-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Mara Lakefield Cynthia A. Ward
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Dawno nie wychodziła z własnego mieszkania.
Traktowała je jak prawdziwą twierdzę nie do zdobycia. Ostatnio jak wychodziła z niego, to poznała Matheo. Teraz jeszcze bardziej zabunkrowała się w apartamencie. Nie musiała wychodzić. Na youtubie puszczała odgłosy z pubu i czuła się, jakby była w środku. Jedyne czego jej brakowało to piwa z kija. Bąbelki, piana i ten wielki kufel ledwo mieszczący się w jej dłoniach. Cynthia żyła tym momentem, w którym mogła zapomnieć o wszystkim.
Chciała zostać w domu, a jednak wyszła do przyjaciół.
Powinna im opowiedzieć o Theo, może powiedzieliby jej coś mądrego, lub wykrzyknęli: jebać typa. Po nich spodziewała się wszystkiego. Zarówno troski jak i opierniczu. Może powinna go dostać? Bezsensownie spanikowała, kiedy Bachmann oświadczył jej, że chce zostać strażakiem. Nie powinna panikować, a te obrazy pojawiały się instynktownie przed nią. Zwyczajnie bała się go stracić, a to i tak stało się... samo.
Wzięła się za siebie.
O ile pójście na terapię, kupienie kilku kolorowych ubrań można było w ten sposób nazwać. Czas spędzała w domu, ale... Cynthia wyglądała inaczej. Zamiast standardowego zestawu ubrań przyszła w szarej sukience, a na ramionach miała zarzuconą skórzaną kurtkę. Zamiast wysoko związanych włosów były fale delikatnie opadające na jej ramiona. Przyszła jako druga i prychnęła, widząc Patela wesoło nawijającego do kelnerki.
一 Wiesz William, jednak jesteś najbardziej okrutny z całej naszej trójki 一 miłe przywitanie jak na Ward zaliczone 一 ja bym nie zaczęła pić bez was 一 kłamstwo. Gdyby była pierwsza siedziałaby już przy pierwszym kuflu piwa i to właśnie go zamawia u barmanki. Dwie trzecie ekipy już zebrane. Cynthia chwilę milczy, by w końcu poprawić samą siebie.
一 A na pewno nie jakiś tęczowy rzyg 一 nawet nie wyobrażała sobie, jakby wyglądała treść jego żołądka. Poprawka, doskonale wiedziała. Ostatnio na stole zawitała do niej młoda studentka, która prawdopodobnie przedawkowała. Kolorowa treść żołądka połączona z narkotykami wyglądała paskudnie.
-
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Mimo, że utrzymywali kontakt, Mara nie mogła żyć trzymając się nadziei, że Graham kiedyś wróci do Toronto. A tym bardziej, że zdecydują się wtedy na krok w kierunku czegoś poważniejszego. Dlatego nie odmawiała sobie spotkać z mężczyznami. Nie odmawiała sobie nawet seksu z pacjentami, co było cholernie nieetyczne, ale… Po nocy spędzonej z Lazare nie żałowała ani trochę, że tak to się potoczyło.
Co zabawne, tamten wieczór z blondynem rozpoczął się drinkiem w barze, do którego właśnie wchodziła. - Nieźle trafiłeś Will z wyborem miejsca. Miło wspominam ostatni pobyt tutaj- uśmiechnęła się tajemniczo siadając obok nich. - Dobra, widzę że już pijecie, to nie będę tracić czasu-- rozejrzała się szybko po ich wyborze i zaczepiła kelnerkę zamawiając whisky sour, a następnie powróciła spojrzeniem na przyjaciół, ale to kobieta przykuła jej wzrok. - W ogóle Cynthia wyglądasz obłędnie!- powiedziała będąc pod ogromnym wrażeniem pięknych fal na rozpuszczonych włosach brunetki. - Proszę wstać i się obkręcić przed nami, aby zaprezentować swoje wdzięki- zaproponowała chociaż w głębi wątpiła, aby Ward na to przystanęła. Zawsze była piękną kobietą, ale dzisiaj szczególnie podkreślała swoje wdzięki! - Dla kogo się tak kochana wystroiłaś? Czyżbyś miała randkę po spotkaniu z nami?- poruszyła wymownie brwiami kojarząc, że znowu jej serce jest wolne, więc niech mężczyźni z tego korzystają!
William N. Patel-Noriega Cynthia A. Ward
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Cynthia A. Ward Mara Lakefield
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Wmawiała sobie, że jakakolwiek byłaby reakcja jej przyjaciół da sobie z nią radę. Przecież to były tylko rozpuszczone włosy i odrobinę inny outfit niż normalnie. Nic nadzwyczajnego. Wystarczyła jedna reakcja, by pożałowała, że nie przyszła w swoich standardowych ubraniach. Spięła każdy mięsień ciała, widząc szok Williama.
— Słucham? — w pierwszym słowie wyciekał już typowy dla niej chłód i dystans. Nie dało się go ukryć przed niczym. Pierwsze zdanie i jak niesamowicie trafne było. Podobne powiedziała sama sobie, szykując się przed lustrem.
— Na moje zdanie za dużo kolorów — mogła wyglądać inaczej, ale dalej była sobą. Grobową Cynthią. Więcej niż jeden kolor, plus truskawki powodowały u niej niezbyt przyjemne zawroty głowy. — po prostu — mruknęła, pod nosem, słysząc próbę kontynuowania tematu. W głowie odliczała po kolei liczby. Pięć, cztery, trzy, dwa, nie ma co się denerwować na wypominanie zmian i tak cały czas powtarzała sobie w kółku, aż do ich towarzystwa dołączyła Mara i już była jej wdzięczna. Przynajmniej na krótki moment odwróciła od niej uwagę.
— Co robiłaś tu bez nas? — spytała wprost, mrużąc oczy. Ward praktycznie zawsze musiała doszukiwać się różnych teorii spiskowych. Teraz było oczywiście podobnie. Musiała dowiedzieć się wszystkiego, bo o ile własne życie uważała za nudne, tak słuchanie o wydarzeniach z życia przyjaciół było dla niej niekończącym się, zajebistym serialem.
— Dziękuję — mruknęła, obracając głowę zarówno w stronę Mary, jak i Williama. Skinęła głową, a na jej policzkach pojawił się delikatny rumieniec. Dlatego chodziła cały czas na sztywno, formalnie. Przyjmowanie komplementów, nawet od najbliższych osób przychodziło jej z niesamowitym trudem — nie. — na obracanie się. Przecież Cynthia Ward nie była żadną modelką, wartą oglądania — raz jeszcze skomentujecie i wrócę do domu, żeby się przebrać. — i może już nie wrócić? — zawstydzacie mnie — westchnęła finalnie, a na kolejne słowa już strzeliła oczyma — dla Was — wycedziła przez zęby — tylko Was mam w życiu — faceci odchodzili, a przyjaciółki oraz William zostali. Nieważne, czy był to Cassian, Scott, Lawrence, czy Theo. W życiu Ward panowała jedna, bardzo ważna zasada. Miała przy sobie najbliższych, którzy otaczali ją bezkresnym ciepłem i to dla nich chciała móc się starać. Tyle wyniosła z ostatniej sesji terapeutycznej.
— Billy. — cała się najeżyła. Nic dziwnego, skoro dostała kosza, a typ obiecywał jej gruszki na wierzbie — nieaktualne. — krótkie, proste stwierdzenie — potrzebuję więcej alkoholu. — na trzeźwo nie da im o tym opowiedzieć. Wzięła kufel i zaczęła go pić bardzo szybko, nic praktycznie nie mówiąc. Aż został na jej wargach delikatny, piwowy wąs. Szybko zamówiła kolejne, a w między czasie przeniosła wzrok na przyjaciół.
— Stwierdził, że do siebie nie pasujemy — powiedziała cicho po odebraniu zamówienia — bo... cały czas użalam się nad samą sobą — jej głos był zdecydowanie cichszy niż zazwyczaj. Z trudem przyszło jej to wyznanie. Ale przecież to nie mogło być to twierdzenie, przez które skreśla się człowieka, prawda? — możemy później do tego wrócić? Wpierw potrzebuję alkoholu — zdecydowanie jeszcze więcej alkoholu, rana była jeszcze za świeża, by móc w niej ot tak grzebać.