Może trochę podejrzane było, że Sadie ze wszystkich możliwych składników wymieniła akurat suszone pomidory, ale hej, mała Darling zajadała się w dzieciństwie brukselką i szpinakiem. Pewnie dlatego była teraz taka silna. Jak Popeye! Tak czy siak, pizza została zamówiona i nie było już odwrotu. Najwyżej Sadie będzie kazała ciotkom dojadać po sobie te nieszczęsne pomidory.
— To może Król Lew? Oglądaliście? — wtrąciła Teddy. Oboje pokręcili głowami. Nie pomyślała jednak, że tym sposobem skazywała ich na traumę, którą miał każdy, kto obejrzał tę bajkę. No trudno, niech się dzieciory hartują. Kiedyś i tak będą musiały przez to przejść. Lepiej wcześniej, żeby miały jakiekolwiek pojęcie, że nie wszystko jest zawsze takie słodkopierdzące. Chociaż ciężko stwierdzić, czy cokolwiek ich ruszy po tym, jak skazały maskotki na rychłą śmierć. To znaczy, Arlo je skazał, ale jego siostra przyklasnęła i nawet nie wyzywała go od głupków.
Teddy spojrzała na narzeczoną. I proszę bardzo, na ten moment problem z bajką miały z głowy. Teraz jeszcze napchać te małe larwiaki węglowodanami i popadają jak muchy. To była akurat optymistyczna wersja. Jak rzeczywiście będzie, to już czas pokaże. Na razie nie było jeszcze aż tak późno. Trzeba być dobrej myśli! Albo przynajmniej jakiejkolwiek, która posiada wersję, w której to ziemniaki na dwóch nogach jednak bez buntu dadzą się położyć do łóżka.
Strażaczka wyciągnęła z szafy pierwsze lepsze krótkie spodenki i luźną koszulkę, jednocześnie wybierając podobny zestaw dla April. Zeszły na dół do łazienki, gdzie Darling spojrzała w lustro i skrzywiła się ostentacyjnie. W tym kompaktowym jej twarzy wyglądała nieco lepiej. Dopiero przy dobrym oświetleniu zauważyła, że od tony pudru była blada jak śmierć, a oko miała czerwone po niespodziewanym ataku szczoteczką od tuszu do rzęs.
— Powinnam to zmyć, czy Sadie będzie przykro? — zerknęła niepewnie na Finch, mając nadzieję, że dostanie jakąś sensowną radę. Bo że dla niej zawsze wyglądała najpiękniej na świecie, to już słyszała. — Nie chciałabym, żeby pomyślała, że makijaż mi się nie podoba. Trzeba jednak przyznać, że jest bardzo... prowokacyjny? — z trudem powstrzymała się od nazwania go ohydnym. Umówmy się, na miasto by tak nie wyszła. Chyba że w Halloween. Mogłaby robić za Valak. Wystarczyło zarzucić habit i normalnie jakby ktoś wyjął ją z Zakonnicy.
Mimo wszystko zaczęła rozglądać się za czymś, co doprowadziłoby ją do porządku. W ręce wpadł jej żel, który powinien przynajmniej połowicznie załatwić temat. Szminkę może zostawić, ale te kropki na czole? Miejcie litość.
— I co? Jesteś już zafiksowana na macierzyństwo w pełnym wymiarze godzin? — tym razem spojrzała na narzeczoną z rozbawieniem. Obie raczej miały podobną opinię. A może nie? Może April jednak zaraz oznajmi jej, że jasne, i jutro już będą jechać do jakiegoś domu dziecka, żeby przebierać w w egzemplarzach i wybrać sobie małą sierotkę? No i co wtedy Teddy miałaby zrobić? Pewnie poszłaby w to jak w dym, bo nie potrafiła odmawiać. A już na pewno nie swojej ukochanej.