-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Chyba sobie z niej kpił. Lodówka. Tyle zapamięta. Tylko czy zdobędzie się na kradzież zdjęcia z jego domu? Wkręcenie się na imprezę Patela nie wydawało się być w ogóle trudne. Wystarczyło poczekać, aż zaprosi gości do środka. Ona by się tam wślizgnęła, niczym prawdziwa lisica, porwała i tyle by z tego było. Aż zaczęła się bać, że miał predyspozycje jak własna matka. Stworzy prawdziwy album z samymi jej zdjęciami z wyjazdu. Tylko czy to nie było odrobinę creepy, patrząc na na całą ich relację?
Na to szczypanie pokręciła jedynie głową. Piekło jak cholera. Zagryzła wewnętrzną część policzka. Nie przyznałaby mu się do tego, prędzej dałaby się pokroić.
— Jakim cudem w twoim mózgu posmakowania cygara łączy się z całowaniem? — spytała wprost, marszcząc przy tym groźnie brwi. Co miała powiedzieć więcej? Czasami, a właściwie nigdy nie potrafiła zrozumieć Williama. Był dla niej chodzącym znakiem zapytania, a to denerwowało ją jeszcze bardziej. Zawsze zaczynało się spokojnie, by później kończyło się kłótnią, lub odwrotnie. Nigdy nie potrafili znaleźć złotego środka.
Znów strzeliła oczyma. Dlaczego on musiał taki być? Cały czas docinki bez jakiegokolwiek zatrzymania się. Ranek wydawał się być niebem przed prawdziwą burzą. Miała go dosyć. Przynajmniej kwestia przeprosin i tego nieszczęsnego cygarzenia wydawała się być załatwiona. Westchnęła krótko, choć zaraz na jej twarzy wymalował się błogi uśmiech. Nie zdążyła mu odpowiedzieć, bo zaraz złożył na jej łokciu buziaczka. Jak ona miała się na niego złościć? Im dłużej spędzała z nim czasu, tym bardziej miękło serce. Przypominał szczeniaczka. Miał własny charakterek, pokazywał wątek, a jednak dalej wszystko można mu przebaczyć.
Miała nadzieję, że się jej upiekło. Mógł tego nie usłyszeć, ale wtedy zdała sobie sprawę z prawdziwej siły Patela, jaką były niewątpliwie uszy. Delikatnie wygięła usta, słysząc jego pytanie. Bo co miałaby mu teraz powiedzieć? Miała do niego słabość, to wiedziała w stu procentach. Już chciała otwierać usta, kiedy kelner ją uratował i zadziwiająco szybko przyniósł im obiad. Skinęła mu jedynie w podziękowaniu.
— No to smacznego, Will — rzuca, niemalże od razu zabierając się za ośmiornice. Z pełnymi ustami nic się nie mówi. Chciała zyskać odrobinę czasu, zanim ułoży dla niego odpowiednią odpowiedź. Tylko czy było o czym mówić? Spoglądała na niego badawczo, a gdy tylko on unosił wzrok, ona opuszczała. Nie chciała o tym mówić, bo wiedziała jedno. Sama nie wiedziała, z czego to wynikało. Przecież go nienawidziła, a czy dalej... mogłoby jej na nim zależeć?
— Chyba się przesłyszałeś William, nic takiego nie powiedziałam — stwierdziła spokojnym tonem, odwracając wzrok. Kłamała. Nie była w stanie nawet spojrzeć na jego twarz. Potrafiła kłamać, ukrywać własne emocje, ale przy nim momentami pękała. Zwłaszcza że wewnątrz czuła ambiwalencję, której nie była w stanie wyjaśnić — jedz szybciej, wolałabym już być na górze i spojrzeć na chmury z góry — szybka zmiana tematu. Oby tylko połknął haczyk.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— To może zamiast alkoholu miętę Ci zamówić? — spytała niemalże od razu, słysząc o wzdęciach. Wzdrygnęła się na samą myśl o bąkach Patela, zagazuje jej cały pokój, a niekoniecznie chciała tego doświadczać. Na samą myśl zaczęła się zastanawiać, czy może byłby inny wolny pokój — wszystko dla lepszego trawienia — dodała z anielskim uśmiechem. Oczami wyobraźni już sięgała po telefon, ale łatwiej dogadać się na miejscu. Może ten marny hotelowy pokój ma łóżka piętrowe? Tylko które piętro, by wybrała... Gazy idą do góry, a jego pierdy w materac.
— Zdrzemniesz się w trasie — mruknęła, wywracając oczami — nie, około pół godziny z parkingu i podobnie z naszego hotelu — szybka trasa, jedna popołudniem, druga wieczorem, zanim jeszcze schowa się słońce — tak, dwa razy będę Cię na nią zaciągać — dodała z anielskim uśmiechem. Jeszcze nie zdawał sobie sprawy, jak wymagającą była turystką. Pęcherze i odciski na nogach zdecydowanie gwarantowane.
— Niech będzie — westchnęła finalnie. Skoro ona załatwiała atrakcję, to pewnie wyjdą na zero. Zresztą za tamten pocałunkiem mógłby być przez chwilę większym dżentelmenem — to bardziej spacer po stromej ścieżce. Przygotowali ją odpowiednio dla turystów — stwierdziła, wzruszając delikatnie ramionami. Zwykły spacerek, przynajmniej dla niej samej, bo uwielbiała chodzić po górach. Ten moment szczytowania, kiedy znalazło się już na samym szczycie był wręcz fascynujący. Liczyła na spojrzenie z oddali na inne wyspy, przy takiej pogodzie powinno to być do zrobienia.
— Dowiesz się na miejscu, a teraz wsiadaj — chyba zaczynała podzielać zdanie jego ojca. William zdecydowanie zbyt wiele gadał — bo naprawdę nie dam z Tobą rady i może serio zrób sobie drzemkę. To będzie długa traaasa — rzuciła, uśmiechając się niewinnie w aucie. Zaraz odpaliła silnik i ruszyła w prawdziwą trasę. Można było ją spokojnie ochrzcić mianem koszmaru Williama Patela.
Czterysta zakrętów, stroma trasa, przepiękne widoki, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim kozy chodzące po surowych krajobrazach La Palmy. Nic nie mówiła w trakcie trasy. Wszystko wynikało z jednego, konkretnego powodu, sama była nią przerażona i miała ochotę wypluć coś z siebie. Zwłaszcza gdy w pewnym momencie zerwał się silniejszy wiatr, który zaczął trząść całym autem. Odetchnęła z ulgą, kiedy finalnie dotarli na miejsce.
— No to jesteśmy — szybko sięgnęła po krem do opalania i niemalże bez jakiegokolwiek słowa szybko zaczyna go i samą siebie smarować jeszcze w aucie. Kiedy już wychodzą, zamyka auto kluczykiem, a jej wzrok pada na Williama — pamiętaj, by pocałować ziemię — parsknęła krótko pod nosem, czekając wręcz na modlitwy do boga o dojechanie w całości na to miejsce — i weź wypij wodę — podała mu butelkę z wodą i delikatnie się uśmiechnęła. Wypił pół wina, wcześniej na pewno coś jeszcze w hotelu, a wędrówka choć krótka była wymagająca. Wystarczyło tylko unieść wzrok, by zobaczyć dość stromą ścieżkę wypełnioną kamieniami.
— Nazwa Ro de los Muchachos pochodzi od tych wzniesień, które komuś przypominały grupę chłopców — zaraz pokazuje mu palcem szczyt — wiesz, idziemy tu dla widoków — i dla poczucia adrenaliny, a nawet słuchania jego narzekań. Gdyby chciała w ciszy skupiać się na naturze, na pewno by go nie zebrała ze sobą — najwyższy szczyt wyspy, drugi najwyższy wysp kanaryjskich — opowiadała dalej, idąc w stronę szczytu. Wiele w przewodniku nie było na ten temat. Wieczorem mieli wziąć udział w oprowadzaniu po obserwatorium, które znajdowało się gdzieś z boku, przypominało ono trochę statek kosmiczny.
— Jezu, jak wieje — mruknęła Charlotte, tracąc delikatnie równowagę na trasie. Poza tym krótkie spojrzenie w dół i od razu musiała przełknąć z nerwów ślinę. Nie chciałaby spaść na dół.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Raczej na zabijanie komórek nerwowych — skomentowała krótko sprawę z winem. Ostatnio wyczytała, że nieważne jaka ilość alkoholu powoduje mikro udary w mózgu, doprowadzając do jego degeneracji. Może powinna zadbać o Williama, ale dla niego było już stanowczo za późno. Tak zjaranego mózgu już nie ma co ratować.
— Faktycznie zrobiłeś się wymagający — mruknęła pod nosem, jeszcze mocniej go smarując. Jak tak dalej pójdzie z jego skórą, to jutro spędzą cały dzień w hotelu w cieniu, próbując ją ratować. Byle tylko bąbli z tego nie było. Nie było to dla niej zbyt zawstydzające, zwyczajnie zdawała sobie sprawę, że musiała o niego zadbać. Sam przecież tego nie zrobi — co ty byś zrobił beze mnie, co? — prychnęła Charlotte, wywracając teatralnie oczyma. Nie sądziła jeszcze kilka godzin temu, że poczuje się przy nim tak... naturalnie. Tak jakby oddychała świeżym powietrzem bez większych spięć.
— A może po prostu dziękuję? — spytała, unosząc do góry jedną ze swoich brwi ku górze. Will smarowanie, Will picie, Will tu takie atrakcje. Jak tak dalej pójdzie, to zostanie jego matką. Chociaż sama nie przygotowałaby dla niego żadnego albumu ze zdjęciami. Nigdy nie miała do tego głowy, a... porodowego albumu w ogóle sobie nie wyobrażała. Aż wzdrygnęła się, widząc oczami wyobraźni, jak rodzi obok niej William, przygotowujący prawdziwy reportaż do stworzenia jej porodowego albumu. Prawdziwy koszmar.
— Daj spokój — mruknęła Charlotte — pozbyłbyś się wroga — same plusy. Przecież nie chcieli się ze sobą widywać, nawet na siebie patrzeć. Wraz z powrotem do Toronto na nowo rozpocznie się czysta nienawiść, której teraz... nie była pewna. Zwłaszcza kiedy przyciągnął ją do siebie i chwycił za rękę. Na jej twarzy wymalowały się delikatnie rumieńce, ale niemalże od razu odwróciła głowę.
— Niech będzie — mruknęła, zaciskając na nim mocno własną dłoń — ale nie myśl, że chcę Ciebie trzymać za rękę — a po chwili dodała niemalże od razu — to po prostu dla bezpieczeństwa — takie tłumaczenie też zostało w jej własnej głowie. To dla bezpieczeństwa, a Patel pod żadnym pozorem, zwłaszcza czerwony jak pomidor, nie był atrakcyjny. Za to ona czuła się stabilniej, bardziej komfortowo. Puściła go dopiero kilka metrów przed ich szczytowaniem. Bez większego zastanowienia wbiegła na szczyt. Uśmiechnęła się szeroko, szczerze...
— Jak pięknie... — mruknęła, obracając się dookoła własnej osi. Wznosili się nad chmurami, lasami, oceanem. Widok zapierał dech w piersiach. Czasem Charlotte czuła to przedziwne połączenie z naturą, kiedy wdychanie powietrza stawało się jeszcze przyjemniejsze niż kiedykolwiek. Jakby znalazła się na prawdziwym haju. Może nawet była. Po chwili podeszła do Williama, instynktownie chwytając go mocno za rękę.
— O tam... jest wulkan, który wybuchł w 2021 roku — rozpoczyna się od najważniejszego. Ciekawiło ją, czy zdawał sobie sprawę, że byli na aktywnie wulkanicznej wyspie — i te chmury... — znów machnęła dłonią, tym razem wskazując na chmury, przykrywające dolną część wyspy. Wyglądały niczym owieczki puchate oraz delikatne — tam jest chyba Teneryfa — stwierdziła, pokazują delikatny zarys zielonej wyspy, którą w głównej mierze pokrywały lasy — a tam La Gomera — zaraz zwróciła swoją dłoń w inne miejsce — z kolei to chyba... El Hierro — tego już nie była taka pewna. Wiele rzeczy była w stanie zapamiętać, ale chodzącą wikipedią jeszcze nie została — ale chyba aż takim przewodnikiem nie jestem dobrym — zaśmiała się nerwowo, wkładając tańczące kosmyki włosów za ucho. Dalej dość mocno wiało. Zaraz pociągnęła Williama za dłoń i ruszyła, by zobaczyć widoki z innej strony. Chciała jeszcze zobaczyć wiecznie dymiący wulkan.
— Jezu, co to — wrzasnęła, mimowolnie cofając się i wtulając w Williama. Serce zaczęło bić jej szybciej, bo na drodze spotkali nikogo innego jak jaszczurkę kanaryjską — jaki bydlak... — mruknęła, zaciskając swoje palce na koszuli Patela — wcale się nie boję gadów... — wymruczała, chowając się w jego ramionach. Było, czego się bać. Bydlak miał całe czterdzieści centymetrów i zaczął na nich syczeć.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Jedynie krótko zaśmiała się na spalenie na proch. To już mu groziło, ale głośno nie chciała tego wypowiadać. Wieczorem czeka ich prawdziwa męczarnia i ona doskonale zdawała sobie z tego sprawę. To co ich dzieliło w tym momencie to trzeźwość. Widziała jego czerwoną skórę i zastanawiała się, czy będzie w stanie się położyć na łóżku.
— Wiesz... w Toronto dalej nie chcę mieć z Tobą nic wspólnego — stwierdziła, odwracając wzrok gdzieś w stronę oceanu. Trudno przyszło to jej na usta. Co w La Palma, to w La Palma, prawda? Nie wyobrażała sobie powrotu bez jakichkolwiek turbulencji. Choć gdzieś w duchu wiedziała, że... znowu będzie patrzyła przez judasza, bo życie z Williamem było trochę jak z filmu. Oddałaby o wiele więcej niż te parę stów, by przedłużyć wakacje. Mimo że to był dopiero ich początek.
Na całe szczęście szczytowali razem. Uwielbiała to poczucie wiatru we włosach, które dawało jej wolność. Mogła zapomnieć o wszystkich sądowych sprawach, toczących się w metropolii. Tu życie wydawało się jeszcze bardziej zwolnić. Nawet William wydał się jej jeszcze bardziej przystojniejszy niż zwykle. Jakby faktycznie miał coś w sobie.
Zatrzymała się na moment, by wyjąć telefon i zostawić sobie kilka wspomnień. Łącznie z jednym zdjęciem Williama, kiedy ciągnęła go za rękę. On z wyciągniętą ręką, jej dłoń oraz przepiękny widok.
— Jakby wybuchł, to mam plan ewakuacji i ubezpieczenie — stwierdziła, jakby to było nic takiego — czekaj, tego też nie masz? Jedziesz w tereny aktywne sejsmicznie i jesteś totalnie nieprzygotowany?! — zaraz uniosła wysoko brwi i zmierzyła go wzrokiem. William był jak prawdziwe dziecko we mgle. Ona przeczytała wszystko, co mogła. Łącznie z pierwszą pomocą po poparzeniu przez meduzę. Może i o tym powinna mu opowiedzieć? Z pewnością byłby tym typem, który nasikałby na podrażnioną skórę, a to spowodowałoby jeszcze większy ból. Patel wyglądał na takiego, co oglądał przyjaciół, wtedy wiedza o medycynie i fizjologii parzydełkowców była... no nędzna.
— To słabych miałeś przewodników... — powiedziała lekko speszonym tonem. Dlaczego się jej to podobało? Dlaczego serce biło przy nim szybciej, a co gorsze dlaczego... nie potrafiła się oprzeć wrażeniu, że zaczyna przy nim mięknąć? Wzięła głęboki oddech do płuc, próbując sobie wszystko uporządkować. Zwłaszcza gdy prowadziła go za rękę, ale wtedy... jaszczurka ich zaatakowała! Za to Patel postanowił zachować się jak prawdziwy moto-moto samiec alfa.
— William, nie — powiedziała lekko przerażona Kovalski, robiąc kilka kroków do tyłu — ugryzie Cię! — tego była pewna. Z gadów to prawdziwe żmije były! Gorsze od samej Lotty — jeszcze zobaczysz! — ale już nic nie może powiedzieć, obserwuje jego przedziwny taniec godowy, próbujący wystraszyć jaszczura, bo to jednak był prawdziwy bydlak, a nie jakiś wonsz rzeczny.
— A NIE MÓWIŁAM?! — krzyknęła, kiedy przyszedł do niej z tym paluchem. Zaśmiała się zaraz uroczo. Kilka ząbków palec będzie cały. Chwyciła go za nadgarstek dość mocno — jezu, nie krzycz. Zajmę się Tobą — powiedziała spokojnym tonem, zsuwając z ramienia plecak. Puściła jego dłoń i zaraz... wyjęła apteczkę. Ktoś jeszcze niedawno się śmiał z jej przygotowania, a tu proszę? Teraz powinna się nazywać Charlotte gotowa na wszystko Kovalski — jaszczurki nie mają zębów jadowych, to nie węże — a to wiedziała z lekcji biologii, choć w stu procentach pewna nie była. Za to przerażonego faceta trzeba uspokoić — daj, zajmę się Tobą — wyciągnęła w jego stronę dłoń, czekając, aż jej poda. Psika na potęgę octeniseptem, by na pewno żadna wścieklizna się w nim nie rozwinęła, a później chwyta za pierwszy, większy plasterek.
— Pocałować? — prychnęła lekko ironicznie, przyklejając wodoodporny plasterek dla dzieci z tęczowymi kotami. Taki zdecydowanie bardzo męski. Idealnie pasował na palcu Patela.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Wypadałoby, skoro znajdziesz się na aktywnie sejsmicznie wyspie — stwierdziła lekko zdziwiona. Tylko czy Patel pod jakimkolwiek względem powinien ją dziwić? Po prostu był, a ona każde jego zachowanie przyjmowała jako normę. Chociaż teraz jeszcze bardziej włączyła się o niego troskę. Raz on ją uratował, teraz ona uratuje mu wakacje. Deal idealny, prawda? Wyszliby na zero — trzęsienia ziemi nawet tu są — ostatnio nawet zdarzyło się jedno, a może dopiero zdarzy? Kovalski zainstalowała wszystkie możliwe aplikacje, by mieć pewność, że wszystko zepnie się wręcz idealnie. W razie większej tragedii prosta sprawa i nogi za pas.
— O mój dzielny, rycerzu — parsknęła pod nosem, słysząc jego reakcję. Z facetami chyba zawsze tak było. Niepotrzebnie przeżywali sytuacje, które niezbyt miały jakiekolwiek znaczenie. Miała brata, widziała go w trakcie dorastania. Lekkie trzydzieści siedem i pół, a on już umierał. Tym czasem ona uczyła się, grała każdemu na nerwach nawet z gorączką. Rzadko kiedy tak ją wzmagało, że nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Może i lepiej? W końcu mieszkała z dwójką psów.
Skupiła się na opatrywaniu, a kiedy powiedział o buziaka, to uniosła delikatnie jego dłoń i złożyła na plasterku krótkiego buziaka.
— Lepiej? — spytała łagodnym tonem, ale wzrok odwróciła. To zawieszenie broni robiło jej prawdziwą wodę z mózgu. Nie wiedziała, co powinna powiedzieć, a tym bardziej w jaki sposób się zachować. Dobrze, że od razu zaczął rozmawiać o głupotach. Inaczej dałaby sobie uciąć rękę w trakcie tej rozmowy.
— Hmm... z niebezpiecznych... — zaczęła, zastanawiając się, co wpadło jej do głowy. Przeglądała jakieś rolki o tutejszej faunie i florze, ale nic nie wydało się jej tak bardzo interesujące — to bardziej w oceanie są rekiny, jeżowce i meduzy... Tam musiałbyś uważać — tam o wiele więcej rzeczy się działo, choć przy La Palma występowały głównie rekiny młoty, które nie były w żaden sposób agresywne— a tutaj to skolopendra mogłaby Cię ugryźć — wiadomo, skorpiony, owady, gekony, czy inni mieszkańcy tez istnieli, ale nic nie było groźne — no i są nasi ulubieńcy — pierwszy raz tego dnia uśmiechnęła się tak szczerze, gdy wróciła wspomnieniami do sylwestrowej nocy — gołębie. — właściwie ciekawiło ją, co Patel zrobił z jajkiem. Tylko nie odważyła się spytać, bo przypomniała się jej kwestia o księżniczce.
— Poza tym nie dostałeś się do zamku — stwierdziła, odwracając głowę, by spojrzeć mu prosto w oczy — by to zrobić trzeba pocałować księżniczkę — czy właśnie rzucała mu wyzwanie? Tak jawną rękawicę? Może mieliby czas o tym porozmawiać, ale ona szła dalej. Aż cała nie zesztywniała, gdy zobaczyła go.
— Myślisz, że co ten pan właśnie robi? — a tam siedział typowy Janusz, lat czterdzieści pięć. Sandały skarpetki i koszulka z Janem Pawłem. Charlotte bardziej wpatruje się w niego jak w prawdziwy okaz przyrody niż w człowieka. Typ jest cały czerwony, zaczyna... rozpinać spodnie? — jezus, maria, jak mam widzieć jakiegoś digi-donga, to wolałabym twojego — mruczy Charlotte, chowając się w jego ramionach. Słyszy ten dźwięk paska i aż wzdryga. W końcu... co mógłby robić Polak za granicą, rozpinając spodnie i z puszką LECH?
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski