—
A Ty nie chciałbyś czegoś skraść?
Odpowiedź, ta oczywista, pierwotna – wibrująca w ciele impulsem ciepła i samozaskoczenia – nie nadeszła. Przynajmniej nie wprost. Zamiast tego wraz z zawieszoną między nimi nutą pytania, wzrok Milesa nasunął się na cudze wargi, wzniesione w kącikach ust w magnetyzmie niewymuszonego gestu. Bladość uśmiechu i pogłos towarzyszących temu emocji nieoczekiwanie szybko zaszedł mu pod skórę.
Kusiło go – naprawdę i wbrew rozsądkowi – by z gliny cudzej opieszałości uformować coś zgoła innego; dłońmi lub dotykiem własnych warg nadać temu kształt i większą intensywność; zagrzać wyrywek nadirowego uśmiechu i zakuć go, jeśli nie w ramie rzeczywistości, to przynajmniej we własnej pamięci.
Och życie, jak bardzo potrafiło w nim namieszać, gdy w uparcie wyrażanym zewnętrznie transie spokoju, znajdowało dyskretną drogę do truchlejącego z czasem serca.
Jeszcze wczoraj przypadkowość obecności Al Khansy nie zrobiłaby na nim większego wrażenia. Dziś zmęczenie pisało własną historię – niechcianą, ale konieczną, stanowiącą ostatni bastion prawdy o nim. Bo prawda, zakurzona, niemal przez niego zapomniana, mówiła o jego samotności (z roku na rok coraz bardziej przepastnej), o pustce pomieszczeń rozległego apartamentowca, którego nie używał w pełni i o obrączce bez pary, którą, gdy tylko sobie o niej przypominał, chyba z samej tylko przyzwoitości odkładał przed spaniem na szafce nocnej, by przynajmniej przez sen pozostawać samemu dla siebie najprawdziwszą wersją siebie.
Tą bezbronną, uparcie milczącą na świat i otaczających ją ludzi...
(bo nigdy nie potrafił zaufać,
że jeśli zdecyduje się pokazać więcej siebie,
ktoś obok nie zniknie)
...znajdującą przyjemność w rutynie prysznica i w cichych porankach.
Usta. Skradłbym Twoje usta.
Głoski niewypowiedzianej myśli, choć nawet nie sięgnęły jeszcze do języka, paliły intymnością. Coś niespodziewanie wiarygodnego czaiło się w kątach jego świadomości, gdy z obwarowanego muru powściągliwości, intensywność cudzej obecności wyrwała z niego jedną, samotną cegiełkę. Tworzyła w ten sposób przestrzał dla nowej emocji. Tej samej, dla której nie potrafił (i nie powinien) znaleźć miejsca.
(
To... NIE JEST randka.
On NIE JEST tobą zainteresowany.
NIE JEST z Twojej ligi.)
Ręka zacisnęła się szczelnie wokół balustrady, gdy odrywał wzrok od źródła jego wewnętrznego zamieszania – od cudzych ust, cudzej opieszałości i cudzej, niewypowiedzianej zdolności chwytania uwagi Milesa w każdej, niemożliwie niejednoznacznej formie.
Zaciągnął się papierosem, zamykając w tym geście moment nadchodzącej ciszy i jednocześnie moment zawahania. Potrzebował kilku kolejnych sekund, by wyrwać się z wiru własnych myśli i z własnych słabości.
—
Może trochę czasu. Skradłbym dodatkowe dwie godziny wieczoru i przeznaczył je na dłuższy sen —
...które miałbyś, gdybyś zasypiał spokojnie.
Popiół z papierosa opadł w przepaść pięter wraz z przemilczaną świadomie kwestią, a on nawet nie zareagował. Wzrok podążył za tym, co go opuściło (za resztką papierosa), nie wyrażał jednak troski o siebie samego. Nie wyrażał nic, poza samą chęcią słuchania swojego dzisiejszego gościa. Znów się przy tym zaciągnął, pozwalając, by w mglistej, tytoniowej zasłonie gubiły się emocje, te niepożądane, diabelsko niewygodne.
—
Przykro mi... — równie dobrze mógłby mówić do siebie, spojrzenie jednoznacznie obiegło jednak cudzą sylwetkę, skupiając uwagę na przygnębieniu cudzego korpusu.
—
...że tak czujesz. Nikt nie powinien czuć się wyobcowany, a jednak w jakiś sposób jest to dziecinnie proste, i o ironio, właśnie w tak dużym mieście najprostsze.
Miał ochotę pomóc mu i zapalić za niego, albo wyciągnąć ku niemu dłoń, by osłonić drżący płomyk ognia przed drugą i trzecią próbą odpalenia papierosa. Palce drgnęły nawet w niemej potrzebie. Ostatecznie jednak zatrzymał wodze pomocy w sobie, uśmiechając się lekko, przekornie wobec ciężkości, z jaką jego gość zwracał się do niego.
—
A ile takich dotknięć może znieść człowiek... nie masz dosyć?
—
Sporo, Nadir... znacznie więcej, niż przypuszczasz, że można.
Na tyle, na ile zdążył go poznać na podstawie wypowiedzianych dotąd słów, domyślał się, że
dosyć dla nich obu leżało w zupełnie innym miejscu.
Dosyć u niego czaiło się w przedsionku głowy i zawsze, gdy wydawało mu się, że zaraz go dopadnie przy ogonie; że wrażenie to jak nieproszony gość wpakuje mu się w przestrzeń głowy, atakując go eliminującym dotknięciem,
dosyć ledwie opierało się w progu, machało do niego, stojąc jednak w miejscu.
Wiedział, że gdzieś musiała leżeć granica.
(Nie chciał jedynie myśleć o tym, gdzie dokładnie).
—
Przeszkodziłeś...? Raczej pomogłeś zakotwiczyć się w rzeczywistości... rutyna, chociaż przyjemna, bywa machinalna — zmienił kontekst widzenia, uśmiechając się do niego i prostując, by zaciągnąć się ostatni raz dymem. Odrzucił tym samym peta do popielniczki leżącej w kącie tarasu, bliżej Nadira, niż niego. Musiał przy tym wcisnąć się za plecy gościa, by zza jego ramienia docisnąć pustą już betkę do szkiełka, gasząc ją sprawnie.
—
Seks ponoć też pomaga na napięcia, nie wiem tylko jak w tym kontekście myśleć o dotknięciach — rzucił nagle wciąż zza jego pleców, choć trudno było doszukiwać się w tym prowokacji. Głos brzmiał neutralnie, jakby właśnie dzielił się z nim oczywistym faktem, który Nadir mógł przyjąć za pewnik lub odrzucić w negacji. Wrażenie niewinności, mimo treści, potęgowały kolejne słowa, dodane tym samym, niezobowiązującym tonem:
—
Zrobię nam tej obiecanej herbaty, a jak skończysz palić, możemy wrócić do tego, jak się czujesz... jeśli będziesz chciał.
Jedna z obecności, jego własna, właśnie zniknęła za drzwiami tarasu, gdy schował się do wnętrza apartamentu, kierując się w stronę kuchni.
nadir al khansa