W okolicach śniadania napisała Teddy, że zabiera ją dzisiaj na zakupy i nie ma ochoty na żadne odmowy. Żyła tym pomysłem aż do wyjścia z biura. Zdała sobie jednak sprawę, że to było strasznie durne. Chciała przecież sprawić ukochanej przyjemność. Może i zgodziłaby się bez większego marudzenia na wciągnięcie jej po pracy do centrum handlowego, ale po co ją tak krzywdzić? Zakupy z April były przecież bardzo trudne i zawsze bardzo długie. Przed obiadem napisała jeszcze jedną wiadomość, że plan na zakupy odwołany i niech z jednostki wróci koniecznie prosto do mieszkania.
Powinna spędzić w biurze cały weekend. Albo chociaż przed komputerem. Taki był plan. Chciała znowu zatracić się w pracy i w ten sposób unikać wszelkiej odpowiedzialności. Ale to byłoby nie w porządku. Zakładała, że jedyną szansą na odpoczynek będzie dzisiejszy wypad na drinka z własną ekipą z pracy, ale z tego też zrezygnowała. Za dużo na siebie ostatnio patrzyli. Nie miała wątpliwości, że poczuli nieco ulgi, że będą mogli wyskoczyć bez szefowej. Zapłacą wprawdzie więcej, bo zazwyczaj April wszystkim stawiała, ale przynajmniej będą mieli spokój! Miała nadzieję, że jeśli wydarzy się tam coś warto uwagi, to Emma i tak o wszystkim jej potem opowie.
Chciała wyłącznie Teddy. Wspólny, wolny weekend zdarzał im się bardzo rzadko. Trzeba było go odpowiednio celebrować. Jeżeli tylko nic się nie wysypie, to jej partnerka wróci wieczorem do domu o całkiem normalnej porze, a potem będzie do jej dyspozycji przez całe dwa dni. Finch czuła ekscytację, zanim jeszcze dotarła do mieszkania.
Wyjście z pracy wcześnie niespecjalnie jej pomogło. A może właśnie pomogło? Nie chciała nawet zakładać, gdzie byłaby z przygotowaniami, gdyby nie urwała się z biura tak wcześnie. Zależało jej, by wieczór wyglądał perfekcyjnie. Bardzo chciała udowodnić Teddy, że naprawdę jest dla niej najważniejsza na świecie i naprawdę potrafi zorganizować coś nie myśląc głównie o sobie samej. Okazuje się, że to strasznie trudne! Ale warto. Przecież narobiła już tyle wielkich głupot z miłości. Najwyższa pora, by robić je dla Teddy.
— Jak ja cię kurwa przypalę, to się nie pozbierasz, gnoju — warknęła wściekle na wegetariański farsz do enchilad, który dochodził na patelni i czuł się wyraźnie niedkochany przez to, że Finch nie zwracała na niego uwagi od dłużej chwili. Na szczęście nie zdążył spłonąć, nadawał się do zawijania bez żadnego problemu.
— No nie wierzę, co to ma być — jęknęła, przypadkowo zauważając na koszulce plamę z sosu. Poprawiła koc stanowiący jedną ze ścian pluszowej bazy, którą jakimś cudem udało jej się zamontować na środku mieszkania, starając się nie dostać jakiegoś ataku nerwowego. Jeszcze tyle było do ogarnięcia, a ona się nawet nie przebrała! Nie może przecież przyjąć swojej partnerki w samej spranej (i teraz poplamionej) przydużej koszulce z logiem Red Hot Chili Peppers. Taką widywała ją na co dzień i już jej pewnie wystarczy.
— Kto normalny trzyma kieliszki obok kubków, przecież to w ogóle nie jest wygodne — mruknęła, zamykając szafkę ze szkłem. Postawiła kieliszki na stoliku niedaleko bazy, obok ułożyła butelkę wina i Coli, bo nie była pewna, na co właściwie Teddy będzie miała ochotę. W kuchennej szafce na szczęście nie zrobiło się dużo ciaśniej. Finch nie przywiozła ze sobą zbyt dużo kuchennych gratów. Wcisnęła kilka pustych pudeł mocniej w kąt mieszkania. Nie zdąży ich teraz wynieść. To i tak cud, że udało jej się aż tyle rozpakować! Nareszcie! Tu i ówdzie wciąż stały nietknięte kartony, ale i tak poszła bardzo do przodu.
— Gdzie są te jebane struny, no przecież zaraz mnie wypierdoli w kosmos — mamrotała, grzebiąc w jednym z nierozpakowanych pudeł. Obok leżała gitara, którą próbowała przed chwilą nastroić. W trakcie oczywiście pękła struna, bo czemu niby takie rzeczy miałyby się nie przytrafiać teraz, gdy miała czasu jak na lekarstwo? Jedzenie wciąż dochodziło w piekarniku, ona nadal nie była przebrana, nie zniosła wszystkich niezbędnych drobiazgów z góry do bazy – słowem – masakra. Na domiar złego, jak raz, nie patrzyła na zegarek, nie kontrolowała godziny i nawet nie słyszała przekręcającego się w zamku klucza.
A dom to schron był nasz, No bo gdzie było nam tak bezpiecznie jak tam?