outfit
Wydarta kartka kalendarza przymocowanego magnesem do jej lodówki nie mogła kłamać. Wpatrywała się w wydrukowaną na niej datę przez dłuższą, pełną skupienia chwilę - spodziewając, że numer okaże się jedynie senną marą, dziełem wciąż zaspanego umysłu. Chłodne, poranne powietrze wpadające do jej mieszkania w Parkdale nie zdołało jej otrzeźwić tak, jak bolesna świadomość, że spędziła w nim już rok. Osadzała się na jej świadomości ślamazarnie, z opóźnieniem - jak oparzenie po chwyceniu gorącego naczynia, atakujące w połowie drogi z kuchni do salonu gdy nie było już wyjścia, jak tylko donieść je do docelowego miejsca.
Dwanaście miesięcy temu jej stopa stanęła u progu tego zapyziałego budynku, w którym znalazła dla siebie przyczółek. Wciąż pamiętała oddalający się warkot silnika eleganckiego samochodu Salvatore'a, którego ludzie przywieźli ją na miejsce - wraz z wyrazem zwątpienia wymalowanym na twarzy kierowcy, który obrzucił jej przyszłe lokum oceniającym spojrzeniem. Wciąż z kubkiem czarnej, parującej kawy rozejrzała się po kuchni - po odpryskach farby na ścianach, odpadających fragmentach linoleum na blatach, niesprawnym czajniku, który pierwszej nocy podpięła do oklejonego taśmą gniazdka, wysadzając przy tym korki w całym bloku. Nigdy nie rozmawiała z właścicielem na temat rzeczy, które były w tym miejscu niesprawne. Nigdy nie próbowała poprawić jego stanu - przecież nie miała tutaj być na stałe. To wszystko było tymczasowe, chwilowe, miała przeczekać, aż coś ucichnie, nawet jeśli miał to być jej przeczulony instynkt czy kołaczące serce.
Minęło dwanaście miesięcy a ona nawet nie wymieniła pieprzonego czajnika.
Tego ranka nie wychodziła ze swojego mieszkania - pierzchała z niego w pośpiechu większym niż zwykle. Obszerne, dwie torby, które zabierała ze sobą każdego dnia wzbudziły w niej komfort nie mniejszy od ucieczki od zaduchu, który powoli zakradał się do wnętrza jej apartamentu. Zwykle opuszczała go zanim słońce zdołało przebudzić się na dobre, goniąc na poranne zajęcia i próby kończące się późną porą. W tym tygodniu wkraczali w okres występów, a popołudniowe godziny zmuszały ją do bezcelowego krążenia po wnętrzu własnego salonu nim zegar wskazywał godzinę, w której mogła wreszcie, bezwstydnie wyruszyć na zewnątrz.
Lubiła okres występów.
Lubiła pośpiech i euforię, która ogarniała świat wokół niej gdy próby przenosiły się na deski teatru. Każdy element swojego małego rytuału, rozpoczynający poranną kawą, kończący błogim snem, jaki odwiedzał ją wyłącznie w stanach skrajnego wykończenia. Sceniczny makijaż, grubą warstwę odporną na ostre światło padające na scenę, za którym skrywały się prawdziwe emocje. Wyzwanie stojące za kolejnym, klasycznym baletem, z których każdy wymagał od niej czegoś innego. Jezioro Łabędzie zmuszało ją do pracy nad gięciem w plecach, rollowania zmęczonych od ciągłej pracy mięśni, niekończących się powtórzeń sekwencji, którą znała lepiej niż własną siebie. Przede wszystkim jednak zmuszało jej umysł do skupienia. Gdy padał na nią blask świateł, na deskach każdej sceny potrafiła upchnąć wszystkie, niechciane myśli głęboko do ostatniej szuflady w kredensie, do którego nigdy nie zaglądała.
Zajęcia na scenie rozpoczynały się na cztery godziny przed występem - więc ona celowała w sześć. Wkraczając do wnętrza znajomego budynku przywitała się z obsługą, nim przeszła na tyły sceny by rozgrzać się, w głowie przygotować wszystko, przez co planowała przejść przed próbą generalną. Pogrążona w myślach, nie zwracała uwagi na osoby plączące się po obiekcie - zwykle było ich mnóstwo. Sprzątacze, ludzie odpowiedzialni za technikę oświetlenia, muzyki, pojedyncze osoby zatrzymujące na widowni i ruszające w swoim kierunku, wszyscy zlewali się w tło, którego przestała być świadoma gdy znalazła się na scenie. Muzyka popłynęła z głośników, cichsza niż zwykle, lecz wciąż donośna - znajoma, w przeciwieństwie do nieprzewidywalnych działań orkiestry, która zwykle grywała dopiero na oficjalnych próbach przed występami.
Nigdy nie tańczyła Jeziora w Kanadzie. Zbyt późno dołączyła do baletu by wziąć udział w przygotowaniach. Gdy jej ciało napięło się w oczekiwaniu na trzydzieści dwa fouettés, które szlifowała ostatnie dwa miesiące, elektryzująca myśl przemknęła przez jej świadomość - ostatni raz tańczyła tę sztukę w Mediolanie. Światła sceny zdawały się coraz bardziej oślepiające z każdym wykonanym przez nią obrotem. Pierwszy, piąty, ósmy, dziesiąty - jej ciało wykonywało wyuczone ruchy, trzymało balans, nie podróżowało zbyt daleko po pdłodze.
Gdy za dwunastym razem jej głowa gwałtownie obróciła się w stronę świateł, deski teatru pod jej stopami zabłysły szkarłatem.
Wypuściła powietrze z ust, wypadając z czegoś, co przecież robiła wielokrotnie. Zaklęła bezgłośnie, po włosku, zatrzymując się na środku sceny pomimo muzyki wciąż gnającej do przodu - muzyki, o której wyłączenie poprosiła machnięciem ręki. Szpony paniki zapragnęły zacisnąć się na jej sercu, ale posiadała wprawę w ignorowaniu ich równie wielką, jak w wykonaniu tych cholernych obrotów. Musiała się po prostu uspokoić.
Musiała o d e t c h n ą ć.
Robert Egerton