And do you feel like you should?
Could have tried a little harder
It didn't make me feel good
I was just a little bother
Byłaś/byłeś dla mnie wszystkim.
Zanim świat się rozpadł na
przed i
po, zanim ciało przestało być niezawodnym sprzymierzeńcem, a przyszłość czymś oczywistym, byliśmy — młodzi, piękni, trochę bezczelni w swojej pewności, że życie ułoży się dokładnie tak, jak chcemy. Mogliśmy znać się jeszcze z dzieciństwa albo od liceum, mogliśmy spotkać się później — to do ustalenia. Ważne jest tylko to, że oboje należeliśmy do tych
„złotych dzieci”, którym zawsze się udawało. Aż przestało.
Wypadek na służbie, który prawie kosztował mnie życie, był dla nas obydwojga pierwszym prawdziwym zderzeniem z rzeczywistością. Nagle okazało się, że żadne z nas nie jest niezniszczalne: ani ja, zatopiony w śpiączce w szpitalnym łóżku, z kabelkami i rurkami kroplówek pnącymi się po moim wyczerpanym ciele jak bluszcz, ani Ty, przerażony/a tym, co
ze mną z nami będzie, czekający/a na szpitalnym korytarzu. Byłaś/łeś kiedy odzyskałem przytomność, i później, gdy musiałem nauczyć się żyć na nowo - pozbawiony sprawności, pracy, i perspektyw na taką przyszłość, o jakiej zawsze marzyłem. I to wtedy, między jednymi zajęciami rehabilitacyjnymi i kolejnymi, między jedną trudną rozmową i następną, zaczęło się między nami
psuć. Coraz częściej milczałem w Twojej obecności. Ty - kiedyś będąca/y moją bratnią duszą - coraz częściej opuszczałeś/aś szpitalne widzenia.
Przez jakiś czas jeszcze próbowaliśmy. Udawaliśmy, że wszystko jest jak dawniej — że wystarczy trochę wysiłku, trochę dobrej woli, trochę przemilczeń, a
wrócimy do siebie, i do naszego dawnego życia. Ale nic już nie było przecież takie samo.
I tutaj zostawiam przestrzeń na dwie wersje tej samej historii:
— może to Ty odszedłeś/aś, bo nie byłeś/byłaś w stanie udźwignąć ciężaru traumy Oleandra, jego gniewu i smutku, przemilczanych emocji i zbyt powolnego procesu składania się na nowo;
— a może to Oleander Cię odepchnął, niezdolny znieść współczucia, spojrzeń pełnych ostrożności, świadomości, że już nigdy nie będzie „taki jak kiedyś”.
W obu przypadkach efekt jest ten sam: coś, co miało szansę być trwałe, rozpadło się zanim zdążyło się naprawdę wydarzyć. A teraz?
Teraz spotykają się znowu.
Przypadkiem — w tłumie ludzi, w miejscu, które nie powinno nic znaczyć. Albo za sprawą wspólnych znajomych, lub czegoś, co w przeszłości ich łączyło. I nagle okazuje się, że czas wcale nie zrobił tego, co powinien; że pewne rzeczy nie blakną, tylko - z czasem - nabierają nowych kolorów. Że pytanie
„co by było, gdyby” nie znika — tylko uczy się powracać subtelnie jak echo.
Ważne:
Nie szukam tu endgejmu, ale relacji jak niedogojona blizna - niby niewidoczna dla innych, ale bolesna przy każdym mocniejszym dotyku. Powrotów do przeszłości, rozmów urywanych w pół zdania, niewysłowionego napięcia. Może pojedynczych momentów czułości, które przychodzą za późno.
Może prób naprawy czegoś, czego naprawić się nie da. Nawet, jeśli każde z nich poszło już w swoją stronę, a jednak nie potrafi przestać oglądać się przez ramię na to drugie.
O poszukiwanej postaci: W dużym skrócie, może być to postać dowolnej płci, najlepiej w wieku 26–30 lat, czyli zbliżonym do Oleandra. Jeśli jest związana ze strażackim środowiskiem, to jeszcze lepiej, ale w żadnym razie nie jest to konieczny wymóg. Obojętne mi, czy to postać istniejąca już na forum, czy też dopiero powstająca; a i w kwestii wyglądu i charakteru na pewno się dogadamy. Całą resztę chętnie dogadam prywatnie, łącznie z detalami przeszłości i przebiegiem ich historii. Zapraszam na PW
