I większość ludzi na jej miejscu dawno by odpuściła. I wszystkie laski, z którymi kiedykolwiek spotykał się Madox też w końcu odpuszczały, miały go dość. A ona nie miała.
Ale też pierwszy raz w życiu on... się starał. I chociaż przecież nie wymagała od niego tych zmian, to jednak się działo. To za jej sprawą przewartościował swoje priorytety. Za jej sprawą mniej siedział w klubie, mniej ćpał i był... ostrożniejszy.
Ale starał się.
Starał się dla niej i chociaż zrobiłby to wszystko jeszcze raz. Wszystko by dla niej rzucił i poświęcił, to czasem... Rzadko, bo jednak Madox nie lubił roztrząsać, pojawiała się taka myśl, że co on robi. Bo dla żadnej innej kobiety, wcześniej, przecież nie robił. Ale też nigdy się nie angażował do tego stopnia. Nigdy nie stracił dla żadnej tak głowy. Nawet kiedy oświadczył się Rosie, to przecież... nie zmieniał się dla niej, nie wyciągał z siebie... kurwa... jakiś dobrych cech. Bo i tak był wtedy młody, gniewny.
A potem dziesięć lat był... zły, okropny, właściciel Emptiness z którym lepiej nie zaczynać. Bo był narwany, był dziki, nieobliczalny. Wiecznie gdzieś w lożach VIP w towarzystwie półświatka, kokainy na złotych tacach i długonogich lasek.
A teraz... pracował dla policji, zastanawiał się czy nie odpuścić sobie piguł, skoro go tak ostatnio poskładały... i był zapatrzony tylko w jedną długonogą laskę.
Dobrze, że Madox nigdy się ich nie bał. Problem, że on niczego się nie bał. Dlatego ten ślub w Vegas był... no właściwie pewnie ludzi, którzy go znali by nie zdziwił. Chociaż może kogoś zdziwiłoby to, że nie z Pilar, biorąc pod uwagę fakt, że on przecież tylko o niej ostatnio gadał.
I oczywiście, że gdyby do niego przyszła i mu powiedziała, że wzięła ślub w Vegas to by się obruszył, wkurwił... Obraził? Bo byłby zazdrosny, nawet jeśli Stewart zrobiłaby to z przyjaciółką, bo ją pociągały też kobiety. A jego faceci nigdy... Nawet jakby William był najpiękniejszym gościem na całej planecie, to i tak nie...
I tak to pozostawało w sferze przyjacielskiego odpierdolenia po pijaku. Chociaż może powinien zrozumieć Pilar i to jej myślenie, że skoro nie pamiętał, to następnym razem mógłby...
Nie, nie rozumiał. Bo Madox widział to ze swojej strony, że by nie mógł. Jej zdradzić.
I tą winę też widział tak, że to tylko wszystko on. Wszystko jego wina. No ale w zasadzie to czyja? Na pewno nie jej... a może trochę jej? Może jakby...
- Nie twoja - rzucił w końcu - moja, ale też to nie tak, że chciałem ci tym dopierdolić, zrobiłem ci to na złość, albo dlatego, że cię nie kocham - no bo nie. Mógł sobie zrzucać winę na wszystkich dookoła, ale prawda jest taka, że to on tutaj zjebał. Tylko przecież nie specjalnie. To tak jak z tymi rzeczami, które się po drodze wypierdalały. Tak się po prostu działo i koniec.
A Madox później starał się po prostu z tego brać, wycisnąć co się da. Chociaż z tego ślubu z Williamem się nie starał, nie widział
I jakby tego jeszcze było mało. To upuścił to czerwone pudełeczko. A mógł je włożyć do kurtki. Albo do kieszeni z przodu. Tylko szkoda, że taki mądry był dopiero po szkodzie. Typowy Madox.
- Przecież nie spadnę - to też było bardzo w jego stylu i to wywrócenie oczami, bo przecież on nigdy nie brał pod uwagę tych czarnych scenariuszy, bo przecież jemu wszystko wychodziło. Miał pierdolone szczęście.
A co to dla niego czwarte piętro?
Wrażenia też nie robiło na nim gadanie Pilar, bo to przecież to był tylko balkon, nic takiego. Gorsze rzeczy robili, jak skakanie z klifu w nieznane, tam pod wodą przecież mogły być jakieś skały, nie wiedzieli ile trzeba płynąć do Jaskini, mogli się utopić, a i tak w to weszli.
A tutaj przecież widzieli dokładnie jak to wygląda.
- Calma... - rzucił tylko do niej, kiedy poprosiła, żeby uważał. Zawsze to robił...
Nigdy właściwie. Ale od jakiegoś czasu tak, był ostrożniejszy. I teraz też właściwie w pełnym skupieniu, uważnie bujnął się do tego balkonu na dole. Nawet sprawnie mu to wyszło, lepiej chyba niż się spodziewał, chociaż jak ten pręt odpadł od ściany i wysunął mu się z ręki lecąc w dół, a on w ostatniej praktycznie chwili, złapał się za barierkę od jej balkonu, to miał taki moment, że sam wstrzymał powietrze, że po plecach przeszedł mu dreszcz, jakby oddech Śmierci zatańczył mu gdzieś na karku.
Ale Madox miał farta, głupi to zawsze ma szczęście.
I już po chwili stał obok Pilar, która zaraz szarpała go za koszulkę.
- Pilar... - zaczął, ale ona już go pchnęła na ścianę, opadł na nią plecami wypuszczając mocno powietrze z płuc. Mógł spaść. Mógł się rozjebać.
Ale przecież on się nigdy takimi rzeczami nie przejmował, nie zastanawiał się, nie wahał, tylko robił. Działał. Bo jakby tak stanął i pomyślał, to przecież... ile rzeczy w swoim życiu on by nie zrobił, bo były niebezpieczne.
Na pewno nie byłby w tym miejscu, w którym był teraz. W którym oboje byli, na jej balkonie. Razem.
- No i dobrze, jak kiedyś się zabiję, to mnie jeszcze dobij - sięgnął palcami do jej policzka, żeby po nim przesunąć odgarniając z niego jej włosy, na kark, żeby ją do siebie przytulić. Klatka piersiowa uniosła mu się, kiedy nabrał w płuca powietrze, a serce znowu waliło mu szybko - tylko nie mów sąsiadce, że coś jej upierdoliłem, jak coś to... gołębie - i suszarkę też złożyły, bo im przeszkadzała. Na jej kolejne słowa spuścił spojrzenie na jej głowę, na te ciemne kudły, do których policzek zaraz przysunął, których zapachem zaraz się zaciągnął. Powinien jej powiedzieć, że nie zrobi?
- Nie obiecuję... - postawił jednak na szczerość, znowu. Ale taka była prawda, że nie mógł jej obiecać, że nie zrobi czegoś głupiego, bo on zawsze to robił. Złaził na balkon sąsiadki po pudełeczko, które chciał jej wręczyć. Wchodził za Daltonem na zamarznięte jezioro. Dawał małolatą prowadzić samochód. Stawiał się ruskim, gangusom i łysym karkom, bo brzydko się do niej odezwali. Albo... brał ślub w Vegas, ze swoim kumplem.
Bo taki był Madox pierdolnięty, intensywny aż do bólu. I ona musiała coś o tym wiedzieć.
- No i gdzie to pudełko? - rozejrzał się, a zaraz po nie sięgnął, chociaż już drugim ramieniem ją obejmował, przytulał dla siebie. Przełożył w palcach czerwone pudełeczko, a zaraz wystawił je na ręce w jej kierunku - dla ciebie, to... - zastanowił się unosząc spojrzenie gdzieś w balkon nad nimi - nie wiem, prezent zaręczynowy? - tak to się nazywało? Chyba, bo właściwie to kupił go jej na zaręczyny właśnie - William takiego nie dostał - musiał to dodać, chociaż może nie powinien sobie z tego jeszcze żartować? - Otwórz... - co mogło w sobie skrywać czerwone pudełeczko? Pierścionek z czerwonym oczkiem?
No nie, bo kiedy Pilar je otworzyła, to w środku były... kluczyki, i to nie te do mieszkania, które miał jej dorobić, chociaż o tym, też pamiętał, ale dzisiaj i tak zajął się tym prezentem zaręczynowym.
Kluczyki do samochodu.
Madox podniósł spojrzenie na twarz Pilar, no bo... w sumie był ciekawy jej reakcji. Pewnie spodziewała się pierścionka, czy coś. I on nawet chciał jej kupić ten pierścionek, ale przecież jeden już miała, ten jego ulubiiny, ten z literką M, jak narzeczona Madoxa. Dlatego postawił na coś innego, coś co przyszło mu do głowy, kiedy tylko pomyślał o idealnym prezencie dla jego narzeczonej. I kiedy wyjęła kluczyk, to mogła zobaczyć... znaczek Jaguara.
Haría cualquier cosa por ti, pero no puedo prometerte eso ˚ ༘♡ ⋆。˚ ❀