-
part me from my heart, my fate is sealed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Być może Zaylee była w stanie dostrzec ten fakt odbity w źrenicach dziewczyny, które musiały być wielkości spodków - albo były bardzo małe? Santorini prawie zdawała sobie sprawę z tego, że w jej krwiobiegu znajdowały się substancje, które tam być nie powinny. Prawie, ponieważ nigdy wcześniej nie była naćpana, ani z własnej woli ani wbrew jej, więc jej rzeczywistość przypominała bardziej bardzo, bardzo popierdolony sen.
Na nieszczęście brunetki, to jej kurczowo uczepiła się w swojej próbie odnalezienia w tym nowym, dziwnym świecie. Zaylee czy tego chciała, czy nie, stała się dla niej kotwicą - bowiem Elena w żaden sposób nie widziała w niej funkcjonariuszki i nie była w stanie nawet pojąć konceptu pracy, żeby zrozumieć, że w niej obecnie była. Rozumiała za to bardzo dobrze fakt tego, że zawsze gdy życie rzucało jej wyzwania, pojawiał się ktoś, kto miał jej w nich pomóc. Dawno temu był to jej ojciec, później był to jej brat. W Toronto byli to różni mężczyźni, którzy zapraszali ją do jej łóżka i z radością wspierali ją w rozwiązywaniu trudnych problemów. Włoszka nie była ekspertką w ich rozwiązywaniu - ale była ekspertką w znajdywaniu osób, które rozwiążą je za nią.
- Strasznie to chamskie co powiedziałeś - zauważyła trzeźwo, nie rozumiejąc, dlaczego ten chłopaczyna w ogóle oferował brunetce seks. Był pracownikiem szatni, a one dwie były gościami tego klubu. Ratowałoby go to, gdyby był przystojny, no ale nie był. Santorini wierzyła, że brzydcy ludzie powinni być uprzejmi, bo Bóg rzucił im już jedną kłodę pod nogi i nie powinni rzucać sobie pod nogi drugiej.
Zatrzymała się, mrugając intensywnie, jakby każde uderzenie powiek przybliżało ją do trzeźwości, która wciąż pozostała cholernie odległa. Rozumiała koncepcję numerka, to znaczy tego breloka, który wzięła od tego chłopaka wcześniej i miała teraz w torebce. Problem był taki, że była teraz w szatni, a jej torebki nie było.
- Nie mam numerka - szepnęła z trwogą, patrząc się wprost na swoją kotwicę w tej rzeczywistości. - Ale przecież to mój płaszcz. Widzę go!
Odwróciła głowę, gdy śmiała myśl uderzyła wprost w delikatne ściany jej umysłu. Widziała swój płaszcz, swój wspaniały płaszcz, na pierwszym wieszaku przy samej ladzie. Jak mogli jej go odmawiać? Nie mamy pana płaszcza i co pan nam zrobi?
- To mój, kurwa, płaszcz! - warknęła, rzucając się na ladę, ponieważ choć była w stanie agresywnej nietrzeźwości, to Santorini wciąż była atletką, wciąż była zręczna i silna, i w tej przerażającej teraz zręczności wdrapała się na ladę i przeskoczyła na drugą stronę. - Mój! - krzyknęła, gdy chłopak, zdezorientowany, rzucił się by opanować sytuację, ale ona była szybsza, zawsze była szybsza, l e p s z a, więc płaszcz już tkwił w jej dłoniach, a chłopak stał między nią, a ladą.
- Odwal się! - zażądała, ściskając swoją zdobycz, najbardziej wartościowy przedmiot, jaki zabrała ze sobą do Toronto.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Sytuacja przy szatni wyglądała na patową. Koper ani myślał oddać kobiecie płaszcz, a Zaylee już szykowała się do interwencji. Zanim jednak zdążyła jakkolwiek zareagować, właściwie chyba tylko mrugnęła, ta przelazła przez ladę, rzucając się po swoją własność. A to ci dopiero numer! I to bez numerka! Miller odruchowo wyciągnęła rękę, próbując chwycić ją za nogę, ale szybko zdała sobie sprawę, że nie ma wystarczająco dużo siły, aby ją powstrzymać. Może i była giętka w łóżku, ale na tym jej sportowe osiągnięcia się kończyły. Ogólnie nigdy nie należała do szczególnie sprawnych fizycznie. Wystarczyło sobie przypomnieć liceum i lekcje wychowania fizycznego, gdzie dostała piłką do kosza prosto w łeb i obudziła się u szkolnej higienistki. Teraz oczami wyobraźni widziała, jak nieznajoma zaczyna wierzgać nogami, trafiając ją prosto w górne jedynki. Ten obraz wystarczył, żeby natychmiast cofnąć rękę. Lubiła swoje zęby. Naprawdę je lubiła. I nie zamierzała ryzykować ich utraty tylko po to, żeby odpierdalać jakieś bohaterskie akcje.
— Zostaw to natychmiast, bo zaraz wezwę ochronę! — odpalił się buńczuczny smark, na co Zaylee natychmiast sięgnęła do kieszeni własnego płaszcza, wyciągając pomięty banknot, który rzuciła na ladę.
— To powinno załatwić sprawę — posłała mu firmowy uśmiech i podniosła blokadę, aby wypuścić kobietę zza szatni. — Nie chcemy kłopotów — dodała, chociaż o jakich kłopotach tu mowa? Pracowała dla policji, szczeniak mógł jej naskoczyć! — Chodź, pora się przewietrzyć — gestem ręki zaprosiła nieznajomą do serdecznego wypierdalania, ale poczekała aż tak faktycznie do niej dołączy, żeby przypadkiem nigdzie nie zwiała. — Ale jak już masz ten płaszcz, to przynajmniej go załóż — poleciła, kiedy kierowały się do tylnego wyjścia. Sama zapięła się pod szyją, żeby nie przywlec do domu jakiegoś paskudztwa. Tym bardziej że miały u siebie na weekend niesfornego dziewięciolatka.
Pchnęła drzwi i przepuściła kobietę przodem. Wygrzebała z płaszcza paczkę papierosów, umieściła sobie jedną fajkę w ustach.
— No bierz — zachęciła nieznajomą skinieniem głowy. Po to przecież wyszły na zewnątrz. Miały zapalić.
Elena Santorini
-
part me from my heart, my fate is sealed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Kłopot polegał na tym, że Santorini nie była trzeźwa.
A ojciec z kolei nauczył ją, że jeśli czegoś pragnie, może zrobić w s z y s t k o by to osiągnąć. Ponieważ była Eleną Santorini, wszystko co dobre jej się zwyczajnie n a l e ż a ł o, a tak jawne okazanie jej braku szacunku wymagało k a r y.
Do tego etapu nie zamierzała jeszcze dochodzić - głównie dlatego, że to nie ona ją kiedykolwiek wymierzała. Ściskając swój płaszcz, była jednak gotowa walczyć o niego zaciekle, jak lwica - nawet, jeśli miało to wiązać się z bójką. Nigdy się nie biła. Może była w tym naturalnie dobra? Może powinna się przekonać? Szczypior nie wyglądał przecież zbyt imponująco. Na co spędzała całe dnie na treningach, by jakiś pryszczaty prawiczek z sektora usługowego okradł ją w biały dzień?
I gdy tak jej myśli pędziły, usiłując wykrzesać ze spowolnionego mózgu taktykę, nawet nie dostrzegła banknotu rzuconego na ladę. Przekonana o tym, że na jej widok, mężczyzna autentycznie przestraszył się konsekwencji, wyprostowała się z dumą. Oczywiście, że nie powinien z nią zadzierać. Przecież nie miała tu już swojej rodziny, ale Giovanni był jej kuzynem. Na pewno kazałby go zamordować gdyby go poprosiła, nie był przecież bezduszny. Wiązała ich krew, musiał ją k o c h a ć.
Kto by jej nie kochał?
W zasadzie to nie była pewna, czy znalazłaby kogoś. A czy ona kochała po wylocie z Mediolanu?
Z tego rollercoastera emocji, brunetka musiała ją wyciągnąć siłą, chwytając za jej ramię. Niezgrabnie, już bez wpływu zbawiennej adrenaliny, Santorini przeszła przez ladę. Owinęła się szczelnie swoim płaszczem, skórzanym, nieprzystosowanym do tych pieprzonych zim. Dlaczego w Kanadzie było tak zimno? Jak ci ludzie w ogóle funkcjonowali?
- Co? - wyrwało jej się i zorientowała się, że tkwi już na zewnątrz, chłód szczypie w jej policzki, a kobieta coś wyciąga w jej stronę. Odruchowo uniosła rękę, zaprzeczając, choć nie do końca widziała co to w ogóle było. - Zabieraj te dragi, ja nie biorę takiego gówna.
Była b a l e t n i c ą. I w zasadzie było już późno. Starcie ze szczypiorem tchnęło w nią pewien rodzaj energii, który tchnął w jej umysł śmiałą koncepcję.
- Ja już pójdę - zadecydowała, rozglądając się wokół. W którą stronę było Parkdale? Chyba w prawo. - Dzięki - wymamrotała, ruszając w drogę.
Miała w końcu z dwadzieścia kilometrów do pokonania.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Co? — wyrwało jej się podobnym tonem. No ni chuja, nie dogadają się. — Zwariowałaś? To nie dragi, tylko papierosy — wyjaśniła, odpalając żarową zapalniczką fajkę, którą przytrzymywała pomiędzy wargami. — Widzisz? — wypuściła dym kącikiem ust. — Zwykłe szlugi — kto jak kto, ale doktor Miller była ostatnią, która sięgałaby po narkotyki. Właśnie głównie dlatego, że była lekarzem. Od czasu do czasu lubiła spalić blanta, ale nie łapała się za nic mocniejszego. Poza tym, niby kiedy? Pracowała właściwie dwadzieścia cztery na siedem, a wkrótce miała zostać matką na pełen etat. Nie miała chwili, żeby podrapać się po dupie, a co dopiero bawić się w ćpunkę.
Trochę zbiła ją z tropu reakcja nieznajomej, która nagle stwierdziła, że sobie idzie. Świetnie, ale dokąd? Chyba nie powinna puszczać nigdzie w aktualnym stanie. Nie mogła również opuścić klubu, bo wciąż była w pracy. Ledwo co stwierdziła zgon, a musiała poczekać jeszcze na przybycie śledczych i transport zwłok do prosektorium. Kobieca solidarność jednak nie pozwalała, żeby kobieta wracała sama. Było późno, a ona była wystrzelona w kosmos. Zaylee plułaby sobie w brodę, kiedy ta następnego dnia trafiła na jej stół sekcyjny.
— Hej, poczekaj — ponownie dopadła do niej. Wychodziła na strasznie nachalnego babsztyla. — Może lepiej, gdybyś zadzwoniła do kogoś, kto będzie mógł cię odebrać? To trochę szemrana okolica. Albo zamówię ci taksówkę? Albo, nie wiem, dasz mi godzinę i odwiozę cię tam, gdzie właśnie idziesz? — zaproponowała, chociaż podświadomie czuła, że spotka się z odmową.
Miller naprawdę nie mogła rzucić wszystkiego i po prostu zniknąć z miejsca zdarzenia. To tak nie działało. Była dorosłą, odpowiedzialną kobietą, która nigdy nie zaniedbywała obowiązków. Stąd kilka wymyślonych na poczekaniu propozycji. No nic, przynajmniej miała dobre chęci i wyszła z inicjatywą, prawda?
Elena Santorini
-
part me from my heart, my fate is sealed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Niestety nie miała jak okazać swojej wdzięczności, ponieważ w jej oczach, brunetka oferowała jej właśnie dragi, paliła coś okropnego i śmierdzącego i w dodatku próbowała sprawić, że Elena nie trafi do domu - a musiała trafić do domu, bo była strasznie zmęczona.
- Boże, ty dalej chcesz się bawić? - wybełkotała, nie rozumiejąc, dlaczego kobieta musiała jeszcze godzinę pobyć w tym klubie. Godzina brzmiała na strasznie długi odcinek czasu, a Elena nie miala na to czasu. Nie zamierzała zasypiać na krawężniku jak jakiś bezdomny żul, musiała przecież zmyć makijaż i zdjąć z siebie te niewygodne ubrania zanim zaśnie w swoim wspaniałym łóżku, które w zasadzie to nie było zbyt wspaniałe, a tak poza tym to powinna być już blisko domu, bo brunetka powiedziała, że są w szemranej okolicy, a czy przecież jej okolica nie była szemrana...
- Tu jesteś! - męski głos rozległ się z bocznej alejki, zatrzymując Santorini równie skutecznie, jak wcześniejsze słowa Zaylee. Wysoki blondyn, którego twarz wydawała mu się jakby znajoma, ale nie do końca ogarniała dlaczego, wyszedł na główną ulicę, natychmiast do niej dopadając. - Już myślałem, że mi się zgubiłaś.
Blondyn był trzeźwy, a przynajmniej wydawał się trzeźwiejszy niż ona. Dostrzegając w półmroku Zaylee chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, kim była lub gdzie pracowała, bo lekceważąco machnął ku niej głową.
- Dopilnuję, żeby trafiła do domu - oznajmił, oplatając ją swoim ramieniem. Było ciepłe, i nawet jakby trochę miłe w tym zimnie, ale nozdrza Santorini wypełnił nieprzyjemny zapach jakiejś taniej wody kolońskiej, od której zrobiło jej się niedobrze.
Zatrzymała się, choć pociągnął ją w jedną stronę. Odchyliła głowę, marszcząc brwi i poczuła, jak wzmacnia się jego uścisk. Stawał się bolesny.
- Chodźmy już, kochanie - rzucił pełnym napięcia głosem, cicho, choć w tej głuchej nocy jego słowa dotarły prosto do uszu brunetki.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Chciałabym. Dawno nie bawiłam się w klubie — powiedziała, ale bardziej do siebie niż do niej. Z lekkim rozmarzeniem w głosie i papierosem przy ustach. No dobra, nigdy nie była imprezowym świrem, ale czasami, jeśli już miała wolny wieczór, lubiła wyjść na miasto, napić się i potańczyć. Wyluzować. Teraz planowała ślub i adopcję dziecka. I jakoś średnio miła nastrój na takie atrakcje.
Blondyn, który zjawił się całkiem znienacka, nie wzbudził jej zaufania. A Miller znała się na ludziach. Nie tylko na tych martwych, ale też żywych. Nic dziwnego, że sposób, w jaki mężczyzna zwracał się do nieznajomej, wydał jej się podejrzany. Zachowywał się tak, jakby ją znał, ale ona nie wyglądała na przekonaną. Nie kojarzyła go? Nie pamiętała? A może w ogóle nigdy nie miała z nim styczności? Zaylee zmrużyła oczy i zlustrowała go badawczym wzrokiem.
— Znasz go? — zwróciła się do kobiety, kiedy ten obejmował ją ciasno ramieniem.
— Oczywiście, że mnie zna — odparł natychmiast blondyn, posyłając Miller lekceważące spojrzenie.
— Nie rozmawiam z tobą, tylko z nią — zaznaczyła i rzuciła niedopałek na chodnik. Przydeptała go butem, po czym wyminęła ich i zagrodziła drogę. Mężczyzna łypnął na nią spode łba, wyraźnie poirytowany tym zachowaniem. — Znasz go? — powtórzyła do brunetki, próbując zwrócić na siebie jej uwagę. Nawet pstryknęła palcami przed jej oczami, żeby zagarnąć jej uwagę.
— Mówiłem już, że...
— Ja też coś powiedziałam. Nie każ mi tego powtarzać — ściągnęła brwi i skrzyżowała ręce na piersiach, w oczekiwaniu na odpowiedź kobiety. Albo decyzję, bo może jeszcze sama nie stwierdziła, czy chciałaby znać gościa, który pojawił się znikąd. Może jego towarzystwo jej odpowiadało, wtedy ingerencja Miller nie miałaby najmniejszego sensu. Poza tym Zaylee musiała mieć z tyłu głowy istotny fakt - gdyby mężczyzna zaczął coś odpierdalać, w klubie roiło się od policyjnych funkcjonariuszy, z czego zapewne nawet nie zdawał sobie sprawy. No i nie bez powodu zawsze nosiła przy sobie skalpel. A skalpel w jej dłoniach potrafił być zarówno niezwykle użyteczny, jak i niebezpieczny. Kilka tętnic już się o tym przekonało.
Elena Santorini
-
part me from my heart, my fate is sealed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Uścisk mężczyzny był bolesny. Wzmagał gdy brunetka podeszła do ich dwójki - nie słyszała, o czym dokładnie ze sobą rozmawiali, ale blondynowi z pewnością się to nie spodobało bo coraz mocniej zaciskał swoje długie palce na jej ramieniu i nawet wspaniały płaszcz, który miała na sobie, nie izolował tego wrażenia szczególnie dobrze.
- Przestań - rzuciła cicho, słabo, świadoma tego, że brzmiało to niegrzecznie, ale jej mózg działał na zbyt spowolnionych obrotach, nie potrafiła się sensownie wytłumaczyć. - To boli.
Jej głowa obróciła się w stronę Zaylee, nieznajomej, która wcześniej pomogła jej z płaszczem - chyba? Zaprowadziła ją do szatni, więc na pewno była w porządku osobą - poza tym, że też widziała trupa, a to czyniło z niej zagrożenie. Będzie musiała się jej pozbyć, ale to nie teraz.
- Piliśmy razem - wydukała, marszcząc brwi. Nie wiedziała, dlaczego tak cholernie trudno było jej się wysłowić, język przecież był jej największym z atutów. - Stawiał mi drinki - dodała, krótko.
- Jesteśmy ze sobą od pół roku - spróbował mężczyzna, wypełniając dziury między jej słowami, ale nie poluzował chwytu.
A jej się to bardzo nie spodobało.
- Nie znam go - wyrzuciła z siebie wreszcie, odwracając się w stronę kobiety. - Chyba.
Blondyn zaklął głośno i siarczyście, tak, jak ci ordynarni Kanadyjczycy mieli w zwyczaju. Przez chwilę wyglądał, jakby zastanawiał się nad tym, co zrobić dalej - ale coś go spłoszyło. Santorini tego nie widziała, ale w drzwiach baru pojawił się funkcjonariusz. Policjant wzrokiem szukał Zaylee, ale na widok ich trójki, zmarszczył brwi.
A blondyn rzucił się biegiem ulicą, wypuszczając ją ze swojego uścisku - sprawiając, że wpadła prosto na brunetkę, chwiejąc się, nagle nie mogąc utrzymać pionu.
- Policja - szepnęła, znów przestraszona, odwracając się, lgnąc do brunetki, która była jej podporą w tym momencie. - Nie wiem, co się ze mną dzieje - dodała, a jej oddech przyśpieszył, gdy panika zaczęła zakradać się do jej ogłupionej narkotykiem głowy. - Pomóż mi. Nie chcę iść do więzienia.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Puść panią, zanim powiadomię kogo trzeba — ostrzegła lojalnie, wsuwając jedną dłoń do kieszeni płaszcza, gdzie odnalazła metalową rękojeść skalpela. Była wystarczająco zdeterminowana, żeby go użyć. — Zawsze tak szarpiesz kobiety, które mówią, że cię nie znają? To naprawdę bardzo desperacki gest — zauważyła, kiedy mężczyzna zaklął pod nosem.
Odwróciła głowę, napotykając porozumiewawcze spojrzenie jednego z funkcjonariuszy, który najpewniej chciał ją powiadomić o przybyciu śledczych. W tym samym momencie blondyn odepchnął od siebie kobietę i popędził w przeciwnym kierunku. Śmieć, pomyślała Zaylee, obejmując ramieniem nieznajomą.
Kropki zaczęły się łączyć. Możliwe, że kobieta została otumaniona narkotykami przez tego faceta, z którym piła i który przed chwilą próbował wmówić nie tylko Miller, ale również swojej potencjalnej ofierze, że ją zna.
— Poczekaj, spójrz na mnie — ujęła jej twarz w swoje dłonie i zajrzała prosto w oczy; rozszerzone źrenice znów potwierdzały, jak bardzo była porobiona. — Powiedziałam już, że nic ci nie grozi i to podtrzymuję. Ale muszę na chwilę wrócić do klubu. To nie zajmie dużo czasu. Poczekasz tam ze mną, dobrze? — objęła ją ramieniem z powrotem prowadząc w stronę uchylonych, tylnych drzwi budynku. — Obiecuję, że nie pójdziesz do żadnego więzienia, a policja nawet nie będzie z tobą rozmawiać. Dokończę to, co muszę zrobić i odwiozę cię do domu. Może tak być? — obdarowała ją łagodnym, pokrzepiającym uśmiechem.
Niezwykle trudno było porozumieć się z kimś, do kogo niewiele docierało i kto za wszelką cenę wzbraniał się przed pomocą. Miller wiedziała, że nie było w tym żadnej winy kobiety, przez którą przemawiały narkotyki. Nie myślała trzeźwo i nie rozumowała logicznie. Zresztą świadczył o tym fakt, jak niewiele brakowałoby, aby doszło do tragedii. A jeśli sytuacja z blondynem nie pokazała, że Zaylee zależało na jej bezpieczeństwo, to nie miała pojęcia, co innego mogłoby to potwierdzić.
— Wejdźmy do środka — zarządziła, przepuszczając ją w drzwiach. — Usiądziesz przy szatni, a ja dopełnię wszystkich formalności niedługo do ciebie wrócę. Tylko nie rób głupstw — wymierzyła w nią palcem. — Widziałaś, jak skończyło się twoje idę do domu. Usiądź na tyłku i nie ruszaj się stąd — poleciła stanowczym tonem, mają nadzieję, że tym razem nieznajoma jej posłucha.
Elena Santorini
-
part me from my heart, my fate is sealed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie widząc policjanta z początku, była też pewna, że to jej wyłącznie zawdzięcza ucieczkę blondyna. Nie wiedziała, gdzie pobiegł, ale coś instynktownie podpowiadało jej, że już miał nie wrócić.
- Masz straszną potrzebę tańczenia - skwitowała mruknięciem, pociągając ostentacyjnie nosem. Opatuliła się płaszczem szczelnie - mogła poczekać, no bo chyba nie było to zbyt dużo czasu? Ale było tu strasznie zimno, ten pieprzony płaszcz był dostosowany do Europejskich zim, a nie tego pogromu, który dział się w tym przeklętym kraju.
Mrugnęła i nagle znajdowały się w drodze z powrotem. Miało to sens, ale Elena nie chciała za bardzo tańczyć, świat wirował jej przed oczami i nie była pewna gdzie jest przód, a gdzie jest tył. Pociągając nosem nieustannie - miała nadzieję, że nie będzie chora, bo miała w sobotę być na scenie - przytaknęła cicho, pozwalając Zaylee zaprowadzić się do środka.
- Ja nie robię głupstw - żachnęła się, gdy słowa kobiety obudziły w niej przykrytą narkotykowym hajem dumę. - Wypraszam sobie.
Ileś czasu minęło. Wiedziała to, ponieważ kobieta zniknęła, a potem znowu ją zobaczyła obok. Nie była pewna co działo się w tym czasie, ale była świadoma tego dziwnego wzroku faceta z szatni i tego, że patrzył się na nią podejrzliwie. Przypomniała sobie też, że przecież miała ze sobą torebkę i zapragnęła jej poszukać - musiała być też tam, gdzie płaszcz.
Gdy Miller wróciła, Santorini chowała się gdzieś między rzędami płaszczy, z uporem przetrzepując wszystkie rzeczy osobiste pozostawione przez klubowiczów.
- To wariatka! - krzyknął chłopak z desperacją, nawołując do Zaylee gdy pojawiła się na horyzoncie. - Zabierz ją, albo poproszę któregoś z tych glin żeby to zrobili!
- Nie waż się! - ryknęła gdzieś spomiędzy ubrań, wytaczając się z pogromu rozwalonych wszędzie rzeczy. - Szukałam torebki ale chyba jej tu nie ma - westchnęła, bez większego bólu w głosie. Miała tam tylko telefon - Giovanni kupił jej pierwszy, więc na pewno kupi jej drugi. - Idziemy?
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Do miejsca, w którym zostawiła młodą kobietę, wracała z duszą na ramieniu i nadzieją, że ta dalej tam była. Na początku stanęła, jak wryta. Omiotła wzrokiem szatnię, ale nigdzie jej nie dostrzegła. No zwiała, jak chuj. Dopiero słowa mężczyzny uświadomiły ją, że jednak gdzieś tam się kotłowała pomiędzy płaszczami, a sama nieznajoma utwierdziła ją tym swoim głosem zza wieszaków. Miller westchnęła pod nosem i posłała szatniarzowi z koprem przepraszający uśmiech.
— Już ją stąd zabieram — zapewniła, chwytając ją pod ramię i prowadząc w stronę głównego wyjścia. — Miałaś coś ważnego w tej torebce? Dokumenty? Gotówkę? — dopytała, ale zanim kobieta zdążyła odpowiedzieć, Zaylee szturchnęła dyżurującego niedaleko parkietu mężczyznę. — Perry, daj znać, jeśli znajdziesz jakąś torebkę — rzuciła, na co ten zasalutował swobodnie.
— Się rozumie, pani doktor — przytaknął skinieniem głowy.
Wyszły przed budynek, a chłodne powietrze uderzyło je w twarz, przynosząc chwilową ulgę po panującej w środku duchocie. Miller wyjęła z kieszeni pilot i nacisnęła przycisk. Czarny Ford stojący kilka metrów dalej odpowiedział krótkim, charakterystycznym piknięciem i mrugnięciem świateł. Skinęła lekko podbródkiem w stronę samochodu, zachęcając kobietę, żeby ruszyła za nią, po czym sama skierowała się w tamtym kierunku. Otworzyła drzwi od strony kierowcy i wsiadła do środka. Kiedy ta w końcu do nie dołączyła, zapięła pas bezpieczeństwa i dopiero wtedy przekręciła kluczyk w stacyjce. Światła na desce rozdzielczej rozbłysły delikatnie. Powoli wyjechała z parkingu, ostrożnie manewrując między stojącymi samochodami.
— Gdzie mieszkasz? — zapytała w końcu, zerkając na nią na moment, zanim ponownie skupiła wzrok na drodze. — Potrzebuję dokładnego adresu, żeby móc podwieźć cię do domu — doprecyzowała. W końcu nie czytała jej w myślach.
Podejrzewała jednak, że myśli kobiety i tak były teraz kompletnie rozbiegane. Istniała też spora szansa, że to, co wzięła - sama albo za pośrednictwem kogoś - zaczynało już powoli przestawać działać. Sięgnęła jedną ręką do bocznego schowka w drzwiach i wyciągnęła z niego niewielką butelkę wody. Odkręciła ją jednym ruchem i wystawiła w jej stonę.
— Napij się — poleciła krótko. Przez moment uświadomiła sobie, że cała ta sytuacja zaczyna przypominać odbieranie z imprezy najebanej i porobionej nastoletniej córki. Pozostawało tylko mieć nadzieję, że w przyszłości nie będą przeżywać podobnych scen z Samem. Choć, znając życie, nie dało się tego całkowicie wykluczyć.
Elena Santorini