W pracy wszystko stanęło w ogniu. Nie, chwila. Miała przestać tak o tym myśleć. Wszystko było po prostu bardzo źle. Połowa jej działu wylądowała na chorobowych albo na urlopach, przez co cała reszta była zasypana robotą. A tej nie brakowało. Wycofał im się największy ze sponsorów na nadchodzące kampanie. Mieli rozpisany kolosalny plan z Pizzą Hut. Wszystko było zaplanowane na miesiące do przodu, mieli dostać za to niesamowity czek i wszystko miało być pięknie. Ale oczywiście się nie udało. Drobne influenserskie afery zaczęły sypać się jak domki z kart, a kiedy wszyscy managerowie zaczęli się między sobą kłócić, w końcu pieprznęli papierami i poszli w swoje strony. April została sama po środku z absolutnie rozkurwionym planem na życie. Nie miała bladego pojęcia, jak ma to wszystko załatać. Jej głowa nie wychodziła z pracy od powrotu ani na moment, ciało też rzadko pojawiało się w mieszkaniu. Na początku starała się tu przyjeżdżać zgodnie z grafikiem Teddy, ale ciągle coś wypadało i zaczęły się rozmijać.
Tęsknota za ukochaną nie ułatwiała niczego. Trzymała się nadziei, że afery się niedługo skończą i nadrobią ten okropny czas. Zaplanowała nawet wspólną kolację u jej rodziców, żeby wreszcie zyskali okazję do porozmawiania z Teddy na poważnie, bo wtedy zrozumieją, że to cudowna kobieta. Niestety April najpierw postanowiła odwiedzić ich sama, żeby zbadać grunt. Nigdy w życiu nie pokłóciła się z nimi aż tak bardzo. Chciała siedzieć cicho i być posłuszna, jak zwykle. Potakiwać, a potem spróbować spełnić ich wszystkie okropne wymagania. Ale byli za bardzo... sobą. Dopiekali jej na każdym możliwym polu, wytykając jej błędy w relacjach i ostatnie podłamanie kariery, którym niepotrzebnie się zwierzyła. Puściły z niej lata dawania się tłamsić i podporządkowywać. Powiedziała o wiele za dużo, a oni nie pozostali jej dłużni. Wyszła stamtąd po widowiskowym ciśnięciu kieliszkiem z winem o ścianę. Jeszcze parę lat temu sama by poszła ją odmalować. Nie, parę lat temu w ogole nie doszłoby do takiej sytuacji. Przez to wszystko od kilku dni chodziła niesamowicie wściekła.
Stres związany z pracą ją pożerał, wściekłość na rodzinne traumy nie pozwalała logicznie myśleć. Miała uspokajać się przy Teddy, ale prawie się z nią nie widywała. Zaczęły nawet zwozić pudła z jej rzeczami do mieszkania Darling, ale szło to wyjątkowo powoli, bo nie miała czasu się spakować. Nie miała czasu się też rozpakować, przez to kartony walały się od jednej ściany do drugiej, czekając na swoją kolej. Miała problemy ze skupieniem się, wlewała w siebie coraz więcej kofeiny i zapominała, że do tego trzeba też czasem coś zjeść. Kontakt z nią aktualnie groził trwałym uszkodzeniem ciała i umysłu.
Dzisiaj nie pamiętała nawet, jak się nazywa. Nie było na to czasu. Zaprosiła do mieszkania Emmę Burnett, bo wiedziała, że nie wytrzyma nerwowo kontaktu z ludźmi w biurze. Oczywiście zapomniała, na którą ją zaprosiła. Spod prysznica wyciągnął ją dzwonek do drzwi. W pośpiechu wciągnęła na dupę majtki, naciągnęła przez głowę t-shirt z okładką płyty Fleetwood Mac, który sięgał jej do połowy uda i służył głównie do spania. Ale na wilgotne ciało, to było najwygodniejsze. Wraz z najbliższą współpracowniczką rozsiadły się na kanapie z laptopami i telefonami, zawalając cały stolik dokumentami.
Nawet nie zauważyła, kiedy zrobiła się taka późna godzina. Wpatrywała się w ekran komputera Emmy wisząc tuż obok jej ramienia. Pokazywała jej mejle, jakie ostatnio wymieniła z jednym z ich klientów, co tylko pogorszyło nastrój April. Spodziewała się kompletnie innych odpowiedzi. Jęknęła żałośnie, rozmasowując skroń palcami. Na bank zaraz wybuchnie. Albo ją wywiozą w kaftanie. Sięgnęła po telefon i napisała do Teddy z pytaniem, czy mogłaby po drodze kupić jakiś alkohol. Kompletnie nie pamiętała, o której jej partnerka dziś kończy i czy fakt, że jeszcze jej nie ma, powinien wzbudzić w niej jakiś niepokój. Spojrzała na ostatnią wiadomość, którą do niej wysłała. Wczoraj po 21 informowała ją, że zostaną z Emmą dłużej w biurze, bo muszą dokończyć prezentację na przyszły tydzień i że nie musi się martwić, bo wróci Uberem. Dzisiaj kompletnie zapomniała się w ogóle do Teddy odezwać.
— Jak się zaraz popłaczę, to, proszę cię, udawaj, że tego nie widzisz — mruknęła, zamykając na moment oczy i opierając się o kanapę. Wiedziała przecież, że zachowywała się okropnie. Burnett uśmiechnęła się do niej dobrotliwie i pogłaskała ją po ramieniu.
— Damy radę. Jakoś. Został nam do zaplanowania tylko jeden kwartał do końca tygodnia, to nie może być tak trudne — rzuciła żartobliwie, licząc, że to jakkolwiek pomoże ocalić Finch od załamania nerwowego. Dziewczyna prychnęła rozbawiona, ale wciąż miała ochotę kogoś rozpierdolić.
Więc chodź tu, proszę, naładuj mnie, Zaśpiewam ci jak Marvin Gaye