-
part me from my heart, my fate is sealed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Być może Zaylee była w stanie dostrzec ten fakt odbity w źrenicach dziewczyny, które musiały być wielkości spodków - albo były bardzo małe? Santorini prawie zdawała sobie sprawę z tego, że w jej krwiobiegu znajdowały się substancje, które tam być nie powinny. Prawie, ponieważ nigdy wcześniej nie była naćpana, ani z własnej woli ani wbrew jej, więc jej rzeczywistość przypominała bardziej bardzo, bardzo popierdolony sen.
Na nieszczęście brunetki, to jej kurczowo uczepiła się w swojej próbie odnalezienia w tym nowym, dziwnym świecie. Zaylee czy tego chciała, czy nie, stała się dla niej kotwicą - bowiem Elena w żaden sposób nie widziała w niej funkcjonariuszki i nie była w stanie nawet pojąć konceptu pracy, żeby zrozumieć, że w niej obecnie była. Rozumiała za to bardzo dobrze fakt tego, że zawsze gdy życie rzucało jej wyzwania, pojawiał się ktoś, kto miał jej w nich pomóc. Dawno temu był to jej ojciec, później był to jej brat. W Toronto byli to różni mężczyźni, którzy zapraszali ją do jej łóżka i z radością wspierali ją w rozwiązywaniu trudnych problemów. Włoszka nie była ekspertką w ich rozwiązywaniu - ale była ekspertką w znajdywaniu osób, które rozwiążą je za nią.
- Strasznie to chamskie co powiedziałeś - zauważyła trzeźwo, nie rozumiejąc, dlaczego ten chłopaczyna w ogóle oferował brunetce seks. Był pracownikiem szatni, a one dwie były gościami tego klubu. Ratowałoby go to, gdyby był przystojny, no ale nie był. Santorini wierzyła, że brzydcy ludzie powinni być uprzejmi, bo Bóg rzucił im już jedną kłodę pod nogi i nie powinni rzucać sobie pod nogi drugiej.
Zatrzymała się, mrugając intensywnie, jakby każde uderzenie powiek przybliżało ją do trzeźwości, która wciąż pozostała cholernie odległa. Rozumiała koncepcję numerka, to znaczy tego breloka, który wzięła od tego chłopaka wcześniej i miała teraz w torebce. Problem był taki, że była teraz w szatni, a jej torebki nie było.
- Nie mam numerka - szepnęła z trwogą, patrząc się wprost na swoją kotwicę w tej rzeczywistości. - Ale przecież to mój płaszcz. Widzę go!
Odwróciła głowę, gdy śmiała myśl uderzyła wprost w delikatne ściany jej umysłu. Widziała swój płaszcz, swój wspaniały płaszcz, na pierwszym wieszaku przy samej ladzie. Jak mogli jej go odmawiać? Nie mamy pana płaszcza i co pan nam zrobi?
- To mój, kurwa, płaszcz! - warknęła, rzucając się na ladę, ponieważ choć była w stanie agresywnej nietrzeźwości, to Santorini wciąż była atletką, wciąż była zręczna i silna, i w tej przerażającej teraz zręczności wdrapała się na ladę i przeskoczyła na drugą stronę. - Mój! - krzyknęła, gdy chłopak, zdezorientowany, rzucił się by opanować sytuację, ale ona była szybsza, zawsze była szybsza, l e p s z a, więc płaszcz już tkwił w jej dłoniach, a chłopak stał między nią, a ladą.
- Odwal się! - zażądała, ściskając swoją zdobycz, najbardziej wartościowy przedmiot, jaki zabrała ze sobą do Toronto.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Sytuacja przy szatni wyglądała na patową. Koper ani myślał oddać kobiecie płaszcz, a Zaylee już szykowała się do interwencji. Zanim jednak zdążyła jakkolwiek zareagować, właściwie chyba tylko mrugnęła, ta przelazła przez ladę, rzucając się po swoją własność. A to ci dopiero numer! I to bez numerka! Miller odruchowo wyciągnęła rękę, próbując chwycić ją za nogę, ale szybko zdała sobie sprawę, że nie ma wystarczająco dużo siły, aby ją powstrzymać. Może i była giętka w łóżku, ale na tym jej sportowe osiągnięcia się kończyły. Ogólnie nigdy nie należała do szczególnie sprawnych fizycznie. Wystarczyło sobie przypomnieć liceum i lekcje wychowania fizycznego, gdzie dostała piłką do kosza prosto w łeb i obudziła się u szkolnej higienistki. Teraz oczami wyobraźni widziała, jak nieznajoma zaczyna wierzgać nogami, trafiając ją prosto w górne jedynki. Ten obraz wystarczył, żeby natychmiast cofnąć rękę. Lubiła swoje zęby. Naprawdę je lubiła. I nie zamierzała ryzykować ich utraty tylko po to, żeby odpierdalać jakieś bohaterskie akcje.
— Zostaw to natychmiast, bo zaraz wezwę ochronę! — odpalił się buńczuczny smark, na co Zaylee natychmiast sięgnęła do kieszeni własnego płaszcza, wyciągając pomięty banknot, który rzuciła na ladę.
— To powinno załatwić sprawę — posłała mu firmowy uśmiech i podniosła blokadę, aby wypuścić kobietę zza szatni. — Nie chcemy kłopotów — dodała, chociaż o jakich kłopotach tu mowa? Pracowała dla policji, szczeniak mógł jej naskoczyć! — Chodź, pora się przewietrzyć — gestem ręki zaprosiła nieznajomą do serdecznego wypierdalania, ale poczekała aż tak faktycznie do niej dołączy, żeby przypadkiem nigdzie nie zwiała. — Ale jak już masz ten płaszcz, to przynajmniej go załóż — poleciła, kiedy kierowały się do tylnego wyjścia. Sama zapięła się pod szyją, żeby nie przywlec do domu jakiegoś paskudztwa. Tym bardziej że miały u siebie na weekend niesfornego dziewięciolatka.
Pchnęła drzwi i przepuściła kobietę przodem. Wygrzebała z płaszcza paczkę papierosów, umieściła sobie jedną fajkę w ustach.
— No bierz — zachęciła nieznajomą skinieniem głowy. Po to przecież wyszły na zewnątrz. Miały zapalić.
Elena Santorini
-
part me from my heart, my fate is sealed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Kłopot polegał na tym, że Santorini nie była trzeźwa.
A ojciec z kolei nauczył ją, że jeśli czegoś pragnie, może zrobić w s z y s t k o by to osiągnąć. Ponieważ była Eleną Santorini, wszystko co dobre jej się zwyczajnie n a l e ż a ł o, a tak jawne okazanie jej braku szacunku wymagało k a r y.
Do tego etapu nie zamierzała jeszcze dochodzić - głównie dlatego, że to nie ona ją kiedykolwiek wymierzała. Ściskając swój płaszcz, była jednak gotowa walczyć o niego zaciekle, jak lwica - nawet, jeśli miało to wiązać się z bójką. Nigdy się nie biła. Może była w tym naturalnie dobra? Może powinna się przekonać? Szczypior nie wyglądał przecież zbyt imponująco. Na co spędzała całe dnie na treningach, by jakiś pryszczaty prawiczek z sektora usługowego okradł ją w biały dzień?
I gdy tak jej myśli pędziły, usiłując wykrzesać ze spowolnionego mózgu taktykę, nawet nie dostrzegła banknotu rzuconego na ladę. Przekonana o tym, że na jej widok, mężczyzna autentycznie przestraszył się konsekwencji, wyprostowała się z dumą. Oczywiście, że nie powinien z nią zadzierać. Przecież nie miała tu już swojej rodziny, ale Giovanni był jej kuzynem. Na pewno kazałby go zamordować gdyby go poprosiła, nie był przecież bezduszny. Wiązała ich krew, musiał ją k o c h a ć.
Kto by jej nie kochał?
W zasadzie to nie była pewna, czy znalazłaby kogoś. A czy ona kochała po wylocie z Mediolanu?
Z tego rollercoastera emocji, brunetka musiała ją wyciągnąć siłą, chwytając za jej ramię. Niezgrabnie, już bez wpływu zbawiennej adrenaliny, Santorini przeszła przez ladę. Owinęła się szczelnie swoim płaszczem, skórzanym, nieprzystosowanym do tych pieprzonych zim. Dlaczego w Kanadzie było tak zimno? Jak ci ludzie w ogóle funkcjonowali?
- Co? - wyrwało jej się i zorientowała się, że tkwi już na zewnątrz, chłód szczypie w jej policzki, a kobieta coś wyciąga w jej stronę. Odruchowo uniosła rękę, zaprzeczając, choć nie do końca widziała co to w ogóle było. - Zabieraj te dragi, ja nie biorę takiego gówna.
Była b a l e t n i c ą. I w zasadzie było już późno. Starcie ze szczypiorem tchnęło w nią pewien rodzaj energii, który tchnął w jej umysł śmiałą koncepcję.
- Ja już pójdę - zadecydowała, rozglądając się wokół. W którą stronę było Parkdale? Chyba w prawo. - Dzięki - wymamrotała, ruszając w drogę.
Miała w końcu z dwadzieścia kilometrów do pokonania.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Co? — wyrwało jej się podobnym tonem. No ni chuja, nie dogadają się. — Zwariowałaś? To nie dragi, tylko papierosy — wyjaśniła, odpalając żarową zapalniczką fajkę, którą przytrzymywała pomiędzy wargami. — Widzisz? — wypuściła dym kącikiem ust. — Zwykłe szlugi — kto jak kto, ale doktor Miller była ostatnią, która sięgałaby po narkotyki. Właśnie głównie dlatego, że była lekarzem. Od czasu do czasu lubiła spalić blanta, ale nie łapała się za nic mocniejszego. Poza tym, niby kiedy? Pracowała właściwie dwadzieścia cztery na siedem, a wkrótce miała zostać matką na pełen etat. Nie miała chwili, żeby podrapać się po dupie, a co dopiero bawić się w ćpunkę.
Trochę zbiła ją z tropu reakcja nieznajomej, która nagle stwierdziła, że sobie idzie. Świetnie, ale dokąd? Chyba nie powinna puszczać nigdzie w aktualnym stanie. Nie mogła również opuścić klubu, bo wciąż była w pracy. Ledwo co stwierdziła zgon, a musiała poczekać jeszcze na przybycie śledczych i transport zwłok do prosektorium. Kobieca solidarność jednak nie pozwalała, żeby kobieta wracała sama. Było późno, a ona była wystrzelona w kosmos. Zaylee plułaby sobie w brodę, kiedy ta następnego dnia trafiła na jej stół sekcyjny.
— Hej, poczekaj — ponownie dopadła do niej. Wychodziła na strasznie nachalnego babsztyla. — Może lepiej, gdybyś zadzwoniła do kogoś, kto będzie mógł cię odebrać? To trochę szemrana okolica. Albo zamówię ci taksówkę? Albo, nie wiem, dasz mi godzinę i odwiozę cię tam, gdzie właśnie idziesz? — zaproponowała, chociaż podświadomie czuła, że spotka się z odmową.
Miller naprawdę nie mogła rzucić wszystkiego i po prostu zniknąć z miejsca zdarzenia. To tak nie działało. Była dorosłą, odpowiedzialną kobietą, która nigdy nie zaniedbywała obowiązków. Stąd kilka wymyślonych na poczekaniu propozycji. No nic, przynajmniej miała dobre chęci i wyszła z inicjatywą, prawda?
Elena Santorini
-
part me from my heart, my fate is sealed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Niestety nie miała jak okazać swojej wdzięczności, ponieważ w jej oczach, brunetka oferowała jej właśnie dragi, paliła coś okropnego i śmierdzącego i w dodatku próbowała sprawić, że Elena nie trafi do domu - a musiała trafić do domu, bo była strasznie zmęczona.
- Boże, ty dalej chcesz się bawić? - wybełkotała, nie rozumiejąc, dlaczego kobieta musiała jeszcze godzinę pobyć w tym klubie. Godzina brzmiała na strasznie długi odcinek czasu, a Elena nie miala na to czasu. Nie zamierzała zasypiać na krawężniku jak jakiś bezdomny żul, musiała przecież zmyć makijaż i zdjąć z siebie te niewygodne ubrania zanim zaśnie w swoim wspaniałym łóżku, które w zasadzie to nie było zbyt wspaniałe, a tak poza tym to powinna być już blisko domu, bo brunetka powiedziała, że są w szemranej okolicy, a czy przecież jej okolica nie była szemrana...
- Tu jesteś! - męski głos rozległ się z bocznej alejki, zatrzymując Santorini równie skutecznie, jak wcześniejsze słowa Zaylee. Wysoki blondyn, którego twarz wydawała mu się jakby znajoma, ale nie do końca ogarniała dlaczego, wyszedł na główną ulicę, natychmiast do niej dopadając. - Już myślałem, że mi się zgubiłaś.
Blondyn był trzeźwy, a przynajmniej wydawał się trzeźwiejszy niż ona. Dostrzegając w półmroku Zaylee chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, kim była lub gdzie pracowała, bo lekceważąco machnął ku niej głową.
- Dopilnuję, żeby trafiła do domu - oznajmił, oplatając ją swoim ramieniem. Było ciepłe, i nawet jakby trochę miłe w tym zimnie, ale nozdrza Santorini wypełnił nieprzyjemny zapach jakiejś taniej wody kolońskiej, od której zrobiło jej się niedobrze.
Zatrzymała się, choć pociągnął ją w jedną stronę. Odchyliła głowę, marszcząc brwi i poczuła, jak wzmacnia się jego uścisk. Stawał się bolesny.
- Chodźmy już, kochanie - rzucił pełnym napięcia głosem, cicho, choć w tej głuchej nocy jego słowa dotarły prosto do uszu brunetki.
zaylee miller