-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Zdradziła samą siebie i własne ideały. W jego ramionach dopiero zaczęła się uspokajać. Pod wieloma względami się nim brzydziła. Wystarczyło krótkie spojrzenie, by zaczęła je wymieniać. Parowanie, panienki, narkotyki, głośne imprezy, czy ostatnia sprawa w sądzie. Wiele była w stanie mu zarzucić i o ironio dopiero jego ciepło wydawało się ją uspokajać. Oddechy stawały się głębsze, a palce coraz mocniej zaciskała na koszuli. Nie mogła się oderwać. Nawet przez krótki moment nie myślała, by to zrobić. Wtulanie się w niego było upokarzające, a jednocześnie w obecnej chwili nie było nic bardziej przyciągającego dla niej. Skupiła się na jego ruchach dłonią. Powoli wracała do świadomości. Jej ciało wracała na odpowiednie tory.
— Mhm — mruknęła finalnie, bo dziękuję faktycznie nie przeszło by jej przez usta. Była mu za to wdzięczna, że był teraz przy niej. Mógł ją odepchnąć. Sama przecież zrobiła wobec niego sporo złego. Musiałaby to przyznać głośno. Odrzucał ją, a jednak potrzebowała być teraz przy nim. Bez dwóch zdań. Finalnie sama delikatnie się odsunęła, by móc spojrzeć prosto w jego oczy.
Im dalej odsuwa się Patel, tym bardziej wbija w niego wzrok. Była wewnętrznie sprzeczna sama ze sobą. Kiedy już się uspokoiła i tylko delikatnie pociągała nosem, a oczy dalej były czerwone, nie wiedziała, czy chciała, czy nie chciała jego bliskości. Wiele mogłaby o nim powiedzieć. Wiele mogłaby mu zarzucić, ale kiedy go potrzebowała, pokazał, że ma jakikolwiek kręgosłup moralny. Mógł przecież nie zrobić nic. Albo wezwać tutejszą policję. Zamiast tego zaopiekował się nią. Teraz zrobił to samo, choć ich bliskość nie mogła trwać w nieskończoność. Przed dłuższą chwilę milczy, nie wiedząc, co powinna powiedzieć.
— Właściwie w jakim hotelu jesteśmy? — pyta finalnie, patrząc w stronę oka z przymrużonymi oczami. Dalej światło było dla niej wrogiem — bo kojarzę ten widok, ale... inaczej — jakby z innego pokoju, lub piętra. Większość cech charakterystycznych przecież się zgadzała. Pamiętała to wybrzeże, te charakterystyczne domy, a nawet ten basen. Los aż tak bardzo z nich kpił?
— A mogę? — ogarnąć się. Nie miała ani ubrań, ani kosmetyków, ani nawet durnego ręcznika. Chociaż Patel musiał być przygotowany, pewnie niejedna laska była już u niego w łóżku. Lotte pewnie pierwszą, której nie zaliczył — powinnam — i powinnam też stąd wyjść, dodaje w myślach. Tylko irracjonalnie nie ma na to chęci, bo siłę jeszcze by znalazła.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Świat robił sobie z nich jaja. Oboje wyjechali na wakacje i oboje znaleźli się w tym samym hotelu. Charlotte aż spojrzała na swój nadgarstek, by zlustrować opaskę hotelową. Ta sama nazwa. Ten sam kolor. Czy wszechświat właśnie z nich kpił? Ze wszystkich miejsc na świecie wybrali tę samą wyspę i ten sam hotel. Ktoś w niebie musiał głośno się z nich śmiać.
— Też tutaj... — mruczy finalnie Charlotte pod nosem. Jak można było wytłumaczyć tę zbieżność? Nie da się. Trochę zabrakło jej języka w buzi, choć zwalała to na migrenę i ból mięśni — tylko w innym skrzydle — dodaje finalnie, spoglądając jeszcze raz za okno. Dlatego mogli się jeszcze nie widzieć. Były z trzy restauracje, pięć basenów i cztery bary. Spotykanie tych samych osób przychodziło jej z trudem. Nikogo nie znała, a tamci hiszpanie wydawali się być dobrymi kompanami. Niestety, myliła się. Teraz zostanie sama na wyspie.
Przygląda mu się uważnie, gdy wyciąga te koszule. Czy ją to specjalnie dziwiło? Absolutnie. Tego właśnie się po nim spodziewała. Mnóstwo pstrokatych ubrań, których ona w życiu by nie założyła. Miała w sobie przedziwne poczucie stylu i choć niektóre wzory się jej podobały, to trudno było się jej odezwać. W ciszy jedynie kiwała głową. Finalnie zgarniając różową koszulę w ananasy oraz spodenki. Miała już wchodzić do łazienki, ale zatrzymała się przed samym zniknięciem za drzwiami. Nawet nie skomentowała przygotowań haszyszu. Nie miała na to sił i zwyczajnie chciała zmyć z siebie bród poprzedniej nocy.
— Dziękuję... — jej głos był cichy, ale na tyle by był w stanie to usłyszeć — za ubrania — dodaje po kilku sekundach. Trudno przechodziło jej to przez usta. Przed samym wejściem i jakąkolwiek reakcją powiedziała jeszcze — i za opiekę — zdecydowanie jeszcze ciszej, po czym zamknęła drzwi za sobą. Czuła się brudna. Nie dlatego że była spocona, nie dlatego że wyglądała jak przemoknięta kaczka, tylko przez to co powiedziała. Nie powinna czuć wobec niego wdzięczności, nie powinna nawet myć się w jego hotelowej łazience. Powinna wyjść i pomaszerować w inne miejsce. Gdzieś, gdzie nie musiałaby na niego patrzeć. Tyle że to ziarno, które było ukryte gdzieś na dnie jej serca, na nowo zaczęło kiełkować. O ile nie była w stanie wybaczyć mu rozwodu rodziców, tak poczuła się przy nim bezpiecznie.
Prysznic wcale nie pomógł. Dalej czuła się brudna. Patrząc na samą siebie w odbiciu lustra, westchnęła ciężko. Może makijaż zniknął, a ona pachniała kosmetykami Patela, za to dalej czuła się brudna w środku. Dodatkowe kolorowe, pstrokate ubrania Williama nie poprawiały sprawy. Z wilgotnymi włosami i cała gotowa na nowo weszła do części głównej pokoju.
— Idziemy? — spytała niemalże od razu, czując zażenowanie. Tak stała w różowej koszuli w ananasy, gaciach w palemki i swoich różowych klapkach — błagam nie śmiej się. Wiem, że wyglądam durnie... — mruknęła pod nosem, spuszczając wzrok. Czekała na decyzję, a kiedy tylko ją podjął ruszyli do restauracji. Tradycyjny szwedki stół. Każdy mógł wybierać, co chciał, a po napoje trzeba było podejść do odpowiedniej maszyny.
— Musi tu tak świecić? — nienawidziła światła. Normalnie kochała słońce i promienie słoneczne, teraz na ich widok miała ochotę zwymiotować — masz okulary przeciwsłoneczne? — zwraca się do Patela, a finalnie macha ręką. Odchodzi od niego i nakłada sobie standardowe śniadanie, po czym siada przy jednym ze stolików. Coś zjeść musiała. Ciało musiało się zregenerować. Tak sobie powtarzała.
— Nawet to jedzenie smakuje okropnie — stwierdza, jeżdżąc widelcem po talerzu. Tosty i jajecznica. Tradycyjny wybór, tylko teraz wszystko smakowało okropnie. Zmuszała samą siebie do jedzenia. Może miałaby lepszy apetyt, gdyby nie wspomnienia ostatniej nocy. Dalej czuła się wewnętrznie rozdarta, zwłaszcza że... nie chciała być sama, a miała w sobie za dużo dumy, by poprosić, o zgrozo, Patela o towarzystwo.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Spoko. Zacisnęła mocniej usta, bo spodziewała się... czegoś więcej? Jakoś zakuło ją to mocno w serce. Tylko tyle? Faceci. Wolałaby usłyszeć nie ma za co. Tę irracjonalną myśl szybko zwaliła na ból głowy. Ciało cały czas działało na wolniejszych obrotach. Chociaż prysznic odrobinę pomógł. Może nie czuła znajomych zapachów kwiatu bzu, czy tropikalnych owoców, ale kosmetyki Patela pachniały ładnie. Prysznic był gorący. To dało jej pierwsze ukojenie. Tyle że widząc jego zaciesz na mordzie, wiedziała, że wygląda idiotycznie. W duchu błagała samą siebie, by jak najszybciej wrócić do pokoju. Odgruzować się. Zrobić skincare, zadbać o włosy, zrobić coś, na co miała realny wpływ. Kontrola, którą tak pieczołowicie próbowała utrzymywać, została zniszczona. Dwa razy. Za każdym razem związane było to z Patelem. Raz w sądzie, a drugi wczorajszej nocy.
Nie skomentowała wyglądania słodko. Ciało zrobiło to za nią, kiedy zmierzyła go krótko wzrokiem, by na jej twarzy wymalowały się delikatne rumieńce. Nie odzywała się całą drogę, praktycznie z nikim się nie widziała, a najchętniej zasłoniłaby się przed całym światem. Chciała okulary, ale nic nie zdążyła powiedzieć. W końcu usiadła przy stole i mieliła swoje śniadanie.
— Dobrze — wydukała po paru sekundach ciszy. Nie spodziewała się żadnego aktu opieki. Patrzyła w ciszy na melony, arbuzy, które jej nałożył. Finalnie chwyciła jeden z kawałków w obie dłonie i zaczęła go powoli jeść. Soki zaczęły rozpływać się w jej buzi, zaraz uśmiechnęła się delikatniej. Faktycznie, dużo lepszy wybór. Coś orzeźwiającego, co otrzeźwiło jej umysł. Tyle wystarczyło, by uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
Znowu uniosła zmęczony wzrok na Williama. Nie wiedziała, co powinna powiedzieć. Przegryzła swoją dolną wargę, porządkując sobie w głowie. Potrafili się dogadać, czasem lubiła z nim spędzać czas i to bez dwóch zdań. Tylko życie jej wirowało. Jemu też nie ufała, chociaż teraz był inny... Przypominał siebie z sylwestra, lub wtedy gdy układali razem tarota w dzień przed walentynkami. Choć chciała zapewnić go o cudownym planie, jaki miała, to okłamałaby jego, ale też samą siebie. Potrzebowała kompana.
— Miałam plan — powiedziała w końcu cicho, odkładając melona na talerz — chciałam zdobyć Roque de los Muchachos — drugi najwyższy szczyt wysp kanaryjskich — i odwiedzić puros palmeros, w sensie lokalną fabrykę cygar. Mam wypożyczone auto, ale chyba nie dam rady pojechać tam sama — Charlotte należała do osób uporządkowanych. Przed wylotem zrobiła sobie całą listę miejsc, które chciała odwiedzić i zobaczyć. Każdy dzień był idealnie zaplanowany przez różne atrakcje, a nawet czas na basenie był dopięty do ostatniej minuty. Tylko sama nie była pewna, czy była na to gotowa, by wyjść sama i czy miałaby na to siłę.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Jasne, może jak będę miała większy apetyt — mruknęła Charlotte, zerkając raz na jakiś czas na crossainta. Zazdrościła mu apetytu. Cokolwiek jadła, a nie było owocem smakowało jak papier ścienny. Aż miała już dosyć, najchętniej to by zaprotestowała i nic nie zjadła. Tylko doskonale wiedziała, że musiała. Jeśli miała się lepiej poczuć, musiała jeść.
— Drugi najwyższy szczyt wysp kanaryjskich. Jest tam obserwatorium, park narodowy i punkt widokowy na całą wyspę — odpowiedziała niemalże od razu. Jadąc na La Palmę, dowiedziała się wszystkiego. Jakie zwierzęta tu spotka, jakie są rośliny, co może ją zaatakować, a przede wszystkim jaką opcję ubezpieczenia warto wybrać. Pod wieloma względami wyjazd miała dopięty na ostatni guzik. Wszystko poza towarzystwem — widać też z niego pozostałe wyspy... — piękny widok zapierający dech w piersiach — podobno można tam też pojechać wieczorem, by obserwować gwiazdy i jest tam schronisko, by spędzić tam noc — dodaje finalnie, wzdychając ciężko. Wybrałaby się tam na noc, by w ciszy na kocu obserwować nocne niebo. Podobno La Palma była jednym z najpiękniejszych punktów do obserwacji. Tylko sama w nocy nigdzie się nie wybierze, plany wakacyjne zostały dość mocno przekreślone.
— Pewnie tak? Podobno opowiadają, jak wygląda wyrób, a potem jakaś degustacja — opowiedziała spokojnie o tym, czego sama zdążyła się dowiedzieć — nie znam się na cygarach, ale skoro to wyrób lokalny... — to człowiek musi spróbować. Zresztą nawet papierosy mieli mentolowe, a to wprawiało ją w najlepszy nastrój aż do... poprzedniej nocy — to trzeba spróbować. Na jutro mam zaplanowana degustację wina, autobus odjeżdża spod hotelu — miała wiele planów. Musiała to sobie przyznać, gdy chodziło o organizację wypoczynku, to miała do tego dryg. W toalecie przeglądała story na instagramie, by móc dowiedzieć się, jak najwięcej o miejscu do jakiego jedzie.
Ale ja nie prowadzę jak coś, te słowa wybiły ją skutecznie z rytmu napalonej podróżniczki. Przechyliła delikatnie głowę i zmarszczyła brwi. Myślał, że pojedzie z nią? Już chciała otwierać usta. Zaprotestować, lub nie. Sama nie była pewna, co by powiedziała. Z jednej strony liczyła na towarzystwo, a z drugiej... to był dalej William Patel. Dopiero kolejne słowa sprawiły, że delikatnie się rozluźniła. Kolejny pakt o nieagresję. Zagryzła dolną wargę, analizując w głowie wszystkie za i przeciw.
— To co się dzieje na La Palma, zostaje na La Palma — powtórzyła za nim finalnie, wzdychając ciężko — i w życiu nie dałabym Ci tutaj prowadzić auta. Te drogi są niebezpieczne, kręte i często nad urwiskami — idealne podsumowanie. Ona miała towarzysza, on miał transport. Wszyscy zadowoleni, a biała flaga wywieszona wysoko.
— To spotkajmy się za półtorej godziny pod hotelem, co? 11:30, najlepiej — zaproponowała Charlotte, wstając powoli od stolika — muszę się ogarnąć, dopakować plecak i polecałabym Ci zabrać kurtkę — i mówiła to z czystej troski — pogoda na La Palma jest bardziej zmienna niż nasza relacja — powiedziała półserio, półżartem. Wyspy kanaryjskie pod tym względem były nieprzewidywalne. Teraz znajdowali się w ciepłym sektorze La Palmy, a będą jechali wprost do części bardziej deszczowej, przypominające klimatem lasy równikowe. Gurunc i wilgoć.
Tak zniknęła, by się przygotować. Raz jeszcze wzięła prysznic, by móc poczuć własne kosmetyki na sobie. Zapach kwiatu bzu, mango, pomarańcze i akacji. Tego było jej trzeba, by się zregenerować. Raz na jakiś czas wpatrywała się w zegarek. Plecak zapakowała. Można było nazwać ją idealną harcereczką. Mapa, kompas, buty na zmianę, kurtka przeciwdeszczowa, odpowiednie buty, krem przeciwsłoneczny, a na głowie błękitny kapelusz i strój sportowy. Wszystko się zgadzało. Telefon naładowany. Mogła spokojnie ruszyć przed hotel, gdzie stanęła przed małym autem.
— Gotowy? — zagaduje Kovalski, kiedy on tylko wsiada do auta — smarujesz ty się w ogóle? — zagaduje go, patrząc na jego czerwoną łepetynę. Nie do końca wierzy w to, co właśnie ma przed oczyma. Tu maślanka, aloes i pantenol, by się przydały — jesteś cały czerwony... — mruknęła pod nosem, wpatrując się w niego dość wyczekująco. Zaraz zakłada jednym ruchem okulary przeciwsłoneczne i zapina pasy. Była gotowa do jazdy, choć... nie powinna wpaść jeszcze do apteki?
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Miała wszystko zaplanowane i rozpisane w kalendarzu w telefonie. Co prawda nie zaplanowane co do minuty, ale sprawdzała każdą trasę, by mieć pewność, że zdąży wszystko zaliczyć. Uwielbiała takie wyprawy, pozwalały się jej skupić na tym, co jest tu i teraz.
— No... a wytrzymasz tyle ze mną bez przerwy? — zapytała całkiem wprost — bo planowałam tam być na noc, ale mam zarezerwowany tylko jeden pokój — mruknęła już dalej Charlotte, myśląc o tym, w jaki sposób powinna to zorganizować. Czy kogoś dziwiło cały plan? Absolutnie nie. Dla niej samej był to standard, którego trzymała się za każdym razem. Inaczej nie nazywałaby się Charlotte Kovalski, coś z własnego ojca przecież musiała mieć. W innym razie nie pracowałaby tylko po nocach i nie przygotowywałaby teczek i segregatorów dla każdego klienta.
— ... Tak — wydukała z siebie lekko zbita z tropu, bo planowanie dawało jej sporo radości — to coś złego? — dopytuje niemalże od razu, licząc, że nie. Nawet liczyła na delikatny komplement z jego strony. Przez moment unosi na niego wzrok, zastanawiając się, czy ta podróż była tylko jednodniowa. Chyba... cholera, znów chciała mieć coś wspólnego z Patelem. W głowie powtarzała sobie jego słowa. Co było na La Palma, to zostaje na La Palma. Tutaj mogli się po prostu bawić.
— Niech będzie — mruknęła pod nosem, strzelając oczyma. Prawda była taka, że nie odważyłaby się tu pędzić tak jak w Toronto. Poza tym wypożyczone przez nią auto nie dałoby sobie z tym rady. Na pewno nie z tak nędzną liczbą koni mechanicznych — spakuj się na dziś i na jutro — a zaraz go instruuje, co powinien ze sobą zabrać. Wymienia odpowiednie buty, kurtkę, prowiant. Zaraz macha ręką i podaje mu jego listę na telefonie. Piękną, w uśmiechające się samoyedy i gwiazdeczki. Wszystko idealnie spisane oraz wypunktowane. Prosi go jeszcze o wykonanie zdjęcia, bo... widziała, że na pewno zapomni o liście, gdy tylko zniknie z jego pola widzenia.
Na całe szczęście znaleźli się już w aucie. Charlotte kiwa głową, ale gdy jej mówi, że się smarował, to parska śmiechem. Na Kanarach nawet w pochmurny dzień człowiek mógł się spalić. Sięga dłonią po swój mały, turystyczny plecak i zaraz wyciąga z niego zielone opakowanie. Tylko zanim zdąży coś powiedzieć, on już pstryka zdjęcie. Zdążyła się tylko delikatnie uśmiechnąć, a zaraz pokręciła głową.
— Dawaj mordę — powiedziała krótko, wyciskając płyn sobie na ręce — podziękujesz mi później ty zjarana główko — parsknęła krótko pod nosem, po czym pochyla i zaczyna mu smarować po twarzy tym aloesem, zostawiając jego grubą warstwę. Resztę wsmarowała jeszcze we własną twarz.
— Godzinę — rzuciła, odpalając stacyjkę. Małe autko zawarczało, choć bardziej przypominało to mruczenie kociątka. Westchnęła cicho, przecież wolała szybsze samochody, ale zaraz wróciła — masz, puść muzykę. Mój ekran blokady to 6969 — ambitne hasło blokady nie ma co. Nigdy się nim nie przejmowała, a zaraz wjechali na trasę. Minęli miasto, w którym spędzali czas, chwilę jechali po dwupasmówce, by znaleźć się w końcu na trasie górskiej. Droga była maksymalnie na jedno auto, a Lotte aż kusiło by wcisnąć bardziej gaz. Zajebisty moment.
— Jezu, ale zajebiście William — rzuca, odwracając w jego stronę głowę, totalnie nie zwracając uwagi na zakręt, w który właśnie wjeżdżali.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski