Może zwariował. Z tymi dzieciakami, z tym, że myślał, że była zła, że nie będzie mógł się jej dobierać do majtek, albo może z tym, że i tak będzie to robił? Chociaż spróbuje?
Tylko zaraz okazało się, że nie ma opcji, bo dzieciaki przewieszały się do przodu miedzy siedzeniami, jeden przez drugiego, tylko Zbyszek pozostał z tyłu, ale dziewczyny zaglądały zaciekawione do przodu. A Madox je zagadywał, bo on przecież zawsze to robił, dla niego nie było takiego pojęcia, jak to, że ktoś był obcy. On zaraz do wszystkich walił na ty, ze wszystkimi rozmawiał. Chociaż nie każdy czuł się z tym komfortowo, ale Noriega też umiał spuścić z tonu, z tymi dzieciakami jednak okazało się, że wcale nie muszą.
Musieli jednak zatankować, wiec zaraz prosił Pilar, żeby mu sprawdziła najbliższą stację.
- Pięć minut to zaraz, a tu jest chyba... - nacisnął jakiś guziczek, żeby mu się pokazało ile jeszcze mogą zrobić kilometrów - prawie czterdzieści kilometrów - rzucił, bez problemu dojadą. Kiedy Pilar nachyliła się w jego kierunku, to on też pochylił się w jej, do jej ramienia, żeby szczypnąć jej skórę zębami, zaczepić ją. Bo może i nie mógł dobierać jej się do majtek, na razie, ale jednak i tak cały czas do niej sięgał, chociażby po to, żeby musnąć skórę na jej kolanie palcami.
Chociaż kiedy dziewczyny znowu zaczęły wypytywać, czy oni są razem, to opadł plecami na oparcie, uśmiechnął się, bo czy są polowanie, albo zwrotnica brzmiało mu po prostu śmiesznie, zabawnie. Oni w ogóle w tej rozmowie płynnie przechodzili miedzy hiszpańskim i angielskim, żeby się dogadać, nawet ładnie im to wychodziło. Chociaż dzieciaki próbowały coraz to nowsze słowa, w sumie fajnie. Madox lubił takie zaangażowanie. Zerknął kątem oka na Pilar, kiedy oglądały jej pierścionek. Ten z literką M, jego ulubiony. Na palcu jego ulubionej, ukochanej... kobiety.
Kiedy ich przedstawiła, to podniósł rękę, żeby się przywitać, ale rzeczywiście już zjeżdżał na stację.
- Kiedyś kupię jej ładniejszy... - wtrącił jeszcze kiedy Marlena stwierdziła, że śmieszny ten pierścionek. Może trochę był, ale lepszy niż ten z czerwonym oczkiem, który w ogóle im nie siadł. Chociaż teraz już chyba wiadomo dlaczego, bo matka Madoxa jednak... Wszystkich okłamywała. Jej pierścionek by się nie sprawdził.
A ten Madoxa, ten śmieszny, był dany w kompletnie szczerych intencjach, prosto z serca. Noriega podjechał pod dystrybutor, a kiedy Zbyszek powiedział, że są zajebiści, to musiał aż się obejrzeć przez ramię na dzieciaki.
- Bo my jesteśmy zajebiści - sięgnął do ręki Pilar ozdobionej tym
Zbyszek się ucieszył, ale Izka złapała go za ramię i coś tam powiedziała. Jeszcze skonsultowali to z Marleną w ich ojczystym języku, w końcu ruda się odezwała.
- Nie no... nie możemy was wykorzystywać, chyba, że... możemy wam coś za to dać? - przechyliła się do przodu i już zaraz zdejmowali coś z nadgarstków - robimy takie bransoletki, to znaczy Izka je robi, one są na szczęście i od złego uroku, żeby nikt wam źle nie życzył, te są z czarnym turmalinem - wyciągnęła na ręce dwie takie bransoletki, jedną którą oddał Zbyszek, większą, i drugą od Izki - będą wam przynosić szczęście na nowej drodze życia, czy coś - podsumowała Marlena i popatrzyła po nich.
Madox najpierw się zawahał.
- Ale te są wasze? - zapytał, ale do przodu wypadła blondynka.
- Nie, spokojnie, my sobie zrobimy nowe, a przekazywane w dobrej wierze i z dobrą energią, mają taka samą moc - Madox wcale nie wierzył w moc jakiś bransoletek, w ogóle nie wierzył w takie rzeczy, ale z drugiej strony to miło, że ktoś im życzył tak dobrze na nowej drodze życia. Spojrzał jeszcze na Pilar, a potem sięgnął po te bransoletki.
- Dobra, to weźcie też lody, tylko dla nas też, a my zaraz przyjdziemy, tylko zatankuję - pośpieszył dzieciaki, a oni w końcu wysiedli. Zanim jednak Noriega to zrobił, to sięgnął do ręki Stewart - poczekaj, założę - rzucił i zaraz zakładał jej bransoletkę, docisnął sznureczkami i jeszcze jej ją poprawił przesuwając po niej palcami - myślisz, że przyniesie nam szczęście? Będzie chronić przed złym okiem? Przydałoby się - stwierdził i jeszcze podniósł do oczu tą, która miała być dla niego, a potem dał ją Pilar, żeby założyła też jemu - widzisz, gdybyśmy ich nie zabrali, to nie dostalibyśmy bransoletek - pokazał jej język, a kiedy założyła mu bransoletkę, to się do niej szarpnął, żeby jeszcze skraść z jej gorących, pełnych ust krótki pocałunek. Krótki, bo jakieś auto za nimi już trąbiło, więc Madox tylko wywrócił oczami, a wysiadając z samochodu dociągnął sobie bransoletkę zębami. Podszedł do dystrybutora, żeby zatankować, a że Jeep miał bak pewnie jak jakiś czołg, to musiało chwilę to potrwać, więc on zaraz wyciągnął rękę do Pilar, żeby przyciągnąć ją do siebie, oprzeć o czerwone drzwi, i się do niej połasić, kiedy auto się tankowało.
- Trzy godziny czekali, w takim słońcu... - aż zerknął do góry, rzeczywiście grzało, było już pewnie ze trzydzieści stopni - chyba jesteśmy naprawdę zajebiści - mruknął i naparł na nią wdzierając się kolanem miedzy jej nogi, co chyba nie spodobało się parce za nimi, bo znowu na nich zatrąbili, ale Madox już przysunął się do Pilar i praktycznie łączył ich usta w kolejnym pocałunku, więc w odpowiedzi pokazał im tylko... środkowy palec.
Na co z samochodu wyskoczył jakiś wąsaty koleś i zaczął się wydzierać, że co oni tutaj robią, że ludzie chcą zatankować. A Noriega nabrał ciężko powietrze w płuca, ale odsunął się od Stewart, oparł o drzwi obok niej i wskazał na licznik, który wciąż się kręcił pompując paliwo.
- Przecież tankujemy... - rzucił tylko, a zaraz zwrócił się do Pilar - to idź na stację, a ja skończę, przestawię auto i przyjdę - zaproponował, a zaraz wyciągnął portfel, żeby go jej dać, bo co... Bo przecież on miał płacić. A zwłaszcza, że obiecał pasażerom lody i napoje.
Creo que somos realmente geniales ˚˖𓍢ִ໋