-
You were my town
Now I'm in exile, seeing you out
I think I've seen this film before
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracji3os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
A jednak póki co wszystko poszło zgodnie z planem.
Wyjechali z Toronto o umówionej godzinie, udało im się nie pokłócić po drodze, a na miejscu nie byli ani pierwsi, ani ostatni. Idealnie i dokładnie tak, jak Gigi tego chciała – żeby uniknąć niezręcznego oczekiwania i darować sobie niewygodne pytania i komentarze. Chciała się dobrze bawić, a nie tłumaczyć dlaczego się spóźnili. No i mieli jeszcze wybór jeśli chodzi o domek, a Gigi nie pogardziła opcją z widokiem na jezioro. Ktokolwiek wybrał tą lokalizację miał nosa – położenie, standard, infrastruktura… nawet najbardziej wymagający klient nie miał na co narzekać.
Towarzystwo też jak zawsze dopisywało. Znali się wiele lat i nawet jeśli aktualnie mieszkali w różnych częściach kraju oraz nie mieli okazji rozmawiać codziennie – teraz dogadywali się doskonale. Było swobodnie, było głośno i wesoło. Było ognisko, bo przecież wszyscy byli okropnymi mieszczuchami, więc to obowiązkowa rozrywka dla kogoś ich pokroju. Był alkohol i była muzyka. Nie miała wielu koleżanek, więc doceniała tę grupę, z którą właśnie bardzo dobrze się bawiła – jakby znowu miały po dwadzieścia lat, tylko zamiast tequili piły wino. I może dobrze, bo wątpiła, czy po tequili tańczyłyby grzecznie w środku lasu…
Obróciła się właśnie dookoła swojej osi prowadzona przez przyjaciółkę, zaśmiewając się z czegoś, co właśnie powiedziała i odwróciła się w stronę grupki mężczyzn stojących obok. Ich mężczyzn.
Nie przypuszczała jednak, że jej wzrok spotka się z tym Percivala.
Uśmiechnęła się, upiła łyk wina ze swojego kieliszka i odstawiła go bezpiecznie na stolik, a sama zrobiła krok w kierunku męża, jednocześnie machając na niego paluszkiem, żeby też do niej podszedł. Oczy jej błyszczały, a kiedy znalazł się wystarczająco blisko zarzuciła mu dłonie na kark.
– Zatańcz ze mną. – rzuciła cicho prosto do męskiego ucha, jednocześnie czubkiem nosa trącając jego policzek.
Percival Gardner
-
i'm six feet under, like i'm buried alive
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
A jednak się udało. Georgina wyglądała na podekscytowaną. Pierwszy raz od dawna widział ją przy sobie uśmiechniętą. Tak prawdziwie, nie na firmowy pokaz. Obiecał, że wyciszy telefon i nie będzie na niego zerkał przez calutkie trzy dni, ale nie byłby sobą, gdyby nie zostawił kilku włączonych priorytetów. Tak na wszelki wypadek.
Od ogniska biło ciepłem i zapachem pysznego jedzenia. Trzymał w dłoni butelkę piwa, rozmawiając w grupce znajomych mężczyzn, z którymi nie widział się chyba ze sto lat, takie miał wrażenie. Nie spotykali się zbyt często, z niektórymi praktycznie raz na rok, a takie wypady były idealną okazją do nadrobienia zaległości z każdego możliwego tematu.
Śmiali się akurat z jakiegoś głupiego żartu jednego z nich, kiedy podchwycił spojrzenie swojej żony. Szczęśliwej. Nie mógł oderwać od niej wzroku. I nawet nie protestował, gdy machnęła na niego paluszkiem. Podszedł bliżej z filuternym uśmieszkiem na twarzy. Oplótł swoje ramiona wokół jej talii, czując na policzku dotyk ciepłego czubka nosa. Złapał ją za rękę, wolną od butelki dłonią wprawiając ciało Gigi w obrót, by chwilę później sprawnym ruchem znów przyciągnąć do siebie.
— Ślicznie wyglądasz — mruknął przy jej twarzy. — Dobrze się bawisz?
Nie musiał o to pytać, wystarczyło spojrzeć. Nie trzeba było wiele, żeby uszczęśliwić Georginę. Prawie zapomniał, jak bardzo uwielbiał tą dziewczynę w takim wydaniu – lekkim i naturalnym. Bez widocznej otoczki przepychu, którą się na co dzień otaczali. On sam zamienił drogi garnitur na wygodne dresy. Oczy mu błyszczały, a zamiast intensywnych perfum, miał na sobie zapach ogniska i lasu.
Zgarnął palcami rozwiane włosy z jej buzi, kierując ich ciałami w rytmicznie delikatnym kołysaniu.
-
You were my town
Now I'm in exile, seeing you out
I think I've seen this film before
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracji3os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
I to właśnie ta nadzieja odbijała się w jej oczach, gdy patrzyła na męża w momencie, w którym się do siebie zbliżyli, w którym zamknął jej ciało w swoich ramionach po tym obrocie. To było… miłe. Poczuć jego dłonie na swojej talii, ciepło jego skóry, oddech na policzku i zobaczyć ten błysk w oku, którego dawno nie widziała. To był właśnie mężczyzna, za którym tęskniła. Którego poznała lata temu, który owinął ją sobie wokół palca i którego pokochała. Mógł być młodym prawnikiem, mógł być ambitny i chcieć się wspinać po zawodowej drabinie, ale jednocześnie był… jej. I dobrze było zauważyć, że chociaż mała część takiego Percy’ego gdzieś tam jeszcze była.
Jak mogłaby się więc źle bawić?
Więc skinęła, uśmiechając się do niego ładnie. Najładniej. Tak jak kiedyś uśmiechała się tylko do niego – Bardzo. – przyznała – Ale powiem ci w tajemnicy… – i dlatego właśnie jeszcze bardziej zmniejszyła dystans między nimi, żeby faktycznie tylko on mógł usłyszeć jej szept, gdy wychyliła się do jego ucha – Że chyba jestem pijana. – musnęła ciepłym oddechem jego policzek, gdy wyszeptała tą straszną tajemnicę, zaśmiała się w głos a odsuwając się od męża wykonała kolejny obrót, trzymając jego dłoń.
I zaraz po nim wróciła w jego objęcia, znów wbijając w niego uważne spojrzenie.
- Nie jestem tylko pewna, czy to zasługa wina, czy jednak świeżego powietrza. – a może tej specyficznej atmosfery, towarzystwa i dobrej zabawy. Cokolwiek to jednak było… chętnie pozostałaby w tym stanie upojenia najdłużej jak się da.
Percival Gardner
-
i'm six feet under, like i'm buried alive
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Widzę właśnie, widzę — mruknął do jej ucha, trzymając Georginę w talii.
Obrzucił wirujące ciało powolnym spojrzeniem, gdy się od niego odsunęła. Za rzadko doceniał wdzięki, które tak blisko jak wtedy mógł mieć przy sobie znacznie częściej, gdyby tylko nie był zapatrzonym w siebie pracoholikiem. I dupkiem.
Przylgnęła na powrót do jego klatki piersiowej, a z ust Gardnera nie schodził delikatny, zadowolony uśmieszek.
— Może i jednego, i drugiego. — Sam powoli zaczynał odczuwać działanie mocnego, ciemnego piwa. — Ale wiesz… do twarzy ci z tym. — Z różowymi od emocji policzkami i błyszczącymi, rozszerzonymi źrenicami.
Puścił ją na chwilę, by jedną z dłoni pogładzić po ciepłym policzku.
Kolejny obrót, tym razem szybszy i podwójny. Zrobił to celowo, wprawiając Gigi w lekką chwiejność. Złapał ją mocno, przytulając do swojego ciała.
— Uważaj — zażartował.
Kiedy rytm muzyki zmienił się na nieco wolniejszy, wtulił usta w jej włosy, trwając tak przez moment, który przypominał mu, kim dla niego była. Od kilku miesięcy żyli praktycznie osobno. Oddalili się od siebie i można było przypuszczać, że ich relacje raczej się już nie polepszą, że to małżeństwo z dnia na dzień coraz mocniej spisywało się na straty, a tu proszę… Potrafił wyjechać daleko od Toronto, zgiełku miasta i pędzącego czasu, kancelarii, a przede wszystkim pracy. I nawet udawało mu się o niej nie myśleć. Długo miała potrwać ta sielanka?
— Baw się. Jak będzie trzeba, zaniosę cię do łóżka. — Oderwał twarz od jej włosów, spoglądając na nią lekko z góry. — Albo do jacuzzi, tak na otrzeźwienie — dodał figlarnie. — Którą opcję wolisz?
Wyjął zza jej pleców dłoń, w której trzymał butelkę piwa i upił łyk, podsuwając zaraz szkło do ust Gigi, w zachęcającym geście.
-
You were my town
Now I'm in exile, seeing you out
I think I've seen this film before
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracji3os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Stan upojenia alkoholowego oraz jego bliskość sprawiały, że chwilowo nie potrafiła myśleć o tym, co złe. Nie chciała roztrząsać ich problemów, bo to nie był ten czas i nie to miejsce. Ale przede wszystkim nie ten stan! Uśmiechnęła się do niego pogodnie, gdy stwierdził, że było jej z tym do twarzy. Chciała coś odpowiedzieć, odezwać się, cokolwiek… ale dotknął jej twarzy, a jej ciało przeszedł delikatny dreszcz. Poczuła się jak na pierwszej randce, jakby to nie było dla nich normalne, codzienne…
Nie było.
Wpatrywała się w niego intensywnie zanim świat znowu zawirował w kolejnym obrocie, a ona znowu wpadła w ramiona męża. Zaśmiała się i zarzuciła łapska na jego szyję, lekko i subtelnie wplatając palce w ciemną czuprynę na potylicy albo opuszkami palców drażniła skórę na męskim karku, pozwalając sobie na gesty i czułość, której od pewnego czasu między nimi nie było. Przynajmniej nie na co dzień. Zresztą Percy odwdzięczył się jej tym samym, a kolejny dreszcz przemknął wzdłuż jej kręgosłupa. Wtuliła się w niego mocniej, przymknęła powieki i chciałaby, żeby ta chwila trwała dłużej…
Chciałaby, żeby trwała wiecznie. Niemożliwe.
Pokręciła lekko głową, gdy wyciągnął w jej stronę butelkę z piwem. Nigdy nie była fanką, nigdy nie nauczyła się go pić i nie zamierzała zmieniać swoich przyzwyczajeń. Zresztą chciała zachować przyjemny stan upojenia, w którym cały świat nie był tak wkurwiający, a myśl o jej rozpadającym się małżeństwie nie powodowała, że łzy napływały jej do oczu. Nie chciała się pochorować.
- Jacuzzi wcale nie musi być otrzeźwiające jeśli weźmiemy ze sobą wino… – zaproponowała, zagryzając lekko wargę rozbawiona – Nie jestem tylko pewna, czy wypada się tak wcześnie ewakuować. Wszyscy się chyba całkiem dobrze bawią. – obejrzała się przez ramię na grupę przyjaciół. Może to ich towarzystwo tak dobrze na nich wpływało? Przynajmniej nie byli kolegami z pracy!
Percival Gardner
-
i'm six feet under, like i'm buried alive
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
„Jacuzzi wcale nie musi być otrzeźwiające jeśli weźmiemy ze sobą wino…”.
— Racja… — odparł miękko, też spoglądając w kierunku bawiących się znajomych. — Jestem przekonany, że Rob odpadnie najszybciej. — Skinął podbródkiem na mężczyznę, który wśród panów był najmłodszy, a zarazem najbardziej chętny do imprezowania. Na co dzień robił w nieruchomościach i miał tendencję do zapraszania wszystkich na coroczny, wspólny wypad – ten wyjazd również był jego pomysłem. — Ally nie da mu jutro żyć, jak się za bardzo nawali, a chyba niewiele brakuje. Spójrz — stwierdził z rozbawieniem, przyglądając się kumplowi, który z wielkim zapałem opowiadał coś dwóm pozostałym przyjaciołom, przy okazji widocznie lekko się już chwiejąc. — Możemy jeszcze zostać, możemy się ulotnić… — Wrócił spojrzeniem do Georginy, sunąc po jej ustach.
— Percy, chodź! No chodź! — Przerwał im donośny głos Roba machającego dłońmi w ich stronę. — Musisz to usłyszeć! Bo mi nie wierzą!
— Zacznij gadać z sensem, to uwierzą! — odkrzyknął Gardner. — Też bym nie uwierzył. — Zaśmiał się.
Zerknął znów na żonę, unosząc brwi.
— Leć do dziewczyn, ja idę wysłuchać kolejnej ekscytującej historii Roba. Rano nie będzie o niej pamiętał, mogę się założyć.
Przysunął Gigi bliżej siebie, zsuwając dłonie w kierunku jej pośladków. Na chwilowe pożegnanie dostała buziaka w czubek głowy.
Chwilowe, a raczej… niezbyt chwilowe, bowiem dwie/trzy godziny później, kiedy było już grubo po północy, atmosfera wcale nie zdawała się przygasać. Ognisko wciąż płonęło, choć nie tak mocno, jak wcześniej. Panie siedziały przy drewnianym stole, rozmawiając, pijąc wino (najpewniej któreś już z kolei), za to panowie… w najlepsze dyskutowali przy schodach prowadzących nad jezioro. Na kamiennej posadzce stały butelki z alkoholem, którego wszyscy wypili tyle, że na drugi dzień mogliby tego pożałować. Roba dawno temu trzeba było ewakuować do jego domku – poległ i nie wrócił, ku niezadowoleniu swojej żony, która stwierdziła tylko „wiedziałam, że tak będzie”, zaglądając do niego raz, by upewnić się, że na pewno śpi.
Percy powoli też miał już dość. Nie był przyzwyczajony do takiej ilości procentów i szczerze mówiąc, trochę zaczynał bełkotać. Jak reszta. Wykorzystał moment i ruszył w stronę stolika dziewczyn, nachylając się zza pleców nad Georginą.
— Zabieram ją — rzucił znad jej ramienia do pozostałych pań.
— Nieee… Gigi, zostajesz. — Jedna z nich wycelowała w Percy’ego palcem wskazującym. — Masz go codziennie, nas nie!
Codziennie. Parsknął cicho, oplatając talię Giny ramionami. Gdyby to jeszcze było prawdą.
— Idziesz? — wymruczał w jej szyję.
-
You were my town
Now I'm in exile, seeing you out
I think I've seen this film before
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracji3os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Bawiła się doskonale. Towarzystwo przyjaciółek, ich wszystkie historie i opowieści… to na chwilę pozwoliło jej zapomnieć o ich własnych problemach. Nie uzewnętrzniała się. Nie miała odwagi przyznać na głos, że wcale nie jest tak idealnie jak mogłoby się wydawać. Uśmiechała się tylko szeroko, gdy kolejny raz słyszała, że ktoś jej czegoś zazdrości… szczególnie, gdy chodziło o relacje z mężem. Wiedziała jednak, że wszyscy mieli prawo myśleć, że jest czego zazdrościć. Przecież Gardnerowie tworzyli idealny obrazek, nie było na nim nawet rysy. Przynajmniej na pierwszy, a może nawet drugi rzut okiem.
Parsknięcie Percy’ego wyrażało więcej niż jakiekolwiek słowa. Oboje doskonale wiedzieli jaka była prawda i że wcale nie byli razem codziennie. Ta bliskość była niecodzienna, a spowodowała śmieszny dreszcz podekscytowania przechodzący wzdłuż jej kręgosłupa. Jego oddech musnął jej szyję, a ona wymownie zadrżała i skinęła lekko.
- Może i codziennie, ale to wcale nie znaczy, że mi się nudzi. – mrugnęła porozumiewawczo do dziewczyn, utrzymując ogólnie przyjętą narrację i podniosła tyłek z ławki, żeby móc się ewakuować z mężem do wybranego przez nich domku.
Po drodze mocniej splotła ich dłonie ze sobą, ale za to nic nie mówiła. Aż do momentu, gdy drzwi domku się za nimi nie zamknęły, oparła się o nie plecami i przyciągnęła do siebie Percy’ego. Przesunęła spojrzeniem po jego twarzy, przez krótką chwilę lawirowała od jego oczu do ust, nie potrafiąc się skupić na jednym… na tym, czego chciała bardziej.
- Nie byłam w stanie im się przyznać… – szepnęła cicho, mocniej zaciskając palce na jego koszulce – Że nasze małżeństwo przechodzi kryzys. – że niewiele brakowało, żeby jednego z nich tu nie było, że praktycznie ze sobą nie rozmawiają, że każde z nich żyje swoim życiem i coraz częściej się po prostu mijają. I szczerze tego nienawidziła, bo wpatrywała się teraz w twarz męża i wiedziała, że go kocha. Tylko dlaczego nie mogło to być już takie proste jak kiedyś?
Percival Gardner
-
i'm six feet under, like i'm buried alive
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Skinął tylko krótko na pożegnanie dziewczynom i ruszył w stronę domku, odwzajemniając uścisk jej dłoni. Nawet tak błahą czułością jak trzymanie się za ręce dawno się nie dzielili – kiedyś zupełnie dla nich zwyczajną.
Dopiero gdy odeszli dalej od ogniska poczuł na twarzy przyjemnie chłodny wiatr. Alkohol zdążył zrobić swoje i poza tym, że lekko kręciło mu się w głowie, przestał zwracać uwagę na nocną temperaturę. Wszedł do domku pierwszy, lecz zanim zdążył cokolwiek zaproponować – otwórzmy wino, przenieśmy się do jacuzzi – przyciągnęła go do siebie, a on oparł dłonie na zamkniętych drzwiach, tuż obok jej ramion. Im dłużej lawirowała wzrokiem od jego oczu do warg, tym bardziej mu się to podobało. Uśmiechnął się kącikiem ust, przysuwając czoło bliżej jej czoła; patrząc na nią z góry.
„Nie byłam w stanie im się przyznać…”.
— Hm? — mruknął.
Ściągnął nieznacznie brwi, jak gdyby mówiła coś niedorzecznego. Coś, czego nie rozumiał, a przecież rozumiał aż za bardzo. Powinien, kurwa. Chyba po prostu wypierał z myśli ten żałośnie oczywisty fakt.
„Że nasze małżeństwo przechodzi kryzys”.
Kryzys.
Jedno słowo, którego żadne z nich dotąd nie wypowiedziało; nie nazwało tym tego, co działo się z ich związkiem. Cholernym kryzysem.
— A więc nasze małżeństwo przechodzi kryzys? — mruknął znowu, tym razem nachylając się do jej ust. Musnął delikatnie wargi Gigi, spoglądając na nią tak, że ślepy zauważyłby, iż nie bierze słów żony na serio. — Musimy coś z tym zrobić, koniecznie. — Przesunął jedną dłonią w dół jej talii, bardziej w tamtym momencie skupiając się na kształtnym ciele, niżeli słowach Georginy.
Słowach, które jasno dawały mu do zrozumienia, że ją to wszystko męczyło.
-
You were my town
Now I'm in exile, seeing you out
I think I've seen this film before
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracji3os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
I przez chwilę mogła tak nawet pomyśleć… że może się nie zmieniło, że może to tylko gorszy okres. Sposób w jaki jej dotykał i w jaki jego wzrok błądził po jej twarzy, a w kąciku ust czaił się ten cholerny uśmiech, do którego miała słabość. To był jej Percy. Ten, za którym tęskniła i ten, którego pragnęła.
Ten, który wyprowadzał ją z równowagi.
Z jednej strony przyjemny dreszcz przemknął wzdłuż jej kręgosłupa, gdy poczuła muśnięcie męskich warg, a z drugiej – jego słowa wywołały lekką irytację, którą jednak mimo wszystko starała się zepchnąć na tył świadomości. To mógł być miły wieczór. Nie musiała go psuć. Mogła trzymać język za zębami, a dać dojść do słowa tym procentom, w ich organizmach. Mogła…
- A więc uważasz, że go nie przychodzi? – ale nigdy nie była w tym szczególnie dobra. Nie odsunęła się, nie poluźniła uścisku na jego koszulce, bo część jej przecież wcale nie chciała konfrontacji. Część jej wolałaby, żeby zamknął jej usta pocałunkiem i żeby więcej nie było potrzeby wracać do tego tematu. W końcu… musieli coś z tym zrobić – Nie udajemy, że wszystko jest w porządku. Nie mijamy się, unikając własnego towarzystwa. Nie kłócimy się o każdą najmniejszą rzecz. Dotykasz mnie, bo jesteś pijany… kiedy ostatni raz robiłeś to na trzeźwo? – pogrążała się, nie spuszczając z męża wzroku – Pieprzysz kogoś? Asystentkę? Sekretarkę? Koleżankę z pracy? Klientkę? – alkohol w jej organizmie nie pozwolił jej tego przemilczeć, nigdy się nad tym poważniej nie zastanawiała, ale ten strach w niej był…
I wcale nie była z niego dumna.
- Było miło... to był naprawdę miły wieczór. - rzuciła cicho, jeszcze zanim jej mąż zdążył się jakkolwiek odezwać. Chyba wolała mówić, przeciągnąć moment odpowiedzi, której się przecież obawiała. Zresztą bała się też, że kolejne pytania, które cisnęły jej się na usta mogłyby to jeszcze pogorszyć - Ich towarzystwo nam służy... może trzeba było jednak tam zostać. - tam przynajmniej by się nie odzywała.
Idiotka.
Percival Gardner
-
i'm six feet under, like i'm buried alive
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zanim padły te słowa był zdania, że wieczór należał do udanych. Chciał zresztą sprawić, że zakończyłby się jeszcze lepiej, ale ona aż się prosiła o wstęp do kolejnej kłótni.
Skłamałby, gdyby powiedział, że wcale jej nie pragnął – od kilku dobrych godzin zerkał w kierunku Georginy z żywym zainteresowaniem, żądzą w spojrzeniu, jakby dopiero tam, gdzieś w lesie, za miastem, docierało do niego, że był mężem kobiety, o której wielu mogłoby jedynie pomarzyć. Ani trochę tego nie doceniał.
Skłamałby również, gdyby stwierdził, że alkohol nie miał z tym nic wspólnego. Oczywiście, że miał.
Zacisnął szczęki, przez chwilę spuszczając wzrok gdzieś w dół. Sunąca po jej talii dłoń nagle się zatrzymała, kiedy słuchał co do niego mówiła. Przez moment chciał to zatrzymać, zamknąć jej usta – pocałunkiem, a może dłonią – lecz im więcej słów z siebie wyrzucała, tym bardziej zaczynał się wkurzać.
„Dotykasz mnie, bo jesteś pijany…”.
Głośne, przeciągłe westchnięcie wydobyło się z jego ust, chwilę przed tym jak ręce znów położył na drzwiach, po obu stronach jej ramion. Wrócił wzrokiem do oczu, które domagały się wyjaśnień. Tyle, że on wcale nie był w nastroju do zwierzeń.
„Pieprzysz kogoś? Asystentkę? Sekretarkę? Koleżankę z pracy? Klientkę?”.
Ostatnia z nich wywołała w nim dziwne poczucie zagrożenia. Mimowolnie pomyślał o Astrid, której przecież… nie… pieprzył.
— Kurwa, naprawdę? — warknął, odsuwając twarz od jej twarzy, patrząc już na nią z wyraźną wściekłością. — Musisz? Akurat teraz? — Jeszcze minutę temu miał ochotę obrócić ją i wziąć od tyłu, tak naturalnie i frywolnie, czując, że i ona czekała, aż w końcu coś się zadzieje. Czar prysł. — No dalej, nie wymieniłaś jeszcze wszystkich możliwych opcji. — Wszedł w tą kłótnię zadziwiająco szybko, porzucając jakikolwiek znany sobie spokój. — Żonę znajomego, twoją koleżankę, kasjerkę z marketu, sprzątaczkę — ciągnął prawie na jednym wdechu.
Wówczas miał ochotę co najwyżej nią potrząsnąć, zdzielić w tą śliczną główkę dla opamiętania.
— Kurwa! — powiedział głośniej niż zamierzał, uderzając obiema dłońmi w drzwi, o które się opierał. — Było miło, kurwa, było. Może to ciebie ktoś pieprzy, co, Gigi? — Odbił piłeczkę. Kto by się spodziewał… — Może któryś mój kolega z pracy? Tylu się do ciebie ślini. Dawson? Carnegie? — Nazwisko Harolda wybiło się odrazą. — Nieźle się bawiliście w The Roof, coś mi umknęło? — Dopiero przy sarkastycznym pytaniu zdał sobie sprawę, że po wspomnianej imprezie właściwie nie poruszył tego tematu, chociaż widok tańczącej z rywalem Gigi przyprawił go wtedy o podwyższone ciśnienie.