Kilka godzin temu szli do Eliota walczyć o siebie, o ich związek, gotowi poświęcić dla niego naprawdę wiele. A Pilar może i wszystko. Chwilę później całowali się pod posterunkiem, żeby przypieczętować to, że już nie muszą się ukrywać, a potem dali sobie chwilę na beztroskie karmienie kaczek i lody.
I gdyby nie Galen Wyatt i jego
gierki, to by był dobry dzień. Minus pięć stówek w kieszeni, ale jeden z tych
przyjemnych.
A teraz bilans wynosił już minus pięć i pół koła, a do tego prawie rozpierdolony związek, który przecież w takich trudach budowali. I jakby rzeczywiście rozjebał go Galen Wyatt, to by był jakiś żart od losu. Kiedy oni walczyli z meksykańską mafią, torontońską policją i półświatkiem. A tu jeden paniczyk, głupim telefonem, mógł ich zniszczyć...
Nie no, nie mógł. I chociaż Madox to zrozumiał dopiero nad jej rozsypanymi po chodniku rzeczami, to przecież zaraz je zbierał i nawet nie zwrócił uwagi na sąsiadkę, która nadawała, że ta walizka prawie ją zabiła, tylko rzucił coś, że pod dwadzieścia jeden mieszka jego prawnik i jak chce, to niech tam idzie.
Bo Noriega już wracał po schodach do mieszkania numer trzynaście, z walizką pod pachą. A potem od razu do łazienki, bez żadnego pukania, po prostu wszedł tam jak do siebie. Jak zawsze do jej życia, wchodził z pierdolonymi butami, nigdy nie pytając o pozwolenie. Tylko idąc za głosem serca, które też szarpnęło do niej odbijając się w piersi. Bo mimo, że próbowała ukryć łzy, no to przecież Madox aż tak głupi nie było.
Podsunął się do niej bliżej i chociaż najpierw przesunął palcami po jej kolanie, żeby sprawdzić, czy go stąd nie wypierdoli. Bo mogła. Miała pełne prawo się na niego wkurwiać, to jednak kiedy powiedziała to, że
ona zjebała, to Madox tylko pokręcił głową, a zaraz już przysuwał się do niej
bliżej. Zaraz wytatuowane palce muskały jej gorącą gładką skórę, na ramieniu, kiedy mówił jej to, że zawsze będzie przy niej. A potem układał je na zaczerwienionych policzkach, z których zbierał niesforne, czarne kosmyki, jej
kudły, które polepiły się do wilgotnej skóry. Patrzył w jej piękne, czekoladowe oczy, które błyszczały przez niego niebezpiecznie, i coś go ściskało gdzieś w środku, że ona przez niego... płakała.
Bo Pilar nigdy nie płakała, i była najtwardszą babką, jaką on znał, była jego kurwa...
muzą, i jego siłą. A dzisiaj przez niego oskubana całkowicie z tej mocy.
Bezbronna.
Przysunął się do niej jeszcze bliżej, zakładając sobie na kolano jej nogę, mieszając je ze swoimi, tak, że mogli już czuć na sobie ciepłe oddechy, które wciąż urywały się w piersi, ale już z innych powodów niż złość.
Kiedy on wyznawał jej miłość, a ona opowiadała o tym, że jest
jedyny, że też go kocha, najbardziej na świecie.
-
Lo sé, pero a veces... -
wiem, ale ja czasem..., zaczął, bo przecież wiedział, że
był tylko on, i dla niego też ona była najważniejsza. Skinął głową, że rozumie, ale zaraz odwrócił się do jej dłoni, żeby ją zaczepić, musnąć wargami słoną od łez skórę.
A kiedy układała jego wytatuowane palce na piersi, na sercu, które uderzało w chaotycznym rytmie, to objął ją w pasie przyciągając do siebie bliżej, i sam też zaraz sięgał do jej dłoni, oparł ją na tej brudnej koszulce, pod którą ukrywał się tatuaż z lwem. Mogła czuć pod opuszkami ten
dziki rytm.
-
A veces no puedo evitar dejarme guiar por mi corazón -
ja czasem nie umiem się powstrzymać, żeby nie kierować się sercem, dzikością serca, którą mogła czuć na własnej dłoni -
i czasem zrobię coś zanim pomyślę, bo ty tu jesteś od myślenia, a ja chyba od spierdalania wszystkiego i przepraszania... - i znowu się do niej łasił, bliżej, żeby tylko mieć ją przy sobie, żeby ją czuć.
Bo może rzeczywiście takie momenty... też były potrzebne, uświadamiały im, że nie chcieli siebie stracić i tego, co przecież pokonując te wszystkie trudności, budowali. Przytulił szorstki policzek do jej dłoni.
-
Teraz to wydaje mi się, że Wyatt będzie przechodził na drugą stronę ulicy, kiedy tylko zobaczy któreś z nas - sięgnął do jej dłoni, żeby musnąć wargami jej środek, a potem jej wierzch i każdy jeden palec. Dopiero kiedy powiedziała to, że
ona też nienawidzi się z nim kłócić, to uśmiechnął się puszczając jej rękę, która zaraz zaciskała się na jego koszulce.
I kiedy jego wargi zawisły te
nieznośne milimetry od jej pełnych, ciepłych ust, to jeszcze raz spojrzał jej w oczy, ciemne, piękne, błyszczące... ale już inaczej.
Zamknął jej usta w pocałunku, dzikim, agresywnym. Wyrywającym z płuc resztki powietrza, by potem mogli się dzielić tymi ochłapami, które im zostały, aż zakręci się w głowach. Podparł się ręką o ścianę napierając na nią mocniej, przyciskając ją do wcale już nie zimnej ściany.
-
Yo también te quiero - odpowiedział jej między pocałunkami, kolejnymi razami kiedy jego wargi zaczepnie muskały jej usta, a przyspieszony oddech lądował na zaczerwienionych policzkach. Dopiero po chwili spojrzał na nią z dystansu, chociaż ciemne tęczówki wciąż błądziły po jej pięknej twarzy, po czekoladowych, dużych oczach i ustach, których smak znowu siedział tak głęboko w głowie, że w pierwszej chwili...
-
Co? - uniósł jedną brew, chyba oboje wiedzieli, że tam nie pójdzie, a jednak -
przekonaj mnie... - rzucił zaczepnie, bo chyba nie byłby sobą, gdyby tego nie zrobił. A zaraz znowu się do niej szarpnął, ale tym razem zawisł nad nią i tylko to ogniste spojrzenie odszukało to jej, równie intensywne -
nunca más te dejaré -
już nigdy cię nie zostawię, powiedział i jeszcze raz musnął zaczepnie jej gorące usta, a zaraz opierał się obok niej o ścianę. Zaczepiał ją kolanem i pytał o Panchito. Bo może głupia kaczka niewiele nauczyła się z tej przygody, ale oni już chyba tak...
Madox na pewno. Tego, że nie umiałby bez nie żyć. I kurwa zrozumiał to nad jej ciuchami wypierdolonymi na ulicę. Że ze swojego życia, serca przede wszystkim... by jej się tak łatwo nie pozbył. Nie umiałby. Nie chciał. Nie pozwolił.
Przekręcił głowę na bok, kiedy oglądała jego policzek, a zaraz ciemne tęczówki odszukały jej przenikliwe spojrzenie.
-
Gdybyś widziała jego... - i to fakt, że Galen Wyatt wyglądał gorzej, bo jednak Madox zdecydowanie lepiej wiedział, jak wymierzyć, no i trochę wziął Wyatta z zaskoczenia. Przesunął palcami po jej nodze, kiedy wstawała z podłogi, jeszcze chciał ją do siebie pociągnąć, ale kiedy wystawiła do niego ręce, to zaraz je złapał i też się zbierał z ziemi -
zobacz... a to tylko raz obsrali, raz pobili i wsadzili do paki - mruknął i już znowu się do niej szarpnął, ale wtedy zadzwonił ten telefon. I Madox automatycznie odchylił głowę do tyłu, bo jeśli to Galen Wyatt, to on nawet nie zmienia tej koszulki...
Chociaż z kolejnymi słowami Pilar, spuścił na nią spojrzenie. A kąciki jego ust delikatnie skoczyły ku górze -
uwielbiam, kiedy mówisz, że cały świat może się pierdolić, a tak naprawdę myślisz o tym, że my byśmy mogli... - zaczepił ją, robiąc krok w jej kierunku, tak, że na niego wpadła. A kiedy zacisnęła palce na brzegu upierdolonej koszulki, to jeszcze grzecznie podniósł ręce, żeby ją z niego ściągnęła.
Ale to tyle było z jego grzeczności, bo kiedy bluzka wylądowała na ziemi, to Madox znowu się do niej szarpnął. I zaraz opierał się o nią nagim torsem, a mokrymi pocałunkami sunął już wzdłuż jej szyi, zostawił czerwoną pieczątkę gdzieś na jej ramieniu, a palce zacisnął na jej pośladkach. I może by ją posadził na umywalce, albo wszedł z nią pod prysznic, gdzie zrzucali by z siebie mokre, klejące się do ciała ubrania?
Ale telefon zadzwonił znowu, a Noriega się odsunął, nie puścił jej, ale zajrzał w jej piękne, czekoladowe oczy.
-
Idź, odbierz, bo może to coś ważnego... Ale jak to Galen Wyatt, to powiedz mu, że się wrócę i jedziesz ze mną, żeby mu poprawić - jeszcze raz zaczepnie musnął wargami jej usta, ale zaraz ją puścił, odsunął się -
a ja wstawię pranie - już sięgnął do ozdobnej klamry paska, żeby ją odpiąć, ale coś mu się przypomniało -
a i podłączysz mój? Bo padł - dał jej swój telefon, który miał w tylnej kieszeni jeansów. A później jeszcze na zachętę poklepał ją po pupie -
tylko przyjdź mi umyć plecy - jeszcze puścił jej oczko. A kiedy poszła, to rzeczywiście zrzucił z siebie ciuchy, wszystko wrzucił do pralki, dołożył jeszcze coś z kubła i nastawił na bawełna ciemne, czyli to co zawsze, zapomniał o proszku, więc i tak musiał zatrzymać, dołożyć proszek, dolać płynu, pewnie więcej niż trzeba i gotowe.
Tylko że jak sobie kucnął, żeby zajrzeć do pralki to miedzy tymi jego ciemnymi ciuchami zobaczył jakieś wirujące czerwone majtki -
o kurwa... - ciekawe czy to Pilar, czy Rosy. Bo jak Rosy i je zniszczy, to będzie afera... A jak Pilar, to jej zawsze mógł kupić nowe... Tak, czy siak nie ryzykował, tylko znowu wstrzymywał pranie, żeby wyjąć te majtki i kiedy Stewart wróciła, to grzebał za nimi w pralce -
no i co? - spojrzał na nią przez ramię w momencie, w którym dogrzebał się do tej koronkowej bielizny i wyszarpnął ją z pralki.
Nunca te abandonaré ₊˚⊹♡