-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Ian Swerdlove vita holloway
-
Don't say a prayer for me now,
Save it 'til the morning after
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ian nie posiadał w sobie potrzeby socjalizacji. Ktoś mógłby upierdliwie powiedzieć, że był jak towarzyska czarna dziura. Dzięki bogu jego czerstwe żarty i nieprzystępny charakter sprawiały, że potencjalni znajomi znikali gdzieś bez słowa. Na palcach jednej ręki policzyć osoby, których towarzystwo znosił. Wystarczy podzielić tę liczbę na pół i dostaniemy faktyczną ilość tych, za których towarzystwem... tęsknił? Chociaż to zdecydowanie zbyt duże słowo dla tego ponurego tatuażysty. Cóż, słowa Swerdlove i social butterfly nigdy nie padały w poważnym zdaniu, jedyną dopuszczalną formą były żart i drwina. Tak, czy inaczej. Vita, uparta barmanka z The Painted Lady i cholerny adwokacik-kogucik należeli do tego jakże ciasnego i elitarnego grona. To, że jakimś cudem potrafił ich zaliczyć do osób, w których towarzystwie nie czuł głębokiej potrzeby zarzucenia sobie sznura na szyję, nie znaczyło, że miał ich zamiar kiedykolwiek sobie przedstawiać.
Wręcz przeciwnie!
Porażała go myśl, że Vita mogłaby zobaczyć jego ćpuńskie zapędy w akcji, a potem z dumą pochwalić się Williamowi, że podjęła próbę resocjalizacji tego beznadziejnego przypadku. Nie wiedział, czy to była część jej planu, ale z każdym spotkaniem odkrywał, że mu na niej coraz bardziej zależy. Ćpunowi zależy na czymś więcej niż wciągnięcie czegoś nosem. Kto by dał wiarę? Ciągnęło ich do siebie, jakby sami byli stęsknieni za jakąś przepiękną, spektakularną katastrofą.
I ten piątkowy wieczór nie był wyjątkowy- Vita (używając jakiegoś super niewiarygodnego argumentu, którego już nawet nie pamiętał, a którego nie podważał [bo chciał ją zwyczajnie zobaczyć])) znalazła pretekst do tego, by się z nim dziś spotkać. Ian, będąc społeczną mendą bez ambicji, hobby i planów- zgodził się. Minęło może z dwadzieścia minut od momentu powitania, Swerdlove zdążył już zaserwować jej herbatę z prądem, usiąść przy niej i złapać ją za udo, gdy usłyszał walenie do drzwi.
No, kurwa, pięknie.
Poderwał się na równe nogi, jakby co najmniej mieli wyeksmitować go z własnego mieszkania i wlepił twarz w postać, która wyłoniła się w progu salonu. Skrzywił się nieznacznie, drapiąc się delikatnie w tył głowy. Czuł się co najmniej tak, jakby był w burzliwym, nastoletnim wieku i jego własna matka przyłapała go właśnie na masturbacji.
-Ehm...- wyrzucił z siebie w reakcji na słowa znajomego, patrząc ukradkiem na Vitę. Wcale nie dziwiła go taka reakcja. Swerdlove zawsze lubił powtarzać, jak to wszystkich ma w dupie, a tutaj- proszę. Pytanie, które padło zaraz potem, jeszcze bardziej go zmieszało. Skoro adwokacik tu był, to z pewnością miał imprezowe ciągoty. Jak entuzjasta walenia w kinol mógłby odmówić drugiemu entuzjaście walenia w kinol? -Nie wiem.- rzucił krótko, czując, że mimo wszystko coś go wewnętrznie hamuje. Wpatrując się w barmankę mruknął z wahaniem- Chyba nie?- powoli przeniósł wzrok na Willa. - Zależy, co masz ze sobą.- dodał po chwili, siląc się na neutralny ton, jakby był kosmitą uczącym się mówić po angielsku. Mimo wszystko ta dzisiejsza czystość zaczynała go powoli irytować... zresztą, ostrzegał ją z kim ma do czynienia. Jej problem.
𝔖𝔷𝔱𝔬𝔨𝔥𝔬𝔩𝔪
𝔞𝔡𝔴𝔬𝔨𝔞𝔠𝔦𝔨
-
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Z czasem zaczęła naprawdę przyzwyczajać się do towarzystwa tego ponurego 'wampira', który jakimś cudem przetransportował się z Transylwanii do wypiździejewka nazywającego się Rexdale. Zabawne, jak tak ogromne miasto jak Toronto dosłownie krzyczało przeludnieniem, a miejsce, w którym mieszkał Tiń, było… no. Bardzo questionable. Nie przeszkadzało jej to jednak. Sama nie miała od groma pieniędzy... w kwestii zarobków może szło jej trochę lepiej, ale tylko dlatego, że nie wydawała wszystkich oszczędności na easy fix. Nie była głupia. Przecież sam powiedział, że bierze od lat. Widziała to też po jego powiększonych źrenicach, które w normalnych okolicznościach wzięłaby za znak, że mu się podoba... za pociąg seksualny. Ten moment, kiedy patrzysz na drugą osobę i nie możesz przestać o niej myśleć w ten jeden, wyjątkowy sposób. Z Ianem było to trudne do rozgryzienia, bo nie miała pewności, czy tego dnia już czegoś nie wziął… a ona nie chciała tego z niego wyciągać, bo po co? Jeszcze by pomyślał, że go atakuje albo próbuje mu matkować. O zgrozo.
Po ich ostatnim, jakże szalonym wypadzie aka misji ratunkowej aka bójce, krwi, wciśnięciu w usta Vity jakiejś niestwierdzonej tabletki... czuła, że się do siebie zbliżyli. Nie fizycznie… chociaż bardzo by chciała. Tylko zawsze coś przeszkadzało... albo psychika, albo niefortunne rzeczy typu pukanie do drzwi w momencie, kiedy człowiek ma już dosłownie usta w tym spragnionym serca kierunku. Dzisiaj tego miało nie być. Jeżeli Ian nawet za cycek jej nie złapie albo jej nie pocałuje, to były dwa wyjścia... albo mu to wygarnie prosto w twarz, albo zaspamuje go wiadomościami po spotkaniu! Torontońskie niebiosa jednak uśmiechnęły się do Holloway, bo poczuła jego dłoń zaciskającą się na jej udzie. Uśmiechnęła się - już miała nachylić się w jego stronę, kiedy…
Jakiś koleś wlazł mu do mieszkania! Uniósła brew, przerzucając spojrzenie z Iana na faceta, którego wcześniej na oczy nie widziała, i przez sekundę nie wiedziała nawet, co ma powiedzieć. Po kilku chwilach zorientowała się, o co może chodzić i jaka była przyczyna tych odwiedzin… ale chciała zobaczyć, jak to się rozegra. Tym bardziej że Ian wcale nie wyglądał na szczególnie niezadowolonego faktem, że im przerwano… - chyba nie - prychnęła pod nosem
Westchnęła, wstała i podeszła do nieznajomego, uśmiechając się szeroko. - Vita, miło cię poznać! - rzuciła. - Też będziesz chciał herbatkę z prądem? Idealna na to cholerne zimnisko. - Nachyliła się, upiła łyka i przysunęła mu kubek pod nos z uśmiechem tak uprzejmym, że aż bolały ją policzki. Grała w bycie miłą. W bycie wyluzowaną. Jakby wcale nie widziała, po co tu naprawdę przyszedł... nie dla herbaty, nie dla pogawędki.... tylko żeby z Ianem się porządnie naćpać. I mimo tej wewnętrznej furii, postanowiła wyglądać jak ktoś BAAARDZO PRZYJAZNY. Przesadnie... przyjazny.
obcy typek
tiń
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Ian Swerdlove vita holloway
-
Don't say a prayer for me now,
Save it 'til the morning after
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
No świetnie. Tego mu tylko brakowało. Czuł, jakby symulacja się wysypała, a on jakimś cholernym cudem utknął pomiędzy dwoma alternatywnymi rzeczywistościami- jedna z nich obejmowała mizdrzenie się z Vitą, druga walenie kresek z Billim. Chciał mieć ciastko i zjeść ciastko (a raczej w tym wypadku je wciągnąć), ale w tej sytuacji zwyczajnie się nie dało. Cóż, skoro adwokacik już tutaj był i to z pełną kieszenią, to głupio byłoby wywalać go za próg swojej ekskluzywnej meliny, prawda? Poza tym, musiał mu się pochwalić ,że...
-Udało mi się zdobyć kawał wiśniowego drewna na pchlim targu.- rzucił, co zabrzmiało dość losowo pomiędzy ofertą wzmocnionej herbaty od Sztokholm i sceptycznym komentarzom od adwokacika, do niej właśnie. Nawiązywał tym oczywiście do swojej ostatniej wizji podczas ich spotkania. Swerdlove uparł się bowiem, że sam jest w stanie ustrugać sobie gitarę i nie potrzebuje do tego żadnych umiejętności stolarskich.- A , tak... Jakieś mieszane borówki, czy coś, już robię.- sam podzielał raczej stanowisko Patela, ale odkąd Holloway pojawiała się w jego mieszkaniu częściej, uznał, że najmniej co może zrobić, to kupić chociaż jakąś smaczną herbatkę.
Przemaszerował do aneksu kuchennego wyciągając z szafki kubek, który wcześniej powąchał. Musiał przecież mieć pewność, że nie będzie parzyć swoim gościom herbaty w brudnych naczyniach, które wyjął ze zmywarki porobiony i nie potrafił przypomnieć sobie, czy wcześniej ją włączył, czy nie. Ten konkretny chyba wydawał się być bezpieczny. Wzruszając ramionami upewnił się, że nikt tego drobnego gestu nie dojrzał- nie chciał przecież rozsiewać (całkiem słusznych) obaw. Prychnął głośno na anegdotę przybysza.
-Moi rodzice dalej odpierdalają taki szajs, a żadnemu z nich przez łeb nie przeszło, żeby się rozwieźć. To się nazywają stabilne fundamenty pięknej patologii, no nie?-rzucił parodiując dumę. Wzmocnił gorącą herbatę rumem i ponownie wzruszył lekko ramionami, jakby bagatelizując temat, bo przecież miał opowiadać o swoim gitarowym projekcie!- Różne gatunki miłości... czy coś... A jak już o gatunkach mówimy- moje wiśniowe pudło...- już miał zacząć mówić na temat swojej najnowszej, zapewne wyłącznie tymczasowej hiper fiksacji, ale padła propozycja... bardzo konkretna propozycja. Taka, która wyczyściła Ianowi pamięć podręczną. Nagle wiśniowe drewno przestało mieć znaczenie.- Syp, syp... ale nie jej!- kiedy dotarło do niego, że nieco zbyt emocjonalnie podszedł do wyznaczania granic swojej... kolaboracji, zamrugał szybko i podrapał się w skroń.- Ona z tych, co nie biorą i... niech tak zostanie.- zerknął na nią asekuracyjnie, jakby szukając potwierdzenia swoich słów.- Ale... Sztokholm, chcesz blanta? Powinienem coś jeszcze mieć od Emiliana.- zaproponował zastępczo, nie chcąc przecież wyjść na nieeleganckiego hosta.
Przemaszerował z powrotem do głównego miejsca akcji stawiając kubek z parującą cieczą zaraz koło samarki. Wyglądało to trochę jak zestaw startowy korporacyjnej imprezy świątecznej. Przewrócił oczyma na swoje myśli. Usiadł na wcześniej zajmowanym przez siebie miejscu i westchnął ciężko, czując rosnące w sobie zniecierpliwienie.
𝔖𝔷𝔱𝔬𝔨𝔥𝔬𝔩𝔪
𝔞𝔡𝔴𝔬𝔨𝔞𝔠𝔦𝔨
-
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Przez moment przemknęła jej myśl, że może jeśli tu wciągnie ten „magiczny proszek” z tymi dwoma facetami - wyglądającymi jakby byli wytrzaśnięci z dwóch zupełnie różnych światów - to w końcu zrozumie, o co chodzi z całym tym hype’em. Nigdy jej do takich rzeczy nie ciągnęło, ale z drugiej strony… nikt nigdy nie zaoferował jej tego tak wprost. Zawsze odwracała wzrok, udawała, że niczego nie widzi… a teraz miała to podane pod nos, ostentacyjnie, bez żadnego wstydu. Usiadła na podłokietniku fotela, na którym siedział Billie i nachyliła się delikatnie, obserwując jego poczynania. I dopiero wtedy przestraszyło ją, że w ogóle rozważa, żeby do tego świata dołączyć… dać się porwać czemuś, o czym nie miała pojęcia, jak na nią wpłynie. Już chciała się wyprostować, wstać, przejść po mieszkaniu i oczyścić głowę - choć pola do popisu na „trzeźwość umysłu” tutaj nie było zbyt wiele, zwłaszcza w tej dusznej, ciężkiej atmosferze i w mieszkanku, które pachniało jak jego własna, biologiczna flora - kiedy usłyszała wywód Iana. I to, jak bezczelnie powiedział Billiemu, żeby jej nie przygotowywał kreski.
Nie powinna. Wiedziała o tym. Ale z jakiej racji on decydował za nią? Wkurwiło ją to natychmiast. Zmarszczyła nos, parsknęła głośno, aż się prawie zapowietrzyła, i stanęła na proste nogi. - Od kiedy za mnie decydujesz, Tiń? Nic od ciebie nie chcę! - fuknęła zbulwersowana ignorując jego ofertę blanta, z której de facto chętnie by skorzystała. Minęła go, chwyciła swoją herbatę i opadła w kąt kanapy, popijając procentowy napój. Wpatrywała się w nich obu. Czuła dziwne dreszcze przechodzące jej ciało… nie wiedziała, jak ten wieczór się potoczy i czy zaraz nie będzie musiała się stąd ewakuować. Zmrużyła oczy, wbijając spojrzenie w plecy Iana, a potem rzuciła pierwszą lepszą myśl, która wpadła jej do głowy. Spojrzała na Billie’ego i uśmiechnęła się, kiedy przygotowywał im ‘biały prowiant’, po czym zapytała, - Billie… masz kogoś? Czy jesteś wolny?
Billie
PFFFFF