Najlepsze w życiu.
Dzikie, intensywne, ale w tym beztroskie. Bo nie przejmowali się wcale tym, co im przyniesie jutro. Bo czerpali z każdego dnia pełnymi garściami. Kochając się, pieprząc, wyznając sobie miłość, patrząc głęboko w oczy i pod wpływem impulsu po zajebistym seksie.
Chodzili na drogie kolacje i udawali, bawili się i żyli.
Jak te dzieciaki, którymi przecież byli.
Madox znalazł nawet jakieś ogłoszenie, gdzie sprzedawali motocykl i pokazywał go Pilar.
Mieli go kupić, a kiedy już wezmą ślub, to może jechać na jakąś objazdową wycieczkę wzdłuż wybrzeża, zanim będą się przygotowywać do akademii policyjnej. Madox stwierdził, że przecież nie muszą, ale Stewart się zaparła, uznała, że nie mogą tego oblać, więc po motocyklowej podróży poślubnej mieli wziąć się za przygotowywanie do akademii. Piękne mieli plany.
I naprawdę wierzyli w to, że wszystko pójdzie po ich myśli, bo póki co w Medellin była cisza, a przynajmniej Marie, z którą się skontaktowali tak im powiedziała, że nikt ich nie szuka. Tio nawet chyba wycofał zarzuty, tak słyszała.
Tylko ciotka Pilar i jej kuzyn wypytywali o nią wszędzie.
I chociaż Madox widział jak to dotykało Stewart, chociaż pytał jej ze sto razy, czy chciała wracać, to ona zarzekała się, że nie, że chce z nim spędzić resztę życia. Z nim.
W tym domku na plaży, albo gdziekolwiek.
I on też z nią chciał.
A za dwa dni mieli to przypieczętować ślubem, o którym jeszcze nie powiedzieli Juanowi i Sofii, z którymi spędzali kolejny wieczór w klubie.
Dobrze się bawili we czwórkę.
Dzisiaj też zamierzali, chociaż Madox przed wyjściem, kiedy jeszcze Pilar się szykowała prezentując mu kilka kusych sukienek, odrzucił kilka połączeń od... jego matki.
A potem ten dziwny sms.
Odezwij się do mnie Madox.
Skąd Esme wiedziała, że on ma telefon Rosy?
Nie chciał teraz o tym myśleć. W ogóle nie chciał rozpamiętywać tego co zostawili w Medellin. Rozmawiać z matką i wysłuchiwać jej pretensji
- Czerwona - uśmiechnął się do Pilar, kiedy prezentowała mu kolejną sukienkę, a zaraz poderwał się z łóżka, wyrwał do niej, a potem całował długo jej usta. I dobrze, że nie miała na sobie jeszcze majtek, bo zrobili to znowu na ścianie.
Dlatego trochę spóźnili się do klubu, ale finalnie znaleźli swoich przyjaciół w loży, którą zarezerwowali sobie już wcześniej. Też za hajs starego Noriegi. Drinki też on dzisiaj stawiał.
Madox rozparł się na kanapie, chociaż rękę opierał gdzieś na plecach swojej... Narzeczonej przecież. Bo dwa dni temu, gdzieś pomiędzy tym jak obciągali sobie na motorówce, a pieprzyli się w oceanie, to on przecież dał jej prawdziwy pierścionek, ładny, z czerwonym oczkiem. I oświadczył się na plaży, na kolanach, a Pilar znowu
- Ale co ja poradzę, że ona mnie tak kręci? - westchnął ciężko i zaraz poprawił się na kanapie łasząc do Pilar. Bo taka była prawda, że oni potrafili się nakręcić w jednej chwili, a potem... To już nie potrafili się zatrzymać. To już konsumowali ten ogień, który między płonął na różne sposoby i wszędzie.
I teraz też Madox tak na nią patrzył, coraz ciemniejszymi już ślepiami, a jego ręką zaczepiła o czerwony materiał sukienki na jej udzie, podwijając go do góry.
Może dobrze, że Sophia zarządziła, żeby poszli po drinki, bo nie wiadomo jakby to się skończyło. Madox się ruszył, poprawił jeszcze swoją drogą, czarną koszulę, w którą po klacie spływało mu kilka złotych łańcuszków, i taki z serduszkiem, z literką P, który wybrała dla niego Pilar, a potem poszli do baru z Juanem. Oparli się o niego zamawiając im drinki. I chociaż Madox rozmawiał z Juanem, to jego ciemne spojrzenie bez przerwy uciekało do niej, do tego jak tańczyła na parkiecie. Dla niego.
- Co? - dopiero kiedy Juan powtórzył swoje pytanie, to utkwił w nim wzrok.
- Pytam czemu nie chcecie jechać? Podobno z babką Pilar już dobrze i to był jednak fałszywy alarm, to co was tu trzyma? - zapytał. No tak, musieli im wkręcić, że babka jednak cudownie ozdrowiała, bo doszli do wniosku, że nie za bardzo im wyjdzie udawanie żałoby, kiedy oni... nie mogli się sobą nacieszyć.
- No... Za dwa dni chcemy się pobrać - zdradził Madox, a Juan zrobił na niego wielkie oczy.
- Pierdolisz? Stary... nie to żeby coś, ale wy macie po osiemnaście lat, serio chcecie się wiązać na całe życie? - zdziwił się. A Madox uciekł znowu wzrokiem do Pilar, koło której zaczął się kręcić jakiś typek.
- No kurwa, niczego bardziej nie chcę. Chcę się z nią zestarzeć, mieć dzieci, wnuki, dom, kota i psa, wszystko chcę z nią - znowu wrócił spojrzeniem do Juana, który parsknął śmiechem.
- Przy tym jak się ruchacie jak jakieś króliki, to różnie może być z tymi dziećmi - pokręcił głową. A Madox spojrzał na niego trochę tak, jakby nie wiedział skąd się biorą dzieci, uniósł jedną brew.
- Pilar jest na tabletkach - powiedział od razu, ale prawda jest taka, że ich nie widział na oczy, ale skoro tak mu powiedziała, to on był spokojny, ani razu już nie pomyślał o tym, żeby w ogóle kłopotać się prezerwatywami.
Dzieci im nie groziły. Ale Madox lat osiemnaście, to nawet kiedyś chciał je mieć, ze Stewart, wcale nie przejmował się tym, że mógł być tak chujowym ojcem, jak ten jego. Byłby zajebistym. Ojcem. Policjantem. Z Pilar to mógł być każdym.
- A no chyba, że tak, ej ale czekaj... to kogo wy weźmiecie na świadków? - zapytał Juan, ale Madox już odbił się od lady.
- Czekaj... Zaraz wrócę - poklepał kumpla po ramieniu, chociaż nawet na niego nie spojrzał, bo już spod na wpół przymrużonych powiek wpatrywał się w tego gościa, który zaczepiał jego narzeczoną.
Zaraz wyrósł przed nim na parkiecie i od razu pchnął gościa do tyłu, mocno, aż chłopak się zatoczył, a Madox skrzyżował ręce na piersi.
- Masz jakiś problem? Najebać ci? - warknął.
A facet parsknął pogardliwie.
- Ty? Chyba sobie kurwa żartujesz... Dawaj - zmierzył Noriegę spojrzeniem, a potem pokiwał do niego ręką. Może Madox rzeczywiście w tej drogiej koszuli nie wyglądał na kogoś, kto umie się bić, ale przecież to potrafił. Wygrał cały turniej walk w klatce. Nie trzeba była mu dwa razy powtarzać. Chociaż jeszcze się obejrzał łapiąc na moment ciemne spojrzenie Pilar.
A potem skoczył, jak ten jaguar, z rozpędu, powalił chłopaka na ziemię. I chyba trochę zaskoczył, chociaż facet się zamachnął. Madox uchylił, a zaraz wyjebał mu prosto w zęby. Raz, drugi, trzeci...
Dostał z kolana w plecy, ale za lekko, bo zaraz dociskał gościa przedramieniem do ziemi, za gardło, w które wbijał mu łokieć.
- Co powiedziałeś do mojej dziewczyny? - wycedził przez zęby, ale facet nie mógł zaczerpnąć powietrza, a co dopiero coś powiedzieć, robił się już cały czerwony, i to chyba nie była sztuczka jak Juana.
Udusiłby go?
Chciał to zrobić?
Może.
W morderstwo.
Lopez nie miał skrupułów, był jednym z tych ludzi, którzy potrafili zabić z zimną krwią. Ręka mu nawet nie drgnęła, kiedy celował komuś miedzy oczy, nigdy nie zawahał się naciskając na spust. Był dobry...
I był staremu Noriedze oddany, od wielu lat. Jeden z jego zaufanych ludzi, tak się określał. Ale tak też mówił o nim szef. Lopez ty jesteś swój chłop.
Ale do tego dzieciaka miał dziwną słabość. Może dlatego, że był synem jego ukochanej kobiety? A może dlatego, że kiedy patrzył w jego oczy, to widział w nich siebie? Tego młodego, nieustraszonego chłopaka, który całe życie walczył.
Szedł korytarzem willi i chociaż od razu skierować się miał na podwórze, żeby zadzwonić do Fabiano, przy okazji robiąc obchód po włościach, to jego kroki jakoś mechanicznie, jakby niesione odruchem skierowały się do jej sypialni.
Kiedy Esme kłóciła się z mężem, to zamykał ją w jej pokoju, na długie godziny, żeby przemyślała sobie to co zrobiła.
Jak zwykle kurwa nic.
Andres doskonale o tym wiedział i nie raz zakradał się w te cztery ściany, nie raz proponował jej, żeby uciekli, ale ona nie chciała zostawić Madoxa. A ten gnojek ją zostawił.
Uciekł. Oni też powinni, już dawno temu.
Ułożył dłoń na klamce, ale zanim wszedł do środka to rozejrzał się na boki po korytarzu, był tu sam. Głucha cisza. I tylko jej płacz, który usłyszał dopiero gdy przysunął policzek do drzwi. Przekręcił klucz i wszedł do środka, a kiedy Esmeralda zerwała się na równe nogi, a krzesło od jej toaletki upadło z hukiem na podłogę, to Lopez wyrwał się do niej. Wytatuowaną rękę oparł na jej pełnych, gorących ustach kneblując ją, mocno. Przypierając do białego blatu. Esme miała na sobie białą, cienką, długą koszulę nocną, na ciele wciąż nosiła znamiona tego, jak nie chciała swojemu mężowi wyznać, że widziała w nocy ich syna, ale on miał nagrania z kamer. Nawet Lopez je widział.
- Cicho... - wyszeptał patrząc jej w oczy. Sam też wstrzymał powietrze i przez dłuższą chwilę nasłuchiwali, czy powalone krzesło nie wywołało poruszenia na korytarzu. Wpatrzeni tylko w swoje oczy, a kiedy Esme oparła mu miękko palce na dłoni, to ją zabrał, odsłonił jej usta.
Chciała coś powiedzieć, ale on tylko pokręcił głową.
- Carlos chce wrobić Madoxa w morderstwo - powiedział beznamiętnie, a Esma spojrzała na niego wielkimi oczami.
- Nie może... - pokręciła głową.
- Zrobi to, wiesz o tym - znowu odezwał się Lopez.
- Andres... Nie pozwól mu, nie możesz mu na to pozwolić - Esmeralda zacisnęła palce na jego nieskazitelnej koszuli.
- Wiesz doskonale, że nie mogę nic z tym zrobić Esme, ja tylko chciałem... Ucieknij ze mną, już nic cię tutaj nie trzyma, a ty musisz myśleć o sobie, a nie o tym... - niewdzięcznym gnojku, to chciał jej powiedzieć, ale ona wpatrywała się w niego wielkimi, błyszczącymi oczami.
- Zróbmy to. Zabierz mnie stąd Andres - sięgnęła do jego policzka opierając na nim dłoń, szorstki zarost wbijał się w jej miękką skórę - ale nie możemy tak zostawić Madoxa, to jest twój... - widział w jej oczach, że ciężko było jej to powiedzieć, że ją to gryzło. Zachęcił ją opierając rękę na jej dłoni, układając na niej palce - syn - powiedziała to w końcu.
Madox nie był synem Carlosa Noriegi. Nosił tylko jego nazwisko. A jego prawdziwy ojciec kochał jego matkę nad życie. I może dlatego on... Madox, też umiał tak kochać?
Mimo, że w domu tej miłości nigdy nie zaznał.
¿Qué le dijiste a mi novia?
