-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Podejście do sprawy własnych rodziców miała dla wszystkich dość znane. Trzymała usta na wodzy, póki nie dojdzie do starcia na sali sądowej. Szczerze obawiała się tego, co wymyślił Patel. Miał w końcu zrobić, wszystko byle pogrążyć Charlotte i jej matkę. To nie dawało jej spać. Kilka ostatnich nocy puszczała głośno muzykę, próbując zagłuszyć własne myśli przy butelce szkockiej. Alkohol zawsze potrafił zadziałać na nią kojąco. Wyciszał ją na tyle, że była w stanie zasnąć... na cztery godziny.
Z samego rana wykonała standardowy rytuał. Śniadanie, bieganie z psami i prysznic. Tylko kiedy spojrzała na siebie w lustrze, nie miała żadnych wątpliwości, że wyglądała okropnie. Widać to było gołym okiem. Blada cera, pojawiające się naczynka i wory pod oczyma, które korektor ledwo zakrył. Niecodziennie szła do sądu w charakterze świadka. Niecodziennie też miał przesłuchiwać ją własny sąsiad. Nawet nie spojrzała kątem oka na jego drzwi. Wolała, by zniknął. Choć zaczęła zastanawiać się nad własnym zniknięciem. Przeprowadzką, by nie musieć ponownie na niego patrzeć.
Siedziała z tyłu sali, słuchając pytań Patela. Wystarczyło jedno, by już zaczęła się krzywić oraz kręcić głową. Co miała mu powiedzieć i w jaki sposób miała się zachować? Przymknęła mocno oczy, zastanawiając się nad własnym przesłuchaniem. Została przygotowana. Doskonale wiedziała co oraz w jaki sposób miała powiedzieć.
Przebudziła się z marazmu jedynie przez jeden krótki moment. Otworzyła szerzej oczy, kiedy Franklin zaczął przesłuchiwać Gustava. Mieli jeden dowód na zdradę jej ojca przed sprawą rozwodową. Chorobę weneryczną, rzeżączkę, którą zaraził przypadkiem jej matkę. Na całe szczęście jego ukochana córeczka trzymała całą dokumentację rodzinną. Tyle wystarczało, by przebić się przez intercyzę. William mógł się teraz gimnastykować przy jej bracie i przy niej, ale to... dawało im prawie, że pewną wygraną w sprawie. To się dla niej liczyło najbardziej na świecie.
Wejście na miejsce świadka pamiętała praktycznie jak przez mgłę. Miała jedną misję. Wykazać winę ojca, nie pokazując własnej stronniczości. Dałaby sobie radę, gdyby nie... przesłuchujący ją prawnik. Bała się spojrzeć mu w oczy, a nawet usłyszeć jego głos. Wbiła mocno paznokcie we własne udo, by być w stanie się opanować. Teatrzyk czas zacząć.
— W sensie materialnym niczego mi nie brakowało, a niematerialnym brakowało mi bardzo wiele — odparła praktycznie od razu, nie dając za wygraną. Przed lustrem spędziła godziny, ważąc każde wypowiadane słowo. Wszystko miała przećwiczone, łącznie z tą pełną zmartwienia miną. Jeśli miała walczyć o godne życie własnej matki, miała zrobić to całą sobą.
— Miałam i finansował je mój ojciec. Za to moja matka była odpowiedzialna za ich organizację oraz wybór odpowiednich osób — odpowiedziała spokojnym tonem — nic nie jest czarno-białe — nawet kwestia pieniędzy taka nie była i ona zdawała sobie sprawę. Przez Cassiana zdołała się nauczyć, że nie wszyscy ludzie są źli. Choć jANUS był i to bez dwóch zdań — taty praktycznie nigdy nie było, a całą miłość, jaką uzyskałam, dostałam od matki. To ona sprawiła, że jestem tym, kim jestem i że potrafię z empatią podchodzić do moich klientów — to miało najbardziej wybrzmiewać z jej zeznań. Nieobecność Gustava — i że nie stawiam wszystkim górnolotnych wymagań — nie było to związane ze sprawą jej rodziców. Chciała wytrącić Patela z równowagi. Uniosła ku górze delikatnie kąciki ust. Wobec niego też miała oczekiwania, które liczyła, że zostaną przez niego spełnione. Jak widać na załączonym obrazku, przeliczyła się. Chuj nie dość, że bronił jej ojca, to właśnie ją przesłuchiwał.
— Zgadza się — była prawnikiem, pieniądze ojca ułatwiły ją drogę w zawodzie, jak i załatwiły pracę w kancelarii. Tak, wszystko się zgadzało, nawet jeśli z początku była obrońcą z urzędu — ale też uważam, że gdyby nie wsparcie mentalne mojej matki, by do tego nie doszło — wolała nie skupiać się na tacie. Wtedy jej zeznania mogłyby pójść w dość inną stronę — mój ojciec pozwalając mi studiować prawo, liczył, że zostanę prawnikiem rodzinnej firmy. Moje zdanie było inne, więc nasze stosunki się ochłodziły — stwierdziła, spoglądając badawczo na Williama. Póki nie ukierunkowanie jej w stronę prawa karnego cała sprawa i żal wobec niej nie miałyby miejsca — za to moja mama zawsze mnie wspierała — jej wzrok powędrował w stronę jej matki. Dobrze szły zeznania. Nabrała głębokiego oddechu, licząc, że... William nie postanowi jej niczym zaskoczyć.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Nabrała głębokiego oddechu, próbując przywołać zdrowy rozsądek do własnego mózgu. Tylko przez wzgląd na adwokata drugiej strony, a właściwie... Williama nie potrafiła się skupić. Dalej miała mu za złe wzięcie tej sprawy. Chciała stąd uciec, bo wiedział o niej stanowczo za dużo. Był świadkiem tego, jak traktuje ją ojciec i była wręcz pewna, że jego obojętność zadecydowała o ostatecznym werdykcie wzięcia go do tej sprawy.
— Jestem związana z obojgiem rodziców. Żadne dziecko nie chciałoby być teraz w mojej skórze — poprawiła go Lotte, próbując nie wyjść za stronniczą. Niezależnie od tego, jakie miała zdanie o własnym ojcu, to dalej był jej ojcem. Rodziny się nie wybierało, choć można było się od niej odciąć. To co robiła, miało być właśnie tego zwiastunem — wcześniej było nieobecnie i wymagająco. Tata miał wobec mnie spore wymagania, którym często nie dawałam rady — przyznała całkiem szczerze Charlotte, wpatrując się w Patela. Czuli dosłownie to samo wobec własnych ojców. Zdawała sobie z tego sprawę i tym bardziej musiała skupić się na tym, by pokazać, że jej to nie rusza. Że on ją nie rusza — był, ale często rozmawiał przez telefon — stwierdziła, wzruszając ramionami. Pewne rzeczy były kwestią wyboru. Ta też nią była. Pieniądze zawsze były ważniejsze od członków rodziny.
Dopiero kolejne słowa wydawały się zbić ją z tropu. Kącik ust niebezpiecznie jej drgnął, a Charlotte przez moment wsłuchiwała się w ciszy w pytania. Nie potrafiła wyjść z szoku. Zdecydował się na rzucenie tej sytuacji. Przegryzła bardzo mocno wnętrze policzka, czując metaliczny posmak. Czy teraz powinna odmówić zeznań? Nie da mu tej satysfakcji.
— Potwierdzam i czułam to — a ty mi go zniszczyłeś, skurwysynu, dodała już we własnych myślach. Zniszczył jej tamten wieczór. Tamto auto było nagrodą od jej ojca, a ona nawet teraz tego używał. Przegryzła mocno wewnętrzną część policzka, aż poczuła metaliczny posmak. Nie oto chodziło.
— Nie, nie uważam tak — wycedziła lekko podirytowana. Nie chodziło o czas, a o sposób jego spędzania — nawet kiedy był obecny, nie okazywał nam uczuć — nie przytulał, nie chwalił i był wymagający. Tyle wystarczyło, by wobec niego Charlotte wybudowała spory mur, przez który nie chciała się przebić.
— Czy mówienie do własnej żony, że jego zdanie jest ostateczne, ponieważ to on na wszystko zarabia, zalicza pan adwokat do przemocy ekonomicznej? — spytała, zaczynając od pierwszego pytania i spoglądając badawczo na Williama. Pewnie zaskoczyła go tym wyznaniem, ale nie raz, nie dwa wysłuchiwała kłótni rodziców — moja mama nigdy się z nim nie kłóciła, raczej było to jednostronne obarczanie winą za każdy błąd — stwierdziła spokojnym tonem, choć w sercu jej właśnie płonęło. Patel nie powinien wyciągać z niej takich rzeczy — byłam świadkiem kłótni rodziców, zresztą jak każdy członek naszej rodziny. Mój tata nie potrafi hamować własnych słów — o czym doskonale wiesz, chciała dodać, ale powstrzymała się w ostatniej chwili. dopiero później zaczynała cała w środku wrzeć. Nie wiedziała, co powinna mu powiedzieć oraz w jaki sposób powinna mu to przekazać. Kwestia tamtego wieczoru powinna zostać na nim, a on... postanowił go wyciągnąć. Paznokcie wbiła jeszcze mocniej, próbując samą siebie przywołać do rozsądku. Mogła odmówić zeznać, ale na to była zbyt dumna.
— Prawda — przyznała gorzkim tonem, przełykając nerwowo ślinę — nie nazwałabym tego kłótnią — powiedziała oschłym tonem. Była to jedna z wielu tyrad Gustava. Dla Lotty codzienność, tylko miała ona jeden szczegół, który powodował u niej ból. Williama.
— A co może czuć dziecko, kiedy własny ojciec równa go z ziemią i dogaduje się z adwokatem w sprawie rozwodu? — pyta, prychając krótko pod nosem i kręcąc jednocześnie przy tym głową — potwierdzam, ale żadnych plotek nie słyszałam. Jak Pan dobrze wie, opuściłam przyjęcie — jej głos staje sie coraz bardziej nerwowy, a szczęka zaciska się jej coraz mocniej. Nie miał prawa zadawać tych pytań. Zwyczajnie nie miał prawa, nie było to w jakikolwiek sposób moralne.
— Nie uważam w ten sposób. Ojciec nie raz zachowywał się w ten sposób wobec mnie, czy innych członków mojej rodziny — stwierdza krótko Lotte. To nie była kwestia zemsty, a chęć sprawiedliwości wobec wychowującej ją i jej rodzeństwo Lucy — łącznie z moją, własną matką — dodaje krótko, patrząc mu prosto w oczy. By zrozumiał, po kogo stronie stał Patel. Finalnie westchnęła ciężko — to nie było nic, co w jakikolwiek sposób odchodziłoby od normy — miała nadzieję, że nie dała mu żadnej pożywki, z której mógłby skorzystać. Oby. Czekała już tylko na pytania Franklina, by móc ostatecznie pogrążyć ojca.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Sąd każe zeznawać jej dalej. Charlotte nabiera powietrza do płuc, próbując się uspokoić. Wraz z każdą mijającą chwilą ma coraz bardziej dosyć. Jakby William postanowił rzucać w nią gównem. Paska spokoju cały czas opadała. Nawet wraz z kolejnym pytaniem. Oczywiście, że była uprzedzona do ojca, ale nie mogła tego powiedzieć na głos.
— Każde dziecko związane jest z rodzicem, nieważne jak bardzo będzie nas ranił — stwierdza finalnie Charlotte. Może powiedziałaby głośniej, że nawet nie chciała rozwodu. Tylko byłoby to kłamstwo. Dla jej matki będzie zdecydowanie lepiej bez ojca. Rozkwitnie, poczuje się wolna i może na nowo zacznie się uśmiechać — widzę też minusy mojej matki, ale o nie mnie pan nie pytał — dodaje finalnie i czuje ulgę, kiedy przejmuje ją Franklin. Doskonale pamiętała, jakie miała mieć zadawane pytania oraz w jaki sposób miała zmiażdżyć ojca. Udało się. To było najważniejsze.
Tylko wraz ze słuchaniem zeznań Gustava serce zaczyna się jej łamać. Kłamstwa. Za to Patel znów na to pozwalał. Dopiero wtedy zaczynało się w niej najbardziej gotować. Wyszła. Nie miała zamiaru pokazać mu ponownie swoich łez.
Po kilku dniach wszyscy na nowo zebrali się na sali sądowej. Charlotte czuła jeszcze większe skurcze żołądka niż wcześniej. Sama nie wiedziała, z czego dokładnie to wynikało. Na całe szczęście obie miały przy sobie Franklina. Wydawał się być jedyną pewną osobą. Za to Lotte się bała, do czego dokładnie mógł doprowadzić William. Przecież zarzekał się, że zrobi wszystko, byle tylko móc ją zniszczyć.
— Otwieram rozprawę w sprawie rozwodowej państwa Kovalskich. Po zapoznaniu się z materiałem dowodowym oraz wysłuchaniu stron, sąd przystępuje do ogłoszenia wyroku. Proszę zachować spokój. — mówi sędzia oraz patrzy na wszystkich obecnych — Sąd wnikliwie przeanalizował przedstawione dowody, zeznania świadków oraz sytuację rodzinną stron — po chwili kontynuuje — Przechodząc do kwestii zabezpieczenia sytuacji życiowej obu stron. Sąd ustalił, że pani Kovalski przez ostatnie lata zajmowała się prowadzeniem domu oraz opieką nad dziećmi, nie wykonując pracy zarobkowej. W związku z tym jej sytuacja zawodowa wymaga czasu na ustabilizowanie. Do osiągnięcia niezależności zasądzam alimenty oraz opłatę odpowiednich kursów Rozprawę uważam za zamkniętą. — po czym wychodzi, a wszyscy wydają się skonsternowani. Propozycja ugody została zasądzona. Lucy zaczyna płakać, Franklin wygląda na zdziwionego i mierzy własnego syna chłodnym, niemalże lodowatym wzrokiem, po czym krótko kręci głową.
Zaraz zabiera zarówno Charlotte, jak i Lucy z sali sądowej, by Gustav nie czerpał radości, widząc ich rozpacz. Pierwszy raz od dawna Kovalski płakała z matką. Nie przez ojca, ale przez to co im zgotował. Obie siedzą na korytarzu. Ronią kolejne łzy przytulone do siebie. Nawet nie zauważyły, kiedy Gustav wyszedł z sali razem z Williamem. Ktoś mógł się spodziewać cichej bójki między obecnymi osobami. Zamiast tego podchodzi do nich sędzia z serdecznym uśmiechem na ustach i wyciąga do nich dłoń.
— O pan Patel gratuluję wygranej z ojcem — rzuca tak, że wszyscy zgromadzeni na korytarzu wszystko słyszą — muszę powiedzieć idealnie pan rozegrał tę rozprawę. Zrobił pan wszystko dla wygranej — puszcza mu oczko, a Lucy słysząc te słowa zanosi się jeszcze większym płaczem. Franklin tylko delikatnie drgnął, zdając sobie powoli sprawę, do czego doszło. Sędzia jeszcze przez krótki moment rozmawia ze zgromadzonymi, po czym odchodzi.
— Jesteś z siebie zadowolony? — mówi finalnie Fraklin, kiedy Gustav idzie za sędzią. Wszystko dalej wybrzmiewało w ich głowach.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Franklin na co dzień przypominał oazę spokoju, ale teraz brew niebezpiecznie mu drgała. Miał jasne zasady oraz niezachwiane poczucie sprawiedliwości. Aż dziwne, że jeszcze nie został sędzią. Może wtedy miałby wpływ na system oraz na to, co się w nim dzieje? Teraz pewnie żałował. Za to pierwszy raz spojrzał na syna jak na obcego.
— Nie przegrałbym, jeśli miałbyś jakikolwiek honor — wycedza przez syna i patrzy na niego ostatni raz — ja już nie mam syna — mówi chłodnym tonem, wręcz lodowatym. Takim jeszcze nieznanym przez Patela, po czym odwraca się w stronę pani Kovalski.
— Chodźmy stąd Lucy — mówi krótko, kiedy William tylko zaczyna do niej mówić — nie ma sensu go słuchać. Wszystko co mówi, to kłamstwo... — stwierdza, po czym chwyta Lucy za dłoń i wyprowadza ją z sądu. Wolał, by w tym nie uczestniczyła. Charlotte też nie chciała, nie miała sił na kolejną walkę z Williamem. Jej serce było rozdarte, a samo spojrzenie na niego powodowało odruchy wymiotne. Nigdy nie poznała bardziej obrzydliwego człowieka. Ten wyrok nie powinien mieć racji bytu. Za to on o niego walczył i skutecznie pokazywał jej na każdym kroku, że ona i jej rodzina jest dla niej niczym. Ba, upewniał ją w tym wszystkim. Choć chciała móc zachować spokój, to przerwała nawet płacz. Jej makijaż był delikatnie rozmazany, ale w oczach nie było nic z łagodności, a prawdziwa złość.
— Zostaw moją matkę w spokoju — rzuca finalnie Charlotte, by Franklin z Lucy mogli rozejść się w spokoju — co oznaczało to wszystko? Myślisz, że uszu nie mamy?! — ona miała. Znała prawo. Tym bardziej wyrok był dla niej niezrozumiały. Czuła jak żyłka na czole zaczyna jej pulsować, a pięści mimowolnie się zaciskają coraz mocniej. Nie obchodziło jej, że znajdowali się w sądzie. Na tym wyroku cała sprawa się nie skończy od czegoś były sądy apelacyjne.
— Przecież sam mi groziłeś, że zrobisz wszystko byle patrzeć, jak cierpimy — pamiętała to. Doskonale. Aż coś wstrząsnęło jej ciałem, czego nie potrafiła w żaden sposób zrozumieć. Dlaczego bardziej niż własną matką zajmowała się jego poczuciem sprawiedliwości? Znów ją zawiódł, chociaż miał rację, zrobił wszystko — Pojedź sobie na pierdolone wakacje i zniknij z mojego życia — albo ona zniknie z kamienicy. Nie chciała widzieć go na własne oczy. Kiedykolwiek, gdziekolwiek. Był wywłoką, a nie człowiekiem — osiągnąłeś, co chciałeś — syczy finalnie, kręcąc głową. Mogła powiedzieć o nim wiele. Na pewno nie to, że był dobrym człowiekiem.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Nie obchodziły ją jego uczucia. Zresztą było w tym coś dziwnego? Zniszczył jej rodzinę, dosłownie pogrążył jej matkę, a teraz co? Nie tak to miało wyglądać? Aż zaśmiała się gorzko przez łzy. Nie potrafiła na niego spojrzeć z jakąkolwiek sympatią. Sam przecież podkreślał, jak bardzo chciał ją zniszczyć, jak chciał oglądać jej cierpienie. A teraz co? Nagle zmienił zdanie? Konsekwencje własnych działań potrafią bardzo mocno zaboleć, zwłaszcza kiedy dana osoba nie potrafi mieć ciągu przyczynowo-skutkowego.
— A jak to miało wyglądać? — wycedza zirytowana przez zęby, bo szczerze nie wie, co powinna mu powiedzieć teraz. Zwyczajnie nie wiedziała, w jaki sposób powinna to ugryźć — to były twoje pierdolone słowa, więc weź za nie odpowiedzialność — rzuca finalnie Charlotte, wywracając przy tym teatralnie oczyma. Nosiło ją. Czuła, jak serce zaczyna bić jeszcze szybciej, a ona ma ochotę mu przywalić po raz kolejny prosto w twarz.
— A wypierdalaj, mam to w dupie — warczy finalnie. Gdyby mogła, to właśnie poleciałaby jej piana z ust. Nienawidziła go. To uczucie było tak proste, tak pierwotne, że nie była w stanie go powstrzymać — to nie JA podjęłam decyzję, że TY będziesz bronił mojego ojca — rozkłada ręce, bo nie ma zielonego pojęcia, co powinna mu powiedzieć w tym momencie. Czuła, jak cała wrze — więc skończ pierdolić, to TWOJA wina — jego, nie jej. Skoro miał zamiar być prawnikiem, wspierającym dupków, to wystarczająco to o nim mówiło.
— Spierdalaj — wycedza finalnie Charlotte, pokazując mu dwa środkowe palce na odchodne. Nie chciała mieć teraz z nim nic wspólnego. Najlepiej jakby zniknął z tego świata, niech sobie świętuje głośną wygraną. Kto by nie chciał wygrać z Franklinem Patelem? Nawet jeśli zapłacił za to odpowiednią cenę.
z/t x 2