-
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— To teraz leć po niego — stwierdziła Lotte z przepięknym uśmiechem na twarzy, wpatrując się z zaciekawieniem w Patela. Kuriozalnie brzmiał fakt, że to właśnie odizolowanie od innych osób sprawiło, że chciała oglądać go jeszcze intensywniej. Wpatrywać się w jego oczy, rozmawiać, drażnić siebie samych nawzajem. Tak zwyczajnie i po prostu chciała z nim być. Oglądanie Williama wchodzącego do wody było... naprawdę kuszące. Aż sama by się tego po sobie nie spodziewała, jak ten widok będzie ją uspokajał. Poszukiwanie kamienia bardziej przypominało radość dziecięcych zabaw, których nie mogła sobie odmówić. Jej mózg działał na tyle wolno, że nawet nie zauważyła, kiedy Billy zaczął panikować. Przymknęła oczy, korzystając z promieni słonecznych. Chyba nic już nie mogło popsuć im tego dnia.
— Wszystko git? — spytała spokojnym tonem, nie zdając sobie sprawy, co jeszcze się działo. Niby piszczał i krzyczał, a z drugiej strony wystarczyło smarować go kremem do opalania. Aż zaczęła się zastanawiać, na ile był wokalny w łóżku... Tylko jedno, dosłownie jedno słowo sprawiło, że momentalnie cała otrzeźwiała — meduza? — dopiero wtedy chwyciła go za rękę i spojrzała na nią. Kurwa, lepszego momentu na zostanie poparzonym przez meduzę nie mógł sobie wybrać. Tylko kolejne słowa sprawiają, że piwo zaczyna się jej cofać.
— OSIKAĆ CIĘ?! — aż cała się uniosła — chyba Cię popierdoliło, fetyszysto — mruknęła, szybko wstając — chodź do wody — pociągnęła Patela w stronę oceanu, by zanurzyć w nim raz jeszcze dłoń. To powinno przynieść przynajmniej odrobinę ukojenia. Słodka woda, lub mocz przyprawiłyby go o jeszcze mocniejszy ból. Dobrze, że przeczytała wszystko o wyspie. Najgroźniejsze, co mogło ich spotkać, zostało właśnie odhaczone. Z wyjątkiem rekinów, delfinów-gwałcicieli, czy trzęsienia ziemi..
— Musimy przemyć ranę — mruknęła, wyciągając mu dłoń z oceanu, a sama nabrała odrobiny wody i zaczęła delikatnie ją polewać. Podobno chodziło o jakieś stężenia, ale no tego nie była pewna w stu procentach — muszę usunąć parzydełka — widocznie spotkał całkiem łagodny okaz, skoro jeszcze stał na nogach — ... masz w tej swojej torbie jakąś chustę, albo pęsetę?
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Wystarczyło krótkie spojrzenie na Williama, by zdać sobie sprawę z jednej ważnej kwestii. Nie wierzyła w to, co właśnie miała przed oczyma. Chciał, by go obsikała. Skąd mu się to w ogóle wzięło? Jak w ten sposób funkcjonował w życiu codziennym, to musiał mieć coś poprzestawiane w głowie. W jakim on świecie działał i jakim cudem jeszcze był w jednym kawałku? To chyba jakieś pierdzielone szczęście głupiego. Przynajmniej szybko na nowo zaczęła przeszukiwać jego torbę.
— Dobra mam — rzuciła, bawiąc się scyzorykiem, aż znalazła w nim odpowiednie narzędzie — w scyzoryku mamy pęsetę — i zaraz znalazła się przy Willu, płuczącym dłoń we wodzie. Abstrakcja tej sytuacji ją bawiła. Aż wyjęła telefon, by zrobić mu kilka pamiątkowych zdjęć. Będą idealne do wakacyjnego albumu.
— Będę Ci wyjmowała parzydełka, a potem pojedziemy do apteki po specjalną maść — powiedziała spokojnym tonem, wpatrując się we Williama — nie umrzesz, Patel — mruknęła, rozpoczynając całą procedurę. Wyjmowała jedno parzydełko po drugim, ba nawet obchodziła się z nim delikatnie — złego licho nie bierze — dodała na sam koniec. Wszystko chyba wyjęte. Jeszcze raz zlustrowała jego dłoń wzrokiem, po czym chwyciła za zdrową rękę i pociągnęła w stronę hotelu, żeby wzięła kluczyki do auta. Podjechali do najbliższej apteki, a jeśli William myślał, że kiedyś szybko Lotte jeździła, to teraz musiał przeżyć prawdziwy szok.
— Zostań tu — mruknęła, wskazując ławeczkę przed apteką. Lotte szybko weszła do budynku, na telefonie miała włączony translator z pięknym napisem poparzenie meduza. Wymieniła się z farmaceutką kilkoma informacjami i wróciła — dobra, gotowy? — dopytała i nawet nie czekała na odpowiedź. Szybko spryskała całe poparzenie. Chyba pierwsze większe zagrożenie za nimi — teraz lepiej? — dopytała, unosząc delikatnie kąciki ust, a jedną z dłoni podniosła, by głaskać go czule po policzku. Przecież William potrzebował jak nikt inny opieki, swego rodzaju opoki, która by się nad nim znajdowała.
— Teraz mi powiedz... — jej głos był jeszcze przez moment łagodny, ale chwilę później już sprzedała mu mocnego kuksańca w bok — skąd do kurwy nędzy wziąłeś to sikanie? — aż głos musiała unieść i spojrzeć na niego surowym wzrokiem — wiesz, że wtedy zabolałoby jeszcze bardziej? — słyszała jakieś pierdololo o różnym stężeniu roztworu i że absolutnie nie można tego zrobić. Tyle że czego ona spodziewała się po Williamie?
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Zostaaałam wymówką? — spytała, widząc odchodzącego od Patela mężczyznę. Szczerze? Westchnęła z ulgą. Patrząc na całą pojebaną osobę Williama, ostatnie czego się bała to rywalizacja z mężczyznami. Moment, Lotte jaka rywalizacja? Przegryzła wnętrze polika, próbując wrócić do porządku. Miała się do niego nie zbliżać, nie przywiązywać się, a im więcej spędzała z nim czas... tym bardziej pragnęła więcej. Tyle że ich cudowne wakacje w końcu się skończą.
— Powinieneś oglądać mniej filmów, a bardziej przejmować się prawdziwą wiedzą — stwierdziła Kovalski, patrząc mu prosto w oczy. Czasem zaskakiwał ją bardziej niż jakikolwiek mężczyzna. Kto by poprosił kobietę, by na niego nasikała? Szczerze, podejrzewała go o różne fantazje i fetysze, a o zgrozo, coraz bardziej chciała dowiedzieć się o nich więcej — czasem musisz być bardziej odpowiedzialny — mruknęła, muskając go delikatnie paznokciami po policzku. Zawsze po okresach zgody przychodziły burzliwe kłótnie. Tylko na wyspie wszystko wydawało się wyciszyć. Nie byli w stanie od siebie uciec, a Lotte przekonywała się do niego. Jedna myśl kołatała jej z tyłu głowy. Co się stanie, kiedy powrócą do Toronto? Pewnie zanurzyłaby się w swoich rozmyślaniach, zaczynając analizę życia i stawiając w głowie warunki ich współpracy, ale wtedy poczuła jego wargi na własnych. Odwzajemniła pocałunek. Cholera, chciała więcej, dłużej, intensywniej.
— ... A ty jesteś niemożliwy — przełknęła nerwowo ślinę. Co on z nią robił? Niemalże czuła, jakby serce chciało właśnie uciec jej z klatki piersiowej, jakby nic nie było w stanie go zatrzymać — jasne, chodźmy — mruknęła, wstając i kierując się do auta. Potrzebowała przerwy, a na całe szczęście kiedy dojechali, trwał w najlepsze obiad. Solidnie zjedli, omawiając plany na imprezową noc. Pierwsze danie, drugie, deserek, owocki, a gdy ich brzuchy były pełne, trzeba było się rozejść.
— Ubieram się na niebiesko, Patel — oznajmiła twardym tonem i szybko dodała — ubierz się ładnie... — po czym obróciła się na pięcie i zniknęła między hotelowymi ścianami. Potrzebowała otrzeźwienia. Nawet nie wiedziała, ile czasu spędziła pod zimnym prysznicem, próbując wyrzucić ze swojej głowy wszystkie grzeszne myśli związane z Patelem. Nawet w samotności widziała go na plaży, obok niej, w jej... domowej pościeli? Zaraz, czy William był w jej łóżku w Sylwestra? Pokręciła głową. Nie czas i miejsce na to. Analizowanie urodzinowej nocy nic nie da, bo absolutnie n i c z niej nie pamiętała. Uszykowała się w miarę szybko, ubierając długą niebieską sukienkę, tym razem założyła też bieliznę na siebie. Specjalny komplet, jakby na coś liczyła. Przezorny zawsze ubezpieczony, prawda? Chwyciła za torebkę i wyszła. Czekała na Patela przy hotelowym basenie, paląc papierosa. Kurna, czuła się, jakby właśnie szła na randkę życia. Tyle że... między nimi nic nie było. Ciężko być kobietą, kiedy facet, do którego coś czujesz, nazywa się William Patel.
— I jak? — zagadnęła nieśmiało, unosząc oba kąciki ust ku górze. I czym ona się stresowała? Ten typ kazał jej na siebie NASIKAĆ, a ona zaczynała czuć motylki w brzuchu. Przecież to jakiś kuriozalny absurd — wiesz, gdzie dzisiaj idziemy? Jesteś przygotowany? — zagadnęła, przegryzając dolną wargę. Cholera, żeby tylko dzisiaj nie miał slipków w kolorze khaki. Dlaczego przeszło jej to przez myśl? Miała dosyć, naprawdę miała dosyć — smarowałeś się kremem na meduzy? — a mimo to zagadnęła go troskliwym tonem, chwytając delikatnie za poparzoną dłoń. Chyba byli gotowi, by ruszyć na dalszą przygodę?
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Dlaczego? Dosłownie zadawała sobie to pytanie za każdym razem, kiedy się z nim widziała. Dlaczego wchodziła w to popierdolone bagno? Wystarczy jedno miłe słowo, wystarczy ten krótki obrót dookoła, a jej już kolana zaczynają się uginać. Kurwa, miała się nie zakochiwać bardziej, ale każda spędzona z nim chwila zaprzeczała temu. Chciała dowiedzieć się, jaki jest... ale w łóżku. Posmakować nie tylko jego ust, ale każdego kawałka ciała. Może nie powinna pić? Dobra, to nic by nie dało, bo czas między nimi robił się coraz bardziej magiczny, a ona nie była w stanie powiedzieć dlaczego. Między nimi panowała przedziwna chemia, w którą chciała wpaść bez zastanowienia.
— Czasami zastanawiam się, czy masz w sobie coś z dżentelmena i nie potrafię Cię rozgryźć — stwierdziła finalnie, kończąc obrót. Dopiero wtedy lustruje go od dołu do góry. Pasowali do siebie, posłuchał ją i aż mimowolnie zagryzła dolną wargę — dobrze Ci w niebieskim — powiedziała finalnie, w duchu ciesząc się, że na policzkach pozostawiła róż. Idealnie ukrywał jej rumieńce — patrząc na to, jak nam idzie... to powinniśmy być przygotowani na wszystko — ugryzienie jaszczurki, tabletka gwałtu, meduza, zazdrosny dzieciak, wojna sobowtórów z Toronto. Coś nowego musiało się dzisiaj spierdolić i czuła to we własnej krwi.
— Cudownie, a umiesz coś więcej niż hola buena chica? — zagadnęła, bo impreza lokalsów to jednak hiszpańska impreza. Loca chica, buenos chicos i może kolejne słowo, którego powinna się nauczyć wraz z Willem to toast — dobrze — mruknęła, spoglądając na jego dłoń. Jeszcze nie zaczęła się goić, ale na wzmiankę o smarowaniu uśmiechnęła się szeroko. Widocznie, potrafił być odpowiedzialny, wow. Nie spodziewała się tego i że posłucha jej słów o dawkowaniu — wygląda lepiej. Dobrze, że o siebie dbasz — drugą z dłoni na moment położyła na jego policzku, by popatrzeć głęboko w jego oczy i podrapać go paznokciami po policzku. W głowie zaczynała już samą siebie wyzywać. Co to kurczaki znaczyło? Dlaczego sama sobie to robiła? Dla-cze-go? Znów chciała go pocałować, a na samą wzmiankę o planie skinęła głową. Już miała się odsunąć, żeby ruszyć dalej, ale on przyciągnął ją do siebie.
I dlaczego on to robił? Cały czas zadawała sobie to pytanie. Dlaczego odwzajemniła jego pocałunek? Po co splotła jej palce z jego? Przecież to sensu nie miało. Ciało reagowała, zanim zdążyła pomyśleć. Dalej kołatały słowa dotyczące wierności, a z drugiej strony... chciała w końcu przestać udawać, że nie jest nim zainteresowana.
— Tak jest szefie — i faktycznie zawinęli dwie butelki rumu, a po drodze Charlotte wzięła jedną i już zaczęła ją pić. Musiała wyłączyć głosy we własnej w głowie. W końcu takie dolegliwości można leczyć. Pije jeden łyk za drugim, a przy połowie butelki znaleźli się już na plaży. Zdążyła nawet zajarać razem z Billym i może dlatego zbiera się jej na... szczerość.
— Uwielbiam zachody słońca — stwierdziła, zatrzymując się w trakcie trasy. Fale delikatnie łaskotały jej stopy, a pomarańczowa kula chowała się za horyzontem, sprawiając, że cała paleta kolorów pojawiła się na porannym niebie — patrz, jaki piękny — i znowu ta romantyczna atmosfera, po co ona to sobie robiła. Wychyliła się, widząc wielkie ognisko, lampiony oraz przepiękne, ozdobione namioty — tam chyba jest impreza, ale... — zaczęła Lotte, chwytając go jeszcze mocniej za dłoń — najpierw się napijmy — no nie powie tego na trzeźwo. Trzeźwa nie była, ale ten gest miał dodać jej odwagi — twoje zdrowie — unosi butelkę i pije tak długo, aż nie zaczyna się krztusić. Jednak z Charlotte momentami był totalny chlor.
— William... możemy spędzić tę imprezę razem? — jezu, jak okropnie to brzmiało. Tyle że nie chciała widzieć go z innymi. Chyba jeszcze bardziej niż wcześniej aż przełknęła nerwowo ślinę — w sensie bawić się z innymi, ale jednak... razem? — we dwoje, bez maślanych spojrzeń na innych ludzi. Tylko we dwoje, przyczepieni do siebie jak rzep do psiego ogona — chcę dziś się bawić z Tobą, ale jak chcesz... — i to chyba hasz zmieszany z alkoholem każe jej to powiedzieć — to powiedz teraz, to znajdę sobie innego towarzysza — imprezowa wierność. Nowe pojęcie, które miało zostać wplecione do ich wspólnego słownika.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Masz, aż czasem mam dreszcze — przyznała całkiem szczerze, bo te małe gesty zaczynały budować jego osobę. Nie potrafiła zrozumieć, jak potrafiła go nienawidzić. Czasem przypominała sobie wszystko po kolei. Wszystko, co było przed sylwestrem, wszelkie niedopowiedzenia, rozwód. Tylko kiedy stał przed nią całkowicie o tym zapominała, a pojawiło się jedynie zwierzęce przyciąganie, któremu musiała ulec. Nie potrafiła się od niego odsunąć, nawet jeśli pamiętała jego słowa. Z minuty na minutę coraz bardziej się od niego uzależniała. I ona postanowiła być dobrej myśli. Co mogłoby pójść nie tak? Już w trakcie wyjazdu wykorzystali każdą możliwość nieszczęśliwego zdarzenia. Przynajmniej tak naprawdę sądziła. Spoglądała na niego spod lekko przymrużonych oczu, bo choć miała uważać, nie mogła.
— Salud — mruknęła, unosząc butelkę, a na jego kolejne słowa delikatnie zmarszczyła brwi — i co to znaczy? — dopytała. Zdała sobie sprawę, że lekcje języka hiszpańskiego skutecznie musiała ominąć — ja się nauczyłam. Donde estan los servicios? — w dużym skrócie, gdzie jest toaleta. Bardzo przydatne stwierdzenie. Użyła go jak dotąd całe... zero razy. Przynajmniej stalowy pęcherz miała po swoich polskich korzeniach, podobnie jak mocną głowę do alkoholu.
Dobrze, że o mnie dbasz. Musiała o niego dbać. Poprawka. Chciała o niego dbać. Wystarczyło jedno spojrzenie, by otoczyć go opieką. Uniosła kąciki ust, a w sercu poczuła delikatne ciepło, które niemalże od razu wypełniło się dobrocią, którą jej ofiarował. To było wręcz trywialne. Chemia panująca między nimi była wręcz niewytłumaczalna. Trzymanie go mocno za rękę, wspólne oglądanie czerwonego nieba i kuli chowającej się za oceanem. Wszystko przy Patelu wydawało się być wręcz wyjątkowe i niewytłumaczalne.
— Salud — powtórzyła za nim, tym razem zaciągając się haszem. Obawiała się jego reakcji po własnej przemowie. To właśnie chciała usłyszeć. Tego potrzebowała. Niemalże od razu na jej twarzy pojawiała się jeszcze większy i szerszy uśmiech. Nawet nie wiedziała, kiedy przegryzła dolną wargę. To było silniejsze od niej.
— To bawmy się razem — powtórzyła za nim, ruszając w stronę latynoskich rytmów, które wybrzmiewały z głośników. Tyle że w ogóle nie była zainteresowana wyglądem imprezy, a samym Williamem. Jak oczy mu się świeciły z ekscytacji, na ich wspólnie splecione dłonie i kurwa... mogłaby się naprawdę do tego przyzwyczaić. Mogłaby cały czas trzymać go za rękę i nie myśleć o całym bożym świecie. Połączenie haszu z rumem zaczęło coraz bardziej odbierać jej jakiekolwiek hamulce, a jedyne czego potrzebowała to jego obecności przy niej.
— Przepięknie — zdążyła mruknąć, a zaraz potem przysłuchiwała się rozmowie Williama z boyem hotelowym. Mocno ściskała go za rękę, obserwując wszystko, co działo się dookoła nich. Wszystko dookoła błyszczało, iskry tańczyły nad ogniem, a sama Lotte czuła się w odpowiednim miejscu na świecie. Krótko kiwnęła głową, by dosiąść się do Hiszpanki. Ledwo usiadła, by zaraz oprzeć głowę o ramię Patela. Nie wiedziała, czy to alkohol, czy hasz, albo imprezowy nastrój, ale wtuliła się w niego, jakby właśnie zaznaczała własny teren.
— Aktywny wulkan i mało turystów — wtrąciła się finalnie to rozmowy i znów na moment odpłynęła. Zmęczenie oraz stres stały się jej najgorszymi wrogami — już nie bujaj ich. Billy nie potrafi jeździć i skasował mi auto — mruknęła, trącając go nosem o szyję — a co jeszcze jest fajnego w Kanadzie? — na pewno ich niezgoda — jeziora i syrop klonowy — jezioro Ontario było przepiękne wiosną i latem. Chociaż dla lekko zmroczonego umysłu Charlotte było tam coś znacznie piękniejszego — i mój chłopak — jeszcze mocniej zacisnęła na Williamie dłonie, zaciągając się zapachem jego perfum zmieszanym z ziołem. Pachniał i d e a l n i e. Możliwe, że odpłynęłaby w tym momencie, ale Hiszpanka cała się podniosła.
— Chłopak? — dopytała, a Lotte jedynie pokiwała leniwie głową — Esmeralda!!! — krzyknęła na cały głos, a zaraz przy nich pojawiła się latynoska z burzą lokowanych włosów, ubrana w prawdziwe szaty wróżki i miliony wisiorków — oni są parą, ale czuć od nich dziwną energię — dziewczyna pokazuje na nich palcem — faktycznie... Oczyścić waszą aurę? — spytała poważnym tonem Esmeralda — coś jest w niej tak, jakby niebo i piekło w jednym — aż oczy przymrużyła, kiedy próbowała ich analizować — zgadłam? — uśmiechnęła się szerzej — to co? Chętni na to? — wyciągnęła w ich stronę rękę, by móc pokierować ich... do specjalnego namiotu, by oczyścić duszę. Lotte jedynie uniosła głowę i wpatrywała się w Williama wzrokiem pt. zdecyduj.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski