30 y/o
For good luck!
190 cm
łyżwiarz figurowy, wieczny uciekinier
Awatar użytkownika
كل الطرق تؤدي إليك، حتى تلك التي أخذتها لأنساك
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Było coś urokliwego w nakładającym się sprostowaniu Milesa opisującym przestrzeń, na którą wcześniej ukradkiem spoglądał Nadir. Zapewne powinien poczuć ukłucie wstydu po przyłapaniu na wścibskiej wędrówce po cudzej prywatności, lecz myślami pozwolił sobie popłynąć d a l e j. Głębiej korytarzem, by skonfrontować - do własnego zawstydzenia w głębi duszy - pęd poranków naznaczających również inne sfery życia. Czy pozostawiał kołdrę falami skłębioną w nogach łóżka, gdy zrywał się wraz z budzikiem? Czy poduszka - po prawej, a może lewej... ktoś zajmował drugą? - nosiła nadal odciśnięty kształt jego głowy? Były to myśli
natrętne,
n i e p o ż ą d a n e i głośne na tyle, by zagłuszyć nimi własne troski. Dlatego unosiły się w jego świadomości bez desperackich prób rozwiania ich zupełnie innymi. Bezsprzecznie bezpieczniejszymi, lecz nie gwarantującymi mu niebycia tym mężczyzną skulonym na chłodnej płycie chodnika. Uciekłby do prywatnej biblioteczki, wzrokiem wyznaczając nowe trasy po mniej lub bardziej znanych tytułach. Czy gdyby odrobina bezczelności uniosłaby wtedy jego dłoń do grubego tomiszcza, by na przypadkowo wybranej stronie między wersami dopuścić się aktu niewyobrażalnie egoistycznemu. Zapisać drobnymi zakrzywieniami liter własne myśli, by kiedyś przypadkowo napotkały te cudze. Wkraść się ponownie w nienależącą do siebie historię, by choćby przez chwilę b y ć. Wyrwać się od wiszącego nad głową fatum niebytu lub zapomnienia, które niebezpiecznie kusiło każdego poranka po powrocie na kanadyjskie ziemie. Z każdą połkniętą tabletką powoli formującą go w utracone ramy rzeczywistości. Desperacko pragnął po prostu być - w myślach innych - być - w cudzej przestrzeni - być - g d z i e k o l w i e k - być!
Z łaskoczącym w kark wietrznym pocałunkiem nadciągającej nocy, zamyślił się na dłuższą chwilę nad zadanym przez Milesa pytaniem. Najłatwiej byłoby podać coś z katalogu banalnych odpowiedzi, by nie iść naprzeciw fali kolejnych trudnych pytań samoistnie cisnących się na usta. Był jednakże c h o l e r n i e ciekawy jak możliwie daleko zarysować mógł własną granicę na tych ziemiach należących do współrozmówcy. I jego decyzji o rabunku, którą zamierzał przehandlować za swą prawdę. Szczątkową, gdyż reszta dusiła się w nim boleśnie gdzieś na wysokości jabłka Adama.
- Spokój... we własnych myślach, głównie od siebie i może kontrolę nad sobą. A Ty nie chciałbyś czegoś skraść?- Z bladym uśmiechem goszczących nieproszenie w kącikach ust, odpowiedział mu najprościej, jak potrafił przy tym zamglonym zmęczeniem umyśle. Pogładził krawędź balustrady opuszkami palców, mimowolnie myśląc o tym, czy z każdego luksusowego apartamentu sięgającego chmur rozciągał się taki widok. Czy on również spoglądał na samo, co teraz Nadir przywłaszczał sobie tak łapczywie? Czy była to jego wieża Babel? Kiedy dosięgnie go więc należyta k a r a? Przekrzywił delikatnie głowę, przenosząc spojrzenie na dłonie mężczyzny, które sięgały właśnie po własnoręcznie skręconego papierosa. Błysnęła mu również na serdecznym palcu ślubna obrączka; coś, co spodziewał się dostrzec od samego początku. Po zderzeniu z tym faktem doznał jednakże dysonansu jakby w dzielonych - dość krótko - chwilach nie potrafił dostrzec zajętego miejsca u boku Milesa.
- Całe moje życie - Z westchnięciem wypuścił spomiędzy warg ciche westchnięcie. Pozorne poczucie anonimowości w obecnej sytuacji wydawało się zbawiennym dla tkania słowami o własnej prywatności. Mógłby opowiedzieć mu dziecięcych przeprawach z tłumaczeniem babci praktycznie każdej lekarskiej wizyty lub nieustannym wypełnianiu koślawym jeszcze pismem jej dokumentów... albo o odejściu ojca, którym przypieczętował na ich rodzinie wieczną walkę o wytchnienie. Zdążyłby dotrzeć w tej opowieści do własnych utraconych marzeniach, nim głos ucichłby w nim z paraliżującego przygnębienia? Wybierz mądrze, Nadirze. - Trudy imigranckiej rodziny.... wyobcowanie, tęsknota i ostatecznie próby wyzbycia się własnej kultury, a potem wstyd za samego siebie i podobne myśli. Myślę, że nie starczy papierosów w paczce, bym zdołał dotrzeć choćby do połowy...
Przyglądał się, jak sylwetkę bruneta otula kotłujący się na wietrze dym. Sięgając potem z wdzięcznością po zaoferowaną mu zapalniczkę, by pójść niezgrabnymi ruchami w jego ślady. Włożył między wargi papierosa, by następnie dopiero z trzecim podejściem pomyślnie go zapalić. Trener zapewne wysłałby teraz ku niemu wiązankę przekleństw... jeśli w ogóle jeszcze pokładał w nim jakiekolwiek nadzieje. - A ile takich dotknięć może znieść człowiek... nie masz dosyć? - Ileż śmierci i cudzych nieszczęść w sobie dźwigasz, nieznajomy? Naiwnie szukał spojrzeniem w nim choćby cienia tych osób, śladów d o t k n i ę ć po ciężarze obcego istnienia. Trudno było uwierzyć Al Khansie, iż płynąca z prysznica woda miała takie niezwykłe właściwości. Najwyraźniej ciało Nadira uodporniło się na nią przy każdym kolejnym epizodzie depresyjnym, gdy skulony na rozgrzanych kafelkach marzył wyłącznie by się w niej zatopić. - ...czyli przeszkodziłem Ci w rutynie?
Ucieczka; tańczyło na końcu języka Nadira, lecz w porę powstrzymał się przed zdradzeniem własnej słabości. Porady, która przynieść mogła drugiemu mężczyźnie złudne poczucie wolności od dręczących demonów. A przecież... nie chciał ściągać własnego przekleństwa również na niego.
- Gdybym znał... nie byłbym pewnie w takim stanie - W tym miejscu?[/i] Ze wzrokiem błądzącym mimowolnie ku przepaści, jakby jego ciało w wyuczonym odruchu miało po prostu s p a d a ć. Niefortunnie, kiedy ze wspomnień przywołało się obraz nie tak dawnej Olimpiady i ikarowego lotu przy ostatniej łyżwiarskiej figurze.


Miles Howard
40 y/o
For good luck!
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
You tried to hold me down, so I became a soldier
Built up all these walls, and now I'm climbin' over
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

A Ty nie chciałbyś czegoś skraść?
Odpowiedź, ta oczywista, pierwotna – wibrująca w ciele impulsem ciepła i samozaskoczenia – nie nadeszła. Przynajmniej nie wprost. Zamiast tego wraz z zawieszoną między nimi nutą pytania, wzrok Milesa nasunął się na cudze wargi, wzniesione w kącikach ust w magnetyzmie niewymuszonego gestu. Bladość uśmiechu i pogłos towarzyszących temu emocji nieoczekiwanie szybko zaszedł mu pod skórę.
Kusiło go – naprawdę i wbrew rozsądkowi – by z gliny cudzej opieszałości uformować coś zgoła innego; dłońmi lub dotykiem własnych warg nadać temu kształt i większą intensywność; zagrzać wyrywek nadirowego uśmiechu i zakuć go, jeśli nie w ramie rzeczywistości, to przynajmniej we własnej pamięci.
Och życie, jak bardzo potrafiło w nim namieszać, gdy w uparcie wyrażanym zewnętrznie transie spokoju, znajdowało dyskretną drogę do truchlejącego z czasem serca.
Jeszcze wczoraj przypadkowość obecności Al Khansy nie zrobiłaby na nim większego wrażenia. Dziś zmęczenie pisało własną historię – niechcianą, ale konieczną, stanowiącą ostatni bastion prawdy o nim. Bo prawda, zakurzona, niemal przez niego zapomniana, mówiła o jego samotności (z roku na rok coraz bardziej przepastnej), o pustce pomieszczeń rozległego apartamentowca, którego nie używał w pełni i o obrączce bez pary, którą, gdy tylko sobie o niej przypominał, chyba z samej tylko przyzwoitości odkładał przed spaniem na szafce nocnej, by przynajmniej przez sen pozostawać samemu dla siebie najprawdziwszą wersją siebie.
Tą bezbronną, uparcie milczącą na świat i otaczających ją ludzi...
(bo nigdy nie potrafił zaufać,
że jeśli zdecyduje się pokazać więcej siebie,
ktoś obok nie zniknie)
...znajdującą przyjemność w rutynie prysznica i w cichych porankach.

Usta. Skradłbym Twoje usta.

Głoski niewypowiedzianej myśli, choć nawet nie sięgnęły jeszcze do języka, paliły intymnością. Coś niespodziewanie wiarygodnego czaiło się w kątach jego świadomości, gdy z obwarowanego muru powściągliwości, intensywność cudzej obecności wyrwała z niego jedną, samotną cegiełkę. Tworzyła w ten sposób przestrzał dla nowej emocji. Tej samej, dla której nie potrafił (i nie powinien) znaleźć miejsca.
(To... NIE JEST randka.
On NIE JEST tobą zainteresowany.
NIE JEST z Twojej ligi.
)
Ręka zacisnęła się szczelnie wokół balustrady, gdy odrywał wzrok od źródła jego wewnętrznego zamieszania – od cudzych ust, cudzej opieszałości i cudzej, niewypowiedzianej zdolności chwytania uwagi Milesa w każdej, niemożliwie niejednoznacznej formie.
Zaciągnął się papierosem, zamykając w tym geście moment nadchodzącej ciszy i jednocześnie moment zawahania. Potrzebował kilku kolejnych sekund, by wyrwać się z wiru własnych myśli i z własnych słabości.
Może trochę czasu. Skradłbym dodatkowe dwie godziny wieczoru i przeznaczył je na dłuższy sen...które miałbyś, gdybyś zasypiał spokojnie.
Popiół z papierosa opadł w przepaść pięter wraz z przemilczaną świadomie kwestią, a on nawet nie zareagował. Wzrok podążył za tym, co go opuściło (za resztką papierosa), nie wyrażał jednak troski o siebie samego. Nie wyrażał nic, poza samą chęcią słuchania swojego dzisiejszego gościa. Znów się przy tym zaciągnął, pozwalając, by w mglistej, tytoniowej zasłonie gubiły się emocje, te niepożądane, diabelsko niewygodne.
Przykro mi... — równie dobrze mógłby mówić do siebie, spojrzenie jednoznacznie obiegło jednak cudzą sylwetkę, skupiając uwagę na przygnębieniu cudzego korpusu.
...że tak czujesz. Nikt nie powinien czuć się wyobcowany, a jednak w jakiś sposób jest to dziecinnie proste, i o ironio, właśnie w tak dużym mieście najprostsze.
Miał ochotę pomóc mu i zapalić za niego, albo wyciągnąć ku niemu dłoń, by osłonić drżący płomyk ognia przed drugą i trzecią próbą odpalenia papierosa. Palce drgnęły nawet w niemej potrzebie. Ostatecznie jednak zatrzymał wodze pomocy w sobie, uśmiechając się lekko, przekornie wobec ciężkości, z jaką jego gość zwracał się do niego.
A ile takich dotknięć może znieść człowiek... nie masz dosyć?
Sporo, Nadir... znacznie więcej, niż przypuszczasz, że można.
Na tyle, na ile zdążył go poznać na podstawie wypowiedzianych dotąd słów, domyślał się, że dosyć dla nich obu leżało w zupełnie innym miejscu.
Dosyć u niego czaiło się w przedsionku głowy i zawsze, gdy wydawało mu się, że zaraz go dopadnie przy ogonie; że wrażenie to jak nieproszony gość wpakuje mu się w przestrzeń głowy, atakując go eliminującym dotknięciem, dosyć ledwie opierało się w progu, machało do niego, stojąc jednak w miejscu.
Wiedział, że gdzieś musiała leżeć granica.
(Nie chciał jedynie myśleć o tym, gdzie dokładnie).
Przeszkodziłeś...? Raczej pomogłeś zakotwiczyć się w rzeczywistości... rutyna, chociaż przyjemna, bywa machinalna — zmienił kontekst widzenia, uśmiechając się do niego i prostując, by zaciągnąć się ostatni raz dymem. Odrzucił tym samym peta do popielniczki leżącej w kącie tarasu, bliżej Nadira, niż niego. Musiał przy tym wcisnąć się za plecy gościa, by zza jego ramienia docisnąć pustą już betkę do szkiełka, gasząc ją sprawnie.
Seks ponoć też pomaga na napięcia, nie wiem tylko jak w tym kontekście myśleć o dotknięciach — rzucił nagle wciąż zza jego pleców, choć trudno było doszukiwać się w tym prowokacji. Głos brzmiał neutralnie, jakby właśnie dzielił się z nim oczywistym faktem, który Nadir mógł przyjąć za pewnik lub odrzucić w negacji. Wrażenie niewinności, mimo treści, potęgowały kolejne słowa, dodane tym samym, niezobowiązującym tonem:
Zrobię nam tej obiecanej herbaty, a jak skończysz palić, możemy wrócić do tego, jak się czujesz... jeśli będziesz chciał.
Jedna z obecności, jego własna, właśnie zniknęła za drzwiami tarasu, gdy schował się do wnętrza apartamentu, kierując się w stronę kuchni.

nadir al khansa
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
ODPOWIEDZ

Wróć do „#18”