-
No, no te puedo olvidar. No, no te puedo borrar. Tú me enseñaste a querer. Me enseñaste a bailar.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- No siemaneczko - uśmiecha się i zbija pionę z Frankim. - Świeża dostawa do domu amigo. Mogę wejść? Cabron, zimno tu coś macie - pokazuje mu że trzyma w drugiej ręce pudełko i wbija za Frankim, któremu się też chyba śpieszy, bo jak spojrzał co Martinez ma na sobie, to odrazu się wycofał. Riczi go zagaduje o chate i komplementuje, że mega tu muszą być imprezki. Chwilę postali w przejściu i Riczi kmini jak powiedzieć, że mają na ogród wyjść. Przecież nie powie: ej dawaj pokaż mi swoje rabatki, bo chociaż w Puerto Rico mógłby tak zrobić, to tutaj nie bardzo. Zastanawia się, czy może nie wziąć w takim razie go na górę, ale to by mogło zabrzmieć trochę jakby go podrywał, a chociaż on ma taką płynną seksualność bo się kiedyś z chłopem całował (! to sekret, ale może Wiliamowi powie, bo on też lubi takie akcje), to tego Frankiego by wolał nie podrywać, bo coś czuł, że by później tydzień nie mógł chodzić po spotkaniu z nim. Idzie sobie na czilu przez pół domu i staje obok drzwi wychodzących na ogród, zahacza spojrzeniem o kanapę przed którą już nie stoi żaden stolik i wraca spojrzeniem do głowy Frankiego. Zagaduje go co mu się stało, no to Franki opowiada jak się spił i że jebnął głową o szklany stół i na SOR musiał jechać, Riczi parsknął śmiechem i otwiera pudełko a w pudełku były zapasy takie, że Ricziemu się oczy zaświeciły. - To co może na spróbowanie - i jak Franki się zgodził to otwiera drzwi, chociaż Franki mówi ej typie co bedziemy tam iść, w środku można palić, to Riczi mówi, że niby można, ale on słyszał że to przynosi nieszczęście i zaczyna nawijać o tym, że podobno marynarze od tego umierają. Franki się złapał za łepetyne i mówi, że to nie jest przecież tak i już mu tłumaczy, ale wylazł na dwór też i Riczi zamyka drzwi i odpala blanta. Palą sobie i rozmawiają o ważnych sprawach, typu o tym jak marynarze mają wyjebaną pracę i o tym, jaką pracę ma Franki i Riczi mówi, że o panie, to brzmi nieźle, na co Franki że w sumie jak Riczi tak podróżuje pomiędzy krajami to może by chciał z nim współpracować i że zaproszenie otwarte, ale Riczi się tam troche zesrał, że opanie, ale on ma dziecko w drodze, to Franki gratulacje składa, nie mineło z dwadzieścia minut i już mówi Riczi że - Dobra, dawaj wracamy bo mi jaja zaraz odpadną z odmorżenia - i wraca taki upalony i oddaje w ręce Frankiego całą wielką paczuszkę. - Z pozdrowieniami od Madoxa - mówi i uśmiecha się szeroko i patrzy w te oczeta niebieskie Obelixa, który nagle wydał mu się PIĘKNY. Ale wtedy słychać jakiś dźwięk i RIczi chociaż nie zareagował... to Franki zareagował i patrzy w stronę drzwi.
William N. Patel Madox A. Noriega
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Madox A. Noriega Ricardo Martinez
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- No kurwa, na pewno mu się uda, Ricardo to jest słowny jak chuj, życie bym mu powierzył - Madox to czasem tak gada. Bo przecież godzinę temu, albo pół, rozmawiali o tym, że Ricardo zdradza swoją żonę, co po ślubie są tydzień, taki z niego słowny... chuj. Jakby mu życie powierzył, to Noriega by pewnie musiał już być w dywan owinięty z tą laska dawno, no ale... pogadać sobie mógł, dla dramatyzmu sytuacji.
Ricardo wszedł, a oni zaraz za nim ruszyli pod drzwi, dobrze, że Madox chodził na siłkę, bo Patelek to mu za bardzo nie pomógł tej laski nieść, a ona już była taka sztywna, że raz to zaczepili jej nogami o schodek i się tam chwilę szarpali, we troje, ale jak szła sąsiadka Frankiego to udawali, że tańczą sobie... A Madox jej nawet pomachał.
Weszli w końcu do środka i do tego pierwszego lepszego pokoju, a tam znowu jakiś pokój fantazji najśmielszych Frankiego Ferrari. Drugi. Bo jeden był na pięterku.
- No kurwa jakiś psychopata - znowu przeklina Noriega, no ale inaczej się nie dało, jak zobaczył to wielkie dildo, a potem sobie podszedł do kamerki jakby nigdy nic, zobaczyć co tam jest nagrane, bo może jeszcze jakiś filmik, co by mu pomógł obciążyć Frankiego na policji, co nie.
Tylko wtedy William upada z ta laską na łóżko, a zaraz ona krzyczy, a Madox sobie stoi za tą otwartą kamerą, a ona się wydziera.
- Co wy kurwa kamerujecie mnie?! Chore pojeby! - no bo tak to wyglądał, jakby William się z nią zabawiał na tym łóżku, a Noriega ich kręcił. Nawet kurwa lampka od kamery się włączyła, gdy ją otworzył. Ta zaraz szaleńczo rzuca się na Williama z tym sztucznym chujem w ręce. Aż Madox się cofnął do tyłu, ale zaraz dostał tym dildosem prosto w czoło, aż go zamroczyło, bo to był jakiś kurwa gigant. A jakby tego było mało, to ona zaraz go okłada biczem, aż się zasłonił rękami i jej ucieka dookoła łóżka.
- To nie ja cię kurwa zabiłem! - krzyknął, bo to przecież William, a na razie to się Madoxowi najbardziej oberwało. Nie to, że on nie lubił jakiś pejczów, ale... no ta laska to była wariatka.
Cofnął się jeszcze i potknął... o Williama, który leżał na ziemi. I zaraz razem leżą, a ta co? Zerwała ze ściany paralizator. Co tam robił paralizator? To już by trzeba zapytać Frankiego, ale ona celuje w nich. I Madox tylko spojrzał na Williama. Nie no muszą ją jakoś uspokoić i zagadać.
- Hej... odłóż broń, bo... jesteś właśnie w mieszkaniu jakiegoś zboczeńca i psychopaty. Porwał cię, a my chcieliśmy ci pomóc i cię uratować, bo... widział to mój kolega, kojarzysz go? - no i pokazuje Williama - nasz inny kolega go zagaduje, ale jak będziesz tak drzeć pizde… To znaczy, jak będziesz się tak wydzierała, to nas złapie i wszystkich znapastuje, czy coś - wierzył, że ona może to kupi. Zwłaszcza, że tam na ścianach to wisiały jakieś wielkie obrazy Frankiego w samych slipach, z lwem u boku, i takie tam. Widać, że zbok.
Ricardo Martinez William N. Patel
-
No, no te puedo olvidar. No, no te puedo borrar. Tú me enseñaste a querer. Me enseñaste a bailar.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Nie spytał, ale uznał, że okey może to wcale nie Madox i Wiliam cpun, tylko ktoś inny kogo Franki trzyma na chacie? Czy jako taki gość powinien zwrócić na to uwagę? Za długo myślał, ale to nie przełożyło się na to, że poczekał nim zapytał:
- A to jakiś gości masz? Mam iść?- wsadził ręce w kieszenie kurtki i tak się odwraca, jakby miał wyjść, ale nagle czuje jak tu Franki kładzie łapę swoją wielką na ramieniu i każe się odwrócić.
- Gdzie tak prędko, książulko, chodź sprawdzisz ze mną - mówi taki podejrzanie miły i Riczi trochę się tak zastanawia czy Franki go chce w jakąś dziwną akcję swingerska włączyć czy co?? Przyjechał do Kanady do dziewczyny a chłopaka będzie miał z tego wszystkiego. Wzdycha sobie i myśli, że cholera ale mu Madox to kurwa będzie mu do końca życia wypłacał alimenty za to co się tu odwala, jak FF się dobierze mu do dupy.
Szczególnie go przeraziło, jak otwierają się drzwi pokoju z którego słychać darcie japy (chociaż mocno przytłumione, bo ten zbok ma wyciszone pokoje) i pierwsze co Riczi widzi pod nogami to wielkie czarne dildo. Unosi spojrzenie i widzi TRUPKE która skacze po łóżku z Madoxem i Wiliamem. Przez chwile stoją w szoku z Frankim u progu, Riczi mówi nawet: - O kurwa, Ty żyjesz - powoli mówi, bo ma już oczy takie lekko opuszczone i uśmiecha się głupio, kiedy nagle czuje jak Frankie mu głowę przyciska do framugi i drze się:
- Co tu się odjebuje do kurwy nedzy, gadajcie albo rozjebie mu łeb - drze się, Riczi to nie widzi czy on mu grozi i czym, bo ma głowę przyciskana do framugi i jedyne co daje radę robić to jęczeć że boli.
Madox A. Noriega
William N. Patel
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Madox A. Noriega Ricardo Martinez
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Oprócz tego, że trupka mierzyła do nich z paralizatora. Madox zaraz kiwa głową, że jest z policji. Bo przecież mógłby być. Inna sprawa, że on i tak rozpracowywał Frankiego, ale o tym to nikt nie wiedział. Więc kiedy Ferrari wpadł do pokoju z Ricardo, to Madox od razu sięgnął po jakąś skórzaną maskę, żeby założyć ją sobie na twarz, no bo jednak żeby go Franki nie poznał. Teraz to dopiero wyglądał jak bandzior-zwyrol, kurewsko. A do tego ta maska jakoś tak jebała, jakby ktoś kto ją nosił poprzednio, jadł cebulę, a jak wiadomo Madox był wrażliwy na zapachy, więc autentycznie go cofnęło i tak stoi w tej masce na kolanach podpierając się rękami, jakby się miał porzygać. A Franki przykłada Ricziemu wielkiego dildosa do głowy, jakby mu chciał nim zrobić... no nie wiadomo co właściwie. Ale Clara, czy tam Camila, czy jak jej było, krzyczy. A William... Ten to dopiero odjebał, ale w sumie to dobrze. Najlepiej, bo jak ten paralizator wbił się w brzuch Frankiego, to nieźle go pokopało i chłopem zaczyna telepać i trząść, a ten sztuczny, czarny kutas się wierzga i obija o twarz Ricardo w jakiś dzikich spazmach. Jak ta dziewczyna to zobaczyła, to znowu jakoś zaciągnęła w płuca powietrze i się obaliła na ziemie i leży jak długa. No i Franki też w końcu jebnął. Ale aż mu się brwi zfajczyły tak go poraziło, bo paralizator był odkręcony na najwyższą moc.
- Ja pierdole - Madox tylko wydusił z siebie, ale zaraz się zbiera z podłogi i łapie Williama za fraki i go ciągnie za sobą do drzwi - spierdalamy, zostawiamy ją - zadecydował, bo już chuj z nią, i tak jej pewnie nigdy nie spotkają. Oby. Zresztą teraz trzeba była ratować swoje dupy. Zerknął na Ricziego jeszcze, no bo ten dostał jednak najbardziej z nich, kutasem po mordzie. Ale to mógł być Madox, bo przecież on się zaoferował, że Frankiego zagada. Całe szczęście, że nie poszedł jednak.
William N. Patel Ricardo Martinez
-
No, no te puedo olvidar. No, no te puedo borrar. Tú me enseñaste a querer. Me enseñaste a bailar.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Na szczęście jakiś palec boży prowadził tenelektrowstrząs i nie walneło Riczarda, tylko Ferrariego. Ricziego za to coś innego zaczeło walić po twarzy, odwraca się i po policzkach mu daje jakiś wielki czarny drągal, Riczi spanikował, ale na szczęście buzi nie otwiera, tylko się chce wydostać spod tego dildosa oraz Frankiego, który się jak ryba wyjęta z wody telepie.
Udaje się, ale chyba bardzo późno, bo Riczi stoi w drzwiach, opiera race po obu stronach i taki zdyszany patrzy na chłopaków. Jeden w masce, jeden kurwa z paralizatorem w dłoni i trupka znów leży.
-Kurwa chłopaki, nigdy więcej nie przyjeżdżam do Kanady
Tak mówi i rozciera policzki, myśląc, że bedzie miał po tym siniaki.
- Zawijamy się... Madox, ty tak idziesz? - parsknął sobie śmiechem, bo faktycznie Madox w tej masce to jeszcze bardziej jak zwyrol wygląda niż zwykle. No i co, poszli i już mieli wychodzić przez główne drzwi, ale Riczi sie zawraca i zabiera pudełko, ale jak przechodził korytarzem to znów coś usłyszał z pokoju, więc nogi wziął za pas i biegnie za autem.. tzn, na szczęście Madox na niego zaczekał, wiec razem odjechali w siną dal.
/koniec William N. Patel Madox A. Noriega