ODPOWIEDZ
33 y/o
For good luck!
186 cm
niezależny krytyk filmowy w zaciszu własnego domu
Awatar użytkownika
the only peace is a place inside my mind, the only peace is the past rewind, 'cause all was well once upon a time.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjiprzeszły
czas narracjitrzecioosobowa
postać
autor

now i’m lost on my own
in search of something real
W d e c h, wyłącznie jeden głębszy oddech, nie więcej niż wstęp dłuższej wypowiedzi. Potem: w y d e c h, w trakcie którego — bezwiednie, acz trochę mocniej, może wręcz za mocno — zacisnął szczękę. Odruchowo pokiwał głową.
“Jestem zachłanną kobietą”.
Słowa, nieważne, czy prawdziwe, rozpatrywał wyłącznie jako z m i e n n ą. Elena także była taką niewiadomą. Wciąż czymś, co dopiero trzeba sklasyfikować, czymś, czego był niezmiernie ciekaw, a jednocześnie — czymś, co odkrywał bardzo powoli, niespiesznie. O s t r o ż n i e. Trochę obawiał się, czym się to skończy.
Jednak przede wszystkim obawiał się tego, co to (z)robi z nim.
Od czasu do czasu, będąc z Eleną, zachowywał się bowiem n i e p r z e w i d y w a l n i e, co — szczególnie w rozumieniu kogoś, kto wszędzie szuka kontroli, a także struktury — jawiło mu się jako niebezpieczne. Jeżeli nie wie, jak zareaguje, skąd może wiedzieć, co zrobią inni? Jak poradzi sobie w sytuacji bez jasno ustalonych ram?
Mimo to trochę się rozluźnił.
Ale co z tego, skoro za chwilę jeszcze raz napiął mięśnie, widząc, jak odchodzi. Poczuł ukłucie, niewygodny ból w boku, nieprzynależny do żadnego, jaki dotychczas odczuwał. Wcisnął jednak obie dłonie do kieszeni, czekając w milczeniu, aż wróci. Rzeczywiście potrzebowała dokładnie piętnastu minut.
Czasami bywam w pewnym miejscu — zaczął ostrożnie, zrównując krok z krokiem Santorini, tym samym kierując się w stronę wyjścia z teatru — które jest raczej spokojne… jeśli to nie problem.

***


D ż e n t e l m e ń s k o — tak się zachowywał, co, być może, trochę wykluczało się z ogólnym wizerunkiem oraz powszechnym wyobrażeniem dotyczącym krytyka. Theodore bowiem — wbrew temu, co sobą reprezentował — grzecznie, ale i nienachalnie otworzył drzwi teatru, pozwalając Elenie wyjść przodem. Wysunął odruchowo ramię, widząc śliską, niebezpieczną drogę. Gestem pewnym, n a t u r a l n y m, trzymał towarzyszkę, minimalizując tym samym zmienne — ewentualnie poślizgnięcie się, dyskomfort, a także wszechobecny chaos. Asekurował Elenę podczas wsiadania do Cheroleta Camaro z niskim zawieszeniem, praktycznie do samego końca trzymając jej małą dłoń.
Tak było s t a b i l n i e j.
Theodore odruchowo włączył muzykę, taką, jaka prawdopodobnie odpowiada wyłącznie małemu odsetkowi społeczeństwa, niemniej jednak przynajmniej przyciszył — a to dużo. The Unforgiven grało cicho z głośników, ale kiedy przekręcił kluczyk, ośmiocylindrowy silnik zamruczał nisko, ochoczo. Theodore, o dziwo, odmierzał drogę nie faktycznym czasem, a utworami. Dlatego w momencie, w którym końca dobiegało Wish You Were Here Pink Floydów, zaparkował równolegle pod lokalem.
Przekręcił kluczyk i wysiadł pierwszy.
Obszedł przód samochodu, aby otworzyć drzwi od strony pasażera, po czym chwycił Elenę za rękę i pomógł wysiąść, oferując swój łokieć jako oparcie. Robił to tak n a t u r a l n i e, jakby to była o c z y w i s t o ś ć — tak kontrolował zmienne. Upewniał się, czy okolica jest bezpieczna, ale przede wszystkim — kontrolował dany moment, uwzględniając w tym przechodniów, wysokość krawężnika, a także oblodzenie chodnika. Przez chwilę szedł więc równo z dziewczyną, ale zwolnił o pół kroku, kiedy dotarli pod wybrany przez niego lokal. Przytrzymał drzwi stabilnie, tak, aby weszła swobodnie do lokalu, po czym zamknął je cicho.
Wewnątrz szedł pół kroku za Eleną.
Tędy — odezwał się cicho w którymś momencie niskim, głębokim tonem, bliżej ucha towarzyszki. Jednocześnie położył dłoń w dolnej części jej pleców, lekkim naciskiem kierując Santorini w bok, do miejsca, w którym siadał z a w s z e. Oddalonym od największego zgiełku, niedaleko ściany, skąd widział całe pomieszczenie.
Pozwoli pani… Pomogę pani z płaszczem — zaproponował, wyciągając ręce. Zanim jednak cokolwiek zrobił, czekał na decyzję.

Elena Santorini
Theo
what a dumb idea... do it!
27 y/o
REKRUTER
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
part me from my heart, my fate is sealed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

the fault lines we hide
buried inside
outfit
Nie była na to przygotowana.
Jej plan na dzisiejszy wieczór był zaskakująco spokojny - nie mając nikogo umówionego na spędzenie czasu nocy, zwyczajnie planowała przedwcześnie wrócić do swojego mieszkania. Niezależnie od dzielnicy i nieprzyjemnych sąsiadów, wciąż było jej znajomymi, czterema ścianami, w których mogła całkowicie się rozluźnić. Zamierzała wyskoczyć ze swoich ubrań, wziąć nieprzyzwoicie długą kąpiel i wsunąć do pustego łóżka, zdobywając tyle godzin snu przed porannymi zajęciami ile była tylko w stanie.
Wpadając na zaplecze sceny, do innych, czterech ścian należących do niej, krytycznie oceniła swój wygląd. Szamocząc się bardziej niż zwykle, z niecierpliwością wysuwała kolejne wsuwki jedna za drugą, przeczesując ciężkie od lakieru do włosów włosy. Z szafy wyjęła ubrania na czarną okazję, które wcisnęła doń gdy jeden z jej planów nie wypalił jakiś czas temu i zapomniała zabrać ich do domu.
Los jej sprzyjał, nawet, jeśli z początku tego nie dostrzegała.
Wychodząc na zewnątrz narzuciła na siebie swój Włoski płaszcz - równie drogi w cenie na metce, co drogi jej sercu, bowiem zabrała go ze sobą pośpiesznie pakując się z domu. Wtedy jeszcze nie miała świadomości tego, że nigdy do niego nie wróci. Płaszcz nie nadawał się na Kanadyjskie zimy, wymagając od niej zakładania na siebie tysiąca warstw odzieży i swetrów pod spodem, ale tym razem nie zamierzała spacerować na zewnątrz.
Tym razem zmierzała prosto do zaparkowanego pod teatrem samochodu.
Jej wzrok prześlizgnął się po eleganckim aucie, którego właścicielowi miała dziś towarzyszyć. Z jakiegoś powodu bardzo do niego pasował - w ten sam sposób, w jaki często zarzuca się właścicielom czworonogów, że ich zwierzęce pociechy nabierają ich cech. Camaro był elegancki, z daleka zwodniczo niepozorny, z bliska zaś odbierający dech w piersiach gdy dostrzegło się schowane w jego budowie niuanse. Agresywne linie przełamane miękkościami jedynie tam, gdzie były absolutnie potrzebne - a gdzie dodawały mu charakteru.
Napięcie wypełniło wnętrze pojazdu równie skutecznie, jak włączona przez mężczyznę muzyka. Nie były to melodie, do których przywykła - głównie dlatego, że poza salą treningową rzadko kiedy umyślnie wybierała coś do towarzyszenia jej w codzienności. Zwykle polegała na tym, co grało wszędzie wokół - popowych piosenkach wypełniających butikowe sklepy, tych samych, pięciu utworach granych w radio jej taksówek.
Wybór piosenek, podobnie jak jego auto, dopełniały pewien obraz Beaulieu, który powoli tworzył się w jej głowie.
Miejsce, które wybrał, było dla niej zaskakujące - ale nie na tyle, by pozwoliła, by to zaskoczenie przełamało idealną fasadę na jej twarzy. Posłusznie odwróciła się do niego plecami, pozwalając, by jej płaszcz zsunął się nieco z ramion. Dotyk jego skóry, gdy musnął jej nagie ramię pod spodem gdy sięgał po odzież, zrodził przyjemny dreszcz podróżujący aż do kobiecego karku.
- Dziękuję - odparła melodyjnie, czekając, aż mężczyzna upora się z płaszczem - a późnej siadając na wskazanym jej miejscu, z którego uprzednio odsunął krzesło, czy też z własnej inicjatywy, czy dostrzegając, że na to czeka. Santorini była na wiele sposobów staromodną kobietą. - Często bywa pan w miejscach takich jak to? - dodała, zagadując, gdy karta menu wylądowała już w jej rękach.

Theodore S. Beaulieu
33 y/o
For good luck!
186 cm
niezależny krytyk filmowy w zaciszu własnego domu
Awatar użytkownika
the only peace is a place inside my mind, the only peace is the past rewind, 'cause all was well once upon a time.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjiprzeszły
czas narracjitrzecioosobowa
postać
autor

Wdech — głęboki, długi, ale bezgłośny.
Theodore wstrzymał oddech na sekundę, może dwie, po czym podszedł bliżej. Przystanął dosłownie paręnaście centymetrów za Eleną, podniósł ręce, po czym… z a m a r ł, jakby ni stąd, ni zowąd wszystko sobie uświadomił. Jakby nagle zauważył to, jak blisko stoi, to, co robi, jednocześnie nie do końca rozumiejąc, dlaczego to robi. Nagle to, co uważał za nieoptymalne, wróciło.
Beaulieu rozejrzał się dookoła. Mimowolnie, trochę od niechcenia, ale czujnie. Od razu dostrzegł parę osób, z których część pochylała się, jedząc słynny sernik, a część pochylała się, bawiąc się telefonem. Część obsługi sprawnie kręciła się dookoła, przynosząc zamówienia, a także sprzątając po klientach, którzy dopiero co wyszli. Wszystko w swoim rytmie, ale rytmie, od którego się odzwyczaił. Wolniejszym niż w godzinach szczytu.
Dopiero teraz, ogarnąwszy przestrzeń dookoła, powiódł wzrokiem wzdłuż sylwetki tancerki, zanim ruchem tak delikatnym, że aż prawie czułym dotknął cienkiego płaszcza. Dotknął materiału na karku, chwytając go ciepłymi dłońmi, po czym przesunął ręce wzdłuż ramion. Odczekał chwilę, pozwalając, aby wysunęła ręce z rękawów, a potem poprawił chwyt. Odsunął w międzyczasie parę kosmyków gęstych, ciemnych włosów, ograniczając zmienne, takie jak wplątanie się włosów w kołnierz, pociągnięcie, zepsucie uczesania. Dosłownie przez jedną sekundę zachodził w głowę, czy robi dobrze, czy źle. Bo przecież z jednej strony stał blisko, z drugiej — daleko.
Theodore, odpychając od siebie odpowiedź na niewygodne pytanie, luźno przewiesił płaszcz przez własne przedramię, aby odsunąć Elenie krzesło. Dopiero potem złożył materiał i powiesił na oparciu wolnego siedzenia, tak, aby pomiędzy nim a podłogą zostało parę centymetrów.
Usiadł naprzeciwko, podciągając trochę wyżej oba wcześniej podwinięte rękawy czarnej koszuli.
Często nie. Czasami — odezwał się cicho, ciszej, niż prawdopodobnie powinien. Trochę tak, jakby zbierał siłę, a trochę tak jakby chronił prywatność, i c h prywatność. Prywatność rozmów, przede wszystkim jednak — intymność czasu spędzanego razem. Uświadomiwszy to sobie, ściągnął brwi. Tym razem odpowiadał własnym myślom, n i e o p t y m a l n y m, w szczególności zaś niefunkcjonalnym. Jednocześnie uświadomił sobie coś o wiele groźniejszego: granica się przesunęła.
Ale zawsze pomiędzy trudnymi rozprawami — Theodore jedynie pobieżnie podniósł wzrok, przyglądając się krótko szczebioczącej kelnerce, po czym trochę za szybko zerknął w bok. — Dzisiaj przerwa?
Powiedzmy — powiedział, niekoniecznie chłodno, co po prostu trochę obojętnie. Zamiast jednak cokolwiek wytłumaczyć, wziął menu. Czuł napięte mięśnie karku, tak, jakby słowa kelnerki pomogły krytykowi zrozumieć coś niewygodnego. Dotychczas tłumaczył takie zachowanie zawodem. Pracując jako adwokat, naturalnie dbał o tajemnicę zawodową, bo inaczej pożegnałby się z licencją. Wiedział, co jest o p t y m a l n e, które miejsce wybrać, gdzie usiąść, a także na którą godzinę umówić spotkanie, niemniej jednak w relacjach prywatnych…
Cholera.
Proszę zamawiać, pani Eleno —odezwał się, prawdopodobnie niezbyt grzecznie zmieniając temat. Niekoniecznie wiedział, skąd to się bierze, ale wiedział jedno: wiele kobiet lubi zamawiać jako pierwsze. Część lubi, kiedy zamawia się za nie, niemniej jednak trudno byłoby mu odgadnąć, do której kategorii zalicza się Elena. Czy da się przewidzieć preferencję jednostki, nieznanej, widzianej zaledwie dwukrotnie? Przekazał więc, kolokwialnie mówiąc, pałeczkę, przyglądając się Santorini z ciekawością. Tym razem bez nerwowego pocierania nadgarstka, oprócz tego jednego, nieświadomego ruchu, jakby w odpowiedzi na słowa kelnerki.

Elena Santorini
Theo
what a dumb idea... do it!
27 y/o
REKRUTER
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
part me from my heart, my fate is sealed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Santorini nawykła do bycia traktowaną w ten sposób - do odsuwania jej krzesła i zabierania jej płaszcza. Było to dla niej tak naturalne, jak oddychanie, dlatego też zaskoczyła ją jej reakcja na bliskość mężczyzny. Doskonale świadoma jego dotyku, pozwoliła, by płaszcz opadał z jej ramion nieco dłużej, niż zwykle, napawając się zapachem męskim perfum wypełniającym przestrzeń między nimi.
Gdy Beaulieu się odsunął, gęsia skórka naznaczyła jej skórę pod wpływem chłodu, który nie miał zbyt wiele wspólnego z brakiem odzieży wierzchniej.
Zasiadając naprzeciw niego, zmusiła się do spojrzenia na kartę menu, choć ponad nią, zerkała na mężczyznę. Stanowił dla niej pewnego rodzaju zagadkę, co zwykle nie dotyczyło innych ludzi. Elena posiadała wiele talentów, ale jej umiejętność odczytywania drugiego człowieka przydawała jej się w życiu najczęściej. Większość osób stawała się dla niej otwartą księgą zaledwie po kilku minutach rozmowy, za to poznany na premierze filmowej krytyk stanowił kontrast sprzecznych sygnałów, których nie umiała zidentyfikować.
Z jednej strony wydawał się skryty, niechętny do wychodzenia poza swoją strefę komfortu, której obrona stanowiła dla niego wysoki priorytet. Nie lgnął do niej jak mężczyźni nią zainteresowani robili to zwykle, nie prawił jej komplementów, które słyszała tysiące razy. Każdy jego ruch wychodzący jej naprzeciw wydawał się mocno przemyślany, niczym obierana w czasie rzeczywistym strategia, której fragmenty dostrzegała w jego spojrzeniu.
A jednak przyszedł na spektakl, obejrzeć to, co było dla niej najważniejsze - jej taniec. Odnalazł ją później, w foyer, pragnąc o tym z nią porozmawiać. Przyjął jej zaproszenie, zabierając ją z teatru do swojego samochodu, a teraz tkwili naprzeciw siebie, przy jednym stoliku, spędzając wspólnie wieczór.
Z ciekawością przeniosła swój wzrok na obsługę, którą zwykle ignorowała. Uśmiechnęła się do kelnerki, spijając każde słowo z jej ust - słowo, które w jakiś sposób opisywało j e g o. Nie zdała sobie sprawy z momentu, w którym stał się dla niej zagadką, którą pragnęła rozwiązać.
Krótka interakcja z kelnerką była niewinna, a jednak ukrócił ją dość szybko. Przekrzywiła lekko głowę, spoglądając już na niego otwarcie znad karty menu.
- Panna Santorini - poprawiła go uprzejmie, zerkając na dostępne ciasta. Podejrzewała, że byłoby mu to na rękę, gdyby wybrała coś dla siebie. Wygięła więc usta w niemal perwersyjnym uśmiechu, dodając: - Wezmę to, co pan poleca.
Odstawiła kartę, tracąc nią resztki zainteresowania. Opadła na oparcie krzesła, pod stołem zakładając nogę na nogę. Czubek jej buta trącił męską nogę pod spodem w geście będącym na wpół przypadkiem, na wpół intencją.
- Nie wiedziałam, że krytycy filmowi biorą udział w trudnych rozprawach - dodała, wracając do tej krótkiej wymiany słów sprzed chwili. Przyglądała się mężczyźnie z zainteresowaniem, przegrywając z chęcią droczenia się. - Czyżby nie był pan tym, za kogo się podawał?

Theodore S. Beaulieu
33 y/o
For good luck!
186 cm
niezależny krytyk filmowy w zaciszu własnego domu
Awatar użytkownika
the only peace is a place inside my mind, the only peace is the past rewind, 'cause all was well once upon a time.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjiprzeszły
czas narracjitrzecioosobowa
postać
autor

Theodore bardzo powoli pokiwał głową w górę i dół.
P a n n a Santorini — odezwał się powoli, powtarzając to, co usłyszał, Cicho, tak, jakby smakował oba słowa. Skorygowaną formę. Jakby sprawdzał, jak brzmi, jednak przede wszystkim — co czuł, najpierw formując poszczególne wyrazy na języku, a dopiero potem niespiesznie je wypowiadając. Wszystko, o dziwo, bez dostrzegania jakichkolwiek ludzi dookoła. Czuł się tak, jakby odcinał wszystkie niepotrzebne bodźce: uderzenia sztućców, śmiech, urwaną w połowie rozmowę gdzieś z boku — tyle że totalnie nieświadomie.
Dziwne.
Skinął głową jeszcze raz, tym razem szybciej, odnotowując doprecyzowane parametry.
Rozluźnił ramiona o centymetr, maksymalnie dwa, a zamiast żartować, w nieskończoność myśląc o tym, co tak naprawdę oznacza “panna”, a co nie, krótko podziękował za kartę dań. Przebiegł wzrokiem w dół, potem w górę, bardzo odruchowo oraz nieświadomie, trochę tak, jakby upewniał się, czy wszystko wygląda tak samo. Czy czcionka wciąż jest taka sama, czy skład potraw wciąż jest taki sam, czy menu wygląda tak samo. Wyglądał tak, jakby rzeczywiście często tutaj bywał, chociaż niekoniecznie zdawał sobie z tego sprawę.
Mężczyzna opadł o parę dodatkowych milimetrów, rozluźniając się prawie do końca, kiedy zrozumiał jedno: niewiele się zmieniło. Ba, wszystko wyglądało dokładnie tak samo, chociaż od czasu do czasu zmieniały się okoliczności, co samo w sobie dawało mu ogromne poczucie stabilności. Poczucie stabilności natomiast, chociaż często złudne oraz jedynie chwilowe, pomagało mu się odprężyć…
Przynajmniej do czasu.
“Wezmę to, co pan poleca”.
Theodore automatycznie ściągnął brwi, trochę zaskoczony, a trochę czując odpowiedzialność za c u d z ą decyzję. Decydowanie za innych, szczególnie z tak ograniczonymi informacjami, pełne za to nieoczywistych zmiennych, wywołało napięcie. Niemniej jednak, skoro kazała powierzyła mu wybór, potraktował zadanie bardzo poważnie.
Ale, być może trochę paradoksalnie, zamknął kartę dań. Tylną, utwardzoną okładkę oparł o brzeg stołu, po czym ściągnął brwi, wpatrując się w logotyp. Myślał. R o z w a ż a ł. Przeliczał wszystko, co wiedział. Potrzebował czegoś bezpiecznego, sprawdzonego, ale przede wszystkim — lekkiego, bo robiło się coraz później.
Odetchnął głębiej.
Proponuję świeżo grillowanego łososia z purée ziemniaczanym i brokułami. Jest przewidywalny i rzadko zawodzi. Do tego wodę, a na deser klasyczny sernik — odezwał się wreszcie, tym razem głośniej, poniekąd tłumacząc swój wybór, a poniekąd co mniej ważne pozostawiając jedynie w formie niewypowiedzianych myśli. Bo przecież to, czy rzeczywiście uwzględnił zarówno późną porę, jak i wysiłek fizyczny panny Eleny, było bez znaczenia. Ułatwiło mu jednak wybór.
Odłożył kartę dań, ale milczał.
Dopiero po paru sekundach podniósł wzrok, spoglądając nie na kelnerkę. Nie na salę. Obserwował pannę Elenę, uważnie, ale co ważniejsze — z pewnym spokojem płynącym z wrodzonej pewności siebie. Bardzo charakterystycznej wśród ludzi, którzy niekoniecznie przejmują się opiniami innych.
Pominąłem pewne informacje. — Theodore skinął głową, trochę zgadzając się z panną Eleną, a trochę korygując usłyszane słowa. Bez imienia. Bez “pani”. Bez “panno”, trochę tak, jakby próbował odnaleźć się w nowych zasadach. Beaulieu pochylił głowę w bok, po czym oparł łokcie o stół, aby trochę mocniej pochylić się w stronę Santorini. Tym razem przyglądał się kobiecie z ciekawością, tak, jakby badał, co zrobi.
Ale wcale nie podawałem się za nikogo konkretnego. Po prostu nie zostałem o to zapytany. Czy to problem?

Elena Santorini
Theo
what a dumb idea... do it!
27 y/o
REKRUTER
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
part me from my heart, my fate is sealed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W ciszy, która nastała między nimi pozwoliła sobie przyglądać się siedzącemu naprzeciw mężczyźnie w otwarty sposób. Stanowił pewien paradoks - uprzejmości, otwartości, którą oferował wyrażonej chociażby przyjętym przez nią zaproszeniem i własną inicjatywą przyjechania do teatru. Te wszystkie cechy, które powinny czynić z niego otwartą księgę dla osób pokroju Santorini, jednocześnie przełamywane były pewnym murem - murem, za którym Beaulieu chował się skrzętnie, napotykając dla siebie wyzwanie. Chował się, by wszystko sobie ułożyć, zaplanować, przeanalizować.
I to, na swój sposób, było zaskakujące.
Przywykła do tego, że większość osób poświęcało wyłącznie skrawek swojej uwagi na świat zewnętrzny bądź mijanych przez siebie ludzi. Nawet na spotkaniach towarzyskich niejednokrotnie łapała się na obojętności dotyczącej przyziemnych gestów - machaniem ręki na wybranie wina, nieprzemyślanym przytakiwaniem w trakcie słuchania czyjejś opowieści, czy nawet zerkaniem na telefon gdy ośmielił się wibrować w spodniach nadciągającą wiadomością.
Przywykła do tego, do tego, że nie jest punktem czyjegoś skupienia - nie w całości. Było to konsekwencją funkcjonowania w obecnej rzeczywistości, w której nic nie było już nowe, fascynujące i pochłaniające bez reszty.
Nie czuła się tak w spojrzeniu krytyka, który, jak się okazało, był kimś więcej niż fanem kina, który przekuł swoje zainteresowania w źródło dochodu.
Zwykłe zamawianie obiadu, coś, co inny mężczyzna zrzuciłby na karb kelnerki, pytając o rekomendację szefa kuchni, bądź zamówił coś, co lubił samemu, było p r o c e s e m w głowie Theodore'a, który obserwowała z fascynacją.
- Brzmi świetnie - przytaknęła, zauważając, że w pewnym wyrazie hipokryzji, danie, którego wybranie zleciła jemu, wcale nie interesował jej tak bardzo.
Bardziej interesowały ją j e g o wybory.
Uśmiechnęła się lekko, jej plecy opadły na oparcie krzesła gdy kelnerka przyjęła zamówienie, pozostawiając ich przy stoliku w samotności.
- Żaden - odparła lekko, przekrzywiając lekko głowę gdy samo pytanie mężczyzny wzbudziło jej ciekawość. Czy coś w jej tonie głosu podpowiadało, by miała o to do niego uraz? - Spotykając pana na przyjęciu założyłam, że musi pan zajmować się tym zawodowo. Widzę, że zbędne.
Miał rację w tym, że nie zapytała. Santorini nie nawykła do pytania ludzi wprost, zdecydowanie bardziej preferowała wyciąganie własnych wniosków na podstawie rzuconych w konwersacji okruchów informacji. Bezpośredniość nie była jej mocną stroną, a jej zgłębianie było... na swój sposób odświeżające.
- A więc jest pan prawnikiem? - zapytała wreszcie, wprost, szukając potwierdzenia w czymś, co udało jej się już wywnioskować. - Większość prawników, jakich spotkałam, nie posiadała tak interesujących hobby i zajęć poza pracą.

Theodore S. Beaulieu
33 y/o
For good luck!
186 cm
niezależny krytyk filmowy w zaciszu własnego domu
Awatar użytkownika
the only peace is a place inside my mind, the only peace is the past rewind, 'cause all was well once upon a time.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjiprzeszły
czas narracjitrzecioosobowa
postać
autor

Beaulieu milczał, uważnie przyglądając się temu, jak kelnerka odwraca się, a następnie odchodzi, ściskając notes w obu dłoniach. Patrzył, niekoniecznie jednak zauważając młodą kobietę. Patrzył, bardziej lustrując wzrokiem całą knajpę, zamiast konkretnego człowieka, przedmiot bądź miejsce. Raczej odruchowo wędrował więc wzrokiem dookoła, tak, jakby upewniał się, czy wciąż pamięta kształt krzeseł, obdrapane stoliki, a także miejsce, w którym większość klientów wpadała na blat. Jeden ze stolików chybotał się, odjeżdżając o parę centymetrów, jeśli ktoś opierał się o niego za mocno.
Jednocześnie sprawdzał, czy kelnerka cofnie się jeszcze raz, czy wreszcie porozmawiają w spokoju.
Dostrzegając kątem oka, jak wchodzi za ladę, odetchnął niespiesznie, cicho, niekoniecznie wiedząc, czemu to robi. Westchnął jednak z oczywistą ulgą, taką, którą sam się zdziwił. Czuł rozluźniające się mięśnie ramion, barków, a także karku, tak, jakby spadł z nich ogromny ciężar, odpowiedzialność, przynajmniej na chwilę i przynajmniej w części, wciąż odpowiadał przecież za zamówione jedzenie.
Wciąż się pochylał, opierając oba przedramiona o stół, aż wreszcie się wyprostował.
Byłem. Czasami wciąż jestem — odezwał się, ważąc słowa, szczególnie takie, odsłaniające coś, co, przynajmniej w teorii, uważał za osobiste, prywatne. Mówił o tym mało komu. Wolał rozmawiać o filmach, s t r u k t u r a c h, teoriach, głośno myśląc o tym, czy requel to wyłącznie leniwe pisarstwo, granie na emocjach, czy metakomentarz i most międzypokoleniowy — rozumiał to. Uważał za przewidywalne, strukturalne oraz optymalne.
Uczuć nie rozumiał w ogóle.
Gubił się w tym, co powinien, a co rzeczywiście robił oraz mówił, skoro jednak się zainteresowała, czuł się w obowiązku odpowiedzieć.
Szczególnie jeśli uważam to za… — ściągnął brwi, myśląc — ...optymalne.
Wiedział, jak to działa: jedna osoba pyta, druga — odpowiada. Obserwował to w przeróżnych okolicznościach: podczas procesów sądowych, zwyczajnych rozmów, a także, co szczególnie interesujące, w kinematografii. Nieważne jednak, w jaki sposób rozkładał to na czynniki pierwsze, ciągle wymykał się poczuciu jakiegokolwiek obowiązku, szczególnie dotyczącego rozmów z innymi. Ale tym razem... c h c i a ł uznał, że powinien.
Kinematografia jest jednak czymś więcej niż hobby. Film był w moim życiu dużo wcześniej niż prawo — dodał tak samo ostrożnie, tak samo wolno. Film rzeczywiście uważał za coś pierwotnego, coś, z czym dorastał, do czego wracał, a także za coś, co, przede wszystkim, r o z u m i a ł. Prawo było czymś, co przyszło później.
Przyglądał się pannie Elenie.
Ale, panno Santorini, umówiliśmy się — drgnął, ni to się poprawiając, ni to przesiadając — na rozmowę o balecie. To pani wieczór. Wolałbym zachować właściwe proporcje.
Theodore oparł się wygodniej o krzesło, wydawałoby się, tym razem na stałe, wciąż próbując zrozumieć, czemu chwilę temu drgnął i co próbował zrobić. Po trosze wyglądało to tak, jakby wreszcie pozwolił sobie zareagować, wciąż czując wspomnienie dotyku nogi rozmówczyni, a po trosze tak, jakby próbował się usadzić. Mimo to, odchylając się, cofnął nogę dosłownie o jeden centymetr i bezbłędnie odnalazł pannę Elenę spojrzeniem. Uśmiechnął się nawet łagodnie.

Elena Santorini
Theo
what a dumb idea... do it!
27 y/o
REKRUTER
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
part me from my heart, my fate is sealed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W kwestii miejsc Santorini była zupełnym przeciwieństwem do Beaulieu - docierała do tego wniosku gdy patrzyła, jak przyglądał się z zainteresowaniem ich otoczeniu, skupiając na miejscach bądź przedmiotach, których wyraźnie szukał wzrokiem.
Nie było tak zawsze.
W Mediolanie miała swoje ulubione kawiarnie i restauracje, lubiła rutynę, w której rano każdego dnia wpadała w to samo miejsce i zamawiała to samo śniadanie, zaś wieczorami przywdziewała różne kreacje i wychodziła na miasto. Było w tym coś pokrzepiającego, znajdowanie się w znajomych czterech ścianach, kojarzenie twarzy pracowników i zamawianie tego posiłku, co do którego miało się pewność.
W Toronto nic nie było jej znajome. Nie dlatego, że często się przemieszczała - odkąd zorganizowała sobie mieszkanie w Parkdale, ta okolica była dla niej już stałą. Nie też dlatego, że dopiero co tutaj przyjechała. W Kanadzie spędziła już rok, a rocznica wybiła niemal miesiąc temu.
Jedną nogą jednak dalej była w innym świecie, na innej ziemi - w innym czasie, w przeszłości, której wspominanie dawało jej komfort, którego nie była w stanie zaoferować żadna restauracja po tej stronie świata. Kojarzyła te knajpki, w których jedzenie jej smakowało, lub te kawiarnie w drodze na balet, w których przyrządzali dobrą kawę. Kojarzyła je, ale nie pozwała sobie się do nich przyzwyczaić.
Jakby jej pobyt w tym miejscu był wyłącznie tymczasowy. Jakby wciąż była droga wstecz - do ich eleganckiej posiadłości, do ogrodów, które kochała, do salonów, których podłogi nie były skropione krwią. Jakby to wszystko było tylko złym snem, z którego niechybnie się obudzi. Ktoś stanie w drzwiach jej okropnego mieszkania i wręczy jej bilet wstecz - nie mogła więc pozwolić sobie na zgromadzenie zbyt wielu przedmiotów, musiały wejść do walizki. Nie było sensu w tworzeniu korzeni, gdy nie miała pobyć tutaj zbyt długo.
Czerpała więc przyjemność z nowości - nowych miejsc, nowych ludzi. Skupiała się na chwili obecnej, szukając w niej czegoś interesującego, co oderwałoby ją od nieprzyjaznych myśli.
W tej chwili był to Theodore Beaulieu.
- Widzę, że nie lubi pan mówić o sobie - zauważyła z nutką rozczarowania, choć nie należała do osób, które poddawały się łatwo. Na fundamentalnym poziomie rozumiała jego niechęć, ale podejrzewała, że wywodziła się ona z zupełnie innego powodu niż ta jej. - Dlaczego?
Dostrzegła, jak delikatnie przesunął się w krześle. Sama oderwała się od oparcia i pochyliła lekko naprzód, jej łokieć spoczął na blacie nieelegancko, ale nie mieli jeszcze przed sobą posiłku. Podparła policzek na zgiętej w łokciu dłoni.
- Obawiam się, że nie dojdziemy do zgody - westchnęła, może nieco teatralnie. - Ponieważ ja również preferuję słuchać, niż mówić.
Uśmiechnęła się półgębkiem, jej rozpuszczone włosy przysłoniły część tego wyrazu, opadając z jej ramion gdy przechyliła głowę.
- Proponuję układ - zadecydowała, prostując się gdy kelnerka pojawiła się na horyzoncie by przynieść im wodę. - Pytanie za pytanie.

Theodore S. Beaulieu
33 y/o
For good luck!
186 cm
niezależny krytyk filmowy w zaciszu własnego domu
Awatar użytkownika
the only peace is a place inside my mind, the only peace is the past rewind, 'cause all was well once upon a time.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjiprzeszły
czas narracjitrzecioosobowa
postać
autor

Beaulieu m i l c z a ł.
Ciągle. Jeszcze raz. Najpierw jedną sekundę, drugą, a potem trzecią, aż wreszcie pochylił głowę w bok — ale to tyle. Wyglądał tak, jakby zamarł, wyłączył się, w rzeczywistości jednak analizował. Ściągnął co najwyżej mimowolnie brwi, myśląc o tym, co usłyszał. "Dlaczego?"
D l a c z e g o?
Zamiast odgarnąć część kosmyków czarnych, dotychczas zaczesanych do tyłu włosów, teraz swobodnie opadających na skroń, Theodore w milczeniu przyglądał się pannie Elenie. Nieważne, które to było ich spotkanie, wciąż zachowywał się tak, jakby spodziewał się zobaczyć instrukcję obsługi, coś takiego, co powiedziałoby mu, jak powinien się zachować. Wpatrywał się więc w dziewczynę intensywnie, uważnie, b a d a w c z o wręcz, próbując wyczytać coś — cokolwiek — z twarzy swojej rozmówczyni.
Odwrócił wzrok, wciąż marszcząc brwi.
Oceniał przez chwilę, czy pytanie bierze się z prowokacji, czy z ciekawości.
Ludzie rozmawiali jednak zbyt głośno, aby mógł się w pełni skupić.
Niekoniecznie. Po prostu nie uważam swojego życia za temat wymagający rozwinięcia — odezwał się wreszcie, powoli i ostrożnie, jakby dopiero teraz, przyglądając się fakturze ścian za plecami Santorini, udało mu się zebrać myśli. To, co powiedział chwilę wcześniej — przynajmniej w mniemaniu samego Beaulieu — niekoniecznie wiązało się z lubieniem (czy też nielubieniem) czegokolwiek. Lubił zadawać pytania, owszem, niemniej jednak, jeśli ktoś pytał, zawsze odpowiadał. Teraz również. Czasami prosto, czasami dłużej, ale zawsze zgodnie z prawdą tym, co uważał za prawdę. Skoro jednak zapragnęła dowiedzieć się, czy jest prawnikiem, przytaknął. B y ł. Czas przeszły, sugerujący zakończoną czynność, jest tutaj oczywisty. Czy mógł zrobić więcej?
Gwar rozmów, zamiast zelżeć, jeszcze bardziej się wzmagał.
Potarł nadgarstek kciukiem prawej ręki, kierując się jedynym słusznym rozumowaniem: wyciągnęła pochopne wnioski.
Niemniej jednak, skoro pani o mnie pyta, panno Eleno, prawdopodobnie moja hipoteza jest błędna — dodał za chwilę, wreszcie rozluźniając mięśnie. Dostrzegł, jak się pochyla, jak łokieć opiera o blat, a policzek — o dłoń. Słysząc teatralne westchnięcie, uśmiechnął się ledwie zauważalnie — jedynie kącikiem ust.
Theodore odchylił się minimalnie w tył.
Wodząc wzrokiem a to po oczach, a to po prostym, małym nosie i zaokrąglonych ustach Eleny, przesunął szklankę z wodą o parę centymetrów w bok, maksymalnie dwa, może trzy. Potem przekręcił wysokie, szklane naczynie, obracając je w palcach, niby od niechcenia, niby odruchowo.
Trochę za długo przyglądał się Elenie.
Beaulieu splótł więc palce obu dłoni, a następnie oparł nadgarstki o twardy brzeg stołu. Im mocniej zaciskał ręce, tym łatwiej przychodziło mu ignorowanie gwaru głosów, mieszających się ze sobą zapachów różnych potraw, przede wszystkim jednak — bliskości Santorini.
Pytanie za pytanie... To uczciwa propozycja. Wprowadzająca równowagę — skinął powoli głową — ale mam pewne zastrzeżenie: proszę o precyzyjne odpowiedzi. Bez uników. — Odetchnął głębiej, ot, trochę odruchowo, a trochę potrzebując po prostu chwili przerwy. — Niemniej, skoro to pani, panno Eleno, zaproponowała układ, naturalnym wydaje się, aby to pani rozpoczęła.

Elena Santorini
Theo
what a dumb idea... do it!
27 y/o
REKRUTER
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
part me from my heart, my fate is sealed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Elena również należała do osób, które nie lubiły o sobie opowiadać - choć, jak się okazało, z zupełnie innego powodu niż Beaulieu. Jej życie w Mediolanie prawdopodobnie było bardziej interesujące niż przeszłość większości osób, które znała. Dostarczyłaby wielu plotek gdyby postanowiła o nim mówić, gdyby nie było to zbyt bolesne i trudne, i gdyby nie niosło ze sobą ryzyka, którego nie zamierzała na siebie sprowadzać.
Problem leżał w tym, że Elena była osobą słuchającą. Theodore zmuszał ją do wychodzenia z tej strefy komfortu, w której była zaledwie reakcją na to, co mówił ktoś inny. Wydawał się bardziej zainteresowany zgłębianiem tego, co leżało blisko jej serca niż opowiadaniem o sobie. Było to na swój sposób... odświeżające.
Choć nie wiedziała, czy temu podoła.
- Wydaje mi się to niecodzienną zmianą kariery - odrzuciła lekko, wyjaśniając, dlaczego ten akurat szczegół z jego życia ją zainteresował.
Santorini miała zakorzenioną w niej głęboko metodę oceny ludzi na podstawie ich osiągnięć - nie była z tego szczególnie dumna i z pewnością nie chwaliła się tym publicznie, ale ojciec zawsze zmieniał swoje podejście do danej osoby w zależności od jej statusu. Według jego metody oceny, kariera prawnicza wydawała się dużo bardziej prestiżowa niż bycie krytykiem filmowym - zarówno pod względem zarobków, opinii społeczeństwa jak i posiadania eleganckiego biura, a nie pracy w zaciszu własnego domu.
Interesującym było dla niej dlaczego ktoś pokroju Beaulieu chciałby z tego zrezygnować.
Podejrzewała, że nawet, gdyby jej serce bardzo ciągnęło w stronę innych rodzajów tańca, nigdy nie porzuciłaby na ich rzecz baletu. Być może traktowałaby je jako hobby, obiekt zainteresowań na boku, jednak podążanie za nim i rezygnacja ze s t a t u s u primabaleriny nie wchodziły w ogóle w grę.
Zerknęła na nadciągającą kelnerkę, na dwa talerze, które położyła przed nimi. Posiłek zamówiony przez mężczyznę wyglądał pysznie, jednak Elena nie drgnęła, czekając, aż wszystko zostanie podane - a później, niemal automatycznie, czekając aż to on pierwszy sięgnie po widelec, choć w jej żołądku tkwiła pustka po wycieńczającym spektaklu.
Warunek Theo był niebezpieczny. Nie wiedziała, czy powinna się na niego zgadzać - była osobą, która rzadko kiedy wypowiadała się wprost na własny temat, a on zdawał się być na tyle spostrzegawczy, że przyłapałby ją na tym procederze natychmiast. Niemniej, podjęła rękawicę.
- Jak został pan wychowany? - zaczęła i, chcąc wyjaśnić to dość ogólnikowe pytanie, doprecyzowała: - Czy pana rodzice również pracowali w prawie?
Rodzina, miejsce w społeczeństwie - to były rzeczy, które dla niej stanowiły fascynujący temat do rozmów.

Theodore S. Beaulieu
ODPOWIEDZ

Wróć do „Cheesecake Factory”