła ze stóp buty, zostawiając je przy wejściu i pozwoliła sobie na to, żeby poczuć chłód kamiennej posadzki pod stopami. Rozejrzała się, przejeżdżając palcami po krawędzi stołu, po chłodnym parapecie. Wszystko tutaj było inne niż Toronto. Prostsze. Cichsze. Intymne. W tym wnętrzu nie było nic, co domagało się jej uwagi, żadnych pisków karetek, telefonów, które rozdzierały ciszę, żadnych ludzi patrzących na nią z nadzieją, że zaraz naprawi ich świat.
Podniosła głowę, żeby spojrzeć na belki pod sufitem, na cienie tańczące od światła lampy przy oknie. Wzięła głęboki wdech, jakby chciała zatrzymać w płucach ten obraz, ten zapach, tę chwilę. Uśmiechnęła się sama do siebie, tak prawdziwie i lekko, jakby pierwszy raz od dawna naprawdę niczego nie musiała.
-
Tu jest... pięknie - wyszeptała, bardziej do siebie niż do niego, ale wiedziała, że ją słyszy. Zsunęła dłonie po materiale sukienki, pozwalając, by na biodrach załopotał przy ruchu. -
Wiesz, że ja nigdy... nigdy tak naprawdę nie miałam urlopu? Zawsze coś. Dyżury, kursy, zastępstwa, jakieś sytuacje awaryjne… - Pokręciła głową, a jej włosy rozsypały się po ramionach. -
W sumie cieszę się, że mnie porwałeś.
Zrobiła kilka kroków, bosymi stopami po kamiennej podłodze, jakby testowała, czy to miejsce naprawdę istnieje, czy tylko jej się śni. Zatrzymała się przy oknie, otworzyła szerzej okiennice i wyjrzała na zewnątrz - w dole widać było port, światła odbijające się w wodzie.
-
To naprawdę wygląda jak pocztówka - przyznała, opierając dłonie o parapet. Jej sylwetka odcinała się w kontraście do nocnego nieba, a cienka sukienka układała się na niej miękko, podkreślając każdą linię ciała. -
Gdyby ktoś mi to opowiedział, nigdy bym nie uwierzyła.
Odwróciła głowę w jego stronę. Patrzyła na niego tym spojrzeniem, w którym mieszało się niedowierzanie, wdzięczność i porządnie, które rosło między nimi przez cały ten tydzień. To spojrzenie było ciężkie, głębsze, jakby w końcu coś w niej pękło. Widziała, jak stoi w progu, z koszulą rozpiętą do połowy i tym samym spojrzeniem co ona, którego najwidoczniej oboje nie byli już w stanie kontrolować. Wiedziała też, że jeśli jeszcze raz odwróci głowę, jeśli znowu pozwoli sobie na ucieczkę, ta noc rozpadnie się na tysiąc niedopowiedzeń.
Podniosła brodę, zrobiła krok, a potem drugi, aż dzieliły ich już tylko centymetry. Czuła ciepło jego ciała, zapach soli i alkoholu mieszający się z czymś, co było wyłącznie jego. Uniosła dłoń i wsunęła palce w jego włosy, zaciskając je lekko, tak jakby chciała mieć pewność, że się nie cofnie.
Pocałowała go.
Nie delikatnie, nie badawczo lecz namiętnie i głodnie, jakby wreszcie odważyła się sięgnąć po coś, czego od dawna pragnęła. W tej gwałtowności była też czułość, coś miękkiego, co sprawiało, że jej wargi wracały do jego ust jeszcze raz i jeszcze raz, jakby nie mogła się nimi nasycić. Trzymała go blisko, palcami wplątanymi w jego włosy, drugą dłonią opartą o jego tors, nie pozwalając mu odsunąć się choćby na milimetr.
Świat za oknem zniknął. Został tylko on, ciężar jego oddechu, dotyk, smak, i to uczucie, że w końcu pozwoliła sobie na coś, czego od dawna sobie odmawiała.
Marco Todorovski