-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— A może dla równowagi w ramach prezentu dostanę święty spokój? — pyta Cynthia, unosząc jedną ze swoich brwi ku górze. Wiele mogłaby powiedzieć Marze, ale powoli irytowały ją te rozmowy o cukiniach i ogórkach. Co jeżeli spotkałaby na swojej drodze bakłażana? Albo co gorsze, gdyby bakłażanem Cynthii był właśnie Cassian. Tego nikt nie byłby w stanie przeżyć, zresztą widać to już w trakcie rozmowy — Tobie załatwię jakiegoś przystojnego striptizera — mruczy Ward, wyraźnie niezadowolona z wibratora. O ile nie miała problemów, by rozmawiać o tych sprawach z samą Marą, tak przy Willu czuła się dziwnie. Chociaż to może kwestia tego, że Cynthia zawsze była największym ponurakiem wśród znajomych.
— Nie mam zielonego pojęcia — na to pytanie odpowiedziałoby cały czas tak samo. Nie wiedziała, co dokładnie w nim widziała i nie była w stanie tego wytłumaczyć nikomu. Wtedy był dla niej całym światem, a po tym świecie została jedynie nostalgia — miałam wrażenie, że jego przełożeni wiedzą... o naszej przeszłości — stwierdziła finalnie Cynthia, spuszczając głowę i wzdychając ciężko. Cokolwiek by powiedziała zostanie zmasakrowana. Nawet nie podłapała ciekawości Williama, bo zaraz była pod ostrzałem. Bardzo słusznym ostrzałem.
— Musicie mnie ciągnąć za język? — pyta z wyrzutem, ale doskonale zna odpowiedź. Musieli, a ona musiała wypluć z siebie wszystkie informacje — samo przyznanie się do tego gówna, to dla mnie zbyt wiele — dlatego bezwiednie chwyta za kieliszek i wypija jego całą zawartość na raz — Pijany po rozprawie przyszedł mnie przeprosić — wzdycha, bo już w tamtym momencie powinna mu odmówić — wpuściłam go, bo... — nie miała dobrego powodu, wiedziała o tym. Wypuściła powietrze z płuc i westchnęła ciężko — kurwa, sama nie wiem. Nie chciałam być wtedy sama, a wstydziłam się Wam o tym mówić — potrzebowała kilku miesięcy, by zakomunikować o całej sytuacji Marze. Nie przychodziło jej to naturalnie łatwo, a wręcz przeciwnie. Każde słowo przychodziło jej z trudem. Cynthia rzadko kiedy dużo mówiła, raczej nie była wylewna. Sprawdzała się w tej grupie, dzięki Willowi i Marze, tylko wiedziała, że to jej pora na... mówienie.
— Oboje byliśmy pijani — poprawia ich od razu, a na jej twarzy maluje się grymas. Wspomnienia tamtego wieczoru dalej ją obrzydzały — podobno się nad nim pastwiłam — wbijała szpileczki, krzyczała, tradycyjna, wkurwiona kobieta. Nawet specjalnie mu powiedziała, że wypierdoliła jego wszystkie rzeczy na śmietnik.
— I stało się... — spuściła głowę, jak ten pies, który wiedział, że zawiódł właściciela. Ona zawiodła po całej linii i zdawała sobie z tego sprawę — nie wiem... Po prostu się stało — choć jej wytłumaczenia brzmiały dziecinnie, nie miała innych słów na to. Zasmakowała jego bliskości i chciała mu się oddać w całości.
— William — zaczyna już oschłym tonem — naprawdę myślicie, że na niego nie naskoczyłam i pozwoliłam sobie tak po prostu wejść na głowę? — co prawda później pozwoliła, ale nie potrzebowała słyszeć tej tyrady wstydu — przecież wiem, że to był błąd i nigdy więcej się z nim nie spotkam — a może tak? Trudno wyrokować, na pewno nie byłoby to miłe spotkanie — wolałabym już pracować w parku rozrywki — w miejscu gdzie radość i kolory eksplodują. Każdy kto znał Cynthię wiedział, że miała alergię na kolory, głośnych ludzi oraz uśmiechy obcych ludzi.
-
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Za to zaczęła się uważniej przyglądać Williamowi. Jego akurat nie było tak ciężko rozszyfrować- przecież nawet nie patrzył na nią jak to do niej mówił. Na kilometr śmierdziało kłamstwem. Zmarszczyła brwi i już miała się odezwać, ale tłumaczenia Ward były tak żałośnie z dupy, że no musiała się napić. Na trzeźwo tego nie zdzierży.
- Ja pierdolę Cynthia. Nie chciałaś być sama po zjebanej rozprawie, bo typ Cię wjebał na minę, więc go wpuściłaś do swojego ogródka- gdyby w mieszkaniu był słoik na dolary za każde przekleństwo, to Lakefield bardzo szybko by go wypełniła. Wkurzona i z kieliszkiem w ręku rzadko się hamowała i gryzła w język. Szczególnie od czasu rozwodu. - Pastwiłaś? Rozumiem, że to był Wasz fetysz? Chyba nie chciałam tego wiedzieć- upiła kolejny spory łyk wina i chyba nadchodziła pora poszukiwania kolejnej butelki wina. Jednak wciąż się przyglądała Williamowi.
- Dała dupy, a nie dała się zrobić jak dziecko- trzeba nazywać rzeczy po imieniu. - Ok, skoro to wszystko wiesz, to rozumiem, że na kolanach błagał Cię o wybaczenie i w zamian obiecywał seks stulecia po którym tydzień nie będziesz mogła chodzić?- spojrzała na nią wymownie czując podskórnie, że wcale tak nie było. Nie czekając na odpowiedź wstała, by wyciągnąć z szafki kolejną butelkę alkoholu. Po drodze na kanapę zwinęła jeszcze korkociąg.
- Dobra Will, a teraz Ty przyznaj co przed nami ukrywasz. Widziałam jak się zachowywałeś, gdy wypłynął temat Charlotte Kovalski- wycelowała w niego korkociągiem mrużąc oczy i czekając na nowe informacje. Biedna Mara - kochała swoich przyjaciół, ale musiała się użerać z ich nierozważnymi decyzjami. Dobrze, że ona była taka rozsądna.
William N. Patel
Cynthia A. Ward
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Cynthia A. Ward Mara Lakefield
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Ma ojca senatora, szczerze nic mnie nie zdziwi — stwierdziła Ward, zakładając rękę na rękę i finalnie wzdychając ciężko. Wielu rzeczy spodziewała się po Cassianie. W zasadzie każda możliwość wchodziła w rachubę. — wiem, że zrobiłam źle. — powtarza jak mantrę, licząc, że Mara odrobinę zejdzie z tropu. Czasami wchodzenie do tej samej rzeki jest dobre, ale nie kiedy nazywa się ona Lennox — nie potrzebuję do tego wykładu — inaczej powiedziałaby im to szybciej. Tylko leżało jej to na sercu zbyt długo. Mogła to przemilczeć i ruszyć dalej, ale nie była w stanie.
— To nie jest fetysz — aż strzeliła oczyma — krzyczałam na niego — wyzywała go na tak samo intensywnym poziomie, jak Mara ją w tej chwili. Tylko sam fakt seksu wszystko przekreślił.
— Dobrze wiesz, że nie — mruknęła, słysząc o błaganiu o wybaczenie i obietnicy seksu życia. Co prawda to był seks życia, ale tego już nie wypowiedziałaby na głos.
— Podobało mi się, ale żałuję — powiedziała pod nosem, spuszczając głowę na kolana. Nie chciała obserwować kurwików w oczach Mary, gdy to powiedziała. Zdawała sobie sprawę, ale słowa Williama zabolały ją jeszcze mocniej, niż sama się tego spodziewała. Zamiast cokolwiek powiedzieć, chwyciła za kieliszek wina i wypiła go na raz.
Cynthia od zawsze nosiła miano ponuraka ekipy. Mało co się uśmiechała, momentami nie bywała zbyt rozmowna i wiecznie chodziła ubrana na czarno. Inny kolor najczęściej był spowodowany brudnymi rzeczami, lub awarią pralki. Tylko starała się nie mieszać w życia uczuciowe swoich przyjaciół. Zmarszczyła dość mocno brwi, nie komentując słów Williama w żaden sposób. Prawda była taka, że nie znała kobiety. Nie miała o niej zielonego pojęcia, tylko, lub aż tyle ile zdołała dowiedzieć się od Cassiana.
— Powtórzę to samo co Marze kiedyś — powiedziała sucho po wysłuchaniu Williama.
— A Ciebie Mara, jaki bakłażan zainteresował? — spytała, unosząc lekko złośliwie kącik ust. Często przyjaciółka wsadzała palce w życie miłosne Cynthii. Tylko Ward doskonale wiedziała, że obie nie były zbyt czyste w myślach.
-
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Włączyła się na nowo, gdy William zaczął się wypowiadać tak dojrzałe i rzeczowo. Zazwyczaj to ona przyjmowała rolę tej najbardziej rozważnej (albo tak sobie po prostu wmawiała), ale tym razem dała się ponieść emocjom. Nie brzmiała jak terapeutka ani wspierająca przyjaciółka. Oceniała Cynthię i krytykowała za jej decyzje. To było płytkie i egoistyczne, ale ciężko Marze się teraz z tym walczyło.
- W sumie to akurat dobre pytanie- przytaknęła, gdy mężczyzna zapytał, CZY SIĘ JEJ PODOBAŁO. W końcu nie zawsze chodzi o emocje, a po prostu kutas to kutas. Słuchając jednak wytłumaczeń Ward była coraz bardziej skonsternowana. A jeszcze do tego Will zniknął nagle znowu w kuchni. Niech w końcu przyniesie te kanapeczki, to może chociaż one ostudzą rudą.
- Dobra, to jak doszło do tego seksu? Co się takiego stało, że z miejsca, gdzie go nienawidzisz i chuj zrujnował Ci życie, jesteście w miejscu, gdzie pieprzy Cię… gdzieś tam- gestykulowała z lewej na prawą jakby to miało pomóc Cynthi odpowiedzieć na pytanie. Zadała jeszcze kolejne mężczyźnie, który wydawał jej się dziwnie podejrzany. Znała go od lat. Od wielu wielu lat i czuła, gdy coś ukrywał.
Nie spodziewała się jednak takiej bomby. Brwi poszybowały jej wysoko na czoło, gdy podzielił się z nimi tymi rewelacjami. Rzucała spojrzeniem między tą dwójkę jakby mieli zaraz powiedzieć, że to były głupie żarty.- Wiecie, że to mój naturalny kolor włosów?- spytała nagle bez sensu.[- Jeszcze nigdy się nie farbowałam, ale chyba zaraz będę musiała, bo przez Was osiwieję- dodała po chwili głośno wzdychając i przyciskając nos u nasady. Przymknęła oczy i starała się wszystko przeanalizować.- Czyli podsumowując Ty co najmniej całowałeś się z tą cizią- wskazała na Willa nawet nie otwierając oczu.- Ty pieprzyłaś się ze zjebanym byłym- następnie na Ward, a na koniec dopiero na nich spojrzała. - Obojgu Wam było dobrze, ale Ty Will nie żałujesz, a Ty już tak- potrzebowała wszystko powiedzieć na głos, żeby to doszło do niej i do nich. - Doprowadzicie mnie do obłędu- ponownie wzięła głęboki wdech i wlała sobie cały kieliszek wina, który opróżniła jednym haustem w połowie.- Wyobrażacie sobie jak będziemy chcieli się spotkać wszyscy z naszymi partnerami? Jak to sobie wyobrażacie? Tobie Will jeszcze wybaczę, bo nie wiedziałeś co za sucz z tej Charlotte, ale Ty Cynthia? Co Ty na litość boską odpierdalasz?- to akurat było mało prawdopodobne, bo Mara żadnego partnera nie miała i nikt na horyzoncie się nie pojawiał.
- Ja co najwyżej cukinię przekąszę od czasu do czasu- przewróciła oczami na ich próbę zmiany tematu i do tego tak bardzo nieudolną, że znowu sięgnęła po kieliszek, który tym razem już całkowicie opróżniła.
- Dobra, wino to za mało, żeby przeżyć ten wieczor. Willy, powiedz proszę, że masz coś ciekawszego u siebie. Jakaś trawka czy grzybki czy coś innego- biedna Mara. Do czego oni ją doprowadzili?!
William N. Patel
Cynthia A. Ward
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Cynthia A. Ward Mara Lakefield
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Kłóciliśmy się, wypominałam mu wszystko, a potem podszedł — nie miała odpowiednich słów, by wytłumaczyć to zajście. Po prostu się zadziało i nie dało się tego wytłumaczyć w żaden racjonalny sposób — i zaczął mnie całować — westchnęła ciężko — a byłam po butelce wina — czyli była łatwa. Wiele rzeczy można by powiedzieć o Ward. Była chłodna, odpychająca, ale wiedziała, że popełniła błąd. Inaczej z rewelacją nie zwlekałaby tak długo. Normalnie wychodząc z baru z przystojniakiem, napisałaby o wszystkim Marze. Dlatego z lekko uniesionym do góry jednym kącikiem ust, przyjęła poklepanie ją po ramieniu.
— To może czas zacząć? — rzuciła lekko żartobliwym (sic!) tonem Ward w kwestii farbowania włosów. Wystarczyło na nich popatrzeć. Każdy wyjęty z totalnie innej parafii, a jednak byli w stanie się ze sobą dogadać.
— Sama nie jesteś święta, Mara... — stwierdziła Ward. Mara miała kolorowe życie, o którym na pewno nie informowała własnych przyjaciół. Była wręcz tego pewna i dałaby sobie za to uciąć rękę. Albo... ta wina dopiero nadchodziła, jak jakieś spotkanie z byłym po latach.
— No już się z nim nie spotkam... — wybąkuje cicho pod nosem Cynthia — podobno wyjechał z miasta po zawieszeniu... — i po seksie z nią. Czyżby był taki okropny? Tego się nigdy nie dowiemy — więc jestem rozgrzeszona — dodaje cała rozanielona, prostując jeszcze plecy i unosząc ku górze swoją brodę. Tak, teraz mogła oficjalnie zamknąć temat Cassiana i patrzeć jak William jest pożerany przez Marę. Całkiem miła alternatywa.
— Przeraża mnie twoje wieczne przygotowanie — stwierdza finalnie Ward, wpatrując się w Williama. Ją takie używki nigdy nie bawiły. W jej sercu było jedynie wino i butelka prosecco z bąbelkami. Dla jej ciemnego serca to wystarczało.
-
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Butelka wina tłumaczy już wszystko- aż machnęła ręką na tą nowinę, bo gdy Cynthia już doprecyzowała jak do tego doszło, to można było ją zrozumieć. W końcu która nie była łatwa po butelce alkoholu? - Mam nadzieję, że będziesz się tego trzymał w przypadku panny Kovalski- zwróciła się jeszcze do Patela. Nie zamierzała go przekonywać , że powinien spróbować być w związku monogamicznym. Tym bardziej jeżeli chodziło o Charlotte. Uważała, że każdy wie co jest dla nich najlepsze- niekoniecznie dom z dziećmi, partner i pies. Ludzie byli różni i mieli wszelakie potrzeby.
- Nie, dzięki- mruknęła na komentarz farbowania włosów, bo zamiast poddawać ich działaniom chemii, wolała po prostu unikać stresu w życiu. Co było chyba niemożliwe. - Oczywiście, że nie jestem. Ale nawet gdybym się najebała w trzy dupy, to bym z Joshem się nie przespała- prawie, że splunęła mówiąc to imię. Nie zasługiwał, żeby w ogóle o nim mówić. Nie zamierzała też udawać świętej, nigdy tego nie robiła przed przyjaciółmi.- Unikam wrogów, Will- rzuciła jeszcze wzdychając, bo w sumie… W sumie to potrzebowała czegoś mocniejszego, więc informacja o blancie była jak prezent pod choinką na Gwiazdkę.
- Jasne, że chcę!- z entuzjazmem wstała i poszła do kuchni w poszukiwaniu jakiś zapałek, zapalniczki czy co tam Cynthia trzymała. Jak w końcu coś znalazła, wróciła do salonu i zmierzając do okna zgarnęła od Patela zioło, aby móc je rozpalić. Otworzyła okno i żeby nie smrodzić Ward w apartamencie, zaciągnęła się głęboko przytrzymując dym w płucach, a następnie wypuszczając go pomału z ust na zewnątrz przez uchylone okno. - No dobra, bzyknęłam się ostatnio z moim z eks, ale to nie był akurat Josh- doprecyzowała od razu, żeby nie wyjść na hipokrytkę. W sumie nie musiała mówić kto to był, bo z Michaelem zerwali zanim poznała tą dwójkę. Zaciągnęła się ponownie i z dymem w płucach wyciągnęła dłoń z blantem w ich kierunku, z niemym pytaniem czy też chcą.
William N. Patel-Noriega
Cynthia A. Ward
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Cynthia A. Ward Mara Lakefield
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Casting zrobicie? — spytała lodowatym tonem, spoglądając na Williama. Nikt by jej nie zechciał. Co niby miała do zaoferowania? Niezbyt dostępna, pracująca z martwymi, żadne z tych określeń nie gwarantowała gorącego romansu oraz kobiety, która chciała do Ciebie wracać — chłodna kobieta poszukuje mężczyzny. Na pewno ktoś się skusi — mruknęła, kręcąc na Patela głową. Mogła mieć ciało, ale jej umysłu nie zniósłby nikt. Ba, dziwiła się, że jej barwni przyjaciele wciąć z nią trzymali.
— Podobno seks z wrogiem jest pociągający — mruknęła, unosząc kieliszek wina do góry, by móc upić całkiem spory łyk. Miała wyrzuty sumienia, pozwalając Cassianowi na dotknięcie jej ciała. Tyle że w tamtym momencie był tak piekielnie gorący, a jego ciało było na wyciągnięcie ręki — to czemu tego nie zrobisz? — dopytała, przenosząc wzrok na Williama. Lennox miał w sobie tyle jaj, że przekroczył każdą, możliwą jej granicę bez wyraźnego pytania. Patel jej zdaniem był zdolny do tego samego.
— Nie, tam jest balkon — wymruczała, strzelając oczami. Nie była przyzwyczajona, a zapachu haszu w mieszkaniu nie znosiła. Od czegoś posiadała balkon, czasem przez imprezy Patela w jej apartamencie powstawała specjalna komora. To było dla niej wystarczające — znajdziecie moje szlugi? — ich nie była w stanie sobie odmówić. Mogła być poobijana, ale szluga musiała zapalić. Zwłaszcza kiedy kosztowała wino. Z widocznym bólem uniosła się do siadu, na całe szczęście na zewnątrz miała raptem kilka kroków.
— A kto? — dopytała, wbijając wzrok w Marę. Seks z byłym brzmiał... przekomicznie, zwłaszcza kiedy wcześniej na nich krzyczała — zabawne William. Żebyś nie wpadł do naszego sojuszu seks z byłymi, lub wrogami — dodała uroczym tonem, trzepocząc rzęsami — słuchamy, nie oceniamy — wielkie kłamstwo, oczywiście, że będą oceniali. W ich przyjaźni najpiękniejsze wydawało się być to, że cały czas mogli być ze sobą szczerzy.