-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Noc sylwestrowa była intensywna. Absurd gonił za absurdem, a spokojnie ktoś mógłby nagrać i puszczać w kinie przygody Charlotte i Williama. Jako komedia wyprzedałaby całe kino. Tylko dla Lotty pobudka na własnej kanapie nie wyglądała zbyt dobrze. Czuła, że jednej nocy zaliczyła wszystkie siedem, grzechów, w jednej dłoni dzierżyła magicznego grzyba, a na głowie miała swoje, ukochane, koronkowe gacie. Chciała pamiętać, ale ta niewiedza doprowadzała ją do szału. Dni mijały nieubłaganie. Początek stycznia minął jak z bicza strzelił. Praca wciągnęła ją na tyle, że nie miała czasu się zastanawiać.
Tak przynajmniej myślała. Każde minięcie drzwi Williama powodowało u niej nieprzyjemne dreszcze. Ile on pamiętał? Tyle samo co ona? I do czego tak właściwie doszło? Jednocześnie bała się z nim spotkać i chciała. Mógł on rozjaśnić jej, co dokładnie się stało. Był większym imprezowiczem z lepszą głową, co prawda nie miał polskich korzeni, ale przez częstotliwość mógł się równać z najlepszymi. Tylko Lotte jak to nie ona postanowiła go unikać. Przy głośniejszych akcjach nie spoglądała nawet w Judasza, a śmieci wyrzucała niczym torpeda. Nawet przestała segregować, by spędzić mniej czasu w przestrzeni wspólnej. Wchodziła do siebie, zamykała się i wychodziła tylko wtedy, gdy musiała.
Zwłaszcza że zaplanowane atak na Williama się nie udał. Peach mogła być kochana, ale wątpiła, że jawna wojna na konfetti nie została mu przekazana.
Na względnym spokoju i ciszy minął im ten miesiąc. Charlotte nie przepadała za walentynkami. Życie nie mogło się zatrzymać. Piątek wieczór to idealny moment na randkę z całkiem przystojnym gościem poznanym w kawiarni. Nawet Kovalski potrzebowała odrobiny nowości. Ostatnie usta, które ją całowały, należały do... Williama. Na samą myśl się wzdrygała. Szykowała się w spokoju we własnym mieszkaniu. Założyła najlepszą bieliznę, pomalowała się, uczesała, a z psami wcześniej wyszła ze dwa razy. Zostało tylko czekać na partnera.
Tylko on pomylił numery i zamiast zapukać do Charlotte, zadzwonił do drzwi Williama.
— Tu mieszka Charlotte? Przepraszam, chyba pomyliłem numery... — zagadnął wysoki, niebieskooki brunet, uśmiechając się szczerze do Williama.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Finalnie Lotte wyszła. Nie dała rady tyle czekać, a wtedy ujrzała... randkę z inną kobietą? Czuła, jakby właśnie coś ukuło ją prosto w serce. Nie w ten sposób miało to wyglądać. Ona miała z nim wyjść. Był miły, porządny, miał dobry zawód i te niebieskie oczy, w których mogłaby utonąć.
— Jason? — spytała cicho Charlotte, nie orientując się jeszcze w całej sytuacji. Wyglądała jak dziecko, któremu właśnie zabrano lizaka. Nabrała powietrza do płuc, czekając na odpowiedź. Widocznie jej wieczór, nie miał skończyć się tak pięknie.
— Daj spokój, Lotte. William mi wszystko powiedział — mruknął Jason i uniósł dłoń największej suki w całym mieście — wychodzę z Dolores — a ona miała takiego zeza, że nie wiedziała, co się działo. Raz patrzy na Jasona, raz na Charlotte. Prawniczka nawet jej nie znała, ale całą złość przeniosła od razu na Willa. Pierdolony sąsiad postanowił rozpocząć wojnę na całość. Ten wieczór miał być wyjątkowy. Nawet JP II którego znalazła w płaszczu i powiesiła na lodówce, nie mógł jej teraz zatrzymać. Poprawiła sobie makijaż, ubrała najbardziej sukowatą sukienkę, by wtopić się w tłum na jego imprezce, a później... wzięła dodatkowe itemy z koszyczka na leki. Ta impreza zakończy się katastrofą i ona tego dopilnuje.
Wchodzi do mieszkania gładko jak nóż w masło. Impreza trwa w najlepsze, a ona? Stoi jak taka rusałka na środku polany, zastanawiając się, co zrobić. Misja była konkretna: zniszczyć mu imprezę, a najlepiej zakończyć wszelakie znajomości, które tylko tutaj ma. Może powinna poderwać jego najlepszego przyjaciela? Nie. Pewnie jest na takim samym poziomie toksyczności. Lotte bierze głęboki oddech i pierwsze, co robi to idzie do skrzynki z bezpiecznikami. Impreza trwa w najlepsze, aż nagle gasną wszystkie światła, muzyka przestaje lecieć, a jedyne co słychać to ciche odgłosy przerażenia. Prąd wysiadł imprezy nie ma, za to Charlotte szybko przechodzi do kuchni. Wcześniej ma krótki przystanek, by do jednego z soków wsypać środki na przeczyszczenie. Przynajmniej ludzie wychodzący z imprezy nie będą wychodzili ze starym gównem, wszystko zostawią w apartamencie Patela. Później szybkimi krokami idzie na balkon, zabierając wcześniej kieliszek wina, każdy szanujący się palacz wie, skąd pochodzi idealne źródło plotek.
— Dojebana ta impreza, co? — zagaduje jedna z dziewczyn, a druga zaraz jej odpowiada — uwielbiam Willa, robi najlepsze imprezy w mieście. Jutro niczego nie będę pamiętać — i aż Lotte delikatnie wzdrygnęło. Ona po ostatniej zabawie też nic nie pamiętała. Oczami wyobraźni przypomniała sobie latające świnie, a na jej twarzy pojawił się taki grymas, jakby ktoś właśnie przysunął jej gówno pod nos.
— Ja tam bym uważała na Willa — zaczyna Charlotte z pięknym uśmiechem, zapalając sobie papierosa — ostatnio dostałam jego pocztę. Wiecie, że choruje na AIDS? Wystarczy, że dotkniecie jego dłoni i już macie spaprane całe życie miłosne. Podobno wtedy nie wstaje — najprostszą bronią przeciwko każdemu facetowi są słowa drugiej kobiety. Nieważne, jak bardzo się znali, one już zaczęły jej słuchać z wielkimi oczami.
— Przecież to taki porządny prawnik — mruczy platynowa blondynka i zaraz gasi peta w zapalniczce. Połknęły haczyk. Lotte tylko szeroko się uśmiecha, stając przy ścianie. W ten sposób Patel na pewno jej nie zauważy.
— Porządny? Zmienia laski jak rękawiczki. To ćpun, a dodatkowo widzieliście te laseczkę, która z nim mieszka? — obie kiwają głowami — to jego domina. Podobno lubi mieć wsadzane w dupę — kłamstwa wyssane z palca, ale te dwie tylko na siebie patrzą i wchodzą do środka. Lotte tylko zagląda przez okno i czeka, aż ludzie zaczną się na Willa dziwnie patrzeć. Tamte dwie już są wyraźne obruszone, zaciągają trzecią niepalącą przyjaciółkę, a chwilę później rozmawiają. Zaraz coraz więcej do nich dołącza.
Za to jakiś facet poddaje tym pięknym kobietom drinka. Z sokiem z dodatkiem od Lotty.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Wiara to jedne słowo określało bardzo mocno Charlotte. Zawsze wierzyła we własne możliwości. Mierzyła siły na zamiary. Misja zepsucia imprezy Williama w to pokładała całą swoją nadzieję. Przestała liczyć się jej własna duma, możliwości, czy honor. Skoro on zepsuł jej wieczór przed walentynkowy, to odda mu go z nawiązką. Liczyła na przyjemne śniadanie w łóżku w Walentynki z dodatkową zabawą przed lub po, a teraz stała na jego balkonie. Plan zaczynał działać, a ona czuła się jak najgorszy złoczyńca w ukochanej bajce disneya.
Plotki na balkonie zaczęły ją męczyć. Alkoholu nawet nie poczuła. Za to mróz zaczął dawać w kość. Trzeba było ubrać jakąś fancy kurteczkę, a nie przebierać się za jedną z klubowych dziewczyn Willa. Chciała na spokojnie chwycić kieliszek, wziąć kurtkę, ale ktoś stanął jej na drodze. Zmierzyła powoli kobietę wzrokiem od dołu do góry. Była ładna i może... ją też mogła wykorzystać?
— Charlotte, jego sąsiadka. Chyba nie, a szkoda... — zaraz ścisnęła jej dłoń. Puściła kobiecie oczko, a choć chciała zniknąć, to została. Z pierwszego, lepszego blatu sięgnęła po czysty kieliszek, nalała sobie wina i wróciła wzrokiem do kobiety — Szukam miłości — zaćwierkała Lotte, zakładając sobie kosmyk włosów za ucho. Mogła udawać nieśmiałą lokatorkę. Szybciej dostanie to, czego potrzebuje — i jestem spragniona informacji — dodała, wbijając w nią wzrok. Nie nie było za darmo, na pewno nie rozmowa z Kovalski. Nie kojarzyła kobiety z sądu, wtedy może by ją olała. Tak to żadne konsekwencje jej nie dotyczyły.
— I odważna, mam przyjrzeć się twojej... sprawie? — spytała, zatrzymując wzrok na dekolcie Charlotte. Wtedy już Lotte była w domu. Przysunęła się do niej blisko, by wyszeptać jej co nie co na ucho.
— Tylko jeśli powiesz mi coś interesującego o Willy'm — powiedziała powoli Kovalski, zahaczając nosem o jej policzek. Nawet jeśli William by je widział, zobaczyłby tylko... różnorodne upodobania miłosne Charlotte — mi mówił, że przeruchał każdą koleżankę z pracy. Należysz do nich? — spytała, odsuwając się od niej na moment — nie dotykam towaru kumpla — brzmiała, jak typowy facet. Bros before hoes. Takiego zachowania nauczył ją król podrywaczy i jej najlepszy kumpel. Momentami wręcz Lotte za bardzo przypominała facetów własną psychiką.
— Co zrobił?! — spytała oburzona — nie wierzę, idę go znaleźć — i już faktycznie chciała iść znaleźć go. Tylko Kovalski chwyciła ją mocno za dłoń, przyciągając bliżej siebie.
— Poczekaj... — mruknęła, rozpoczynając jakiś taniec między nimi — mogłabyś przy okazji krzyknąć, że zaraził cię chlamydią? — spytała, robiąc wielkie oczy i po chwili dodała — Pójdziemy wtedy do mnie — puściła jej oczko. Wtedy już ulotniłaby się stąd. Zniknęła, zostawiając imprezę w totalnym chaosie, zanim ktoś ogarnie, kto był winowajcą. Już chciała zacząć dalej tańczyć, ale...
— KURWA UMIERAM! — wydobył się głos prosto z toalety. Ktoś nagle ściszył muzykę, a Lotte już się szeroko uśmiechała. Całe mieszkanie było cicho, a z toalety dało się usłyszeć pierdy godne potwora z Loch Ness, czy pierdolonego smoka, który zjadł więcej owieczek, niż mu przysługuje — DUPĘ MI ROZSADZA!!! — chyba właśnie zrobiła komuś z dupy jesień średniowiecza, ale czy żałowała? W żadnym razie. Z dumą piła wino, usiłując ukryć uśmiech.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Próbowała ukryć swój śmiech. Zakryła usta dłonią, obserwując wszechobecny chaos. W nim odnajdywała się najlepiej. To był jak ten moment, gdy na sali wszystko zaczyna iść po twojej myśli. Mózg działał jej na najwyższych obrotach. Nawet prychnęła prosto w twarz Patela, widząc go przed sobą. Z Charlotte było prawdziwe zło wcielone, kiedy ktoś nadepnął jej na odcisk.
— Teraz już tak — odparła, uśmiechając się szyderczo — jezu, nie mogę cudowna kobieta — aż pokręciła delikatnie głową. Nie spodziewała się takiego bałaganu. Wystarczyła odrobina leków, a cała impreza przybrała nieoczekiwany obrót. Czy była chora na głowę? Nie, zrobiła to świadomie. Goście i tak brali tyle środków, że lek na przeczyszczenie to przy tym pikuś.
— William, nie bij mnie! — krzyknęła, kiedy tylko chwycił ją za ramię. Goście szybko znów zwrócili swoją uwagę na nich — przecież nic Ci nie zrobiłam!!! — ani na moment nie zamyka się jej buzia. Jeszcze przed samymi drzwiami zdoła krzyknąć — to ty zaraziłeś biedną June, a teraz jeszcze chcesz mnie? Ty ohydny cwelu! — dopiero po zamknięciu drzwi ponownie na jej twarzy maluje się uśmiech. Misja zakończona sukcesem. Nawet silny chwyt jej nie przeszkadzał. Dalej działała w niej adrenalina. Nie odczuwała tak tego bólu, choć finalnie na jej twarzy wymalował się delikatny grymas. Tylko wraz z pytaniem Williama pojawiła się ponownie wściekłość.
— A ty co powiedziałeś Jasonowi? — syknęła, próbując wyrwać mu własne ramię. Finalnie popychając go na ścianę — serio myślałeś, że się nie dowiem? — dopytała, wbijając w niego ostre spojrzenie. Gdyby tylko mogła, kopnęłaby go nogą prosto w krocze. To upokorzenie, którego doświadczył było jedynie przedsmakiem tego, co miała mu do zaoferowania — jeśli chciałeś umówić się ze mną na randkę, trzeba było spytać, a nie nagadywać facetowi, z którym miałam wyjść — warknęła Charlotte. Innego pomysłu na to nie miała. Upokorzona kobieta była najgorszym rodzajem. Potrafiła długo planować, wymyślając nowe pokrętne wątki, a w tym przypadku nie miała zamiaru zatrzymywać się nawet na moment — i to w ramach czego? Zrobienia mi na złość? — i za co na złość? Jeszcze nie zdążyła mu dopiec za Sylwestra. Była zaskakująco cicho poza incydentem z Peach — żałosne — mruknęła, kręcąc głową. Chociaż ona chyba była bardziej. Mogła nadstawić drugi policzek, a zamiast tego pozwoliła, by szalona natura wychodziła z niej na prawo i lewo.
— Po prostu gram w twoją grę Patel — mruknęła Kovalski, a chwilę później drzwi się otworzyły — June? — spytała cicho Lotte, wpatrując się pytającym wzrokiem w kobietę. Widocznie i ona została jej ofiarą. Cóż, zawsze mógł to być trefny towar.
— Mieszkasz niedaleko? Zaraz coś mój tyłek rozsadzi — wymruczała ciut nerwowym tonem, patrząc na Williama, to na Lotte. Jakby wyczuwała, że sytuacja między nimi robiła się naprawdę gęsta. Zresztą widoczne to było gołym okiem, wystarczyła by iskra, a cała klatka schodowa by doszczętnie spłonęła.
— Co? Ja? — spytała lekko zbita z tropu. Nikogo nie wpuściłaby na własny tron — idź na stację, u mnie leży chora ciotka — mruknęła Kovalski, wywracając teatralnie oczyma. Teraz kobieta była jej niepotrzebna. Wykonała własną robotę. Mogła jej jedynie podarować rolkę srajtaśmy dla bogoli.
— No dobrze... — wymruczała kobietka, a chwilę później już biegła po klatce schodowej. Po kilku sekundach zniknęła im z oczu. Za to Lotte walnęła z całej siły Willa w ramię. Nie, nie ćwiczyła, ale za to miała pierścionki.
— Odwdzięczam się pięknym za nadobne — mruknęła oschłym tonem — ale umiem w to lepiej grać, Patel — wystarczyła jej chwila, by zaplanować kilka najbliższych ruchów. Nadepnął niewłaściwej kobiecie na odcisk.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Czy naprawdę wizja wspólnego seksu mogła zmienić tak bardzo perspektywę Charlotte? Widocznie tak. W duchu przeklinała się za sylwestrową noc z Williamem. Powinna ubrać sukienkę, nie pozwolić na wspólną zabawę i ruszyć przed siebie. Zamiast tego, o zgrozo, dobrze się z nim bawiła, dając się ponieść noworocznej nocy. W niej wzbudzała wściekłość oraz obrzydzenie względem samej siebie. Ona i on? Normalnie machnęłaby ręką na zagrywkę Williama. Zdarzało się. Nie Jason to inny, ale przez wzgląd na tamte chwile... nie mogła zostawić tego zdarzenia bez jakiegokolwiek słowa. To że została prawdziwą królową intryg, wyszło całkowicie przypadkiem.
— Tak temu Jasonowi, któremu sprzedałeś bajeczki — warknęła Charlotte. Nie obchodziło ją, co miał jej do powiedzenia. Był on dobrym facetem. Kilka rozmów w kawiarni, pytania o ulubione kwiaty, tacy faceci nie chodzą przypadkiem po ulicy. Po kolejnych słowach Williama wydawała się zbita z tropu. Czy on mógłby się o nią troszczyć? Przez moment chciała go przeprosić i przyznać się do winy, ale nie... musiała iść w zaparte — miał mi przynieść kwiaty i butelkę wina, a wiesz, gdzie je kurwa widziałam?! — potrafiła kłamać. Nie wiedziała o żadnym bukiecie, czy winie, ale facet z klasą je zawsze przynosił — W TWOIM DOMU — tyle wystarczyło, by na nowo wzbudzić w jej oczach prawdziwy ogień. Własne kłamstwo, którymi mogła się chwycić rękoma i nogami. Na kolejne jego słowa prychnęła. Nie mogła powstrzymać własnej reakcji.
— O i nagle się o mnie troszczysz Patel? — zaśmiała się gorzko, kręcąc głową — trzeba było dać mi się kurwa sparzyć, zakłóciłabym Ci ciszę nocną orgazmem. Tak Cię to kuje? Boisz się, że jakiś randomowy koleś mnie skrzywdzi? — sapnęła ciężko. Im dłużej pierdolił, tym miała go dosyć. Najchętniej odwróciłaby się na pięcie i trzasnęła drzwiami. Teraz pewnie cała dzielnica będzie słyszała o ich dramie. Na pewno sama Renatka, ona już nadstawiała uszy, by usłyszeć, co się dzieje na klatce schodowej — już nie rób z siebie pierdolonego anioła. Typ był we mnie wpatrzony jak pies w smaczka — lepszej by nie znalazł — chuja a nie podziękować — niby to Charlotte pochodziła z Polski, a jednak z Williama wychodziła większa cebula. Nienawidziła takich plottwistów. Jeszcze zaraz się okaże, że jej przyjaciel od przyjemności pracuje razem z nim. Tego by nie wytrzymała i wyniosła się na pierdoloną Alaskę. Tam miałaby chwilę spokoju.
— A mam Ci przypomnieć, kto mnie pocałował? — od razu sparowała to jego pójście na randkę. Nie ona zainicjowała tamten pocałunek — kurwa ty — wcisnęła mu palec wskazujący prosto w tors. Potem zaczął się jego monolog i aż strzeliła oczami. Ile można było słuchać tego wysrywu emocjonalnego? — skończyłeś już? — spytała, zakładając rękę na rękę. Parsknęła, kiedy pokazywał jej środkowy palec — wow, nawet bez kibla umiesz się zesrać — skwitowała krótko jego zachowanie — a te zapachy to prawie jak w toitoi'u — pomachała sobie dłonią przed twarzą. Zaraz zjawiła się June. Chwilę później już Charlotte wbijała ostre spojrzenie w Williama. Czy to oznaczało bycie dojrzałym? Wyzywanie bogu winnej sąsiadki od suk?
— Nie wiedziałam, że męska duma może boleć kogoś tak bardzo. Na pewno komuś sprzedałeś wenere, tyle lasek przechodzi przez twój burdel — skwitowała, wracając do niego wzrokiem. Kłamstwa? Widziała częściej klubiarki Patela niż jego samego. Wieczorem, o poranku. Czasami wystarczyło mrugnąć okiem, a już zjawiała się nowa kobieta. Mogła być pojebana, ale w plotkach zawsze kryło się ziarno prawdy. Wątpiła, by zakładał gumki na kutasa.
Zaśmiała się. Nie mogła ukryć własnego rozbawienia, kiedy nagle przerwał im gość. Ludzie zaczęli wychodzić, a Williamowi z toalety zrobił się Budapeszt. Tylko nieliczni wiedzą, że jest najbardziej zaśmieconym miastem w Europie. Wszystko się zgadzało.
— Krewetki? — zdążyła prychnąć pod nosem — myślałam, że z Ciebie jebana cebula — chciała móc wrócić wzrokiem do Patela, ale on zniknął. Przymknęła mocno oczy, biorąc głęboki oddech. Dobra, czas na rachunek sumienia. Im dłużej stała przed jego drzwiami, tym bardziej dochodziła do wniosku, że... była suką. Może dlatego wróciła do jego mieszkania, z trochę bardziej skulonym ogonem niż wcześniej.
— William... wszystko w porządku? — zaczęła spokojnym tonem, wchodząc ponownie do świątyni rozpusty. Rozejrzała się jeszcze raz po mieszkaniu, a pierwsze co do niej doszło, to zapach fekaliów. Ruszyła do środka i natrafiła na Williama w łazience — wow, ktoś zesrał Ci się nawet we wannie... — mruknęła, zasłaniając własny nos łokciem — syf jak w Budapeszcie, toitoi na Woodstocku jest czystszy — i nie, nie był gotowy na ten widok. Ludzie urządzili sobie grupowe sranie w jego łazience. Nie tylko toaleta była osrana. Wiadomo klapa, to standard. Tylko ta umywalka, wanna i prysznic. Ludzie nawet nie spłukali po sobie odchodów — czy to jakiś poważny teren skażenia? — mruknęła, chwytając go za rękaw koszuli. Nawet jej samej robiło się słabo od wszechobecnego koloru sraki — wiesz, jakbyś był dla mnie miły, to mógłby skorzystać z mojej łazienki — zaczęła niewinnie, kiedy wyszli — ale to wymagałoby przeprosin — za Jasona — Albo chociaż kieliszka wina — poprawiła się, po katastrofalnym widoku jego łazienki miała wyrzuty sumienia. Choć mogła być suką, to nie spodziewała się takich konsekwencji.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski