28 y/o
REKORD SKOCZNI
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

William N. Patel

Chyba sobie z niej kpił. Lodówka. Tyle zapamięta. Tylko czy zdobędzie się na kradzież zdjęcia z jego domu? Wkręcenie się na imprezę Patela nie wydawało się być w ogóle trudne. Wystarczyło poczekać, aż zaprosi gości do środka. Ona by się tam wślizgnęła, niczym prawdziwa lisica, porwała i tyle by z tego było. Aż zaczęła się bać, że miał predyspozycje jak własna matka. Stworzy prawdziwy album z samymi jej zdjęciami z wyjazdu. Tylko czy to nie było odrobinę creepy, patrząc na na całą ich relację?
Na to szczypanie pokręciła jedynie głową. Piekło jak cholera. Zagryzła wewnętrzną część policzka. Nie przyznałaby mu się do tego, prędzej dałaby się pokroić.
Jakim cudem w twoim mózgu posmakowania cygara łączy się z całowaniem? — spytała wprost, marszcząc przy tym groźnie brwi. Co miała powiedzieć więcej? Czasami, a właściwie nigdy nie potrafiła zrozumieć Williama. Był dla niej chodzącym znakiem zapytania, a to denerwowało ją jeszcze bardziej. Zawsze zaczynało się spokojnie, by później kończyło się kłótnią, lub odwrotnie. Nigdy nie potrafili znaleźć złotego środka.
Znów strzeliła oczyma. Dlaczego on musiał taki być? Cały czas docinki bez jakiegokolwiek zatrzymania się. Ranek wydawał się być niebem przed prawdziwą burzą. Miała go dosyć. Przynajmniej kwestia przeprosin i tego nieszczęsnego cygarzenia wydawała się być załatwiona. Westchnęła krótko, choć zaraz na jej twarzy wymalował się błogi uśmiech. Nie zdążyła mu odpowiedzieć, bo zaraz złożył na jej łokciu buziaczka. Jak ona miała się na niego złościć? Im dłużej spędzała z nim czasu, tym bardziej miękło serce. Przypominał szczeniaczka. Miał własny charakterek, pokazywał wątek, a jednak dalej wszystko można mu przebaczyć.
Miała nadzieję, że się jej upiekło. Mógł tego nie usłyszeć, ale wtedy zdała sobie sprawę z prawdziwej siły Patela, jaką były niewątpliwie uszy. Delikatnie wygięła usta, słysząc jego pytanie. Bo co miałaby mu teraz powiedzieć? Miała do niego słabość, to wiedziała w stu procentach. Już chciała otwierać usta, kiedy kelner ją uratował i zadziwiająco szybko przyniósł im obiad. Skinęła mu jedynie w podziękowaniu.
No to smacznego, Will — rzuca, niemalże od razu zabierając się za ośmiornice. Z pełnymi ustami nic się nie mówi. Chciała zyskać odrobinę czasu, zanim ułoży dla niego odpowiednią odpowiedź. Tylko czy było o czym mówić? Spoglądała na niego badawczo, a gdy tylko on unosił wzrok, ona opuszczała. Nie chciała o tym mówić, bo wiedziała jedno. Sama nie wiedziała, z czego to wynikało. Przecież go nienawidziła, a czy dalej... mogłoby jej na nim zależeć?
Chyba się przesłyszałeś William, nic takiego nie powiedziałam — stwierdziła spokojnym tonem, odwracając wzrok. Kłamała. Nie była w stanie nawet spojrzeć na jego twarz. Potrafiła kłamać, ukrywać własne emocje, ale przy nim momentami pękała. Zwłaszcza że wewnątrz czuła ambiwalencję, której nie była w stanie wyjaśnić — jedz szybciej, wolałabym już być na górze i spojrzeć na chmury z góry — szybka zmiana tematu. Oby tylko połknął haczyk.
34 y/o
Mark your calendar for Canada Day
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Uśmiecham się w kierunku kelnera, kiedy podaje nam posiłek i mówię gracias senior, a on szczerzy do mnie zęby w uśmiechu. Wszyscy lubili jak turyści próbowali dogadać się w ich języku. Życzy nam smacznego, po czym się oddala, a ja przesuwam spojrzeniem po całym stoliku i wszystkich talerzach. Znowu wyjmuję aparat, żeby sfotografować co jemy i oczywiście Lotte gdzieś w tle z pełnymi ustami. Zanim się wezmę za jedzenie to polewam sobie jeszcze wina i takim oto sposobem nie ma już ponad połowy butelki, zaś mnie lekko zaczyna szumieć w głowie. Butelka wina do posiłku to jest dla mnie nic, ale w połączeniu z haszem i tym mocnym słońcem sprawia, że czuję ją na bani. Tylko, że ja zwyczajnie lubię ten stan - Smacznego - odpowiadam i wreszcie zabieram się za jedzenie - No ta, jasne - rzucam gdzieś między jednym kęsem, a drugim, ale nie ciągnę tematu. Wrócimy do tej rozmowy jak i ona wleje w siebie trochę alko, procenty, jak wszyscy doskonale wiemy, świetnie rozwiązywały języki. Ja właściwie mógłbym zacząć i powiedzieć jej za co ją lubię, ale chyba wolałem nie robić tego kiedy była całkowicie trzeźwa - No nie pospieszaj mnie, wszystko się musi dobrze ułożyć, bo potem będę mieć wzdęcia - a naprawdę nie chciała żebym miał wzdęcia. Zresztą ja wcale nie jadłem jakoś wolno, w sumie łykam te owoce morza i ziemniaki w dosyć szybkim tempie, ale od śniadania zdążyłem już zgłodnieć, chociaż wsunąłem przecież cały talerz. Tak jak i teraz zresztą. Przeciągam się nad pustymi naczyniami - Oja, teraz to bym się zdrzemnął najchętniej - mówię i jak na zawołanie ziewam, a ona mnie miała zamiar ciągnąć na górę - Daleko się idzie na tą górę? - pytam. Wypijam ostatni łyk wina , a kiedy kelner przychodzi do nas by pozbierać talerze to proszę o rachunek. Pyta czy wszystko smakowało, więc cmokam w złączone palce, że to było takie pyszne i rzucam, że muy bien, bo nic innego nie umiem powiedzieć - Dobra, ja płacę - a co tam, później najwyżej Kovalski będzie stawiać drinki, a to pewnie wyniesie dużo więcej niż ten wykwintny obiad. Oczywiście zostawiam też napiwek, bo jakże inaczej i wreszcie kierujemy się do auta, skąd czeka nas dalsza podróż - A ta góra jest bardzo stroma? Trzeba będzie się wspinać czy nie? Opowiedz coś więcej, co wyczytałaś w przewodniku? - proszę, bo może się jeszcze zdążę dowiedzieć czegoś ciekawego zanim tam dotrzemy.

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
28 y/o
REKORD SKOCZNI
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

William N. Patel

To może zamiast alkoholu miętę Ci zamówić? — spytała niemalże od razu, słysząc o wzdęciach. Wzdrygnęła się na samą myśl o bąkach Patela, zagazuje jej cały pokój, a niekoniecznie chciała tego doświadczać. Na samą myśl zaczęła się zastanawiać, czy może byłby inny wolny pokój — wszystko dla lepszego trawienia — dodała z anielskim uśmiechem. Oczami wyobraźni już sięgała po telefon, ale łatwiej dogadać się na miejscu. Może ten marny hotelowy pokój ma łóżka piętrowe? Tylko które piętro, by wybrała... Gazy idą do góry, a jego pierdy w materac.
Zdrzemniesz się w trasie — mruknęła, wywracając oczami — nie, około pół godziny z parkingu i podobnie z naszego hotelu — szybka trasa, jedna popołudniem, druga wieczorem, zanim jeszcze schowa się słońce — tak, dwa razy będę Cię na nią zaciągać — dodała z anielskim uśmiechem. Jeszcze nie zdawał sobie sprawy, jak wymagającą była turystką. Pęcherze i odciski na nogach zdecydowanie gwarantowane.
Niech będzie — westchnęła finalnie. Skoro ona załatwiała atrakcję, to pewnie wyjdą na zero. Zresztą za tamten pocałunkiem mógłby być przez chwilę większym dżentelmenem — to bardziej spacer po stromej ścieżce. Przygotowali ją odpowiednio dla turystów — stwierdziła, wzruszając delikatnie ramionami. Zwykły spacerek, przynajmniej dla niej samej, bo uwielbiała chodzić po górach. Ten moment szczytowania, kiedy znalazło się już na samym szczycie był wręcz fascynujący. Liczyła na spojrzenie z oddali na inne wyspy, przy takiej pogodzie powinno to być do zrobienia.
Dowiesz się na miejscu, a teraz wsiadaj — chyba zaczynała podzielać zdanie jego ojca. William zdecydowanie zbyt wiele gadał — bo naprawdę nie dam z Tobą rady i może serio zrób sobie drzemkę. To będzie długa traaasa — rzuciła, uśmiechając się niewinnie w aucie. Zaraz odpaliła silnik i ruszyła w prawdziwą trasę. Można było ją spokojnie ochrzcić mianem koszmaru Williama Patela.
Czterysta zakrętów, stroma trasa, przepiękne widoki, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim kozy chodzące po surowych krajobrazach La Palmy. Nic nie mówiła w trakcie trasy. Wszystko wynikało z jednego, konkretnego powodu, sama była nią przerażona i miała ochotę wypluć coś z siebie. Zwłaszcza gdy w pewnym momencie zerwał się silniejszy wiatr, który zaczął trząść całym autem. Odetchnęła z ulgą, kiedy finalnie dotarli na miejsce.
No to jesteśmy — szybko sięgnęła po krem do opalania i niemalże bez jakiegokolwiek słowa szybko zaczyna go i samą siebie smarować jeszcze w aucie. Kiedy już wychodzą, zamyka auto kluczykiem, a jej wzrok pada na Williama — pamiętaj, by pocałować ziemię — parsknęła krótko pod nosem, czekając wręcz na modlitwy do boga o dojechanie w całości na to miejsce — i weź wypij wodę — podała mu butelkę z wodą i delikatnie się uśmiechnęła. Wypił pół wina, wcześniej na pewno coś jeszcze w hotelu, a wędrówka choć krótka była wymagająca. Wystarczyło tylko unieść wzrok, by zobaczyć dość stromą ścieżkę wypełnioną kamieniami.
Nazwa Ro de los Muchachos pochodzi od tych wzniesień, które komuś przypominały grupę chłopców — zaraz pokazuje mu palcem szczyt — wiesz, idziemy tu dla widoków — i dla poczucia adrenaliny, a nawet słuchania jego narzekań. Gdyby chciała w ciszy skupiać się na naturze, na pewno by go nie zebrała ze sobą — najwyższy szczyt wyspy, drugi najwyższy wysp kanaryjskich — opowiadała dalej, idąc w stronę szczytu. Wiele w przewodniku nie było na ten temat. Wieczorem mieli wziąć udział w oprowadzaniu po obserwatorium, które znajdowało się gdzieś z boku, przypominało ono trochę statek kosmiczny.
Jezu, jak wieje — mruknęła Charlotte, tracąc delikatnie równowagę na trasie. Poza tym krótkie spojrzenie w dół i od razu musiała przełknąć z nerwów ślinę. Nie chciałaby spaść na dół.
34 y/o
Mark your calendar for Canada Day
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

- Na trawienie najlepsze jest wino - dzielę się z nią taką mądrością. Zdrzemnięcie się w trasie było w sumie świetnym pomysłem, więc kiwam głową, że spoko w sumie czemu nie. Godzę się także na podwójne szczytowanie (hehe), bo pół godziny trasy nie brzmiało jakoś bardzo tragicznie. Byle się potem nie okazało, że to pół godziny trasy po pionowej ścianie, bo wtedy ja odpadam. Spacerek - spoko, wspinaczka - nie spoko - Okej, brzmi nieźle - ale czy faktycznie tak będzie to się już okaże na miejscu. Teraz już wsiadam do auta i zapinam pasy, chociaż raczej na niewiele by się to zdało, gdybyśmy wpadli w przepaść. Po trzecim slalomie i czwartej kozie, która prawie wyskakuje nam pod koła stwierdzam, że to nie na moje nerwy i jednak spróbuję się przespać. W sumie to nawet lepiej dla nas, bo nikt jej nie będzie pierdolił za uchem, kiedy się musi skupiać żeby nie wypaść z trasy. Chociaż sen mam raczej płytki i budzę się co pięć minut, otwieram jedno oko, ale szybko zamykam, bo za każdym razem serce podchodzi mi do gardła. Kiedy wreszcie jesteśmy na miejscu to oddycham z ulgą, już mam wysiadać z auta ale Charlotte zaczyna mnie znowu smarować kremem, więc nie protestuję, a nawet przesuwam palcem po swojej szyi - Jeszcze tutaj i tutaj - odpinam guzik koszuli żeby i tam wysmarowała, chociaż trochę już czuję, że wieczorem może być ciężko i pomimo tego, że uparcie dbała o moją skórę to było już za późno. Wysypujemy się z auta i ja faktycznie prawie już padam na kolana, żeby zacząć rytuał dziękczynny do wszystkich bogów jakich znam, ale jak mi to wytyka to w zamian kręcę głową - Haha, bardzo śmieszne - odbieram od niej butelkę wody i wypijam kilka dużych łyków, no może i miała trochę racji, szczególnie, że już mnie trochę zaczyna suszyć. Oddaję napój, uśmiechając się do niej, a potem przesuwam spojrzeniem po kamiennej ścieżce i wzdycham, ale póki co nic nie komentuję. Zamiast tego patrzę na szczyty, które mi pokazuje i słucham jej słów. Widać, że się tym jara, a ja uwielbiam ludzi, którzy mieli swoje pasje i potrafili o nich opowiadać z pełnym zaangażowaniem. W takich chwilach jak ta, Kovalski nie wydaje mi się wcale taka zła, a takich chwil mieliśmy wbrew pozorom całkiem sporo. Idę tuż obok niej - No wygląda nieźle, a to dopiero na dole - nie mogłem się doczekać kiedy wleziemy na górę, bo tamtejszy widok dopiero musiał zapierać dech w piersiach. Jak tak traci równowagę to ja dosłownie w sekundę ją łapię i przyciągam do siebie bardzo blisko - Jezus, kurwa, weź nie strasz. Ja pierdole jakbyś tam spadła to chyba bym umarł - no bo nie chciałbym tego widzieć, nie chciałbym widzieć jak ktokolwiek leci w dół - Może się lepiej mnie trzymaj - proponuję i właściwie sam ją łapię pod rękę i za dłoń, splatając nasze palce w mocnym uścisku. Mrużę oczy, bo zawiewa mi prosto w twarz, ale jak już wlezlismy tutaj, to musieliśmy iść dalej. Chcę zobaczyć inne wyspy.

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
28 y/o
REKORD SKOCZNI
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

William N. Patel-Noriega

Raczej na zabijanie komórek nerwowych — skomentowała krótko sprawę z winem. Ostatnio wyczytała, że nieważne jaka ilość alkoholu powoduje mikro udary w mózgu, doprowadzając do jego degeneracji. Może powinna zadbać o Williama, ale dla niego było już stanowczo za późno. Tak zjaranego mózgu już nie ma co ratować.
Faktycznie zrobiłeś się wymagający — mruknęła pod nosem, jeszcze mocniej go smarując. Jak tak dalej pójdzie z jego skórą, to jutro spędzą cały dzień w hotelu w cieniu, próbując ją ratować. Byle tylko bąbli z tego nie było. Nie było to dla niej zbyt zawstydzające, zwyczajnie zdawała sobie sprawę, że musiała o niego zadbać. Sam przecież tego nie zrobi — co ty byś zrobił beze mnie, co? — prychnęła Charlotte, wywracając teatralnie oczyma. Nie sądziła jeszcze kilka godzin temu, że poczuje się przy nim tak... naturalnie. Tak jakby oddychała świeżym powietrzem bez większych spięć.
A może po prostu dziękuję? — spytała, unosząc do góry jedną ze swoich brwi ku górze. Will smarowanie, Will picie, Will tu takie atrakcje. Jak tak dalej pójdzie, to zostanie jego matką. Chociaż sama nie przygotowałaby dla niego żadnego albumu ze zdjęciami. Nigdy nie miała do tego głowy, a... porodowego albumu w ogóle sobie nie wyobrażała. Aż wzdrygnęła się, widząc oczami wyobraźni, jak rodzi obok niej William, przygotowujący prawdziwy reportaż do stworzenia jej porodowego albumu. Prawdziwy koszmar.
Daj spokój — mruknęła Charlotte — pozbyłbyś się wroga — same plusy. Przecież nie chcieli się ze sobą widywać, nawet na siebie patrzeć. Wraz z powrotem do Toronto na nowo rozpocznie się czysta nienawiść, której teraz... nie była pewna. Zwłaszcza kiedy przyciągnął ją do siebie i chwycił za rękę. Na jej twarzy wymalowały się delikatnie rumieńce, ale niemalże od razu odwróciła głowę.
Niech będzie — mruknęła, zaciskając na nim mocno własną dłoń — ale nie myśl, że chcę Ciebie trzymać za rękę — a po chwili dodała niemalże od razu — to po prostu dla bezpieczeństwa — takie tłumaczenie też zostało w jej własnej głowie. To dla bezpieczeństwa, a Patel pod żadnym pozorem, zwłaszcza czerwony jak pomidor, nie był atrakcyjny. Za to ona czuła się stabilniej, bardziej komfortowo. Puściła go dopiero kilka metrów przed ich szczytowaniem. Bez większego zastanowienia wbiegła na szczyt. Uśmiechnęła się szeroko, szczerze...
Jak pięknie... — mruknęła, obracając się dookoła własnej osi. Wznosili się nad chmurami, lasami, oceanem. Widok zapierał dech w piersiach. Czasem Charlotte czuła to przedziwne połączenie z naturą, kiedy wdychanie powietrza stawało się jeszcze przyjemniejsze niż kiedykolwiek. Jakby znalazła się na prawdziwym haju. Może nawet była. Po chwili podeszła do Williama, instynktownie chwytając go mocno za rękę.
O tam... jest wulkan, który wybuchł w 2021 roku — rozpoczyna się od najważniejszego. Ciekawiło ją, czy zdawał sobie sprawę, że byli na aktywnie wulkanicznej wyspie — i te chmury... — znów machnęła dłonią, tym razem wskazując na chmury, przykrywające dolną część wyspy. Wyglądały niczym owieczki puchate oraz delikatne — tam jest chyba Teneryfa — stwierdziła, pokazują delikatny zarys zielonej wyspy, którą w głównej mierze pokrywały lasy — a tam La Gomera — zaraz zwróciła swoją dłoń w inne miejsce — z kolei to chyba... El Hierro — tego już nie była taka pewna. Wiele rzeczy była w stanie zapamiętać, ale chodzącą wikipedią jeszcze nie została — ale chyba aż takim przewodnikiem nie jestem dobrym — zaśmiała się nerwowo, wkładając tańczące kosmyki włosów za ucho. Dalej dość mocno wiało. Zaraz pociągnęła Williama za dłoń i ruszyła, by zobaczyć widoki z innej strony. Chciała jeszcze zobaczyć wiecznie dymiący wulkan.
Jezu, co to — wrzasnęła, mimowolnie cofając się i wtulając w Williama. Serce zaczęło bić jej szybciej, bo na drodze spotkali nikogo innego jak jaszczurkę kanaryjską — jaki bydlak... — mruknęła, zaciskając swoje palce na koszuli Patela — wcale się nie boję gadów... — wymruczała, chowając się w jego ramionach. Było, czego się bać. Bydlak miał całe czterdzieści centymetrów i zaczął na nich syczeć.
34 y/o
Mark your calendar for Canada Day
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Już nawet tego nie komentuję, poza tym moje ciało wcale nie było świątynią, tylko raczej placem zabaw. Kiedyś gdzieś czytałem, że psychodeliki budowały nowe połączenia neuronowe, więc chyba skoro wrzucałem w siebie wszystko, to ostatecznie wychodziłem na zero? - Nie mam pojęcia, chyba bym się spalił na proch albo zanudził na śmierć - śmieję się, chociaż tak naprawdę to bym pewnie po prostu siedział właśnie na plaży i może budował zamek z piasku. O, muszę jej to któregoś dnia zaproponować, chociaż akurat ze mnie był dosyć słaby architekt, może ona sobie lepiej radziła ze stawianiem budowli - Dziękuję - powtarzam po niej od razu. Idziemy wzdłuż ścieżki i jak mi gada o tym wrogu to wywracam oczami, wzdychając przy tym ciężko - A kto by mi potem podnosił ciśnienie od rana? - rzucam, pół żartem pół serio. Nie powiem, żebym sobie czasem nie wyobrażał, że ją zrzucam ze schodów, ale przecież tak naprawdę nigdy bym niczego takiego nie zrobił. Zerkam na nią z ukosa jak się tłumaczy z tego trzymania za rękę i znowu mam ochotę parsknąć - Nawet mi to nie przeszło przez głowę - mówię, a gdy wreszcie docieramy na szczyt to wypuszczam jej dłoń z uścisku i obserwuję jak wbiega na samą górę, pełna radości i jakiegoś takiego entuzjazmu, który dosłownie sprawia że promienieje. Wbijam w Kovalski spojrzenie, po czym lekko wzdycham i powtarzam - Tak, pięknie - chociaż jeszcze nawet nie zdążyłem rzucić okiem naokoło. Zatrzymuję się żeby zrobić jej kolejne zdjęcie, a kiedy podchodzi bliżej i znowu chwyta mnie za rękę to daję się prowadzić wyżej szczytu. Dopiero teraz rozglądam się dookoła, muszę przyznać, że widok jest naprawdę niesamowity. Czuję się dosłownie jak podróżnik na morzu chmur i bardzo mnie to wzrusza, w takich chwilach jeszcze bardziej doceniam piękno natury - ogrom oceanu rozciągającego się aż po horyzont, błękit nieba i kształty sąsiednich wysp. Słucham uważnie Charlotte, odwracając twarz w kierunkach, które wskazuje - Poważnie? A jakby teraz wybuchł? Ale by był widok - potem pewnie katastrofa, po pierwszym zachwycie by była zbroja obsrana po same pachy. Przenoszę spojrzenie na rozścielane po wyspie chmury, które przypominają mi kłęby waty cukrowej, potem na każdy po kolei ląd, który mi pokazuje i macham głową na potwierdzenie, że jej słucham, natomiast gdy mówi, że wcale nie jest takim dobrym przewodnikiem to odwracam się w jej stronę - Najlepszym jakiego miałem - przyznaję, bo te romantyczne widoki wprawiają mnie w całkiem miły nastrój. Wiatr targa jej ciemne kosmyki włosów, zakłada je za ucho, a niesforny zefir znowu wypuszcza je na jej muśnięte słońcem policzki, więc sięgam ręką by ponownie wsunąć je za dziewczęce ucho, przelotem przesuwam kciukiem po jej twarzy i zaglądam głęboko w oczy, ale ona już ciągnie mnie dalej. Niestety napotykamy na drobną przeszkodę i w pierwszej chwili jak tak wrzeszczy, to sam się cofam, obejmując ją mocniej, a kiedy moje spojrzenie pada na jaszczura to dreszcz biegnie mi wzdłuż kręgosłupa - Co to za wielki skurwysyn - takiej jeszcze nie widziałem. Co prawda gady mnie nie przerażały (myszy były duuużo gorsze), tylko trochę brzydziły - Dobra, spokojnie, w świecie drapieżników musisz pokazać, że jesteś silniejszy i groźniejszy - mówię jak jakiś znawca dosłownie, chociaż jak tak na nas syczy to sam się waham czy w ogóle powinienem podchodzić. Liczę na to, że się przestraszy i ucieknie, ale zamiast tego jaszczura patrzy na nas wyczekująco - Co chcesz? - pytam się jej i robię krok do przodu, tupię i syczę, ale potwór cofa się tylko o krok, a potem znowu zamiera w miejscu - Nie no, ona chyba nie jest groźna, poczekaj - macham na Lottę ręką, żeby się nie ruszała, a sam podchodzę jeszcze bliżej i kucam, żeby się lepiej przyjrzeć - No idź stąd, nie mamy nic dla ciebie, akysz - teraz to wyciągam ręce do gada, po to żeby go pogonić może bardziej z jego poziomu, ale on to chyba odczytuje zupełnie inaczej i zanim zdążę cokolwiek zrobić to podbiega do mnie i dosłownie mnie gryzie w palucha - O Boże!! Użarło mnie!!! - dopiero mój głośny krzyk płoszy zwierza i widzę jeszcze tylko ogon, który znika gdzieś w krzakach, sam ląduje na tyłku i macham szybko dłonią, jakby to miało jakoś pomóc - Co teraz? A jak to było jadowite? Boże, szybko, musisz wyssać jad - mówię do Kovalski i wyciągam w jej kierunku palca. Widziałem takie akcje na filmach z Indianami, jak grzechotnik ugryzł to trzeba było wyssać jad, a przecież gad to gad.

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
28 y/o
REKORD SKOCZNI
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

William N. Patel-Noriega

Jedynie krótko zaśmiała się na spalenie na proch. To już mu groziło, ale głośno nie chciała tego wypowiadać. Wieczorem czeka ich prawdziwa męczarnia i ona doskonale zdawała sobie z tego sprawę. To co ich dzieliło w tym momencie to trzeźwość. Widziała jego czerwoną skórę i zastanawiała się, czy będzie w stanie się położyć na łóżku.
Wiesz... w Toronto dalej nie chcę mieć z Tobą nic wspólnego — stwierdziła, odwracając wzrok gdzieś w stronę oceanu. Trudno przyszło to jej na usta. Co w La Palma, to w La Palma, prawda? Nie wyobrażała sobie powrotu bez jakichkolwiek turbulencji. Choć gdzieś w duchu wiedziała, że... znowu będzie patrzyła przez judasza, bo życie z Williamem było trochę jak z filmu. Oddałaby o wiele więcej niż te parę stów, by przedłużyć wakacje. Mimo że to był dopiero ich początek.
Na całe szczęście szczytowali razem. Uwielbiała to poczucie wiatru we włosach, które dawało jej wolność. Mogła zapomnieć o wszystkich sądowych sprawach, toczących się w metropolii. Tu życie wydawało się jeszcze bardziej zwolnić. Nawet William wydał się jej jeszcze bardziej przystojniejszy niż zwykle. Jakby faktycznie miał coś w sobie.
Zatrzymała się na moment, by wyjąć telefon i zostawić sobie kilka wspomnień. Łącznie z jednym zdjęciem Williama, kiedy ciągnęła go za rękę. On z wyciągniętą ręką, jej dłoń oraz przepiękny widok.
Jakby wybuchł, to mam plan ewakuacji i ubezpieczenie — stwierdziła, jakby to było nic takiego — czekaj, tego też nie masz? Jedziesz w tereny aktywne sejsmicznie i jesteś totalnie nieprzygotowany?! — zaraz uniosła wysoko brwi i zmierzyła go wzrokiem. William był jak prawdziwe dziecko we mgle. Ona przeczytała wszystko, co mogła. Łącznie z pierwszą pomocą po poparzeniu przez meduzę. Może i o tym powinna mu opowiedzieć? Z pewnością byłby tym typem, który nasikałby na podrażnioną skórę, a to spowodowałoby jeszcze większy ból. Patel wyglądał na takiego, co oglądał przyjaciół, wtedy wiedza o medycynie i fizjologii parzydełkowców była... no nędzna.
To słabych miałeś przewodników... — powiedziała lekko speszonym tonem. Dlaczego się jej to podobało? Dlaczego serce biło przy nim szybciej, a co gorsze dlaczego... nie potrafiła się oprzeć wrażeniu, że zaczyna przy nim mięknąć? Wzięła głęboki oddech do płuc, próbując sobie wszystko uporządkować. Zwłaszcza gdy prowadziła go za rękę, ale wtedy... jaszczurka ich zaatakowała! Za to Patel postanowił zachować się jak prawdziwy moto-moto samiec alfa.
William, nie — powiedziała lekko przerażona Kovalski, robiąc kilka kroków do tyłu — ugryzie Cię! — tego była pewna. Z gadów to prawdziwe żmije były! Gorsze od samej Lotty — jeszcze zobaczysz! — ale już nic nie może powiedzieć, obserwuje jego przedziwny taniec godowy, próbujący wystraszyć jaszczura, bo to jednak był prawdziwy bydlak, a nie jakiś wonsz rzeczny.
A NIE MÓWIŁAM?! — krzyknęła, kiedy przyszedł do niej z tym paluchem. Zaśmiała się zaraz uroczo. Kilka ząbków palec będzie cały. Chwyciła go za nadgarstek dość mocno — jezu, nie krzycz. Zajmę się Tobą — powiedziała spokojnym tonem, zsuwając z ramienia plecak. Puściła jego dłoń i zaraz... wyjęła apteczkę. Ktoś jeszcze niedawno się śmiał z jej przygotowania, a tu proszę? Teraz powinna się nazywać Charlotte gotowa na wszystko Kovalski — jaszczurki nie mają zębów jadowych, to nie węże — a to wiedziała z lekcji biologii, choć w stu procentach pewna nie była. Za to przerażonego faceta trzeba uspokoić — daj, zajmę się Tobą — wyciągnęła w jego stronę dłoń, czekając, aż jej poda. Psika na potęgę octeniseptem, by na pewno żadna wścieklizna się w nim nie rozwinęła, a później chwyta za pierwszy, większy plasterek.
Pocałować? — prychnęła lekko ironicznie, przyklejając wodoodporny plasterek dla dzieci z tęczowymi kotami. Taki zdecydowanie bardzo męski. Idealnie pasował na palcu Patela.
34 y/o
Mark your calendar for Canada Day
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Nic nie mówię, bo co prawda tak się właśnie umawialiśmy - to co na Palmie zostaje na Palmie, to co było w Toronto będzie musiało wrócić, tylko ja się poważnie zaczynam zastanawiać czy aby na pewno tak musi być? Mieliśmy sobie sporo do wyjaśnienia, przynajmniej ja czułem, że mógłbym... Że powinienem jej dużo powiedzieć, tylko trochę się bałem, że to zepsuje nam wyjazd. Gdzieś w głębi czułem potrzebę wytłumaczenia pewnych kwestii, ale to nie był odpowiedni moment. I może nigdy się taki nie nadarzy. Uśmiecham się delikatnie do zdjęcia, niech i ona jakieś ma, bo mi już powoli kończyła się pierwsza klisza i na większości była właśnie Charlotte - Co? To trzeba mieć takie rzeczy? - dziwię się, ale z drugiej strony skoro ona miała już plan ewakuacji, to może by mnie wzięła ze sobą? Może mogłem czuć się bezpieczniej niż sam. Prawdę mówiąc mnie z takich pierdół zwykle wyręczała moja sekretarka Jane, która bywała także moją pomocnicą w życiu prywatnym, tylko od tamtej rozprawy rozwodowej ja właściwie nie pojawiłem się w kancelarii. Chciałem uniknąć pytań i ściemniłem, że jestem chory. Wrócę jak pierwsze emocje opadną i ludzie przestaną gadać, że dokonałem niemożliwego, pokonując na sali rozpraw własnego starego. Moją twarz znowu przecina delikatny uśmiech, kiedy się tak uroczo peszy, ale nic nie mówię, tylko się daję prowadzić dalej, wprost do wielkiego jaszczura. Słyszę jej krzyki i przestrogi, tylko nic sobie z tego nie robię, a w końcu głośne a nie mówiłam! No faktycznie mówiła, tylko mi się zachciało być bohaterem, a wyszło niestety jak zwykle - Mówiłaś - robię smutną minę, chociaż po chwilowym szoku wcale mnie to nie boli aż tak, właściwie więcej było w tym wszystkim strachu niż prawdziwej szkody, ale i tak kiwam głową jak mi mówi, że się mną zajmie. W sumie to było miłe i postanowiłem i tym razem skorzystać z okazji. Czekam aż wyjmie apteczkę, uważnie obserwując jej poczynania - Jesteś pewna? To było wielkie i strasznie agresywne, o mało nie odgryzło mi ręki, a wszystko w twojej obronie jakbyś się zastanawiała - widziała przecież, że wcale nie była agresywna tylko bardziej wystraszona, ale mówię to wszystko trochę dla żartu, by nadać sytuacji większego dramatyzmu. Wystawiam ku niej rękę i czekam aż mi tam porządnie wypsika tę ranę, tak na wszelki wypadek, jakby się jednak miało coś wdać - Tak, poproszę - rzucam od razu jak pyta czy pocałować. Ja pocałowałem przecież i akurat to jej się chyba podobało, więc teraz czekam aż się odwdzięczy. Chociaż w całej tej akcji ratunkowej była bardzo delikatna i troskliwą, nie to co ja - A jakie jeszcze stwory tu można spotkać? Jakieś niebezpieczne? Nie wspominałaś, że będzie trzeba pokonać smoka żeby się dostać do zamku - pytam i czekam aż poprowadzi mnie dalej. Byle nie do paszczy kolejnego ogromnego jaszczura, bo miałem już dość gadów na ten dzień. Nie mogliśmy spotkać czegoś milszego? Na przykład jakiegoś kotka?

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
28 y/o
REKORD SKOCZNI
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

William N. Patel-Noriega

Wypadałoby, skoro znajdziesz się na aktywnie sejsmicznie wyspie — stwierdziła lekko zdziwiona. Tylko czy Patel pod jakimkolwiek względem powinien ją dziwić? Po prostu był, a ona każde jego zachowanie przyjmowała jako normę. Chociaż teraz jeszcze bardziej włączyła się o niego troskę. Raz on ją uratował, teraz ona uratuje mu wakacje. Deal idealny, prawda? Wyszliby na zero — trzęsienia ziemi nawet tu są — ostatnio nawet zdarzyło się jedno, a może dopiero zdarzy? Kovalski zainstalowała wszystkie możliwe aplikacje, by mieć pewność, że wszystko zepnie się wręcz idealnie. W razie większej tragedii prosta sprawa i nogi za pas.
O mój dzielny, rycerzu — parsknęła pod nosem, słysząc jego reakcję. Z facetami chyba zawsze tak było. Niepotrzebnie przeżywali sytuacje, które niezbyt miały jakiekolwiek znaczenie. Miała brata, widziała go w trakcie dorastania. Lekkie trzydzieści siedem i pół, a on już umierał. Tym czasem ona uczyła się, grała każdemu na nerwach nawet z gorączką. Rzadko kiedy tak ją wzmagało, że nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Może i lepiej? W końcu mieszkała z dwójką psów.
Skupiła się na opatrywaniu, a kiedy powiedział o buziaka, to uniosła delikatnie jego dłoń i złożyła na plasterku krótkiego buziaka.
Lepiej? — spytała łagodnym tonem, ale wzrok odwróciła. To zawieszenie broni robiło jej prawdziwą wodę z mózgu. Nie wiedziała, co powinna powiedzieć, a tym bardziej w jaki sposób się zachować. Dobrze, że od razu zaczął rozmawiać o głupotach. Inaczej dałaby sobie uciąć rękę w trakcie tej rozmowy.
Hmm... z niebezpiecznych... — zaczęła, zastanawiając się, co wpadło jej do głowy. Przeglądała jakieś rolki o tutejszej faunie i florze, ale nic nie wydało się jej tak bardzo interesujące — to bardziej w oceanie są rekiny, jeżowce i meduzy... Tam musiałbyś uważać — tam o wiele więcej rzeczy się działo, choć przy La Palma występowały głównie rekiny młoty, które nie były w żaden sposób agresywne— a tutaj to skolopendra mogłaby Cię ugryźć — wiadomo, skorpiony, owady, gekony, czy inni mieszkańcy tez istnieli, ale nic nie było groźne — no i są nasi ulubieńcy — pierwszy raz tego dnia uśmiechnęła się tak szczerze, gdy wróciła wspomnieniami do sylwestrowej nocy — gołębie. — właściwie ciekawiło ją, co Patel zrobił z jajkiem. Tylko nie odważyła się spytać, bo przypomniała się jej kwestia o księżniczce.
Poza tym nie dostałeś się do zamku — stwierdziła, odwracając głowę, by spojrzeć mu prosto w oczy — by to zrobić trzeba pocałować księżniczkę — czy właśnie rzucała mu wyzwanie? Tak jawną rękawicę? Może mieliby czas o tym porozmawiać, ale ona szła dalej. Aż cała nie zesztywniała, gdy zobaczyła go.
Myślisz, że co ten pan właśnie robi? — a tam siedział typowy Janusz, lat czterdzieści pięć. Sandały skarpetki i koszulka z Janem Pawłem. Charlotte bardziej wpatruje się w niego jak w prawdziwy okaz przyrody niż w człowieka. Typ jest cały czerwony, zaczyna... rozpinać spodnie? — jezus, maria, jak mam widzieć jakiegoś digi-donga, to wolałabym twojego — mruczy Charlotte, chowając się w jego ramionach. Słyszy ten dźwięk paska i aż wzdryga. W końcu... co mógłby robić Polak za granicą, rozpinając spodnie i z puszką LECH?
34 y/o
Mark your calendar for Canada Day
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Patrzę na nią takim wzrokiem jakby mnie wkręcała z tymi trzęsieniami i nawet wolę nie pytać, czego uszy nie usłyszą tego mózg się nie przestraszy, co nie? Wolę to puścić w niepamięć, w razie czego bardzo się zdziwię, ale chyba naprawdę musielibyśmy mieć pecha, żeby akurat podczas naszego pobytu doszło do jakiejś tragedii. Z drugiej strony jeszcze do niedawna mógłbym to samo powiedzieć o naszym spotkaniu na jebanym końcu świata, chociaż teraz bardziej wydawało mi się, że to jednak szczęśliwy traf - Dużo lepiej - kiwam głową, kiedy mnie całuje w palca. Wyobraźnia już zaczyna pracować, więc żeby się za bardzo nie rozproszyć to od razu zaczynam gadać o jakiś nieistotnych pierdołach - A wieloryby? Chciałbym zobaczyć wieloryba, albo delfina, chociaż delfiny podobno gwałcą ludzi - dzielę się z nią taką ciekawostką, którą kiedyś wyczytałem gdzieś w artykule o gangach delfinów. To były z jednej strony bardzo fascynujące stworzenia, a z drugiej bardzo przerażające, zaskakująco ludzkie w swojej dziwacznej naturze. Czasem myślę, że gdyby mogły wyjść na ląd to zrobiłyby sobie z nas podnóżki. Podpłewki? - Skolopendra, fuj, największy koszmar - dla mnie to było jakieś strasznie obrzydliwe stworzenie, gorsze były chyba tylko te łyse, szczurze ogony, ohydztwo. Jak na zawołanie ciarki biegną mi wzdłuż kręgosłupa, ale są to ciarki obrzydzenia, nawet nie chciałbym spotkać takiego stwora, a co dopiero żeby mnie ugryzł. Z dwojga złego to już ta jaszczurka była lepsza. Patrzę na nią z pytaniem wymalowanym na uniesionych brwiach kiedy wspomina o naszych ulubieńcach, a gdy zdradza, że chodzi o gołębie to parskam śmiechem - A no tak, widziałem jakieś przy hotelu, ciekawe co tam u naszego gołębia, czy założył jakieś gniazdo już czy wciąż szuka - śmieję się dalej, bo tamta sytuacja była kompletnie absurdalna i przez to także bardzo zabawna. Zerkam na nią z ukosa jak mi wyjeżdża z tą księżniczka i muszę przyznać, że czuję się bardzo skonsternowany. Wyczuwam sprzeczne sygnały, jeszcze niedawno mi zarzuciła, że mnie pojebało jak ja tylko chciałem palić po studencku, a teraz co? Jednak całuj? Nic z tego nie rozumiem, więc rzucam z typową dla siebie nonszalancją - Nie widzę tu żadnych księżniczek, co najwyżej wiedźmę - pokazuję jej język, zanim znowu parsknę szczerym śmiechem. Idziemy dalej i jak na złość natrafiamy na jakiegoś świra, chociaż ja w pierwszej chwili chcę go po prostu wyminąć i pójść dalej - No co? Pewnie próbuje się kulturalnie odlać na szlaku - przesuwam spojrzeniem po tej koszulce z papieżem Polakiem i unoszę wysoko obie brwi, już mam jej powiedzieć, że on jest od nich, ale wtedy Charlotte się we mnie wtula - A to musisz poczekać na odpowiedni moment - mówię, a jak widzę, że facet już wyjmuje serdelka to się zwracam do niego - Ej uważaj na jaszczury bo cię użre, albo jakaś skolopendra - ale patrzy na mnie takim trochę nieprzytomnym wzrokiem, pewnie niejednego Lecha już dzisiaj w siebie wlał i zaczyna się bawić swoją armatką. Teraz to i mnie wmurowało dosłownie, ale tylko na moment. Ja rozumiem, że takie piękne widoki mogą rozbudzać wyobraźnię, ale bez przesady - Panie, co pan, tu nie można trzepać, halo, jesteśmy z policji, za to jest grzywna albo areszt! - rzucam głośno i ruszam w jego kierunku zdecydowanym krokiem. Myślę, że on może rozumieć co drugie słowo, jednak jak tylko słyszy, że jesteśmy z police to się tak szybko zbiera i biegnie w dół, że aż gubi za sobą klapka - I żeby mi to było ostatnie raz! - wrzeszczę jeszcze za nim, ale w ogóle się za siebie nie ogląda. Podchodzę bliżej miejsca, w którym siedział, a tam za kamieniem cała siata browarów. Chyba ją tu przytargał aż z Polski, bo po pierwsze jest już strasznie wysłużona, a po drugie to nie kojarzę takiej marki z La Palmy. Z logo uśmiecha się do nas czerwony owad, a pod spodem bardzo długi napis - Co tu jest napisane? - pytam Lottę, po czym zaglądam do środka a tam - Oja, zostawił całe mnóstwo browarów, ale fart - przejmujemy ten skarb, zdecydowanie.

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”