35 y/o
Catch the local sports fever
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

- A co, chcieli crepes? - pytam, unosząc wysoko obie brwi, a ta dziewczyna, która wciąż mi wisi na ramieniu dodaje - A to nie są naleśniki? - ja patrzę na nią, ona na mnie i wreszcie obydwoje na Madoxa. Z drugiej strony samochody i crepes brzmiały jak dobre rządania, uciekniesz i się jeszcze najesz po drodze - Nie no bez sensu, a potem jakby minął kwadrans to byś strzelał do ludzi jak do kaczek? Jak nie to już wiadomo, że jesteś niewiarygodny i można robić szturm, ja bym powiedział, że okej, ale jak się nie pospieszą to wtedy każdy kulka w łeb - dodaję swoje pięć centów i kiwam głową, chociaż z naszej dwójki to akurat Madox się lepiej zna na szemranych interesach i napadach, więc może i miał rację? W każdym razie zbrodniarze się zgadzają żeby wypuścić rannych i karuzela zatacza koło - znowu jesteśmy w punkcie kto wychodzi. Dyskusja chwilę trwa, no bo jak któryś z bandytów to go zdejmą jak będzie wracał do banku, a nikt z zakładników w sumie za specjalnie nie był chętny, o dziwo. To Madox. Jak się ten bandzior go pyta czy aby na pewno wróci to ja też wbijam w niego spojrzenie bo mam nadzieję, że jednak tak. Siadamy z tą kasjerką na krzesłach i czekamy. Reszta zakładników wciąż leży na ziemi, a jak jakiś facet chce wstać to jeden ze złodziejów każe mu leżeć. Z uwagi na wrażliwość niektórych uszu nie będę cytował. Drugi niestety zbliża się do mnie i zaczyna mi grozić - Nie no co ty, wróci na pewno - mówię, chociaż wcale nie jestem taki pewien. Odwracam się żeby spojrzeć na zegarek dokładnie w tym samym momencie, w którym robi to tamten facet. Wskazówka zegara przesuwa się o każdą sekundę bardzo wyraźnie i głośno. Trochę zaczynam srać po gaciach kiedy mijają trzy minuty, więc zakładam nogę na nogę i zerkam znowu na zegarek, a potem tego typa, jak wbija we mnie spojrzenie i uderza pałką w otwartą dłoń - Wróci, wróci - powtarzam, ale przekonuję w tym momencie głównie siebie i jak tylko Noriega wraca to od razu do niego dopadam. Razem z tą laską uwieszoną na moim ramieniu - Ja pierdole już myślałem, że nie wrócisz - już sobie wyobrażałem jak tamten gość łamie mi nogi i ręce. Madox nam opowiada co mu się udało załatwić, a jak ta kasjerka zaczyna znowu ryczeć, to ją uciszam delikatnie, na co znowu smarka mi w rękaw. Już się mamy rozstawać, tylko wtedy tamci nas zatrzymują, a ja patrzę na kumpla. Ja mam prowadzić? Chyba kogoś pojebało. Już mam proponować żebyśmy zagrali o to w kamień, papier, ale znam ten knyf Madoxa i wiem doskonale jak to się skończy - on zrobi kamień, a ja w ostatniej chwili zmienię na nożyce - Dobra, niech będzie, ale muszę jeszcze jej coś powiedzieć - odbieram kluczyki, po czym się oddalam kawałek z kasjerką, żeby jej coś szepnąć na ucho. Mówię, że tam pod siedzeniami jest torba mojego kolegi i żeby jej przypilnowała, to może nawet dostanie jakieś znaleźne. Dałbym jej wizytówkę, tylko mi tamci zabrali razem z portfelem, więc liczę na to, że zapamięta jak się nazywam. Buzi na pożegnanie i możemy jechać. Okazuje się, że to auto co nam podstawili to jest taki minivan, że niby trochę ścisk, ale wszyscy się mieścimy. Ja na szczęście z przodu, obok mnie Madox i jeszcze jeden ziomek, a reszta się gniecie z tyłu. Pierwsze co to zapinam pasy, a drugie to sięgam do radio żeby włączyć muzykę. Ten bandzior po drugiej stronie Madoxa już się wyrywa do mnie przez Noriege i krzyczy co ja odpierdalam, a ja na to, że dobra, przecież już jedziemy. Odpalam silnik i ruszamy, któryś jeszcze pomyślał, żeby powiedzieć policji, że jak za nami pojadą to nas rozpierdoli. No i spoko, chociaż pewnie i tak założyli w aucie GPSa. Trochę szarpie na początku, ale w końcu wyjeżdżamy na szosę, tylko ja generalnie jestem dosyć słaby w szybkiej jeździe, zresztą jak tylko widzę z oddali, że światła się zmieniają na pomarańczowe, to redukuję biegi i zaczynam zwalniać, ale tym razem jakiś bandzior z tyłu się drze, że mam dawać gaz do dechy - Ale zaraz będzie czerwone - zaczynam, na co w odpowiedzi dostaję głośne JEDŹ KURWA i w łeb, więc jako że nie mam za bardzo wyboru to dociskam pedał gazu aż do samego końca i dosłownie wjeżdżam prawie że slalomem między rozpędzone auta, które już przecinają skrzyżowanie. Chyba tylko cudem nam się udaje uniknąć kolizji, na co wzdycham głośno, zresztą jak każdy ściśnięty w tym aucie. Zbir siedzący z przodu zaczyna mi robić za nawigatora, że skręć teraz w prawo, a potem w lewo, na rondzie prosto, dalej przed siebie. Kręcę kierownicą i chyba tylko dzięki adrenalinie buzującej w żyłach (poniekąd to też ćpanie) idzie mi tak dobrze. Zmieniam bieg, żeby przyspieszyć ile silnik da. A na następnych pasach staruszka, zerkam w lusterko, na skrzywione miny swoich pasażerów i wiem, że jak będę chciał ją przepuścić to naprawdę któryś z nich mnie zabije albo przynajmniej przekopie. W duchu się modlę żebym jej nie ściągnął przypadkiem i najwidoczniej moje modły zostają wysłuchane bo mijamy ją dosłownie o centymetry, a w tym samym czasie Lou Reed w głośnikach śpiewa pam param param pam pam pam pam - Ufff, blisko było - nie chciałbym mieć jej później na sumieniu. Gdzieś z oddali dochodzą do nas dźwięki policyjnych syren, a w lusterkach już widać łunę świateł na horyzoncie. W środku robi się poruszenie, że kurwa musimy ich zgubić, mam jechać szybciej, tylko ten samochód niestety nie pojedzie szybciej. Któryś z moich potencjalnych klientów zaczyna mi tłumaczyć, że mam jechać tędy albo tamtędy, a ja na to - Nie, znam lepszą drogę, tylko muszą się trochę do nas zbliżyć - wszyscy patrzą na mnie i dosłownie słyszę strzęk strzelających kości przy tych wszystkich zaciskających się w złości pięściach - Wiem co robię - nikt w to nie wierzy, może Madox? Chociaż wątpię szczerze mówiąc. Niemniej nie ustępuję pod naporem wyzwisk rzucanych w moją stronę, jeden nawet grozi, że mnie zabije, ale chuj z tym. Powoli zwalniam, żeby radiowozy mogły dojechać nam bliżej do dupy, potem przyspieszam kiedy są już za blisko i znowu zwalniam dając im kolejną szansę. Bawimy się tak przez chwilę, a kiedy są już tuż za mną, na drodze prostej jak dupa węża to dosłownie w ostatniej chwili kręcę kółkiem żeby odbić w ledwie widoczną, boczną uliczkę, zaś wszystkie radiowozy, jak jeden mąż gnają prosto przed siebie, dźwięki syren stają się coraz słabsze, za to trzask pękających, policyjnych tyłków słychać aż tutaj. Jedziemy jeszcze kawałek na wpół dziką uliczką i w końcu wypadamy na autostradę, wprost w strumień pędzących aut. Chyba naprawdę udało nam się ich zgubić , przynajmniej chwilowo. Tylko szybko pojawia się inny problem, bo oczywiście poskąpili nam paliwa i właśnie zapala się kontrolka - Muszę zjechać na stację - informuję resztę. Na szczęście wyświetla się taka na horyzoncie i już po chwili parkuję przy dystrybutorze - Kto idzie? - pytam, a wszyscy wbijają we mnie spojrzenie. No i dobra, w sumie mogę się przejść, tylko - A dostanę jakiś hajs? - bo ja nie mam, tak się składa, że zostałem dzisiaj okradziony i pojmany. Tym razem wszystkie oczy zwracają się w stronę bandziora z workiem na śmieci, do którego zbierał fanty od zakładników. Podaje mi jakiś losowy, więc zaglądam do środka, a tam raptem pięć dolarów i guzik, ktoś był w chuj bogaty - Mało, podaj mi mój - macham ręką. Chłop pyta, który jest mój, a ja na to, że taki w skórę węża i jak mi go zwraca to wychodzę z auta żeby zalać je do pełna.

Madox A. Noriega
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
To Madox chciał crepes, czy tam naleśniki, i się zastanawiał tylko, czy może Ricz zrobił je na obiad. Ludzie się tutaj stresują, a ten myśli co na obiad...
No ale czym się stresować, chociaż zaraz jak William mówi, że to bez sensu, a jeden z bandziorów dodaje.
- To kogoś załatwimy za piętnaście minut, proste - to znowu robi się zamieszanie, znowu ktoś płacze, ktoś inny krzyczy, a Madox strzela oczami. No bo przecież policja na to nie pozwoli, nie zdejmą ich tu w banku, żeby narażać innych ludzi, a przynajmniej Noriega by tak tego nie załatwił. Zdjął ich w samochodzie, proste.
Madox znowu musiał iść przed bank z rannym, bez niego to w ogóle ten napad na sto procent by się nie udał, te bandziory jacyś tacy niemrawi.
No ale dobra, poszedł i załatwił, jak zwykle. Bo przecież on to miał jakiś dar przekonywania, wszystko potrafił załatwić, więc tam też tak zagadał, że wrócił w kamizelce kuloodpornej i z kluczykami. Jak Patelek do niego dopadł, to Noriega go pac pac po główce.
- No co ty Will nie zostawiłbym cię - niby William był taki dla niego chamski, ale Madox to jednak był dobrym kumplem, dbał o swoich ziomków. No i teraz jak się pogodzili, to przecież nie pozwoliłby Patelka odstrzelić.
William jeszcze zagaduje do kasjerki, a Madox na nich patrzy z ukosa.
- Ty to kurwa jesteś William, tylko laski wyrywasz, jak Gaba będzie przez ciebie płakać to ci zajebie - jeszcze tak mu powiedział, żeby Will wiedział, bo Noriega był przekonany, że on tamtej dziewczynie to dyktował swój numer, czy coś. Bo pewnie potem będzie chciał ją zaliczyć opierając się na tych traumatycznych przeżyciach. No i Madox to by nawet może na to przyklasnął, ale jak mu Will tak nagadał o Gabi, to on teraz nie wiem co ma myśleć.
Pewnie żeby Gaba była jednak z Willem? To by byli szwagrami.
Wsiadają wszyscy do samochodu a Madox już wiedział, że posadzenie Willa za kółkiem to nie jest najlepsza opcja. To jest najbardziej chujowa opcja na świecie, ale już mu się nie chciało dyskutować z tymi bandziorami, zresztą wciskają go do środka obok Willa.
No i jadą. Jak kurwa jakaś stara baba, która ledwo umie się wytoczyć z parkingu. Auto gaśnie Williamowi, szarpie, a on jeszcze potem ustawia sobie siedzenie, nawiewy i radio. Bandyci krzyczą, a Noriega opiera się o oparcie i odchyla głowę do tyłu, bo co miał zrobić?
Mogli jego posadzić za kółkiem, to już by pewnie byli poza Toronto na jakiejś pięknej drodze do raju, a tak...
Światło zmienia się na pomarańczowe, a Patel już hamuje. No tak kurwa, Madox to niczego innego się nie spodziewał po Williamie, ale bandyci się wkurzyli. A tan co przez Noriegę sięga do Williama to już go chciał złapać za łeb, ale Madox mu, że gdzie z łapami. No i oni krzyczą wciąż, że Will ma jechać, więc Noriega jako jego przyjaciel, postanowił mu pomóc i Williama kolano docisnął do podłogi do tego pedała gazu. Jak przejechali slalomem przez to skrzyżowanie, to Madox myślał, że tego nie przeżyją, ale jakoś się udało.
Tylko jak na złość potem na pasach wyłazi jakaś stara baba.
Te stare baby to prześladują chyba Madoxa, więc on już zasłonił oczy wytatuowanymi rękami, bo sobie wyobraził jak ta stara baba rozbryzguje się im na szybie jak mucha, ale na szczęście nic takiego się nie stało. Znowu farcik.
Ale zaraz w pobliżu wyją syreny i już trzy radiowozy siedzą im na dupie. Przejebane... Albo William ich rozbije, albo zaraz ich zestrzelą, Madox aż się poklepał po brzuchu, na którym miał kamizelkę kuloodporną. A potem Will mówi to wiem co robię, Noriega aż ściągnął usta w wąską linię, bo mu się wcale nie wydaje, ale dobra. Poklepał Williama po ramieniu i odwraca się do bandziorów.
- Ja mu ufam - no to stulił im trochę gęby tymi słowami, ale też tak nie do końca, bo oni jeszcze coś tam krzyczą, jak William zwalnia, ale kiedy w końcu skręcił w tą boczną uliczkę, to wszyscy odetchnęli z ulgą. Zaraz już są na autostradzie, czyli już prawie w domu, bo przecież bandziory ich zaraz wyrzucą, czy coś...
Tylko, że się okazuje, że zabrakło im paliwa i muszą zjechać na stację, tym razem William ma iść, ale Madox się tak kręci na miejscu.
- Kurwa chłopaki... muszę iść się odlać - mówi w końcu, ale bandziory, że nie ma takiej opcji, na szczęście kolega Madoxa mówi, żeby mu pozwolili, bo przecież im załatwił samochód i w ogóle. No to w końcu go puścili, a Noriega sobie paraduje po stacji w tej kamizelce kuloodpornej, macha do Williama, że idzie do kibla, żeby na niego poczekał i mu wziął hot doga, bo jest głodny, jakby nigdy nic. No zgłodniał sobie chłop.
Niby William coś tam, że a co na to chłopaki, ale Madox macha ręką i rzuca, że zanim on wyjdzie z kibla to już będzie gotowy, więc Patelek mu zamawia hot doga. I kiedy Noriega jest w toalecie to Will stoi przed szybą i patrzy na te parówy, które się tam kręcą. W końcu wyszedł Madox, sprzedawczyni go jeszcze pyta jakie sosy wariacie, to sobie wziął meksykański, wiadomo.
No i w końcu wyszli ze stacji, podchodzą do samochodu, a tam nagle akcja...
Podjeżdżają radiowozy, jeden wielki huk, policjanci krzyczą stać bo strzelam! A jeden z bandziorów, nie żaden z nowych kolegów Madoxa, tylko inny, wypada z auta z pukawką. To znaczy z pistoletem wyciągniętym przed siebie i strzela... Tak strzela, że prosto w Williama, ale Noriega się wyrwał do przodu i go zasłonił, a przy tym sam oberwał kulkę. Kolejny huk wystrzału tym razem policjant zdejmuje bandytę, ale Madox już leży na ziemi, a cały bok ma w czerwonej cieczy. William padł przy nim na kolana i coś tam krzyczy, że lekarza pewnie. Ale Madox go nie słucha, bo go napierdala bok...
Tylko zaraz się okazuje, że jednak jakiś Diabeł miał go chyba w opiece, bo kula utkwiła w kamizelce kuloodpornej, którą Madox miał na sobie, a to czerwone to jest... Sos meksykański. William płacze (tak zakładam), ale Madox jak otworzył oczy, to sięga ręką do swojego boku, bo jednak pewnie będzie miał tam w chuj siniaka po tym, ale na szczęście nie ranę postrzałową.
- Kurwa... parówka wypadła - bo on teraz ma w ręce tylko bułkę, której spód się wyjebał, jak ją za mocno ścisnął i ten sos mu pociekł po boku i wypadła z niej parówka. No ładnie.
Bandyci wysiadają z rękami na głowach, bo widzą już, że policja się tutaj nie ma zamiaru z nimi pierdolić, więc zaraz tam koło nich powalają tych karków, a jeden jeszcze krzyczy dramatycznie.
- Nie umieraj Madox!

William N. Patel
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
35 y/o
Catch the local sports fever
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Stoję na tej stacji i czekam aż mnie uśmiechnięta pani za kasą obsłuży i nagle widzę, że wchodzi Madox. Mówi mi, żebym mu wziął hot doga, a ja, że co na to chłopaki, a on, że chuj z tym i idzie się odlać. Ja generalnie jestem taki, że jak już biorę żarcie dla Noriegi, to dla bandytów też i liczę na palcach ilu nas jest - ja, Madox, jego nowy kolega, ten z workiem, ten w śmiesznej kominiarce, jeszcze dwóch karków i jeden mały karakan. To chyba z ośmiu, więc chwilę to trwa zanim nam ukręci osiem parówek, osiem bułek i jeszcze każdą zaleje sosem. Jednego od razu podaje Madoxowi, zaś resztę upycha w torbie. Odbieram zamówienie, zostawiając kasjerce napiwek i wracamy do auta, po drodze się pytam Madoxa czy może ich powinniśmy poprosić żeby już nas puścili? Tylko zanim zdążymy to się robi ogromne zamieszanie. Najpierw podjeżdżają samochody, a potem padają pierwsze strzały i ja oczami wyobraźni, jakby w zwolnionym tempie już widzę jak ta kulka trafia mnie prosto w serce i to by było na tyle, jeżeli chodzi o Williama Patela. Śmierć w sumie epicka - zginął w napadzie na bank, ale to trochę za wcześnie, nie zdążyłem jeszcze tylu rzeczy zrobić, jak na przykład spróbowanie DMT, chociaż to się podobno wydziela przy umieraniu. Tylko mi się nic nie wydziela, bo oto Madox w heroicznej postawie wyskakuje przede mnie i obrywa kulkę. Spomiędzy moich warg wyrywa się głośne nieeee!!!! a cała torba z hot dogami ląduje na bruku i wszystkie te parówki mi się rozsypują pod nogami. Padam od razu na kolana przy Noriedze, a łzy same mi ciekną po policzkach bo kurwa, widzę czerwoną plamę na jego boku. Boże, to nie może się naprawdę dziać, to nie może się tak skończyć! Wołam żeby dzwonili na pogotowie i go łapię za bok, żeby zatamować krwawienie, ale wtedy Madox mówi, że parówka wypadła, a ja się kapuje, że mam dłonie całe w meksykańskim sosie. Pociągam głośno nosem, bo do mnie wciąż nie dociera co się właśnie stało, zresztą nie tylko do mnie, bo ten bandzior, który się najbardziej zdążył zżyć z Madoxem też lamentuje - Nie umarł!! - krzyczę do niego, jak go już pakują w jeden z radiowozów, a on tylko unosi do góry kciuk, że idzie siedzieć z czystą głową - Kurwa, już myślałem, że po tobie - rzucam do Noriegi. Coś mam jeszcze dodać, ale już podbiega do nas jeden z policjantów, żeby nam pomóc wstać i pyta czy z nami wszystko okej? Czy coś nam zrobili? Czy mamy jechać do szpitala?... Ja w sumie nie muszę, ale Madoxa mógłby ktoś obejrzeć, więc kiwam głową, że niby ok, tylko chcemy wrócić do miasta. Gliniarz przytakuje, prowadząc nas do pustego radiowozu. Czeka nas pewnie jeszcze długa przeprawa przez komisariat, ale chuj. To i tak lepsze niż podróż do krainy umarłych. Chociaż w piekle pewnie też by nas polubili, może nawet bardziej niż w psiarni.

/koniec Madox A. Noriega
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
ODPOWIEDZ

Wróć do „Canadian Imperial Bank of Commerce”