-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Słowo unik to byłoby zdecydowanie za mało. Nie potrafiła określić własnych uczuć, które miała wobec Williama. Były niesamowicie skomplikowane, ale przez nie przebijała się zdecydowanie nienawiść. Za nic nie przepuściłaby okazji do wspierania własnej matki. W duchu liczyła na to, że jej ojciec zmienił prawnika. Nie chciała widzieć Patela. Pierwszy raz patrzyła przez judasza, tylko po to by mieć pewność, że go za wszelką cenę nie spotka. Chciała odejść, odpocząć i przez choćby krótki moment nie myśleć o tym, co się stanie po dzisiejszych negocjacjach. Domyślała się, że wszystko doprowadzi do sali sądowej, przez co nie mogła przestać palić. Stała przed sądem, paląc trzeciego papierosa. Gdyby nie chodziło o jej matkę, z pewnością nie byłaby aż tak bardzo zdenerwowana. Dopiero widok tej pięknej, chudej 50-latki z uśmiechem na twarzy, sprawił, że jej serce zabiło mocniej.
— Cześć mamo — zaczyna Charlotte, gasząc peta w popielniczce i od razu przytulając się do matki. Mogła nie być prawdziwą boginią, ale większość osób nazwałoby ją zajebistym milfem. Włosy związane w gustownego koka, delikatny błysk w oku oraz skromny, za to elegancki strój. Miała w sobie sporo wdzięku, którego nie można było jej odmówić.
— Kochanie dobrze Cię widzieć — zaczyna Lucy, dając swojej córce buziaka w policzek — mogłabyś tyle nie palić — za każdym razem to samo stwierdzenie, Lotte uśmiecha się jedynie słabo. Jej matka mogła wyglądać na silną, ale w duchu była słabą istotą, bardzo wrażliwą i empatyczną. Dzisiejsze negocjacje powinny do końca ją zniszczyć, a co dopiero będzie się działo na sali sądowej, gdzie... wszystkie problemy rodzinne Kovalskich zaczną wychodzić na światło dzienne — dopiero co wyszłam z mojej rozprawy — odpiera Charlotte, próbując nie martwić matki. Jedyne przez co nie mogła zmrużyć oczu, to rozwód rodziców. Nawet na własnych sprawach trudno było się jej skupić i momentami miała wszystkiego dosyć.
— Dzień dobry panie Patel — rzuca Charlotte, widząc Franklina na horyzoncie. Była mu wdzięczna za wzięcie tej sprawy. Kamień wręcz spadł jej z serca, kiedy matka powiedziała, kto będzie ją reprezentował. Nie wiedziała, czy to skutki tamtego obiadu w domu państwa Patel, czy może szopki, którą jANUS urządził na bankiecie urodzinowym. Fakty były takie, że lepszego prawnika dla własnej matki nie mogła sobie wymarzyć.
— Dzień dobry, obie gotowe? — pyta, patrząc to na jedną, to na drugą — oczywiście, że tak — skina głową Lotte i chwyta matkę za dłoń. Chwilę później w trójkę wchodzą do sądu, Kovalski czuje się, jakby była w odlotowych agentkach. Lepszego składu nie mogli dobrać. Nabrała głębokiego oddechu, gdy zobaczyła własnego ojca i... Williama. Pierwszy raz go widziała od bankietu urodzinowego. Każdy mięsień mimowolnie się jej spiął, kiedy go zobaczyła. Nie sądziła, że dalej będzie wywoływał w niej jakiekolwiek emocje. Obdarzyła go jedynie krótkim, chłodnym spojrzeniem i prychnięciem pod nosem. Jednak chciał niszczyć jej rodzinę. Kątem oka spojrzała na Franklina. Chyba to William będzie żałował ich spotkania. Doskonale znała ich relację i szczerze? Ani trochę mu nie współczuła.
— Gustavie, Williamie... — przywitał się z nimi Franklin, obdarzając ich chłodnym tonem. Zaraz chwycił klamkę za drzwi i otworzył je — panie wchodzą pierwsze — rzucił, czekając, aż Lucy i Charlotte wejdą, by zająć swoje miejsca. Negocjacje czas rozpocząć.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Charlotte nawet przez krótką sekundę nie spojrzała na Williama. Hipokryta. Typowy prawnik lecący za pieniędzmi, a nie sprawiedliwością. Ciekawiło ją, ile jej ojciec zaproponował mu za prowadzenie tej sprawy. Przymknęła na moment oczy, delikatnie kręcąc głową. Wiele mogłaby powiedzieć, a zamiast tego kurczowo trzymała dłoń matki. Widziała, jak jest to dla niej trudne. Lucy miała łzy w oczach, słysząc propozycję Gustava oraz Williama. Dla niej było to niedorzeczne. Tyle lat spędziła dbając o dom, o męża, a przede wszystkim o ich dzieci, by po tym czasie nie zostać praktycznie z niczym.
— Ta propozycja jest zdecydowanie... — zaczął Franklin, próbując odnaleźć odpowiednie słowo — absurdalna — dokończył finalnie, wbijając mocny wzrok we własnego syna. Taki chłód mógł zobaczyć pierwszy raz, bo miał w sobie poczucie sprawiedliwości, a go tu w ogóle nie było — pani Lucy wychowała całą trójkę dzieci, pozostając w domu i dbając o ogniska ciepła rodzinnego. Czy naprawdę jest Pan gotowy ze swoim klientem, by wyrzucić wszystkie brudy ich rodziny na stół? — spytał całkowicie poważnym tonem, a Charlotte nerwowo przełknęła ślinę. To było coś, czego obawiała się najbardziej. Patel nie był dla niej pierwszym, losowym prawnikiem, a... kimś. Po prostu kimś. Nie byłaby w stanie tego jednoznacznie zdefiniować, ale bała się przedstawiania w sądzie każdego, rodzinnego sekretu. Zostałaby całkowicie obdarta z prywatności.
— Brak orzekania o winie w tym momencie jest bardzo wątpliwy, skoro Pana klient planuje ślub na Mazurach — tak, zaproszenia podobno już poszły w ruch, a całe wydarzenia miało się odbyć przy najbardziej malowniczych jeziorach w Polsce, miejscu, gdzie jej ojciec dorastał — klauzulę poufności jesteśmy w stanie... — zaczął Franklin, spoglądając kątem oka na Lucy — przedyskutować, jednak reszta naszych roszczeń pozostaje bez zmian. Alimenty do końca życia, zachowanie domu oraz ubezpieczanie — kiedy on pracował, Lucy latała, by ich dzieci były dobrze wychowane. To przez nią Charlotte była, jaka była. Czasem delikatnie narwana, ale przez dużą część czasu spokojna, empatyczna, trzeźwo podchodząca do życia.
— Proszę się zastanowić, czy chcecie Pan i Pana klient wciągać w to też dzieci — zaczął Franklin i tym razem spojrzał na Lotte, która tylko krótko kiwnęła głową — bo i one są w stanie zeznawać na rzecz matki — pozostała dwójka rodzeństwa też. Tylko oni nie mieli żadnego pojęcia o prawie, za to Charlotte pełniła funkcję komunikacyjną. Dawała im znać, co się działo. Nikogo nie dziwło, że cała trójka stała po stronie matki.
Później już negocjacje nie miały żadnego sensu. Wszyscy wyszli z sali, a data rozprawy została oficjalnie ustalona. Charlotte jeszcze chwilę dyskutowała z matką oraz Franklinem. Obu odprowadziła do ich własnych aut, po czym wróciła przed sąd do sali palacza. Nie mogła się powstrzymać przed zapaleniem papierosa. Wojna oficjalnie się rozpoczęła.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Paliła w spokoju papierosa, zaciągając się dymem. Nie rozumiała, z jakiego powodu widok dymu zawsze powodował u niej spokój w sercu. Ta rozchodząca się szara chmura, która powoli znikała. Oddech się jej wyrównywał, a sam widok był uzależniający. Nawet nie potrafiła dokładnie wytłumaczyć dlaczego. Wpatrywała się w niego ze spokojem. Pewnie nawet nie zwróciłaby uwagi na Williama, zbyt zapatrzona była w dym wydychany po każdym zaciągnięciu. Tylko to trzaśnięcie drzwiami, a po nim krzyk. Czy to ona była mała, czy jednak on? Zaśmiała się cicho pod nosem gorzko, zanim spojrzała na niego. Teraz nie była bezbronną Charlotte, którą widział pod rezydencją Patelów. Zionął z niej chłód, który był abstrakcyjny do wytłumaczenia. Brzydziła się nim, a ten wybuch ją bawił. Przecież to ona była ofiarą.
— Naprawdę chcesz mi robić aferę? — spytała całkowicie rozbawiona tym, co właśnie u niego obserwowała. Ją to bawiło, pierwszy raz mogła komuś zaufać i przez chwilę zapomnieć o wszystkim, co się działo dookoła niej — jezu, ale z Ciebie wywłoka — parsknęła pod nosem i zaraz pokręciła głową. Nikt na nią tak nie działał. Może byłaby w stanie mu współczuć, ale nie, nie miała zamiaru. Skoro chciał babrać się w rodzinnych sprawach Kovalskich, niech weźmie cały repertuar.
— To twój ojciec zgłosił się sam do mojej matki — powiedziała spokojnym tonem, a na jej ustach wymalował się uśmiech. Karma to suka? Aż kusiło ją, by wypowiedzieć to wprost. Znała stosunek Franklina do Williama, a biorąc pod uwagę obecne okoliczności, zmienił się on na jeszcze chłodniejszy. Tylko teraz nie miała zamiaru go bronić, wręcz przeciwnie zniszczyłaby go. Tylko na żałosnych ludzi oraz terrorystów nie marnowałaby energii życiowej. Może dlatego teraz była tak spokojna, jak pieprzona góra lodowa — co Patel? Poszło Ci teraz w pięty? — spytała, obserwując go bacznie. Domyślała się, że poszło. Mogłaby odciąć sobie rękę. Czerpała satysfakcję z jego bólu. Cokolwiek by się stało, była na to gotowa. Teraz mógł jej powiedzieć wszystko, a spłynęłoby to po niej jak po kaczce. Franklin wiele zmieniał w sprawie rozwodowej rodziców Lotte.
— Może powinnam dodać, że zostałyśmy z matką zaproszone na niedzielne spaghetti — jej uśmiech stał się jeszcze szerszy. Czy to było ostateczne wbicie szpileczki prosto w serce Patela? Zdecydowanie. Aż z wrażenia zgasiła peta, ale zaraz wyciągnęła nowego. Miała się uspokoić, a czuła, jak jej ciało powoli wypełnia adrenalina.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Czasami były sytuację, w których trzeba było nastawić drugi policzek, by wyjść z sytuacji z klasą. Tego właśnie wymagała od samej siebie Charlotte, o ile łatwiej byłoby na niego wrzasnąć, to czy tego właśnie nie oczekiwał? Westchnęła cicho pod nosem, kręcąc delikatnie głową. Im dłużej mówił tym bardziej, zaczynała boleć ją głowa.
— Tak, pierdolona z Ciebie wywłoka — potwierdza spokojnym tonem Kovalski. Idealnie pasowało mu to określenie, w końcu miał w sobie jakiś niewyjaśniony pierwiastek kobiecy — wiesz co? — prychnęła cicho pod nosem — jakbym chciała się mścić, to przestałbyś istnieć, William — wkurwiona kobieta potrafiła zaserwować najgorszy rodzaj zemsty. Ona jeszcze trzymała nerwy na wodzach. Powinna skupić się na sobie, na matce, a nie na prawniku, który dla pieniędzy zrobiłby wszystko. Czekała jeszcze na to, jakimi kartami będzie próbował zagrać.
— Omamiłam go? — nie mogła ukryć własnego śmiechu i tego krótkiego uśmiechu pojawiającego się na jej twarzy przez jego słowa — chyba sobie żartujesz — wycedziła, strzelając oczyma. Nie planowała wzbudzać sympatii wobec Franklina. Anabelle urzekła ją za serce własną dobrocią. Żadne z nich nie przypominało w niczym Williama. Może jeszcze niedawno doszukiwałaby się podobieństw między nim a nią Patel. Różnica między nimi była taka, że ona pod żadnym względem nie dałaby się sprzedać. Miała dobre serce, a Will? No cóż...
Strzeliła oczyma. Nie wyobrażała sobie wygranej własnego ojca. Zbyt mocno znała sytuację, by nie potrafić rozsądzić wyniku rozprawy. jANUS nie miał żadnych szans na wygraną i choćby cała woda z mazowieckich jezior się rozlała, a polskie góry nagle sflaczały, to nic by to nie dało. Jeśli miał jakikolwiek rozum, powinien zdawać sobie z tego sprawę.
Nie skomentowała komentarza w sprawie obiadu, jedynie uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Czyli zabolało. Wszystko poszło w taką stronę, jaką powinno. Choć mogłoby być jej go żal, to nie była w stanie patrzeć na niego łaskawym okiem. Wiedziała przecież, że kochał matkę, a to oznaczałoby niemalże zdradę stanu z jej strony.
Choć na kolejne jego słowa, brew powędrowała jej ku górze. Zainteresował ją na tyle, że chciała dopytać. Już miała otwierać usta, gdy zobaczyła jego walkę z drzwiami. Coś zaczynało w niej delikatnie pękać, chociaż to może strach przed dłuższym spędzeniem czasu z Patelem.
— Gratuluje, jeszcze nas zatrzasnąłeś — mruknęła pod nosem, zaciągając się petem. Kilka spokojnych buchów, a w jej głowie zaczynało wręcz szaleć. Skoro mieli spędzić ze sobą nieokreślony czas, to miała zamiar wykorzystać go do końca. Powie to, co siedziało jej na sercu, odkąd uderzyła go prosto w policzek. Był dupkiem, ale chciała, by miał tego świadomość.
— Wiesz co William, powiem Ci coś, skoro i tak tu siedzimy. Zamknij ryja, łaskawie posłuchaj — zaczyna Charlotte i pierwszy raz patrzy mu prosto w oczy — w ciszy poczekajmy, aż ktoś to otworzy, ale pozwól, że kilka spraw Ci usystematyzuje — cała sprawa jej rozdartego serca dalej siedziała gdzieś w środku niej. Nie potrafiła określić, dlaczego ją to tak bolało. Ta cała sprawa była irracjonalna. Był dla niej obcym człowiekiem, a jednak jego zdrada bolała ją jak słowa Gustava.
— Broniłam Cię, bo Cię polubiłam — wycedza finalnie, obserwując go badawczo wzrokiem. Nie spodziewała się po nim jakiejkolwiek szczerej reakcji, wszystko byłoby dla niej picem na wodę — za to ty pozwoliłeś, żeby ojciec się nade mną znęcał. Ani razu nie stanąłeś w mojej obronie, a dodatkowo zgodziłeś się go bronić — chyba to ją bolało najbardziej. Stał, nic nie mówiąc, nawet słowem się nie odzywając, lub nie próbując uciec, kiedy mógł. Zamiast tego czerpał satysfakcję ze słów jej ojca względem niej samej — a ja Cię broniłam, bo Cię lubiłam, ale zmieniłam już zdanie — teraz już go nienawidziła. Każde spojrzenie na niego było jak zdrapywanie świeżych ran, które dopiero co zdołały się zagoić. Może dlatego jeden z kącików ust niespokojnie jej drgnął.
— Więc łaskawie zamknij ryja i zastanów się nad samym sobą. Przyznaj, że wziąłeś tę sprawę tylko dla hajsu — finalnie warknęła, unosząc delikatnie głos. Próbowała być spokojna, ale czuła, jakby ktoś właśnie spuścił ją ze smyczy — nie rozumiem, jak możesz być tak inny od ojca — chwilę później już patrzyła gdzieś w bok, licząc, że ktoś zaraz ich od siebie uwolni.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Parsknęła jedynie krótko pod nosem, słysząc jego słowa w sprawie zatrzaśnięcia ich na palarni. Prawda była taka, że gdyby nie zdecydował się trzasnąć drzwiami, to mogliby się szybko rozejść, w ogóle nie patrząc sobie w oczy. Nie była gotowa w żaden sposób na konfrontację. Głównie przez uczucia, które targały jej serce. Sprawa jej rodziców była najtrudniejszą, z którą musiała się mierzyć. Nie przez wzgląd na brudy rodzinne, które miały wychodzić za każdym razem, a przez adwokata reprezentującego jej ojca. Znienawidziła za to Williama.
Nawet słowa wypowiedziane prosto w jego stronę wydawały się nic nie zmieniać. Miała dosyć. Bolała ją każda sylaba, przechodząca przez jej usta. Tylko nie spodziewała się odwetu. Pierwszy raz drgnęła, gdy porównał ją do ojca. Z nim nie miała nic wspólnego, od zawsze na zawsze darli koty. Nigdy nie mogli się ze sobą zgodzić, a odkąd oświadczyła mu, że nie wybierze rodzinnego biznesu, wszystko się jedynie zaostrzyło. Pierwszy raz drgnęła. Całe ciało reagowało na słowa Patela. Doskonale wiedział, że ją to zaboli i bolało jak nic innego. Nawet najgorszy policzek nie miałby takiej mocy, jak wypowiedzenie takich słów. Nabrała powietrza do płuc, a dłonie mocno zacisnęła w pięści, próbując się kontrolować. Tego było za dużo, zdecydowanie za dużo.
Wraz z kolejnymi słowami cały jej spokój wydawał się niknąć, a zamiast tego pojawiał się ból. Jasne, wiele rzeczy zrobiła. Raniła go, ale nigdy nie chciała zrobić mu faktycznej krzywdy. Drugi raz kącik ust drgnął jej, gdy usłyszała temat rodziny. Dla niej to było zbyt wiele, a oczy wydawały się szklić. W tych wszystkich psikusach dopatrywała się czegoś więcej. Jasne, chciała mu zrobić na złość... może dlatego, że lubiła go oglądać lekko podenerwowanego? Nie w takim stanie, jak teraz. Bardziej przemawiało przez nią obecnie obrzydzenie, a ono nie pozwoliło zamknąć jej ust nawet na moment.
— Wiesz co, przypomnijmy sobie cały zarys wydarzeń — zaczyna Kovalski, nerwowo stukając w swoje ramię — groziłam Ci sąsiadami, bo możemy dostać podwyżkę śmieci przez twoje chujowe segregowanie śmieci — łatwa riposta, kolejne były zdecydowanie trudniejsze — potem wylałeś na moją sukienkę alkohol, bo nie chciałeś rozmawiać z własną ciotka. Było pięknie, nawet kurwa cudownie, a później co? — wolała przemilczeć sprawę wspólnej zabawy, pocałunku, a przede wszystkim wspólnej nocy. Dalej myślała, że oni... robili rzeczy dla dorosłych, fujka — CI-SZA — faktycznie ani razu się do niego nie odezwała, póki on nie postanowił ją sprowokować. Mogła wciągnąć Peach, ale to nie było związane z nim, a tym PRZEbrzydłym facetem, z którym się bujała — pragnę Ci przypomnieć, że nie gadałabym tych bzdur, gdybyś miał odrobinę mózgu i nie nagabywał mojej randki, by przede mną spierdoliła — gdyby nie to, przecież nie opowiadałaby tych paskudnych plotek. Każde zdarzenie ma swoje konsekwencje — także nie jest mi Ciebie żal. Kiedy twoja matka przyszła, nie pozwoliłam Ci jej zabrać do twojego obsranego mieszkania — wycedziła przez usta i wcale nie miała zamiaru szczędzić w słowach. Była nakręcona jak katarynka, która była nie do zatrzymania — a potem na tej lasagne... faktycznie Cię broniłam i tego mi nie zabierzesz — z dobroci serca. Po co miałaby to robić, skoro jego ojciec czekał tylko na gorzkie słowa o Williamie? Po co? Nie miało to żadnego racjonalnego sensu, nawet jeśli chciałaby się tylko zemścić. Mogła to zrobić już wtedy — po co miałabym być dla Ciebie miła? — warknęła Lotte. Ona nigdy nie udawała. Wszystko albo nic. Albo kogoś kochasz, albo go nienawidzisz całym sercem — może dlatego, że zaczynało mi na Tobie zależeć — przyznanie się do tego bolało ją bardziej, niż sama po sobie się spodziewała. Odwróciła na moment wzrok, ale postanowiła dalej kontynuować — a te zdjęcia wiesz, dlaczego dostałeś? BO SKASOWAŁEŚ MI AUTO — gdyby nie to, zostawiłaby je w swoim telefonie i nie wykorzystywałaby ich — a na sam koniec stwierdziłeś, że... zostaniesz adwokatem mojego ojca — tyle wystarczyło. Słuchał, nie protestował, był obok, gdy Gustav tak po prostu ranił Lotte, a ona jak bezbronna dziewczynka potrzebowała wsparcia — przestań ryczeć, bo dziewczyna Cię uderzyła. Należało Ci się, już wtedy się zgodziłeś — warknęła Lotte, bo choć obchodziła go jego matka, lubiła jego ojca, to Patela nie mogła zdzierżyć. Do zobaczenia w poniedziałek? Co innego miała sądzić? Dla niej było to najgorsze przekroczenie granicy, na które Will mógł sobie pozwolić. Jej ciało wręcz drżało ze złości i z bezsilności, bo chciała móc mu ufać. Tylko postanowił wszystko zniszczyć.
— To patrz, ale to na Ciebie już nie spojrzy ojciec — wycedza finalnie przez usta i po chwili dodała — doskonale zdawałeś sobie sprawę, jak twój stary na to zareaguje — serce bolało ją, kiedy to wypowiadała. Nie życzyła wcześniej Patelowi źle, ale teraz... została zmuszona, by wypowiedzieć to głośno. Bolało ją to. Chciała, by mężczyźni między sobą się dogadali, tylko nie miało to żadnego racjonalnego sensu. Franklin nie mógłby bardziej gardzić własnym dzieckiem niż w obecnej sytuacji.