Potwierdzam, że bym zagrał, kiedyś przyznała, że lubi muzyków, więc to chyba plus dla mnie? Za to jak mi zarzuca, że pewnie się zakochałem, to właściwie ani nie zaprzeczam, ani nie przyznaję jej racji. Niech ma rozkmine, ja bym pewnie miał. W każdym razie na moment się rozdzielamy, a kiedy znowu jest obok mnie to uśmiecham się szeroko. Chcę dopytać co to za pamiątki, ale już widzę to chłodne spojrzenie, którym mierzy dziewczynę od bong i wyczuwam w powietrzu nadchodzącą burzę, szczególnie kiedy w kolejnych kilku sekundach Kovalski jest już przy mnie i się lepi. Oho, coś jest na rzeczy. Wychodzimy na dziedziniec. Leci pierwsza kolejka, woda bulgocze w szkle aż miło, a towar jest faktycznie pierwsza klasa, już po pierwszym buchu czuję, że mój mózg zwalnia, wszystkie neurony kompletnie zbakane, powieki ciężkie jakbym nie spał co najmniej tydzień. Nie wiem jak dziewczyny, ale ja jak walę bongo to takie buchy, że większych już bym nie dał rady, całe płuca wypełnione marry jane. Bardziej upierdalało mnie chyba tylko wiadro, dlatego, szczerze mówiąc, nie za bardzo lubię fajki wodne, ale przecież każdy szanujący się marichuanista musi mieć jakąś w swojej kolejki. Wolę blanty, one są eleganckie. Palisz skręta i jesteś kulturalnie upalony, walisz bongo i jesteś spizgany jak Pacek z Kici Koci. Nie ogarniasz. Wypuszczam dym z ust i podaję fajkę dalej, a zanim zdążę w ogóle wrócić na ziemię to tamta hiszpanka już podaje mi kolejnego bucha. I to doustnie. Wpierw - szok, potem - niedowierzanie, na koniec - zjarany uśmiech. Mam wrażenie, że wszystko dzieje się bardzo szybko, chociaż to pewnie ja działam w zwolnionym tempie. Rozchylam wargi żeby coś powiedzieć, ale zanim język zdąży ułożyć się w słowa, to już dostaję pudełkiem prosto w łeb. Ała, unoszę dłoń do głowy, żeby rozmasować obolałe miejsce, po czym puszczam się biegiem za Charlotte, ale ona już znika za frontowymi drzwiami. Wychodzę przed, tylko wokół są takie tłumy turystów, że nie sposób jej wypatrzeć. Szukam wzrokiem czerwonej sukienki i przez chwilę mam wrażenie, że miga mi gdzieś z prawej, tylko jak wreszcie do niej docieram i łapię tą kobietę za ramię to się okazuje, że to jakaś obca baba.
Ups, pardon. Zerka na mnie z zaciekawieniem, ale oddałam się szybkim krokiem, wracając do sklepu z bongami. Dolores czeka za ladą, podaje mi torbę z fajkami i z tym pudełkiem, którym oberwałem w łeb, przeprasza, że będę mieć przez nią problemy, a ja mówię, że spoko, ale jestem turbo upalony. Opadam ciężko na taką wielką, mega wygodną kanapę, którą mają w sklepie chyba właśnie po to, żeby tacy jaracze jak ja mogli się w niej zatopić. Jak matkę kocham mógłbym tam siedzieć do jutra albo przez kolejny tydzień, tak mi teraz dobrze. Ale zaglądam do pudełka, które
dostałem od Kovalski i robi mi się jakoś smutno. To znaczy bransoletka jest piękna, a ten mały lew to dosłownie dzieło sztuki, ale w tym momencie czuję, że ja muszę znaleźć Lottę, co nie będzie wcale takie proste bo - nie znam w ogóle tego miasta, nie mam telefonu i jestem zjarany jak bąk.
Wiesz, że lawa to kamień lwa? mówi mi Dolores, a ja wzdycham przeciągle i odpowiadam, że muszę znaleźć Charlotte. Od razu zakładam bransoletkę na nadgarstek. Życzy mi powodzenia i daje jeszcze trochę tego mocnego tematu na farta. Tylko to jest po prostu niewykonalne. Nawet jeśli pani w informacji turystycznej daje mi mapę, nawet jeśli pytam różowego Madoxa czy nie widział
mi amor, to i tak głównie kręcę się w kółko. Zamierzałem kupić jeszcze tonę pamiątek, ale ostatecznie kupuję tylko jedną rzecz, która w tamtym momencie wydaje mi się po prostu zajebista. Potem z braku lepszych pomysłów wracam na parking. Właściwie nie wiem czemu nie zrobiłem tego od razu, może miałem nadzieję, że gdzieś wpadnie mi w oko czerwona sukienka pasująca do mojej czerwonej koszuli. Nie wpadła, za to auto wciąż stało na swoim miejscu, musiała więc jeszcze nie odjechać, co w zasadzie nie powinno dziwić patrząc na to jaką ja mam wciąż fazę, ona pewnie miała podobnie. Przysiadam na zejściu na plażę, na takich krótkich schodkach i czekam. Szybko dołącza do mnie jakiś stary dziadek w samych majtkach, który zaś usadza się na murku i od razu zagaduje czy jest
muy bien? ale mówię, że nie, zdecydowanie nie jest bien. Częstuje mnie zimnym piwem i zaczynamy rozmawiać trochę po angielsku, trochę po hiszpańsku, trochę w języku migowym, o wszystkim - o życiu i śmierci, o miłości i nienawiści, o wyspach Kanaryjskich i Kanadzie. Siedzi tam praktycznie goły, więc ja też zdejmuję koszulę i razem opalamy się w popołudniowym, mocnym słońcu. Czekam na Charlotte, bo chyba nie miała w planach porzucać wypożyczonego auta, a byliśmy z moim nowym ziomkiem tak blisko, że nie ma szans żebyśmy się nie zauważyli jak już będzie chciała wracać do hotelu.
Charlotte Kovalski