Nie zrobił nic złego – był nikim, porządnym dziennikarzem, prawie, porządnym obywatelem, również prawie. Nie powinien przebywać w budynku rządowym, ale wykonywał jedynie swoją pracę, miał obowiązek docierać do prawdy – uważał, że to usprawiedliwiało jego winę. Uważał tak jako jedyny.
Nie zdążył nawet się wytłumaczyć, zanim jeden z policjantów popchnął go na ścianę i wgniótł mu ostry łokieć pomiędzy łopatki. Słyszał, jak rozkuwał za jego plecami metalowe kajdanki, po czym zapiął je tak ciasno, że zimny metal wbijał się boleśnie w odstające kości nadgarstka – nie próbował się bronić, widział już wcześniej, jak porywczy potrafili być niektórzy funkcjonariusze i jak łatwo było ich sprowokować, pamiętał ból wykręcanego ramienia i powietrze uciekające z płuc, kiedy uderzył plecami o twardy chodnik, był wtedy młodszy i bardziej nierozważny, nigdy nie wiedział kiedy przestać, nie rozumiał konsekwencji. Teraz chrząknął tylko cicho i był sobie za to wdzięczny, bo nerwowe kaszlnięcie zagłuszyło sposób, w jaki prawie się roześmiał, kiedy policjant zapytał, czy miał coś na swoją obronę i pochylił się nad nim triumfalnie, odsłaniając zęby w zadowolonym grymasie, który sprawiał, że przypominał mu małpę z telewizyjnych programów przyrodniczych – był paskudnie podejrzliwym mężczyzną, paskudnie nieprzyjemnym.
Powietrze na komisariacie śmierdziało kawą, papierosami i alkoholem, choć nie był pewien, czy ten ostatni zapach nie należał od niego – nie czuł się pijany, ale kręciło mu się w głowie, potknął się o stopień, kiedy wchodzili na górę po schodach i prawie uderzył głową o twardy beton.
– Panowie… panowie z kajdankami, proszę. Ja tylko wykonywałem swoją pracę, jestem dziennikarzem. Nie mam broni, nie mam… Ja mam dyktafon. Tylko dyktafon, rozumiecie?! – próbował odwrócić się za siebie, przemówić im do rozsądku, ale usłyszał tylko krótki, chrapliwy śmiech i poczuł, jak silne dłonie zacisnęły się mocniej na jego ramionach. Cele w areszcie były małe i ciasne – w środku siedział mężczyzna z łysą głową i odsłoniętymi ramionami, które niemal w całości pokrywały tatuaże. Funkcjonariusz prawie siłą pchnął go do środka. – Hej… spokojnie. Spokojnie!
– Jesteś pijany. – warknął, zamykając metalowe drzwi za jego plecami.
– Jestem niewinny! – dopiero teraz poczuł, jak szybko biło mu serce – był spocony i włosy lepiły mu się do czoła. Uniósł rękę do twarzy, żeby odgarnąć je do tyłu i poczuł pod palcami szorstką, złuszczoną warstwę w miejscu, gdzie pod nosem zaschła mu krew – nie pamiętał, skąd się wzięła. – Jeśli myślicie, że zostanę tu zamknięty jak jakiś przestępca… Prawdziwe przestępstwa dzieją się na waszych ulicach! – zawołał jeszcze, ale policjant już wyszedł z pokoju, nawet nie spojrzał w jego stronę. Westchnął ciężko, rozglądając się nerwowo po pomieszczeniu – dopiero po chwili zatrzymał wzrok na młodej kobiecie, która też wyglądała, jakby znalazła się w tutaj przypadkiem, z jedyną różnicą, że podczas gdy on był zamknięty za zimną, metalową kratą, ona stała zupełnie swobodnie. Nie zauważył, żeby nosiła policyjną odznakę i zwrócił się w jej stronę, prawie błagalnie. – Ty mi wierzysz. Wiesz, że jestem niewinny!
zaylee miller