-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ogromne drzwi garażu były otwarte, specyficzny, czerwony wóz. Pojęcia nie miał, czy miał się wprosić, szukać frontowych drzwi, jakiejś recepcji..? Czuł się trochę jak Filip z Konopii, całkiem nie w swoim elemencie, nie na miejscu i pierwszy raz od dawna naprawdę nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Zaparkował na parkingu w pobliżu, a im bliżej podchodził, tym wyraźniej słyszał muzykę dochodzącą ze środka. Ok, czyli ktoś coś robił w środku. No co ty nie powiesz.
- Hey. Dostałem wiadomość, żeby przyjść rozmawiać z kapitanem, mam iść.. tam? - bo grunt to zrobić dobre pierwsze wrażenie, nie? Dobra robota, Theo! Debil. Nie wszedł do środka, jego stopy postanowiły uznać próg garażu za nieprzekraczalną barierę, żeby nie przestraszyć dziewczyny w środku. Jeszcze by mu czymś przywaliła, a pod ręką znalazłoby się pewnie sporo rzeczy które okazać się mogły śmiertelne. Nikt tego nie chciał. Wskazał ręką w stronę, w którą wydawało mu się, że widział frontowe drzwi. Doskonale wiedział, jak zagubiony musiał być. Pokręcił krótko głową. - Wybacz. Jestem Theo. Bachmann. - wypadałoby się przedstawić, jak mamusia nauczyła, trochę kulturki, o której wydawał się całkiem zapomnieć. Nieogar.
teddy darling
-
mam idealny poziom potasu we krwi, nie palę i lubię kino,
i dziś wieczorem chcę się tobą zająć, jakbyśmy nie miały imion
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dla Teddy ten dzień zapowiadał się aż do bólu zwyczajnie. Poranny energetyk wypity w towarzystwie kolegów z jednostki i wysłuchiwanie jakie to fuj i ohyda, sprawdzanie sprzętu i głupie żarty zalatujące seksizmem, na które reagowała jedynie tak mocny wywróceniem oczami, że prawie zobaczyła własny mózg. Ale w narzekaniu, że niewiele się działo, to akurat wszyscy byli zgodni. Każdy liczył na coś prawdziwego. Pożar byłby idealny. Albo chociaż jakieś zdarzenie na czterysta jedynce. To wcale nie tak, że życzyła ludziom źle, ale nie narzekałaby, gdyby gdzieś na przedmieściach wykoleił się pociąg. Po powrocie z urlopu potrzebowała solidnej dawki adrenaliny.
Jednak jedynym zajęciem, które wypełniało czas, było rutynowe czyszczenie wozów w akompaniamencie Bon Joviego. Strumień wody odbił się od metalowej powierzchni i Jetta Donovana prosto w twarz.
— Ha! — Darling uniosła ręce w geście triumfu. — Giń, śmieciu! — odpaliła się, ale zaraz mina jej nieco zrzedła.
Odpowiedź Jetta była natychmiastowa. Złapał za węża i wycelował nim w Teddy, śmiejąc się przy tym tak głośno, że prawie zagłuszył rockowe. Strugi wody spływały zewsząd. Gąbki latały jak miniaturowe frisbee, a Darling nie mogła powstrzymać chichotu, kiedy Donovan próbował uniknąć kolejnego strumienia. W pewnym momencie oboje stali mokrzy po pas, taplając się w pianie, ale trzeba zaznaczyć, że wóz błyszczał jak nigdy wcześniej.
Chwilę później Jett pobiegł na górę, a ona została w garażu, żeby uporządkować środki czystości. Głos zza jej pleców sprawił, że Teddy automatycznie zerknęła przez ramię. Sięgnęła po telefon, aby zatrzymać muzykę i spojrzała na wysokiego mężczyznę. Był przystojny, musiała to przyznać nawet jako ktoś, kogo zupełnie nie interesowała płeć przeciwna.
— Cześć, Theo. Bachmann — powtórzyła po nim z rozbawieniem i podeszła bliżej, wyciągając do niego rękę. — Teddy Darling. Kapitana jeszcze nie ma, bo wypadło mu jakaś prywatna sprawa. Możesz iść tam, ale możesz też przejść tędy. Chodź, zaprowadzę cię — zaproponowała z uśmiechem i kiedyś puściła jego dłoń, wskazała głową na drzwi prowadzące przez garaż do wnętrza budynku. — Nowy narybek? — zerknęła na niego, jakby już oceniała, czy się nadaej.
W rzeczywistości wcale tak nie było. Teddy wiedziała, że o ile ma się wystarczająco silną psychikę, fizycznie każdy będzie potrafił sprostać wyzwaniu. Wystarczy tylko spojrzeć na nią - była jedną spośród dwóch kobiet w jednostce i radziła sobie lepiej niż niejeden facet.
Matheo Bachmann
-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Uśmiechnął się, kiedy zrobiła sobie z niego śmieszka i wyciągnął w jej stronę dłoń. Na swoją obronę miał tylko to, że strażacy wydawali się z jakiegoś powodu preferować nazwiska; to nazwiska widniały na plecach ich PPE.
- Cześć, Teddy Darling. - urocze imię, pewny uścisk dłoni, już ją lubił. W dodatku chciała pomóc jego niezręcznej dupie się odnaleźć, to też się liczyło jako dodatkowe plusy w jego głowie. - Dzięki. - odetchnął, uśmiechając się odrobinę szerzej i ruszając pół kroku za nią. Uważał tylko, żeby się nie zabić na jakiejś gąbce czy innej pianie.
- Chciałbym, ale nie ma rekrutacji w tym momencie? Dostałem maila, że próbują ustalić rozkład tej rekrutacji i czegoś, co nazwali pokazowymi treningami i.. - zdał sobie sprawę z tego, że nie pytała, a on niepotrzebnie zaczął się rozgadywać. Pokręcił krótko głową, machnął ręką, ucinając sam sobie. - Admin stuff. Na razie wolontariat, a jak ruszy rekrutacja, to dołączę. - może nie potrzebowali ludzi? Może ciężko było zebrać odpowiedną ilość chętnych, żeby akademia mogła ruszyć? Słyszał, że policja nie narzekała na brak kandydatów, jedynie na brak odpowiednich kandydatów, że ich przygotowanie i sprawność spadała z roku na rok, ale nie był w stanie znaleźć nic o straży. To, co znalazł, uspokoiło go tylko, że przynajmniej od fizycznej strony, był na tyle sprawny, żeby nie mieć problemu, by zdać sprawnościowe testy. Jedyne czego tak naprawdę się obawiał, to swojej niezręczności podczas kwalifikacyjnych rozmów, a potem akademii samej w sobie, bojąc się, że będzie zbyt głupi, żeby wykłuć procedury.
teddy darling
-
mam idealny poziom potasu we krwi, nie palę i lubię kino,
i dziś wieczorem chcę się tobą zająć, jakbyśmy nie miały imion
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Theo porządnie uścisnął jej dłoń i Teddy bardzo szanowała. Nie witał się z nią, jak jakiś pizduś, który ledwo co smyrał skórę palcami. To był konkret. Czy po tym mogła ocenić, jakim był człowiekiem i czy byłby z niego dobry strażak? Niekoniecznie, ale przynajmniej zrobił na niej dobre, pierwsze wrażenie.
— Na razie rekrutacja została chwilowo wstrzymana — oznajmiła, przeskakując przez porozrzucane wokół, przemoczone gąbki. — Jezu, ja cię bardzo przepraszam. Na co dzień to tak nie wygląda — zapewniła natychmiast, bo jeszcze wraz Jettem odstraszyła potencjalnego kandydata na strażaka. Nic dziwnego, że ciągle brakowało im ludzi. — W każdym razie, zapisy powinny na nowo ruszyć na wiosnę. Nawet nie wiem, skąd ten pomysł, ale pewnie na ten moment brakuje chętnych. Bez sensu, bo cały czas mamy wybrakowany skład, jak nie na pierwszej, to na drugiej zmianie — Darling pokręciła z dezaprobatą głowa, napierając na wahadłowe drzwi. Te od razu puściły, więc przytrzymała je biodrem i gestem ręki dała Bachmannowi, żeby śmiało wkroczył do środka.
Nie oczekiwała, że będzie przepuszczał ją w drzwiach, tutaj to tak nie działało. Długo walczyła, żeby chłopaki z jednostki traktowali ją bezpłciowo i nie dawali jej żadnej taryfy ulgowej. Najważniejsze, że zadziałało.
— Wolontariat to świetny pomysł — zgodziła się z mężczyzną, kiedy szli wzdłuż długiego korytarzu. Na samym jego końcu znajdował się gabinet kapitana i jeden, mniejszy pokój z fotelami, w których mogli poczekać na powrót Whitmana. — Zobaczy, jak to wygląda od środka i przekonasz się, czy to faktycznie odpowiednia robota dla ciebie. Wielu osobom wydaje się, że tak, ale kiedy przychodzi co do czego, finalnie zmieniają zdanie. Testy sprawnościowe są banalnie proste, więc przede wszystkim chodzi o mental — postukała się palcem w skroń pociągnęła za klamkę kolejnych drzwi. — Rozgość się. Chcesz do picia? — podeszła do małej lodówki w kącie pomieszczenia. — Mamy tylko gazowaną wodę i energetyki — normalnie zaproponowałaby mu kawę albo herbatę, ale pomieszczenie socjalne z kuchnią znajdowały się piętro wyżej. Energetyki były akurat czymś, czego w remizie nigdy nie brakowało. Chłopaki pochłaniali je na potęgę. Zresztą Teddy również była od nich uzależniona.
Matheo Bachmann