-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Słuchała go, zaciągając się papierosem. Potrzebowała tego dymu, ale nie spaliła połowy, a włożyła szluga do pustej puszki. Wzrokiem wróciła do Williama. Rozchyliła mimowolnie usta, a z jej oczu popłynęły łzy. Potrzebowała tej szczerości, wypływającej od niego. Wraz z każdym kolejnym słowem coraz bardziej drżała.
Raz gdzieś wyczytała przepiękny cytat: Ciekawe, czy gdybym była deszczem, potrafiłabym połączyć się z czyimś sercem tak, jak padając na ziemię łączę ją z bytem tak odległym jak niebo z jego błękitem? Tylko to nie ona była ich deszczem. Tylko on. William był jak niebo, wolny, zaskakujący, a Lotte jak stabilna, zdystansowana. Właśnie spadł na nich deszcz, choć może to były łzy spływające po jej policzkach, albo jego słowa. Oparła głowę o kolana i wpatrywała się w niego. Tyle nieporozumień, niedopowiedzeń było między nimi, a teraz powoli do nich docierali. Dała mu wszystko w spokoju powiedzieć, czując, że chciałaby móc się w niego jeszcze raz mocno wtulić. Puszka, którą trzymała zaczęła jej delikatnie drżeć. Czy tego właśnie potrzebowała do szczęścia? Jego?
— Też Cię przepraszam... — zaczęła drżącym tonem — za to że ciągle się unoszę, łapię Cię za słówka i próbuję Ci dojebać — od tego zaczynała się ich każda kłótnia. Mogła nie spinać się tak, dać się ponieść emocjom, spróbować mieć normalną relację sąsiedzką. Tylko ta jego rozzłoszczona mina była dla niej cenniejsza niż złoto — i że Cię wtedy uderzyłam... — dodała ciszej, wiedząc, że to go zabolało najbardziej. Emocje nią poniosły — ale poczułam się zdradzona, bo liczyłam na Ciebie — a poczuła tak, bo zaczynało jej zależeć. On zamiast zaprosić nią, przyszedł z jakąś szmatą z kancelarii. Nienawidziła sytuacji takich jak tamta. — a wtedy wepchnąłeś mnie w najgorsze gówno i myślałam, że obserwowanie tego sprawia Ci satysfakcję... — jej ojcu nigdy nie zamykała się buzia. Szczerze miała go dosyć na wiele możliwych sposobów, ale wtedy przekroczył wszelkie możliwe granice. Nikt wtedy nie zareagował, wszyscy patrzyli, on też — myślałam, że przyszedłeś patrzeć, jak cierpię — nigdy nie mieli poprawnej relacji. Zdarzały się te dobre momenty takie jak te na La Palma. Miała wrażenie, że wszystko się zmieniło. Skoro całkowita ciemność finalnie przyniosła im... ulgę?
— Naprawdę nie uważałam Cię za złego człowieka... — chciała, by to wiedział — ale po sylwestrze też mogłeś do mnie zapukać, wiesz? — stwierdziła, pociągając nosem i rozmazując nerwowym ruchem dłoni łzy po twarzy. Cała się mieniła, wyglądała okropnie. Dobrze, że pod osłoną nocy praktycznie nic nie było widoczne. Tylko oni, gwiazdy i delikatne światło księżyca.
— Bo mieliśmy to wszystko, co nas dzieliło — niewyjaśnione sprawy — auta, śmieci, rozwody... — rozwalenie toalety, ale by do tego się przyznać dalej była zbyt trzeźwa — boję się, że mnie wykorzystasz William — mruknęła jeszcze ciszej. Dalej się tego bała. Zbyt wiele wydarzyło się między nimi, a ona dalej chciała w to brnąć. Źle było, kiedy byli razem, ale jeszcze gorzej, kiedy ich nie było.
— Mam to zrobić, żebyś zwrócił mi uwagę, że tego nie chcesz? — spytała jeszcze ciszej. Bała się jego odrzucenia. Co by wtedy zrobiła? Wtedy naprawdę musiałaby się przeprowadzić, a przecież... nie potrafiła sobie wyobrazić codzienności bez ich codziennych wojen.
— Też Cię lubię William — nie sądziła, że te słowa tak trudno przejdą jej przez usta — nawet bardzo — za bardzo. Za mocno. — i chciałabym móc spędzić z Tobą te wakacje, naprawdę — dodała, przesuwając się nieznacznie w jego stronę. Bała się ciszy oraz tego, że nie obejmie jej ramieniem. Cały czas cicho szlochała, nie mogąc uspokoić siebie, ani własnych myśli. Czy wydarzył się właśnie cud nad Wisłą?
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Czy wpuściłaby go do siebie? Odpowiedź wydawała się jej banalna. Oczywiście, że nie. Przynajmniej tak sądziła w pierwszej chwili, ale im dłużej analizowała, tym zdawała sobie sprawę z jednej bardzo ważnej kwestii. Przede wszystkim wszystko zależałoby od okoliczności, gdyby zapukał raz, pewnie udawałaby, że jej nie ma. Po drugim zaczęłaby się czuć nieswojo, ale finalnie by wyszła. Unikałaby go bardziej przez wzgląd na niezręczność i niedojrzałość, którą właściwie cechowali się obydwoje.
— Oby dwoje wiemy, że potrafisz być przekonujący — mruknęła finalnie. Szczerze po la Palmie spodziewałaby się podobnej sytuacji. Wpuściłaby go, o ile okazałby się na tyle irytujący, że chciałaby móc się go pozbyć. Znał różne sposoby, by udowodnić własne racje. Chociaż kolejne pytanie zbywa ją z tropu, nabrała powietrza do płuc i jeszcze raz powoli zaczyna wszystko analizować.
— Że będziesz, no... — zaczęła dość niezręcznie, poszukując w głowie odpowiednich słów. Żadne nie wydaje się jej wystarczająco dobre — przecież widzę, ile kobiet przewija się przez twoje mieszkanie — wyrzuciła to finalnie z siebie. Nie chciałaby zostać jedną z wielu i nie przeżyłaby złamanego serca... przez sąsiada — a nie chciałabym, żebyś mnie zranił — wycedziła to finalnie z siebie. Nie czuła się lepiej, a wręcz przeciwnie. Odsłonięcie się przed Williamem przyszło jej z takim trudem, że sama się go nie spodziewała. Mentalnie była przed nim praktycznie naga, zburzył jej obronny mur.
— No przez to wszystko... — samochody, śmieci, rodzinę, rozwody, przekupstwa — dużo tego jest — mruknęła pod nosem. Coraz bardziej zdając sobie sprawę z jednego, w tym całym szalonym stylu odnajdywali coś. Zależało im na sobie, ale jak dotąd nie potrafili tego pokazywać — jesteśmy pojebani — mruknęła finalnie, określając nie tylko Billy'ego, ale i samą siebie. Doprowadzał ją do szału pod wieloma względami, trochę jak pies z kotem, ale z drugiej strony nie wyobrażałaby sobie codziennego dnia bez niego.
— Tak — zdecydowanie było między nimi w porządku. Pierwszy raz porozmawiali ze sobą, jak na dorosłych ludzi przystało. Nie było żadnych niedopowiedzeń, źle zrozumianych słów, po prostu byli tu we dwoje. Jej to wystarczało, nawet jeśli łzy dalej delikatnie spływały po jej policzkach.
Chociaż wystarczyło jedno ujęcie dłoni Patela, by zaczęła się uśmiechać. Kilka razy pociągnęła nosem, próbując się uspokoić. Niemalże czuła, jak mocno bije jej serce w momencie, kiedy się do niej zbliżał. Ich oddechy mieszały się ze sobą, a jedynymi świadkami całej sytuacji były gwiazdy oraz księżyc. To był czuły pocałunek. Ani chwili nie wahała się, by go odwzajemnić, kosztując jego wargi, smakujące rumem i piwem. Były piekielnie słodkie. Uniosła dłoń, by położyć mu ja na karku i jeszcze chwilę pogłębić pocałunek. Może opowiedziałaby mu historię o szczęśliwych kochankach, których odbicia znalazły się w gwiazdach, ale... wtedy zauważyła plamę i nie mogła powstrzymać salwy śmiechu.
— A może tak dobrze całuję, że się posikałeś? — zażartowała głośno, cały czas się śmiejąc. Aż musiała chwycić ją za brzuch. Musiał ją uspokajać. Ulubione wspomnienie... Szkoda, że nie miała aparatu. Otóż miała! Szybko chwyciła za telefon i zrobiła mu zdjęcie. Na urodziny dostanie magnes z przepięknym zdjęciem — chodź, idziemy stąd — powiedziała finalnie, bo nie chciała, żeby się przeziębił. Droga do hotelu była długa, a oni cały czas rozmawiali o największych pierdołach. Jakby finalnie znaleźli spokój.
Obudziły ją promienie słońca, przedzierające się przez białe zasłony w ich pokoju hotelowym. Uniosła delikatnie powieki i zobaczyła Williama. Nawet się uśmiechnęła. Odpowiadał jej ten widok. Dziwne niezręczności były już za nimi. Przysunęła się bliżej niego, cała rozpromieniona. Finalnie głowa odpoczywała. Nie miała migreny, pustki, chociaż może odrobinę kaca. Przynajmniej nie moralnego.
— Dzień dobry, Billy — mruknęła, jeszcze leżąc. Tylko kiedy się podniósł, to jej nosa dotarł prawdziwy zapach mężczyzny — NIE! — pewnie obudziła połowę gości, którzy znajdowali się w hotelu w tym momencie. Szybko chwyciła za jego kołdrę i trzymała ją maksymalnie przy łóżku — trzymaj kołdrę na dole! — nie ma opcji, tu trzeba było uciekać — jebana strefa gazy, co ty jadłeś, że tak śmierdzi — to musiał być rum. Zdecydowanie. Zaraz szybko wstała z łóżka, by otworzyć na oścież okna w pokoju. Inaczej powstanie tu prawdziwa komora. Umrą szybciej niż uciekną.
— Ohyda! — wzdrygnęła się na samą myśl — idę się umyć... — mruknęła, chwytając swój plecak. Nawet nie wiedziała, ile trwało jej odświeżanie się. Tym razem wyszła w kompletnie innym outficie. Pięknej, długiej, czerwonej sukience w egzotyczne kwiaty, mokre włosy i mnóstwem nałożonego kremu na twarz — twoja kolej, tylko się nie susz przy mnie, błagam — mruknęła pod nosem, chociaż pierwszy raz... chyba chciałaby go zobaczyć.... SUSZĄCEGO SIĘ. Byle bez skarpetek. Same bokserki, by mogła napawać się widokiem.
— Chodź, teraz śniadanie — pośpieszyła go, uśmiechając się szeroko. Tym razem miała apetyt. Standardowa jajecznica, bułeczki, paróweczki. Chociaż ktoś mógłby powiedzieć kajzereczki, paróweczki i czteropak. Do tego kawusia. Biała. Usiedli przy jednym ze stolików na tarasie, by móc podziwiać widok — ej, to gołąb — rzuciła, a ptak faktycznie gruchnął i przechylił głowę — on nas obserwuje, Wiliam... — mruknęła pod nosem, wsadzając parówkę do ust. Nie ufała gołębiom. Pierdolony, latające szczury.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Blebleble, od dziś nie ma tyle alkoholu, jeżeli mamy razem spać — zaraz pokazała mu język, bo przeżywała to jak mrówka okres, lub Hitler okupacje. Aż zmarszczyła nos, kiedy zapach spod kołdry znowu do niej doszedł. Nie spodziewała się po nim... tak wybuchowej mieszanki. Alkohol? Lokalne jedzenie? Czy wczoraj brał coś jeszcze?
To był szybki prysznic, by odświeżyć się po nocy, a mimo to po wczorajszej nocy chodziły po jej głowie dosyć luźne myśli. Większość związana z Williamem. Tylko jak ona o tym komukolwiek powie? Cześć, całowałam się z wrogiem i jednak naprawdę go lubię? Jak to brzmiało, przecież to był czysty absurd w najszczerszej formie.
— Naprawdę? — przechyliła delikatnie głowę — zajebista — uśmiechnęła się zaraz szerzej. Ładne zdjęcia będą w trakcie dzisiejszego dnia. Oni, rajska wyspa i czerwone ubrania. Całkiem ładny, wręcz rodzinny obrazek. Zaraz jednak mruży oczy — nie, nie chciałabym — sprzedała mu kuksańca łokciem w bok. Pokręciła głową, bo tak. Chciałaby. Tyle że nie przyznałaby się mu do tego głośno — chciałbyś, żebym chciała — zaraz wytknęła język. Dalej atmosfera delikatnego wbijania w siebie szpileczek nie minęła. Nawet ją to odrobinę budowało, bo... mogła z nim normalnie rozmawiać, a jednak niewiele się zmieniało. Chociaż na ustach wciąż czuła smak jego ust.
— Już się tak nie pręż Alvaro — i rzuciła w niego poduszką, strzelając oczyma. Czasami był dla niej najbardziej niemożliwą osobą. Tylko koniec końców powodował, że na jej twarzy malował się uśmiech, a ona mogła odetchnąć pełną piersią. Może dlatego go polubiła? Cokolwiek się działo, to przy nim była tak po prostu i po ludzku szczęśliwa.
— Cudownie — skomentowała i przez moment zatrzymała się przy drzwiach — ale nie wyglądamy za bardzo jak... para? — spytała, spoglądając na niego badawczym spojrzeniem. Machnęła na to krótko ręką i zaraz znaleźli się na śniadaniu. Pasowała mu ta czerwona koszula. Nawet rozmarzyła się na parę sekund, ale szybko zaczęła jeść śniadanie.
— Nie lubię ich — stwierdziła, spoglądając na gołębia. Zaraz wpakowała gryza bułeczki do ust — dziwisz się? Pamiętasz tamtego napalonego gołębia? — tego, który chciał budować z nią gniazdo. Aż na samą myśl przeszły dreszcze po całym jej ciele. Nie chciała wracać do tamtego momentu. Chociaż to wtedy zaczęła kiełkować jej słabość do Williama.
— Chyba w to nie wierzysz, co? — prychnęła Charlotte, sięgając po łyka kawy — to irracjonalne — zaraz odwróciła się w stronę gołębia. Zaskakującym było, że gdzie by się nie pojechało, wszędzie były one. Długo nie myślała, zanim wróciła do jedzenia. Pałaszowała, jakby to miał być jej ostatni posiłek, a na jego koniec beknęła głośno. Aż uśmiechnęła się przeuroczo.
— Dzisiaj? — spytała samą siebie i zaczęła analizować plan własnej wycieczki — Santa Cruz de la Palma — jedno z większych, a przede wszystkim piękniejszych miast La Palmy — a potem hotel. Podobno robią dzisiaj imprezę dla singli — zatrzymała się przez moment, przegryzając dolną wargę. Bo czy powinna na nią iść? Nie lepiej byłoby pójść na wybrzeże oceanu, tam pić w spokoju wino z Patelem — i chciałabym na nią pójść — stwierdziła finalnie, spoglądając na niego badawczym wzrokiem. Niby wczoraj się całowali, mówili, że się lubią, ale czy... mogliby bawić się z kimś innym? Pewnie dłużej by o tym myślała, gdyby William nie był debilem i nie postanowił karmić gołębi. Z terrorystami się nie rozmawia, a gołębi się nie karmi.
— Weź ich nie karm — mruknęła niemalże od razu — to latające karaluchy!!! — i aż cała się wyprostowała, widząc cudowne rozmnożenie gołębi. William może naucz się tego z winem? — o kurwa — aż otworzyła buzię, kiedy gołąb podleciał i wyrwał Patelowi bułkę z ręki — ale złodziej! — skubany, to był PRZE gołąb, że mu się udało. Zaraz nadleciały kolejne dwa, siadając na ramionach Willa — chyba zostałeś mędrcem gołębi — parsknęła Charlotte i już wyciągała telefon, by zrobić mu zdjęcie. Cyk, foteczka. Pewnie zaczęłaby je rozganiać, a zamiast tego do stolika przyleciały kolejne. To już było za wiele. Gołębi gang. Gang gołębi bang. To się nie mogło skończyć dobrze, zaraz zamiast egipskiej plagi będą mieli palmową plagę w postaci najgorszego ptaszyska na świecie.
— To gołębi gang!!! — krzyknęła Lotte, wstając od stolika. Dobrze, że zjadła połowę śniadania, bo te latające piranie właśnie usiadły przy jej talerzu. Prawdziwe piekło na rajskiej wyspie. La isla bonita? Raczej wyspa jebanych latających szczurów. Albo wyspa latających wywłok.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Nie wiem — mruknęła cicho pod nosem, odwracając wzrok — dobrze mi się dzisiaj spało — nie przeszkadzała jej żadna ręka, ani noga. Charlotte była typowym niedźwiadkiem, śpiąc z kimś w łóżku. Mocno się przytulała, a jeżeli Will słyszał jej bąki, to na pewno wiedział, jak mocno się do niego przytulała. Nawet przez moment się nie odrywając. Dalej poszło już szybko. Koszule, kuksańce, wystawianie języka i... gołębie.
— Dalej utrzymuje, że wolałabym zbudować gniazdo z Tobą a nie z nim — zaśmiała się cicho pod nosem, kręcąc przy tym delikatnie głową. Tamta taksówkowa przygoda była absurdalna. Szczerze nie wiedziała w to, co się tam działo. Jakby grali w największej komedii zwanej przez niektórych życiem. Nawet ten wyjazd ją przypominał, skoro gołębie znowu się pojawiły. Z tego wszystkiego co do nich brakowa już tylko Państwa Patel.
— Na pewno w mieście, które jest stolicą wyspy, będą sklepy z pamiątkami — odpowiedziała poważnym tonem — ale na zakupy przypraw, win, rumu bym się wstrzymała. Pojedziemy jeszcze do lokalnej destylarni i winiarni — plany dalej miała przygotowane. Co prawda proste, wręcz banalne, kilka miejsc było do odhaczenia — obiecałam komuś lokalne wino — rzuciła zagadkowym tonem, spuszczając wzrok. Wolała nie dolewać oliwy do ognia. Może to był ten latynos, który był u niej przed obiadem? Albo jej fwb? Kto wie. Niech William myśli.
Potem już tylko kiwała głową. Imprezki z Williamem brzmiały dobrze, wręcz idealnie. Umieli odpinać wrotki i jechać bez kasku razem. Wystarczył odpowiedni przepływ wiatru, a oni już byli w dobrej sekwencji zdarzeń. Za to wiatr przywiał do nich gołębie. Cholera.
— Głupi jesteś, nauczone są dokarmiania przez turystów — aż pokręciła na niego głową. Zaraz gołębia akcja rozkręciła się na dobre. Jajecznica wręcz rozszarpana przez latające potwory, pani z miotłą, ale przynajmniej byli już w aucie.
— Dalej lubisz gołębie? — zagadnęła, odwracając do niego głowę, zanim ruszyli — do Santa Cruz de la Palma — poprawiła go. W trakcie researchu dowiedziała się, że są różne Santa Cruz. To nie było jedynym, które istniało. Santa Cruz była też na Teneryfie, chociaż to na La Palmie wydawało się najbardziej magiczne — będziesz jarał beze mnie? — mruknęła pod nosem, widząc lufkę— dramat — i to do tego antyczny. Pokręciła głową na to jaranie bez niej, a kiedy tylko William miał zamiar wziąć bucha, mocno wcisnęła gaz. Jechali, znów mogli podziwiać widoki. Lasy, góry, ocean, czy było coś czego nie było na La Palmie?
— Chodź, jesteśmy — stanęła na jednej z głównych dróg obok plaży. Z jednej strony miasto, z drugiej plaża z oceanem. No i ta przedziwna rzeźba obok, której stanęli przypominająca żółwia — musimy kawałek przejść do starego miasta — zaraz zamknęła auto, a na telefonie sprawdzała trasę na najważniejszą ulicę — wiesz, że to miasto było atakowane przez piratów? — nie wiedział. Nic nie przeczytał, a ona robiła za lokalnego przewodnika. Chociaż żałowała, że nie przyjechała tu w sierpniu, zobaczyłaby rekonstrukcję ataku piratów, co roku właśnie w tym okresie się ona odbywała — chyba ten atak znów następuje skoro tu jesteś — powiedziała półserio, półżartem, puszczając mu oczko. Czekała tylko aż William, zacznie ją dopytywać o szczegóły miasta. Tym razem nie miał czasu, bo stali przed miejscem, do którego zmierzali. Ulicą, przez którą, gdy przejdziesz, jesteś w stanie zwiedzić całe miasto.
— Calle Real — powiedziała, chwytając go za rękę — to główna ulica William — od razu było to widać. Takich tłumów to nigdzie na tej wyspie jeszcze nie uświadczyli — mamy tu sklepy, wille, gastro — wszystko, czego potrzebowali, żeby dobrze się bawić — to gdzie chcesz wejść? — zagadnęła, przechylając głowę. Nawet uliczni artyści stali gdzieś po bokach, rysując portrety, malując widoki z La Palmy, a gdzieś w oddali dało się usłyszeć brzmienie latynoskich rytmów. Gdyby ktoś przypatrzył się bliżej, przypominał, kogoś bliskiego Patelowi. Zamiast blond czupryny była różowa, a nawet tatuaże się zgadzały. Chłop wygrywał właśnie 100 Años od Malumy, a co wydawało się najdziwniejsze... przygrywał w różowej koszuli z różnymi obliczami męskich członków.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Ehhh, co za niesprawiedliwość — mruknęła, depcząc mocniej w pedał — kiepski z Ciebie kompan — wycedziła przez usta, delikatnie kręcąc głową. Prawdziwa princess passenger była z Williama. Puszczał muzykę, palił hasz, a może do tego powinien wyciągnąć wczorajsze puszki piwa? Aż zaczęła się zastanawiać, jak ze wszystkimi pamiątkami miał zamiar wrócić do Toronto. Przynajmniej znaleźli się szybko w Santa Cruz de la Palma i mogli odetchnąć z ulgą.
— Kradłbyś złoto i serca dam? — zaśmiała się krótko pod nosem, unosząc jedną z brwi do góry. Serce jednej damy już ukradł. Mogła nie przyznawać tego głośno, ale po wczorajszej nocy patrzyła na niego jeszcze bardziej łaskawym spojrzeniem niż wcześniej — to lecimy — zaczęła i nie mogła przestać smarkać śmiechem, widząc, z jaką ekscytacją Patel przemierza ulicę. Było w nich coś pięknego, niejednoznacznego. Idealny widok. Naprawdę.
— Naprawdę? Może też tu przyjechał na wakacje? — zagadnęła, idąc za nim. W ciszy przyglądała się wymianie zdań i prawdziwemu pokazowi języka migowego. Nie spodziewała się czegoś takiego. Musiała przyznać, im dłużej to trwało, tym wyżej unosiła brwi. Zaraz zrobiła im zdjęcia, kilka zrobiła też z telefonu, by mieć pewność, że na pewno wyjdą.
Pogroziła paluszkiem Gejoxowi. Nawet odrobinę mu pozazdrościła, sama nie klepnęła Willa w tyłek. Chyba. Nigdy nie wiadomo, co działo się w Sylwestra. Byłaby nawet skłonna oddać Patela, bo wyglądali razem przezabawnie. Tylko kiedy powiedział mi amor, kolana delikatnie się jej ugięły. Amor? Na tyle znała hiszpański, by zrozumieć. Zwaliła to na jego zjaraną głowę, choć wypomni mu to.
Po chwili zaczyna się wielkie muzykowanie. Trzyma tamburyn, uderzając w niego w rytm muzyki i krzyczy me gustas tu. Ona chyba gusta William coraz bardziej. Tłum razem z nimi wyśpiewuje, a na koniec słyszą głośne brawa. Wolność. To właśnie czuła, przebywając przy Patelu. Bez niego byłoby nudno, pewnie oglądałaby nudną, badziewną kapliczkę.
— Zdecydowanie zajebiste — powtórzyła za nim, splatając ich dłonie razem — mógłbyś częściej grać, wiesz? — zagadnęła praktycznie od razy, idąc dalej naprzód. Rozglądała się za jednym sklepem, do którego chciała móc zajrzeć — poza tym... — zatrzymała się przez moment, ciągnąć go za rękę — mi amor? — kącik ust poszybował jej ku górze. Pewnie to taka wymówka, ale coś między nimi biło. Lubili się bardziej, niż sami się tego po sobie spodziewali.
— Stop, stop — kolejne mocne pociągnięcie — idę obejrzeć biżuterię — rzuciła spokojnym tonem, pokazując głową sklep — o, a ty pójdź tam — zaraz pokazała mu inny z błyszczącym banerem — sklep z bongosami. Podobno są jakieś fancy, idealne dla Ciebie, lee — nie dokończyła, a chciała nazwać go lewkiem. Oboje byli pierdolonymi zodiakarami. Koziorożec i lew. Piękne połączenie. Uniosła delikatnie kąciki ust i zniknęła.
— I jak William? — dopytała, pojawiając się w sklepie z bongosami. Ze sobą miała drobną, papierową torebkę z wielkim napisem La Palma. Widziała, że Patel był sroką. Oprócz czegoś dla siebie oraz mamy, miała też coś dla niego. Tylko na to musiała być odpowiednia chwila.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski